Przede wszystkim, nie znosił podróży. Zaliczały się do zajęć o szczególnym stopniu nudności, dodatkowo nie prezentujących najmniejszych pozytywów. Chyba, żeby podróż prowadziła w miejsce inne, niż domek babci. Dyzio nie odczuwał co prawda względem swej rodziny żadnych wyjątkowo negatywnych emocji, ale nie zmieniało to wcale jego nastawienia do spędzania tam wakacji. Chłopiec miał lat dziesięć, i co nie zdarza się za często, wyglądał właśnie na swój wiek. Poza tym był chłopcem nieprzeciętnej urody, chociaż trudno było dostrzec to pod sporą przykrywką zaschniętego błota, podejrzanego pochodzenia śladów po różnorakich smarowidłach, glinie, ziemi i najprawdopodobniej również pożywieniu. Pończochy na kolanach miał porozdzierane, brudne niemiłosiernie, a same kolana pokaleczone i posiniaczone jakby brał udział w manewrach na poligonie. W najlepszym razie. Szare, popielate włosy sterczały na wszystkie strony, mimo rozpaczliwych starań matki, by doprowadzić dziecko do stanu względnego porządku przed wizytą u babci. Włosów Dyzia nie dało się uczesać, po prostu stawiały opór. Bierny, czynny i oba naraz.
Wsiedli do pociągu. Matka Dyzia, kobieta szczupła, wysoka, o urodzie niepospolitej, wyglądała na bardzo zmęczoną. Chłopiec przeciwnie, zdawał się mieć niespożyte ilości energii, co z resztą jest cechą typową dla wieku. Gdy w końcu znaleźli pusty przedział, Dyziowi zalśniły się oczy. Niesamowicie zielone oczy. W przedziale bowiem siedzieli ludzie. A ludzie oznaczali zajęcie. Pierwszym, który zwrócił uwagę nieziemsko wynudzonego dziecka, był oficer w mundurze. Mundur był strojem tyle odmiennym od pozostałych w okolicy, że zdecydowanie wymagał zbadania. Zwłaszcza jego ozdobne guziki. Chłopiec, przepchnąwszy się przez pasażerów, usytuował się przed wojskowym i począł z ogromną starannością badać guziki. Oficer bez protestów zgodził się na owe oględziny i czekał z łagodnym spokojem końca obserwacji. Dyzio kątem oka dostrzegł zaś nowy obiekt zainteresowania, a mianowicie pałasz, wystający z płaszcza oficerskiego. Broń, czy to pałasz, czy cokolwiek innego, posiadała jak się można domyślić wiele cech tyle niezwykłych, co fascynujących, zwłaszcza dla dziesięciolatka. Niestety, oficer najwyraźniej dostrzegł zagrożenie mogące wyniknąć z broni w rękach chłopca i ukrył ów pałasz za plecami. Zdaniem Dyzia, tyle niepotrzebnie, co złośliwie. Przecież nie zamierzał nikogo nim kroić. Dorośli mieli wiele cech, których nie rozumiał. Wszędzie widzieli zagrożenia, których nie było i cały czas o nich mówili, ostrzegali, co było nudne. Bardzo nudne. Mimo ucha puścił uwagę matki, jakoby oficer miał obciąć mu owym pałaszem głowę i spojrzał za okno. Za oknem była stacja, a tam tory, a na nich stała lokomotywa. Wielka, czarna buchająca parą lokomotywa. W takich chwilach świat znikał, a właściwie sprowadzał się jedynie do punktu obserwacji, w tym momencie owej lokomotywy. To, że aby znaleźć się przy oknie musiał był nadepnąć kilka stóp i wysłuchać pisków dam, uznał za mało istotny drobiazg, wobec ogromu maszyny. Wbrew temu, co mogło się wydać, nie sprawiało mu wcale radości deptanie po czyichkolwiek nogach, stanowiło jedynie drogę do celu. A mianowicie okna. Dyzio, pochłonięty obserwacją lokomotywy, wywiesił się za