Dla B i pozostałych 14 osób, które przeczytały Prolog i dały mi nadzieję, że to opowiadanie ma jakieś szanse.

Nie obiecuję regularnych rozdziałów, mogę tylko powiedzieć, że od dzieciństwa kocham postaci, o których będę pisać i nie zamierzam ich porzucać. Zwierciadło Czasu skończę, ale kiedy niestety nie wiem. Na razie OUAT trzyma mnie mocno, a do kompletu dochodzą zajęcia z Literatury Angielskiej

A teraz coś dla was. Oto jak ja wyobrażam sobie naszych ulubieńców. A że to już żadna tajemnica mogę spokojnie nazwać ich po imieniu.

Jennifer Mallory/Guinevere - Rachelle Lefevre

William Mallory/Artur - Noah Huntley

Dean Mallory/Mordred - Alexander Vlahos

Reszta twarzy w kolejnych rozdziałach, albo na życzenie na PM.

PS. W prologu pojawiła się jeszcze jedna scena na samym końcu. Nie krępujcie się. Bardzo chętnie usłyszę co na jej temat sądzicie


Yesterday...

All my troubles seemed so far away;

Now it looks as though they're here to stay.

Yesterday, The Beatles

Przez chwilę trwała w bezruchu. Potem kolana ugięły się pod nią i upadła na zimne kafelki. Chłód na moment ją otrzeźwił, ale była to ulga chwilowa. Wspomnienia zalały ją niczym tsunami i Jennifer natychmiast w nich utonęła. W jej głowie dwa życia zlewały się w jedno powodując niewyobrażalny ból głowy. Nie żałowała tego jednak. W jednej chwili pamiętała wszystko co pozostawało ukryte przed jej wzrokiem przez ostatnie dwadzieścia osiem lat. Pierwszy raz od bardzo dawna wiedziała dokładnie kim była i jak znalazła się w tym dziwnym miejscu, tak daleko od domu.

- Guinevere… - własne imię, a jednak dziwnie smakowało na jej języku. Zdawało się obce, całkiem jakby należało do całkiem innej osoby, dawno, dawno temu – Guinevere…

Płonący w kominku ogień rzucał długie, migoczące cienie na ściany biblioteki. Ciszę przerywał tylko odgłos przewracanych kartek i trzask polan w palenisku. Za oknami zapadł już zmrok i królewska para cieszyła się spokojnym wieczorem przed udaniem się na spoczynek.

- Wasza Wysokość! – gdyby nie przerażony ton i strach w oczach pazia, Artur pewnie zrugałby go srodze za nieuzasadnione, a co więcej nagłe wtargnięcie do prywatnej, królewskiej biblioteki. Wystarczyło jednak jedno krótkie spojrzenie na struchlałego podrostka w karmazynowej liberii, by całkiem zapomniał o gniewie, Guinevere mogła odczytać to z jego oczu.

- Co się stało, chłopcze? – odezwała się w celu przerwania nieprzyjemnej ciszy. Wstała ze swojego miejsca na szerokim parapecie i poprawiając suknię dołączyła do męża przy kominku.

- Po…posłaniec od Ich Wysokości, Królowej Śnieżki i Króla Jamesa. – wydyszał z trudem chłopiec, czerwony na twarzy z wysiłku. Musiał przebiec całą drogę z dziedzińca, by jak najszybciej przekazać im tę wiadomość.

Guinevere i Artur wymienili zaniepokojone spojrzenia. Nie dalej jak kilka miesięcy wcześniej otrzymali wieści o przygotowaniach do królewskiego ślubu na południu i natychmiast wysłali młodej parze najszczersze życzenia razem z prezentem ślubnym. Nie spodziewali się usłyszeć od swoich sąsiadów tak szybko, chyba że w jakieś ważnej i strasznej sprawie.

- Proś go! – rozkazał od razu Artur, nieco ostrzej niż zamierzał. – Proś natychmiast!

- I zadbaj, by przyniesiono tu coś do jedzenia i picia dla naszego gościa. – dorzuciła królowa, kładąc dłoń na ramieniu męża, by z jego bliskości czerpać siłę, a zarazem dodać mu otuchy.

