Tekst, który teraz macie przed sobą napisałam jako swoistą wprawkę literacką. Jak to kiedyś podsumowałam, mam właściwie ten las w ... pewnym miejscu i i tak wolę Sarumana i jestem zwolenniczką industrializacji i nie ma dla mnie nic piękniejszego niż wielka armia Uruk-hai, ale cóż, zadanie sobie postawiłam i tekst powstał. Enjoy.
Wdychał jej zapach. Pachniała wodą, deszczem, błotem, wilgocią liści. Srebrzysta, nieuchwytna śmiała się, znikała raz za jednym drzewem, raz za drugim, zwinnie przeskakując nad potokami, po kamieniach, po śliskich pniach zwalonych wichurą dębów, brzóz, buków, czasem kryła się w gałęziach wierzb, które chyliły swe głowy nad ciemnymi wodami rzeczek i strumyków mknących chyżo po kamieniach lub z wolna, leniwie toczącym się wśród sitowia. Biegła lekko, jakby leciała, niemal nie dotykając bosymi stopami leśnego runa, odwracała się, kusiła, jej włosy ni to złote, ni srebrne, jak utkane z jakiejś niezwyklej nici, która potrafi zmieniać barwę, we mgle zdaje się biała, połyskliwa jak nić pajęczyny skropiona rosą, w słońcu zabarwia się setkami odcieni złota, ledwie uchwytnymi dla oka, lśniącymi, migotliwymi. Biegła, a spod jej stóp uleciał w niebo lekki puszek dmuchawca, kilka kropelek z ostatniego deszczu spadło z sosnowej gałęzi, która pachniała mocno, żywicznie, nieco gorzko, ale i słodko zarazem. Biegł za nią, dotrzymywał jej kroku, zawsze zostając nieco w tyle, patrzył na nią, na jej piękno, które pragnął jedynie podziwiać, bojąc się, że nieuważnym gestem, słowem spłoszy ową nimfę leśną, rusałkę, która droczyła się z nim, słodka i roześmiana, a czasem nawet śpiewała, siedząc na grubym wierzbowym konarze nad samą wodą, a wiatr poruszał jej włosami, i wierzbowymi szarymi liśćmi. Siadał wtedy i słuchał jej głosu i niczego więcej nie pragnął, bo nic nie było tak piękne, tak czyste, kryształowe i dźwięczne. Nie rozumiał ani słowa, ale barwa jej głosu zdawała się oszałamiać go, aż popadł w stan między snem, a jawa, miał wrażenie, że leci, unosi się, płynie gdzieś w przestworzach, widząc cały las, i nic nie wydawało mu się piękniejsze.
Czasem przechadzał się wśród starych drzew, rozmawiał z nimi, wsłuchiwał się w ich szumiące głosy, a one opowiadały mu starodawne baśnie, których żaden ze śmiertelnych nie pamiętał, o zamierzchłych czasach, o wielkiej puszczy, o mateczniku, gdzie zwierzęta chronią się przed myśliwymi i gdzie nikt z ludzi nie ma wstępu, o zasiekach z pni, wielkich mrowiskach, rozłożystych szyszkach sosen i świerkowych gałęziach, igłach modrzewi co zielenieją na wiosnę, o śniegu co zimą okrywa staw miękkim puchem, i o rusałkach, nimfach wdzięcznych córkach lasu, o starych entach, które dawno już stały się nieme jak drzewa i nie poruszają już gałęziami, chyba że wiatr nimi szarpie i milczą, senne i ciche, a wokół nich rosną młode pędy i jagody wydają smakowite, słodkie owoce. Gdzieś w dali widział góry zawsze pokryte śniegiem, odległe i tajemnicze, ostre skały, urwiska, poszarpane granie po których skaczą tylko najmłodsze kozice nie zważając na niebezpieczeństwo, jęzory lodowców i głębokie jaskinie, w których wedle legend drzemią demony. Gdyby chciał, zauważyłby ponad koronami drzew cień czarnej wieży Orthanku wżynającej się w niebo jak wielki ostry kieł. Jednak nie patrzył w tamtą stronę, udając, że wieży wcale tam nie ma, a jej cztery ostrza nie rozdzierają białych obłoków. Wolał usiąść na omszały kamieniu i cieszyć się zapachem lasu, który zdawał się żyć, oddychać szelestem wiatru, żywić grzybami, dzikimi poziomkami, malinami, które latem wydawały najsłodsze i najbardziej aromatyczne owoce i jeżynami rosnącymi na słonecznych polanach. Tutaj był bezpieczny, nie niepokoił go nikt, ani nic, żaden człowiek, ani żadne zwierzę, e żadne lęki codzienności, wszystko odchodziło w niepamięć, kiedy tylko przekraczał zieloną granicę puszczy. Uważał ją za swój sekret, nikt nie wiedział, gdzie znika na długie godziny, ale i nikt nie pytał o to. Każdy trzynastolatek ma prawo do swych dziecięcych jeszcze tajemnic. Może myśleli, że wraz z kolegami buduje domek na którymś z drzew w wielkim sadzie wuja Gilberta, a może podejrzewali go o podkradanie owoców wiśni z ogródka ciotki Lane. Kiedy wracał do domu, tęsknił już za swoim sekretnym miejsce, gdzie mógł znikać przed światem, cieszyć się ciszą dzwoniącą w uszach, a wieczorem gonić świetliki nad stawem.