okno, pilnując jednak, by nie wypaść. Trzymał się ramy okiennej i rozstawił nogi na dwóch siedzeniach, by utrzymać się w pozycji dającej jako takie bezpieczeństwo. I wtedy, gdy już wyobrażał sobie, ze podchodzi do fascynującej, czarnej lokomotywy, coś złapało go za pasek od spodni i ściągnęło na podłogę. Zanim zdołał się zorientować, co się właściwie stało, stracił równowagę i klapnął na siedzenie, z wyraźnie zdziwioną miną. Po czym rozejrzał się po przedziale. Twarze wszystkich dorosłych wyrażały niepokój, jakby nie dostrzegali oczywistego faktu, że Dyzio doskonale wie, ile i jak należy się wychylać przez okno, aby przez nie nie wypaść, a jednocześnie, aby zapewnić sobie odpowiednią dawkę adrenaliny. Mimo to, większość obecnych dorosłych, włączając w to oczywiście matkę, wydała mu się względnie sympatyczna. Poza jednym. Mężczyzna był w sile wieku, wąsaty, o twarzy ponurej i dziwnie nieprzyjemnej. I patrzył się na niego, na Dyzia, ze złością. Chłopiec też na niego spojrzał i zmarszczył nieświadomie nos. Zdecydowanie to on był winny przerwania obserwacji lokomotywy, uznał chłopiec i z niechęcią zaczął przyglądać się jegomościowi. Miał ogromna ochotę coś zrobić, byle tylko pozbyć się wrażenia, że mężczyzna się na niego gapi. Ostatecznie jednak oparł się o siedzenie i wyłożywszy nogi na krześle naprzeciwko, postanowił przeczekać. Gdyby tylko nie ów nieprzyjemny współpasażer, podróż zapewne dobiegłaby końca bez strat moralnych wszystkich obecnych. Jednak mężczyzna patrzył się na niego. Patrzył się tak zawzięcie i tak antypatycznie, że w końcu chłopiec nie wytrzymał i trącił go czubkiem buta. Miał co prawda ochotę wziąć ów but i zdzielić go nim po głowie, ale instynkt samozachowawczy, w zaniku czy nie, to jednak posiadał. Tylko, że człowiek miał takie paskudne, złośliwe oczy, które niemal zdawały się wołać: "no, zaatakuj mnie, zaatakuj". Dyzio nie miał złych zamiarów względem nieprzyjaznego doktora, nawet, jeśli ów doktor kojarzył mu się z olbrzymem z bajki, który planuje go zjeść, a na pewno jeszcze nie wtedy. Jednak humor psuł mu się z chwili na chwilę, a nuda dopełniała dzieła. Poza tym doktor patrzył dziwnie. Dyzio nie potrafił co prawda sprecyzować, co nie podobało mu się w tym wzroku, ale nie podobało się na pewno, i to coraz bardziej. Dzieci najwyraźniej posiadają zdolność wyczuwania różnych rzeczy nawet, jeśli maja problem ze sprecyzowaniem, o co właściwie im chodzi. Tym czasem mężczyzna przesunął się o milimetr w stronę jego stóp. Dyzio zmienił więc ich położenie o kolejny milimetr, w drugą stronę, zastanawiając się, jaki dziwny cel może mieć dorosły w takim przemieszczaniu się po krześle. Gdy doktor przesunął się znowu, chłopiec zabrał nogi i pokazał mu język. Sam nawet nie wiedział, czemu właściwie to zrobił, ale miał poczucie, że jest do tego jak najbardziej uprawniony, nawet, jeśli konsekwencją była nieprzyjemna uwaga matki i obrażone miny jakichś dam. Doktor zdecydowanie należał do tych dorosłych, którym języki pokazywać można, a nawet należy, zwłaszcza, kiedy przesuwają się w twoją stronę po krześle, nawet, jeśli są na nim jedynie twoje nogi. Dyzio uważał swoje nogi za niezaprzeczalną część własnej osoby i wcale nie chciał, by znajdowały się bliżej antypatycznego wąsacza.