Chłopiec przytaknął pospiesznie i zaraz zniknął pozostawiając królewską parę samą. Guinevere elegancko zajęła miejsce na fotelu naprzeciw Artura i przez moment zajmowała się układaniem swojej spódnicy, co pozwoliło jej zebrać myśli. Dopiero potem spojrzała na męża.

- Coś się wydarzyło. – stwierdził Artur posępnie. Blask płomieni igrał w jego jasnych włosach w postaci rudych refleksów. Usta miał mocno zaciśnięte. – Coś złego.

- Myślisz, że Zła Królowa… - Guinevere nie dokończyła. Opowieści o okrucieństwie monarchini dotarły i do Camelotu i sama myśl o tej strasznej kobiecie posłała ciarki wzdłuż kręgosłupa młodej władczyni.

- To możliwe. – Artur przytaknął z zamyśleniem. Żadne z nich nie zauważyło służących, którzy na stoliku tuż obok przygotowali prawdziwą ucztę dla zdrożonego wędrowca.

- Camelot pomoże Śnieżce i jej mężowi. – bardziej stwierdziła niż spytała Guinevere. Zbyt dobrze znała swego małżonka, by wątpić w jego decyzję.

Nie zdążył się odezwać, bo oto do biblioteki wkroczył posłaniec, młody mężczyzna o strudzonym obliczu, odziany w strój podróżny pokryty kurzem i piachem. Skłonił się nisko przed królewską parą, zamiatając podłogę kapeluszem i z wdzięcznością przyjął puchar z winem przyniesiony przez sługę i wychylając go jednym łykiem.

- Ich Królewskie Wysokości, miłościwie nam panujący Śnieżka i James, pozdrawiają Was, Panie i Waszą szlachetną małżonkę. – przemówił w końcu, głosem donośnym i miłym dla ucha. – Niestety wieści, jakimi muszą się z Waszą Wysokością podzielić nie są sprzyjające…

I opowiedział im o klątwie Złej Królowej, o straszliwym zagrożeniu nadchodzącym z zachodu. A kiedy skończył prośbą o pomoc w znalezieniu ratunku i wyraził żal za to, że cała kraina cierpi z powodu jego pani, w bibliotece zapadła grobowa cisza. Podczas jego przemowy ogień przygasł i komnata pogrążyła się w ciemności pasującej do nastroju. Guinevere zadrżała z zimna i strachu.

- Podziękuj Ich Wysokościom… - powiedział wreszcie Artur, a w jego głosie słychać było takie zmęczenie, że królowa aż straciła dech. Zaraz jednak się opanował i w mgnieniu oka znów przybrał królewską postawę. Patrząc na jego proste plecy i dumnie uniesioną głowę łatwo było uwierzyć, że podoła wszystkiemu co rzuci na niego los. – I przekaż im, iż uczynimy wszystko by zatrzymać klątwę i uratować Zaczarowany Las. Klnę się na honor, że nie spocznę póki pokój nie zapanuje na powrót w całym królestwie.

Otwierane z impetem drzwi uderzyły o framugę, ale kobieta nie miała siły by podnieść się z podłogi i sprawdzić kto wtargnął do jej domu. Wciśnięta w kąt mogła tylko mocniej przycisnąć się do ściany i zakryć uszy dłońmi próbując wytłumić wszelkie bodźce zewnętrzne. Mocno zacisnęła powieki. Nowe-stare wspomnienia wirowały w jej głowie, nie zwalniając ani na chwilę i doprowadzając ją do obłędu.

Nie słyszała kroków. Nie widziała jak mężczyzna wchodzi do kuchni, lecz on zauważył ją od razu i z miejsca rzucił się do niej na podłogę. Kucnął przed nią i ujął jej twarz w dłonie. Ciepło jego ciała wybudziło ją z apatii. Otworzyła oczy i napotkała jego spojrzenie.