Pewnego dnia obudził go zapach dymu i strach, niezrozumiały i dziwny, obcy, który wgryzał się w jego serce, nie pozwalając zasnąć. Wykradł się cicho z łóżka, by nie obudzić śpiącej jeszcze małej siostrzyczki, oknem wyskoczył do ogrodu i zwrócił się w stronę puszczy.
Kłęby czarnego, duszącego dymu unosiły się znad drzew, a sponad nich sterczał w niebo Orthank, jak złośliwy palec celujący w niebo zadowolony z własnego okrucieństwa. Z dala dobiegały okrzyki, a równa linia lasu zdawała się kurczyć, znikać, kłaść pod ostrzami siekier i pił. Ogień dostrzegł później, gdy wiatr zawiał w jego stronę, przynosząc dym. Przeskoczył płot odgradzający ogród od drogi i popędził w stronę lasu. Tu jeszcze nic mu nie groziło, puszcza oddzielała Isengard szeroką linią drzew, jednak wiedział, czuł, że nadchodzi niebezpieczeństwo to, które pali las, wypuszcza kłęby dymu, niszczy wszystko, co napotka na swej drodze i nie rozumiał tego. Biegł drogą, by skręcić tam, gdzie zwykle, w maleńką ścieżynkę prowadzącą od jego chatki przez brzozowy zagajnik, buczynę aż do stawu, gdzie nimfa śpiewała w wierzbinie i dalej, przez potoki, rzeczki, polany aż w najpiękniejsze ostępy matecznika, nieskalane ludzką ręką. Tym razem było zupełnie cicho, drzewa nie szeptały swoich historii, powietrze zdawało się stać w miejscu, ciężkie i rozgrzane, trawy jakby pożółkły, liście skurczyły się, ani jeden ptak nie śpiewał, ani jedna rusałka nie brodziła w wodzie strumyka, okryta jedynie płaszczem swych zielono srebrzystych włosów przyozdobionych liliami i kaczeńcami. Las zdawał się stać i czekać, pełen niepokoju, wsłuchany w trzask płonących szczap, szelest liści walących się drzew, wyszarpywanych linami z ziemi, ciągniętych po kamieniach, palonych, niweczonych, jedno za drugim. Wszystkie stworzenia zamilkły, żadne nie śmiało się świergotliwie, nie przebiegało zwinnie po gałęziach młodych olch i białych brzóz. Nawet rude wiewiórki nie poszukiwały zakopanych na jesieni orzechów bukowych gdzieś pomiędzy korzeniami.
Stał i patrzył w górę, na niebo, po którym pomiędzy białymi obłokami płynęły inne, czarno szare, cuchnące i gorzkie, smoliste, lepkie. Mimowolnie spojrzał w stronę wieży, a ta stała jak wcześniej, chociaż teraz wydawała się o wiele bliższa i jeszcze czarniejsza niż niegdyś. Cztery ostrza dumnie skierowane w górę, dumne z własnej potęgi, niezdobyte, potęga zbudowana na zgliszczach. Zaczął biec.