Podróż trwała w najlepsze, gdy Dyzio zauważył, że mężczyzna wodzi po nim wzrokiem znacznie bardziej zawzięcie, korzystając zapewne z faktu, że oficer pogrążył się w lekturze gazety, damy dyskutowały o konfiturach, a matka chłopca przysnęła. Kiedy jednak doktor zmienił miejsce na miejsce obok Dyzia, miarka się przebrała. Chłopiec począł z cała zawziętością trącać go, kopać niby to przypadkiem, wspierać się na nim w niewygodny sposób całym ciężarem, by w końcu posunąć do się do obrony koniecznej w bardziej drastycznych formach. Wydobył spod siedzenia patyk z przywiązanym doń sznurkiem i wpakował go doktorowi w but. Działanie nie należało co prawda do przemyślanych, ale efekt dało pożądany. Matka chłopca, zbudzona protestem wąsatego mężczyzny, kazała synowi zaprzestać drażnienia go. Dyzio uśmiechnął się z satysfakcją i wbił wzrok w okno. Doktor tymczasem wrócił na swojej poprzednie miejsce, z wielce nieszczęśliwą miną. Chłopiec zaś, czując się zdecydowanie bezpieczniej pod czujnym okiem matki, z której nadopiekuńczości cieszył się po raz pierwszy w życiu, zasnął, wsparty na swoi ramieniu i wsunął głowę za zasłonkę. Obudził się dopiero, gdy podróż dobiegała końca i z ulgą zaobserwował, że miejsce zajmowane przez problematycznego jegomościa, jest puste. Humor wrócił mu od razu i zaczął wypytywać damy o jakieś nieznaczące drobiazgi, a oficera o służbę w armii. Wszystko było w jak najlepszym porządku, aż do chwili, gdy przyszło im przesiąść się z pociągu do powozu. Po pierwsze, Dyzio nie znosił jazdy powozem, jako szczególnie nudnej, po drugie w powozie, usadowiony wygodnie na siedzeniu, był nie kto inny, a wąsaty prześladowca z pociągu. Chłopiec zrobił nieszczęśliwą minę i spojrzał na matkę z wyrzutem. Kobieta jednak, zmęczona podróżą, wsiadła do powozu, a synowi poleciła usiąść koło doktora, z którym zaczęła rozmowę. Dyzio o mało się nie zadławił ze złości,gdy zorientował się, że doktor manipuluje ręką gdzieś w okolicy jego nogi. Zagryzł jednak zęby i nie zważał na czynione ataki aż do chwili, gdy cierpliwość, już i tak nadwątlona po podróży pociągiem, po prostu się wyczerpała. Wówczas chłopiec bez słowa odsunął się nieco i zaczął z pełną determinacją drapać mężczyznę po łydce patykiem. Nie to, żeby drapanie go sprawiało mu radość. Przeciwnie, miał wrażenie, że noga, którą atakuje, ani nie jest ładna, ani interesująca, ale drapanie zapewniało ochronę zarówno przed dziwnym patrzeniem, jak i innymi objawami zainteresowania. W końcu doktor ze złością odsunął rękę chłopca. Dyzio, coraz bardziej zły, wrócił natychmiast do przerwanej czynności. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie, gdy w końcu doktor wysiadł z powozu i najwyraźniej zamierzał wyciągnąć Dyzia ze sobą, twierdząc, że go zbije. Chłopiec zaś, w ostatecznej desperacji, ugryzł go w rękę i wlazł za największą walizkę, uznając ją za wystarczającą obronę przed niepoczytalnym dziwakiem. Ku jego wielkiej uldze, doktor zabrał swoje bagaże i , najwyraźniej zrezygnowawszy z bicia, powlókł się pieszo w stronę miasteczka. Dyzio odetchnął z ulgą i wylazłszy zza walizki, przeniósł się na miejsce koło woźnicy i ją rozprawiać z nim o wszystkim i o niczym, z radością wypytywać o godziny karmienia koni i imiona wszystkich jego córek. Największą jednak radość tego dnia sprawiło mu pokazanie języka wąsaczowi, który wlókł się wzdłuż błotnistej drogi, z wyraźnie nieszczęśliwą miną.
Koniec.

1