Angus Bri Cri, jeden z dowódców komanda Scoia'tael, walczący w brygadzie Vrihedd, po wojnie odznaczony orderem z rąk samego Cesarza Emhyra var Emreis.
Obecnie, już w czasie pokoju, muszę stwierdzić z pewnym zdziwieniem, że wojna nie jest przerażająca. Przynajmniej nie w tym sensie, w którym przerażała mnie na początku. Przede wszystkim śmierć, jako taka, po pewnym czasie, pozwala się oswoić. Nie można bać się cały czas, więc po prostu przestajesz się bać. Żeby nie oszaleć. Podobnie jest z utratą bliskich. Boisz się, ale spychasz ten strach gdzieś w głąb. Inaczej nie byłbyś w stanie wstać, a co dopiero utrzymać w ręku miecza. Osobiście nie widzę teraz większej różnicy między zabiciem człowieka, a zabiciem świni. Wszystko kwestia podejścia. Człowieka bardzo łatwo przestać postrzegać jako istotę myślącą. Bądź co bądź, jesteście w identycznej sytuacji, gdy jedno chce pozbyć się drugiego. Staje się więc jedynie problem, który trzeba rozwiązać. Zapewne z jego punktu widzenia tym problemem jesteś ty.
Śmierć nie jest kościotrupem w czarnych szatach, nie jest wampirem o ostrych kłach, ani piękną kobietą w powłóczystej sukni i płaszczu z kapturem. Śmierć nie dzierży kosy. W ogóle jej nie widać. Widać jedynie skutki jej działania, a i to głównie wtedy, kiedy starasz się je zauważać. Wisielca łatwo pomylić z konarem. A spalone zwłoki z kamieniami rozsypanymi po gościńcu. smród gnijących trupów w pewnym momencie zaczyna być naturalny. Wojna uczy obserwowania wybiórczego.
Wołali na nas "szaleńcy", "samobójcy", kiedy poszliśmy na wojnę. Mieli trochę racji, chociaż większość z nas raczej wychodziła z założenia, że skoro nie może być gorzej, najwyżej będzie lepiej. Nasza sytuacja przed wojną była tyle fatalna, co nie zapowiadająca najmniejszych zmian. Dol Blathanna od dawna już nie należało do nas, podobnie jak ziemie dawnego Shaerrawedd. Właściwie, nic nie należało do nas, a w sensie prawnym zostaliśmy zepchnięci na margines. Przestano nas zauważać. Staliśmy się drażliwym tematem, którego nie należy poruszać, żeby w gospodzie nie oberwać w łeb. Niestety, potem znów zaczęto nas zauważać. Czystki, rasizm i ciągłe prześladowania zmusiły nas do odejścia w góry. Wojna nie dała nam nadziei na wolność, ale dała nadzieję na jakąkolwiek zmianę sytuacji, która pogarszała się z dnia na dzień. Poszliśmy walczyć, bo na wojnie zawsze jest szansa przeżycia, choćby minimalna, a dla nas zostanie w domach oznaczało pewna śmierć. Tak się po prostu nie dało żyć.
Pierwsze hasła zagrzewające do walki były tyle bezsensowne, co skuteczne. My, młodzi, potrzebowaliśmy górnolotnych słów. Co z tego, ze szybko zrozumieliśmy, że są jedynie pustym gadaniem wartym niewiele więcej, niż połamane strzały. Śmierć i bohaterskie męczeństwo Aelirenn, która była jak rozgrzewający rum, prędko zaczęła, jak każdy alkohol, powodować kaca. Sami mieliśmy dość.
Widziałem śmierć wielu przyjaciół, już pominąwszy fakt, że jak byłem dzieckiem, wyrżnięto na moich oczach całą moją rodzinę. Ale żyję. A na wojnie, wbrew temu, co potem opowiadają poeci, zazwyczaj jest się cholernym egoistą. Nie twierdzę, że to nie boli, kiedy twój przyjaciel umiera z głową na twoich kolanach i błaga, żebyś go dobił. Problem w tym, że gdzieś tam w duszy cieszysz się, że to nie ty. A potem sam się za to nienawidzisz.
Byłem na Thanned, walczyłem we Vrihedd pod Brenną, broniłem granic Brokilonu nad Jarugą. Dowodziłem komandem. Wszędzie deptała mi po piętach śmierć. A ja śmiałem się z niej, piłem, tańczyłem i bawiłem się po gospodach. Tylko, że każdej nocy więcej wina spływało na ziemię, za tych, co zostali gdzieś w lesie. Nie chcieliśmy o nich myśleć, bo jakbyś my zaczęli, nie dalibyśmy rady.
Wojna opiera się na obojętności. O ile początkowo możesz mieć wrażenie, że ktoś ją rozpętał, ze miał w tym jakiś cel, to bardzo szybko staje się paskudnie anonimowa. Bo w gruncie rzeczy to jest anonimowe, kiedy kogoś zabijasz. I prawdę mówić, w takiej chwili nic, ale to nic cię nie obchodzi, że on może mieć rodzinę. Chodzi o to, żeby nie zabił ciebie.
Za inna kwestię, aczkolwiek powiązaną, można uznać zjawisko bohaterstwa. Na wojnie nie ma prawdziwych bohaterów, nie ma niewinnych męczenników, nie ma zbrodniarzy. Wszyscy są zlepkami tych cech. Nie ma niewinnych, którzy po uspokojeniu się zawieruchy mogliby powiedzieć: "Jestem czysty". Żaden nie ośmieli się rzucić pierwszy kamieniem, bo każdy pamięta aż za dobrze swoje własne winy. Swoje słabości. Ci, których uznaje się po wszystkim za bohaterów cierpią nie mniej, niż wtrąceni do lochu zbrodniarze. Problem w tym, że im nie wypada rwać włosów z głów, oni muszą skrywać jak najgłębiej wszystko to, czym skazani chociaż mogą się ze sobą podzielić.
Trzymam w rękach order otrzymany z rąk nilfgaardzkiego Cesarza, miłościwie nam panującego Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd. Problem w tym, że ten order czuję, jak mi ciąży, niemal fizycznie. Ja, Angus Bri Cri, nie zasłużyłem na ten zaszczyt i wszystkie inne zaszczyty. Ja, Angus Bri Cri, gdyby nie sprzyjające okoliczności, dyndałbym sobie teraz na stryczku. Jednak ja otrzymałem order, nagrodę i wolność, a ktoś inny, zamiast mnie, zawisł na szubienicy. Wszystko kwestia szczęścia. Kiedy zostajesz dowódcą, zaczynasz grać w chorą wersję ruletki i zastanawiasz się, w którym miejscu zatrzyma się kulka. I, ewentualnie, kiedy.
Jeśli mogę być szczery, a chyba mogę, chcę teraz przede wszystkim świętego spokoju. Nie jestem zawodowym żołnierzem. Nie chcę i nigdy nie chciałem zabijać, jednak życie zmusiło mnie do dokonywania różnych wyborów. Teraz, pierwszego roku po wojnie, mogę odetchnąć z ulgą, o której zdołałem niemal zapomnieć przez ostatnie lata. Chcę żyć tak samo, jak gdy byłem dzieckiem i uciekłem w góry przed pożarem Doliny. Tylko, że teraz widziałem za dużo, by spać spokojnie i wiem, że nigdy nie uwierzę w to, że jestem bohaterem.

2