Minął polanę, na której rosły jagody, przeskoczył mały wąwóz pełen zielonych i rudych mchów i szarych porostów kryjących się w zakamarkach kamieni i porastających pnie starych świerków, usypany z kamieni mały kurhanek, jedyny ślad obecności człowieka, a może elfa, na którym spomiędzy odłamków czarnej skały wyrastały nieśmiało różowe kwiatki o delikatnych płatkach. Niektórzy mawiali, że rosną na grobach, ale jakie to właściwie miało znaczenie. Las był grobem, cały żył i umierał jednocześnie, dając schronienie odchodzącym i przychodzącym na świat, nie szukał granicy między życiem i śmiercią, nie dostrzegał jej, ciągły i doskonały. Pędził ścieżynką wydeptaną przez zwierzęta idące do wodopoju, aż nagle upadł. Kiedy podniósł głowę, zobaczył szarość.
Równinę pokrywały kikuty drzew, czarne i martwe, sterczące jak złośliwa parodia górującej na doliną wieży. Isena znikła, nie nawadniała już zielonych terenów swą życiodajną wodą, a tam, gdzie niegdyś płynęła teraz z dziur wydrążonych w ziemi unosiły się duszące wyziewy. Leżał nieruchomo, wpatrzony w obraz zniszczenia, w tryumf potęgi ludzi i orków nad pięknem i czystością natury, teraz zdegradowanej i sprowadzonej do materiału na opał. Znikły błękitne zakola rzeki porośnięte przez sitowie i małe, błękitne niezapominajki, nie kołysały się na wodzie ciężkie, białe wodne lilie, żaden motyl o barwnych skrzydłach nie fruwał wśród kolorowych kwiatów na łąkach. Nigdy nie był przy samej wieży, chronionej grubym i wysokim murem, jednak z góry mógł dostrzec, że kiedyś rosły tam drzewa owocowe, które na wiosnę obsypywały miliardy małych, białoróżowych kwiatków, stały majestatyczne topole, co w czerwcu pyliły tak mocno, że wyglądało, jakby to śnieg padał latem. Teraz była pustka, ciemnoszara, ponura i duszna, rozgrzana tak, że powietrze zdawało się drżeć. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął płakać.
Wracał do domu wolno, noga za nogą, siąkając nosem.
Opuścili swoją chatkę, maleńką osadę w sercu lasu, uciekli aż na niziny Rohanu. On, mała siostrzyczka, ojciec, ciotka Lane, wujek Gilbert, a nawet stara sąsiadka, zgarbiona i siwa, ale ona nie przeżyła przeprawy i musieli pochować ją wśród zielonych pól, gdzie kwitły maki i chabry. Przynajmniej miała piękny pogrzeb.
Nie chciał wracać do lasu, wiedział, że dumna czarna wieża Orthanku będzie wodzić za nim wzrokiem, wpatrzona jak złośliwy jastrząb w swoją ofiarę. Jednak czas płynął, na wschodzie gromadziły się chmury i strach padł na wszystkich mieszkańców wioski. Krążyły pogłoski, że idą ze wschodu, i z zachodu, ze mają czarne zbroje i czarną skórę, że niektórzy noszą hełmy z symbolem białej reki, że palą, niszczą i zarzynają, nic nie zostaje po wioskach, przez które przejdą, ani jedna żywa dusza nie przemknie się, unikając okrutnej śmierci. Bał się, i pewnego dnia zrozumiał, że strach był tylko zapowiedzią tego, co nadchodziło. Wojna siała zniszczenie, płonęły stepy, pola, lasy, rzeki spływały krwią, zewsząd unosiły się dymy. Przyszli i do nich, niewiele z tego pamiętał, ale widział jak jego ojciec staje w drzwiach, rozkłada ramiona, jak krzyczy, a potem strzała przeszywa mu pierś, wbija się głęboko, przechodzi na wylot przez samo serce, widział jak siostrzyczka ucieka przez pole, a dokoła niej płonią zboża, maki, chabry, jak potem pali się na niej sukienka, włosy zmieniają się w kurtynę ognia, a ona krzyczy tak rozdzierająco. Jednak coś w nim zmusiło go do ucieczki i sam nie wiedział, jak to się stało, że żadna ze strzał nie przebiła go, ani żaden miecz nie ranił. Zdołał przedrzeć się niezauważony aż w zarośla porastające pagórek za domem, gdzie wspiął się po gliniastym podłożu aż na szczyt i dalej popędził na oślep w stronę gór. Z tego czasu nie pamiętał nic, wszystko było dziwnie poszarpane i niewyraźne, mijał popalone wsie i widział stosy ciał leżące na polach, głowy wbite na zaostrzone tyki i sztachety płotów, duszący zapach dymu i krwi sprawiał, że kręciło mu się w głowie. Czasem musiał chować się, gdy potwory w czarnych zbrojach szukały niedobitków, charkocząc coś do siebie w niezrozumiałej, przykrej dla ucha mowie. Zapamiętał tylko jeden obrazek, jakby zatrzymał się czas. Jasnowłosa, chuda dziewczyna stała przed płonącym domem i śmiała się jak szalona, trzymała w ręku topór, cały unurzany we krwi ludzkiej, czerwonej, miała twarz we krwi, ręce, skórzaną zbroję podobną do pozostałych potworów. Przez moment stał zapatrzony w nią jak w jakąś boginię wojny i śmierci, o strasznych oczach, ale zaraz znów zaczął biec, nie zważając na zmęczenie. I dotarł w miejsce, gdzie niegdyś rósł las, sam nie wiedząc kiedy, jakby prowadziła go nieznana siła, podsuwając owoce, gdy był głodny i czystą wodę, by mógł ugasić pragnienie.