- Ginny… - szepnął z nabożną czcią, odgarniając jej zbłąkany kosmyk za ucho. Opuszki jego palców były stwardniałe i teraz kobieta wiedziała już dlaczego. Od czyszczenia garów i sprzątania, gdy był dzieckiem, od miecza, kiedy stał się rycerzem, a potem królem. Pamiętała to wszystko, choć zaledwie pół godziny wcześniej nie miała o niczym pojęcia. – Ginny…

- Artur…

Spojrzała na niego i po raz pierwszy ujrzała go w innym świetle. Z pozoru nie zmienił się wcale. Ta sama twarz, te same włosy, te same oczy. A jednak na pierwszy rzut oka można było odróżnić Willa Mallory'ego od Artura Pendragona. Gdzie pierwszy był niepewny, drugi świetnie znał swoją wartość i był dumny ze wszystkich swoich czynów. Zniknął zwykły prawnik z przedmieścia. Na jego miejscu stał prawdziwy król, monarcha o którym pisano pieśni. Żywa legenda.

- Artur… - szepnęła, a w jej oczach ukazały się łzy. I nim się spostrzegła już rzuciła mu się na szyję, śmiejąc się i płacząc jednocześnie. – Artur!

Padli oboje na ziemię, on pierwszy, ona na niego i choć podłoga była nieznośnie zimna długo na niej leżeli zanosząc się śmiechem tak głośnym i nieprzerwanym, że aż bolesnym. Tak szczęśliwi nie byli od długich dwudziestu ośmiu lat.

- Udało jej się. – szepnęła z bezbrzeżną radością Ginny, wtulając się w ciepły tors Artura, gdzie pod koszulą biło mocno jego serce. Teraz już wiedziała jak ogromne znaczenie miał przyjazd Emmy Swan, nowej pani szeryf do Storybrooke i nigdy jeszcze nie była za nic tak wdzięczna jak za ten fakt. – Naprawdę jej się udało.

- Dziwi cię to, moja miła Ginny? – spytał z uśmiechem Artur, patrząc na nią z rozbawieniem i miłością. – Jest w końcu córką Śnieżki i jej Księcia. Jeśli ktoś mógł nas uratować to tylko Dziecko Prawdziwej Miłości.

- Ale po tym co powiedziała nam Pani Jeziora… - kobieta zawahała się, nie wiedząc czy powinna kontynuować. Przełknęła ślinę. – Nie wiedziałam czy jest sens mieć nadzieję.

Białe opary wzbijały się ponad spokojną taflą wody, kryjąc przed oczami śmiertelnych legendarną wyspę znajdującą się na środku jeziora. Przybrzeżne szuwary kołysały się, poruszane wiatrem, który zdawał się wiać tylko dla nich.

Guinevere nigdy nie widziała drugiego takiego miejsca jak jezioro Avalon. Było coś mistycznego i tajemniczego w tej nieruchomej tafli ciągnącej się aż po horyzont. Pięknego. Wiedziała jednak, że w oczach jej męża wszystko wyglądało inaczej.

- Arturze… - odezwała się cicho, ale urwała, nie wiedząc co powiedzieć.

- Czuję się dobrze Ginny. – odparł król, nie spuszczając wzroku z jeziora. Położyła mu dłoń na ramieniu i ścisnęła lekko, oferując swoje wsparcie.

Za ich plecami zarżał nerwowo gniadosz Artura przywiązany do drzewa obok jej własnej, izabelowatej klaczy. Oprócz nich i koni nie było w pobliżu nikogo.

- Iść z tobą? – spytała z wahaniem. Nie miała pojęcia jak przyjmie tę propozycję. Artur pokręcił z rozmysłem głową.

- Muszę to zrobić sam. – stwierdził posępnie, po czym ruszył do przodu. Powoli, krok za krokiem zbliżył się do jeziora i wszedł do wody po kolana. Przez chwilę nic się nie działo. Potem coś na kształt dreszczu przebiegło przez taflę i ich oczom ukazała się ta, dla której tu przyjechali.

