Śmiała się tuż przed śmiercią. Śmiała się, bo w gruncie rzeczy to nigdy nie lubiła tego charakterystycznego melodramatyzmu zazwyczaj związanego z umieraniem. Zapamiętał jej śmiech. Nie na długo, w końcu sam miał przed sobą niewiele czasu. Jednak- zapamiętał i było to ostatnie, co zapamiętał świadomie. Czy też może ostatnie, co wryło się w jego pamięć, świadomość i podświadomość i nie chciało go opuścić. Śmiała się, jakby nigdy nic, a potem przez ułamek sekundy wyglądała, jakby nie wiedziała, co się dzieje. Uchwycił jej spojrzenie, zdziwione na poły, a na poły wystraszone, jakby nie całkiem rozumiała, co się stało. Nie krzyczała, nie płakała, właściwie po prostu upadła rozkrzyżowawszy ramiona w geście dziwnej bezradności. Zaczerpnęła powietrza w ostatnim, rozpaczliwym oddechu, głęboko w płuca, przez otwarte szeroko usta. Kilkakrotnie zgięła palce, jakby próbując uchwycić się czegoś niewidzialnego, ale powietrze jedynie przemknęło przez jej dłonie i widział, jak w zwolnionym tempie upada, zdziwiona, na posadzkę. I jak umiera.
Krzyknął. Nie zauważając, że to robi. Już nie było po co zdobywać świata, co uświadomił sobie w kilka sekund później.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że ją znał. Znał w gruncie rzeczy niewiele osób, ale ona zdecydowanie była jedną z nich. Wiedział, że pachnie jaśminem z nutą goryczy, zazwyczaj zmieszanym z dymem i alkoholem. Wiedział, że jak śpi zaciska ręce na brzegu poduszki. Znał każde jej przyzwyczajenie, to, w jaki sposób trzymała kieliszek i jak bawiła się włosami, kiedy jej się nudziło. I nie lubiła much. Pamiętał te szczegóły, o wiele lepiej, niż niejedno znaczące wydarzenie przeszłości. Ona składała się przecież z tych szczegółów, jak specyficzna, ludzka układanka. Jakby ktoś chciał ją opisać zapewne użyłby tego banalnego i ociekającego kiczem porównania do płomienia, które nie wiedzieć czemu było względnie popularne, czasem zastępując mniej wyszukane epitety. Bella z pewnością bezlitosna, co zawsze liczyło się na plus. Ale to wiedzieli wszyscy i nie było trzeba wcale bliżej jej poznawać. Była okrutna, obojętna na ludzkie cierpienie, a nawet znajdująca w nim tą szczególną, pełną fascynacji radość. Ale to też wiedzieli wszyscy. Dlatego ważne były szczegóły. Dopełniały ją, tworzyły, kształtowały. To właśnie ułożenie włosów rozsypanych po atłasowej pościeli. To, że w wolnych chwilach lubiła patrzeć w gwiazdy. I czasem uśmiechała się przez sen.
A teraz nie żyła. Co gorsza, zabiła ją nędzna, gruba mamuśka z rudą roztrzepaną czupryną. Bellatrix zdecydowanie zasługiwała na lepszą śmierć, ale cóż, śmierć najwyraźniej bywa złośliwa. Prawdopodobne, że Bellę rozbawiło, że pani Weasley rzucając zaklęcie, w głupi sposób wykrzywiła usta i wyglądała trochę jak żaba. Bellatrix strasznie nie lubiła brzydoty, była poniekąd estetką, tylko, że gust miała nieco dziwny. Molly jednak zdecydowanie wpisywała się w kategorię osób, w mniemaniu Bellatrix, koszmarnie nieurodziwych. Gdyby mogła wypowiedzieć się na temat własnej śmierci, pewnie śmiałaby się z tej kobiety, bez głębszej refleksji. Rzeczywiście, refleksji nie lubiła nigdy. O wiele lepiej torturować ludzi bez refleksji. Krzyczą i tak zabawnie, po co marnować czas na nadmierne myślenie.
Voldemort złapał się na tym, że właśnie rozmyśla i doszedł do wniosku, że to wyjątkowo głupie. Bellatrix nie żyła, to był fakt niezaprzeczalny. Została zamordowana przez rudą, tłustawą u ubogą czarownicę, która w generalnym rozrachunku nie dorastała jej do pięt. To też był fakt, może nieco bardziej dyskusyjny. Ożywić jej się nie dało. Gdyby się dało, zrobiłby to bez wahania. Miał dziwnie bolesną świadomość, że się do niej przywiązał. I, o ile do miłości zdolny raczej nie był, to najwyraźniej potrafił odczuwać resztki pozytywnych uczuć. Bellatrix też nie kochała. Ani swojego męża, ani jego, ale z pewnością darzyła go zarówno podziwem jak i swoistym pożądaniem. Trudno stwierdzić, jak daleko sięgającym. Jednak po chwili Voldemort przestał myśleć.
I umarł. I warto zauważyć, że raczej tego nie żałował. Nawet przeciwnie, uznał w ostatniej chwili, że to całkiem dobrze się składa.

3