Dolina Iseny czerniała wśród zielonego jeszcze lasu, jednak o wiele mniejszego, niż zapamiętał. Przedostał się drożyną wijącą się wśród resztek brzóz i młodych olch, aż do puszczy, które ostępy w niczym nie przypominały dawnej żywej zieleni przepełnionej szeptami, szelestami i rozmowami drzew, świergotem ptaków i trzepotem setek skrzydeł. Las stał nieruchomy i cichy, jakby opłakiwał utraconych przyjaciół, ani jedno drzewo nie śmiało odezwać się głośniej, zakołysać gałęziami. Jednak najstraszniejszy widok przedstawiało miejsce, w którym niegdyś czerniały wody stawiku, nad którym stara wierzba chyliła konary. Ukląkł w błocie i wbił wzrok w czarny kikut niegdyś będący drzewem o szarozielonych liściach, w którego koronie kryła się piękna rusałka o dźwięcznym głosie. Stawik znikł zupełni, jedynie błotnista dziura w ziemi przypominała o jego istnieniu, sitowie wyschło, ani jeden kaczeniec nie złocił się wśród traw, teraz zeschniętych i rudawych. Płakał, z bezsilnej złości i smutku, który wypełniał go całego.
Wspomnienia migotały mu przed oczyma, widział ją jak biegnie przez potok, rozbryzgując srebrzyste kropelki, roześmiana, delikatna i zwiewna jak mgła o świcie, a potem jak przeskakuje z kamienia na kamień, nie zostawiając śladów stóp na mokrym mchu. A potem przysiada na konarze wierzby i czesząc długie włosy śpiewa mu piosenki, których nie rozumie, szeleszczące jak liście dębów, rzewne jak słowicze trele i wesołe zarazem. Wpatrzony w nią uśmiecha się i czuje, jak radość wypełnia jego serce, jak niemal je rozrywa, tak bardzo pragnie sam zaśpiewać.
Zerwał się wiatr i przyniósł gorące powietrze znad kuźni Isengard. Duszący dym wyrwał go z marzeń, otrzeźwił. Otworzył oczy i dostrzegł cień przemykający nad błotnistą ziemią. Zerwał się i pobiegł, z trudem podnosząc nogi grzęznące w błocie po kostki. Cień umykał przed nim, unosząc się nad spaloną trawą, zdawał rozpływać czasem, a czasem gęstnieć jak dym z ogniska rozwiewany przez wiatr. Poznał ją, choć już nie śpiewała, nie śmiała się, tylko jej duch unosił się nad błotem i kikutami martwych drzew. Zdawała się tańczyć, odległa i nieosiągalna, co chwila znikając w promieniach słońca, wystraszona na poły, na poły niewyobrażalnie smutna. Wołał za nią, żeby poczekała, ale ona tylko jak cień przefrunęła i znikła tam gdzie rosła jej ukochana wierzba. Usiadł na kamieniu. Ciszę przerywały pojedyncze wrzaski, przekleństwa, stukot siekier i metaliczne dźwięki kuźni. Nawet nie zorientował się, kiedy zasnął z głową w ramionach.
Orthank górował nad czarną doliną Iseny, a ze szczytu wieży Saruman obserwował swoje dzieło zniszczenia.

Review