Pani Jeziora szła ku nim po wodzie, a nie było na ziemi istoty piękniejszej niż ona, Guinevere przyznała to z zazdrością. Uroda jej zdawała się wręcz nieziemska, wskazując od razu na magiczne pochodzenie tej niezwykłej istoty. Miała długie, ciemnobrązowe włosy sięgające ud i kremową skórę bez żadnej skazy. Jej rysy były delikatne i niewinne, choć jednocześnie biła z nich jakaś nieopisana siła. Zdawała się jaśnieć wewnętrznym światłem, kiedy tak szła po jeziorze, coraz bardziej zbliżając się do Artura

- Witaj mój panie. – odezwała się ze smutnym uśmiechem, który nie sięgnął jej spojrzenia. Jej oczy miały ten sam kolor co woda i wpatrywały się wyłącznie w monarchę. – Co mogę dla ciebie zrobić?

- Potrzebujemy twojej pomocy, o Pani. – odparł Artur, przyglądając się jej tak samo jak ona przyglądała się jemu. Z taką samą tęsknotą. – Niebezpieczeństwo wisi nad całym Zaczarowanym Lasem.

- Ach tak, słyszałam o klątwie Złej Królowej. – westchnęła wróżka, a wyraz jej twarzy powiedział Guinevere wszystko co wiedzieć powinna, a nawet więcej. – Niestety, moja moc nie sięga do królestw na południu. Nie mogę nic zrobić.

- Więc nie ma ratunku? – spytała z rozpaczą królowa, załamując ręce. To zwróciło uwagę Pani Jeziora, która spojrzała na nią bystro. Spotkały się spojrzenia kobiet, które kochały tego samego mężczyznę, choć inną miłością

- Jeśli jest to ja nie znam sposobu, wasza wysokość. – odparła wróżka. – Ale to nie znaczy, że takowy nie istnieje. Magia to niezwykła dziedzina i nie ma na tym świecie istoty, która poznałaby wszystkie jej sekrety.

- Pani, czy myślisz, że jeśli będziemy szukać… - Artur urwał w pół zdania. Pani Jeziora przytaknęła powoli, lecz nie powiedziała nic. Patrzyła tylko na króla z melancholią tak ogromną, że Guinevere nie potrafiła być tego światkiem. Odwróciła się i ruszyła do koni, pozwalając zapatrzonej w siebie parze na chwilę samotności. Ona jedna wiedziała aż zbyt dobrze, jak bardzo jej potrzebowali.

- Guinevere… - zaczął Artur, a ona zareagowała natychmiast. Nim się zorientował już zrywała się z ziemi i otrzepywała ubranie z nieistniejącego kurzu. Jej dłoń machinalnie powędrowała do naszyjnika, którego znaczenie teraz już znała. Na moment zabrakło jej powietrza.

- Proszę cię, mów mi Gwen. – poprosiła zduszonym głosem, rozpaczliwie chwytając się lazurytu, jakby to była ostatnia deska ratunku. W głowie dalej słyszała głos swojego rycerza, gdy z miłością wypowiadał jej imię. - Guinevere to…

- Rozumiem. – odparł natychmiast Artur, także wstając. W jego oczach odczytała, że mówił prawdę. Zawsze czytał w niej jak w otwartej księdze. - Wybacz mi.

- To nic. – zmusiła się do uśmiechu, którego fałsz przejrzał od razu. Ujął ją za ramiona i zmusił do napotkania jego spojrzenia.

- Znajdziemy go. – powiedział z taką pewnością, że prawie mu uwierzyła. – Znajdziemy ich oboje. W tym świecie nikt i nic nie powstrzyma nas przed życiem długo i szczęśliwie.

Emocje wezbrały w niej i nie potrafiła się powstrzymać przed rzuceniem mu się na szyję. I choć ostatni raz była w jego ramionach zaledwie godzinę wcześniej, teraz czuła się w nich inaczej. Zniknęła romantyczna miłość, którą czuła do niego pod wpływem klątwy, zniknęło pożądanie. Pozostało przywiązanie, przyjaźń. To samo co czuła do niego dawno, dawno temu w Camelocie. Wiedziała, że on czuł to samo.

Nagle, niczym fala zalało ją straszliwe poczucie, że zapomniała o czymś bardzo ważnym. Twarz młodego mężczyzny stanęła jej przed oczami i Gwen aż zadrżała, kiedy dotarła do niej cała prawda.

- Dean… - szepnęła z bólem. Dean, jej Dean, jej syn…jej dziecko… Niebieskie oczy małego chłopca, który niegdyś nazywał ja mamą zniknęły pozostawiając na swoim miejscu wściekłe spojrzenie młodego rycerza. W uszach wciąż dudniły jej oskarżenia wypowiadane głosem pełnym goryczy.

Dean…nie, Mordred. Jego imię brzmiało Mordred i był synem czarodziejki Morgany, wychowanym tylko po to by przynieść zgubę na dwór króla Artura, swojego ojca. A jednak na myśl o nim jej serce wypełnił nie żal, lecz matczyna miłość, tak gorąca, że kobieta aż się zachłystnęła. Jak mogła tak bardzo kochać człowieka, który sprowadził na nią tyle bólu?

- Musimy go znaleźć. – zarządził tymczasem Artur, nieświadom jej reakcji. A Gwen natychmiast zrozumiała, że takie wyjście może nie być najlepszym. Mimo minionych lat pamiętała jak traktował ją Mordred przed nadejściem klątwy. To, połączone z niechęcią Deana nie wróżyło nic dobrego.

- Nie sądzę, by chciał mnie widzieć. – szepnęła, a Artur spojrzał na nią ze zdumieniem. Zbyt późno i do niego dotarło w jak przykrej sytuacji znaleźli się we trójkę.

- Na razie najważniejsze jest byśmy dotarli do niego nim zrobi coś głupiego. – odezwał się po chwili, puszczając ją i odsuwając się nieco, by dać jej przestrzeń. Dopiero wtedy zauważyła, że włosy miał w nieładzie, marynarkę rozpiętą, a jego krawat gdzieś się zapodział, zapewne gdy pędził do niej przez miasto. – Kto wie co mu przyjdzie do głowy.

Zgodziła się z nim bezgłośnie. Nie można było przewidzieć co zrobi Mordred, żadne z nich nigdy do końca go nie rozumiało. Z Deanem było znacznie prościej, bo i też nie dzieliło ich tyle konfliktów. Dean nie pamiętał swojej matki, Mordred swoją i jej pełne jadu słowa aż nazbyt dobrze. Dean był zwykłym chłopcem, Mordred bronią szkoloną od najmłodszych lat, by pewnego dnia przynieść zagładę szlachetnego królestwa.

A jednak Gwen nie potrafiła tak o nim myśleć. Przed oczami cały czas miała małego chłopca, któremu wycierała nos i którego pokiereszowane kolana opatrywała. Z którym siedziała, gdy gorączkował i któremu śpiewała, kiedy nie mógł zasnąć. Racjonalnie rozumując żadna z tych rzeczy nigdy się nie wydarzyła, wszystko to były sztuczne wspomnienia stworzone przez klątwę, lecz Gwen nie potrafiła się ich pozbyć.

- Chodźmy więc. – zadecydowała rezolutnie. – Im szybciej go znajdziemy tym lepiej. Wydaje mi się też, że możemy się przydać w mieście, ludzie będą zdezorientowani, teraz kiedy klątwa jest złamana.

Artur spojrzał na nią z dumą i zrozumiała, że na powrót ujrzał w niej królową, którą kiedyś była, tak straszliwie dawno temu.

- Moi wierni rycerze! – głos Artura poniósł się po komnacie i wszystkie rozmowy natychmiast ucichły. Oczy zebranych zwróciły się na monarchę i Guinevere poświęciła chwilę na przyjrzenie się twarzom najznamienitszych wojowników w królestwie, gdy tak zasiadali przy legendarnym Okrągłym Stole w głównej Sali Camelotu.

Byli to najmężniejsi i najsilniejsi rycerze jakich widział świat. Każdy dokonywał już w swym życiu wspaniałych czynów, które złotymi zgłoskami zapisały jego imię na kartach historii. Każdy walczył i zwyciężał w imię jej męża. Każdy się poświęcał dla sprawy.

- Oto czeka was najważniejsza przygoda w historii Okrągłego Stołu. – mówił dalej Artur, a oni słuchali, zapatrzeni w niego jak w obrazek. Powoli Guinevere potoczyła po nich wzrokiem.

Po prawicy jej męża zasiadał sir Gawain, jego ulubiony siostrzeniec. Patrząc na młodego, bo dopiero dwudziestoczteroletniego rycerza łatwo było dostrzec rodzinne podobieństwo. Tak jak jego wuj, Gawain miał jasne włosy, układające się w łagodne fale i szare oczy. Dzieli też budowę ciała, obaj wysocy i postawni, o szerokich barach.

Młodsi bracia rycerza, osiemnastoletni Gaheris i Garett byli z kolei drobniejsi i smuklejsi, o włosach nieco ciemniejszych, z pewnością odziedziczonych po ojcu, królu Locie z Orkney. Nigdy nie sprzeciwiali się ani starszemu bratu, ani wujowi. Charakteryzowali się też skromnością, spokojniejszym charakterem i łagodnością obycia, co z kolei czyniło ich ulubieńcami Guinevere.

Miejsce obok nich było puste. Wypisane niegdyś na nim złotymi zgłoskami imię najstarszego z czterech braci zniknęło w chwili jego śmierci prawie rok wcześniej i od tego czasu nikt tam nie usiadł.

Nie było to jedyne wolne miejsce przy Okrągłym Stole. Guinevere z żalem zerknęła na puste krzesło u swego boku, gdzie powinien zasiadać pierwszy rycerz Camelotu, człowiek niemający sobie równych nawet pośród wojowników obecnych na sali. Jego imię dalej widniało na stolicy, choć on sam nigdy już nie mógł powrócić do tej sali.

Ach, jakże królowa pragnęła musnąć opuszkami palców ten drogi jej sercu napis! Nie wolno jej było jednak uczynić nawet tego, bowiem cały czas obserwowały ją wrogie oczy, czekające tylko na odpowiedni moment, by ponownie oskarżyć ją o zbrodnie przeciw królestwu i jego władcy.

-Nadchodzi niebezpieczeństwo o wiele straszliwsze niż wszystko co kiedykolwiek widzieliśmy na tym świecie! Tylko wy możecie odnaleźć ratunek… – grzmiał tymczasem Artur, a jej spojrzenie błądziło po sali i po twarzach najznamienitszych rycerzy tej ziemi. Ilu z nich miało zginąć podczas poszukiwań na jakie wysyłał ich właśnie ich mąż?

Może stary król Pellinor ze swoim opasłym brzuchem? A może wręcz przeciwnie, młodzi i jeszcze nieopierzeni Lionel czy Bors? Nieszczęśliwie zakochany Tristan, z którym miała tyle wspólnego, czy też Key o niewyparzonej gębie? Serce jej się krajało na samą myśl, że któryś z nich mógłby nie wrócić.

- Gotowa? – spytał Artur zbiegając po schodach. Poszedł do pokoju Deana by poszukać jakiś poszlak gdzie młodzieniec się udał, oboje bowiem nie wierzyli w możliwość by po prostu poszedł do szkoły. To by było zbyt proste.

- Prawie. – Gwen właśnie kończyła zapinać swój ciemnozielony płaszcz. – Znalazłeś coś?

- Nie – mężczyzna z zaniepokojeniem pokręcił głową. – Zupełnie nic. Powiedz mi, jak to możliwe, że przez taki szmat czasu wcale nas nie zastanawiało, gdzie codziennie wybywa nasz syn?

Gwen nie odpowiedziała, tylko ruszyła do wyjścia, zamaszystym ruchem otwierając drzwi. Gdy stała w progu coś rzuciło jej się w oczy, zastygła więc, a potem się roześmiała. Artur spojrzał na nią bez zrozumienia.

- Nieco ironiczne, nie uważasz? – spytała wskazując na stół w jadalni, który był oczywiście okrągły. Jakże by inaczej miał wyglądać skoro stał w domu króla Artura?

- Królowa ma ciekawe poczucie humoru. – westchnął posępnie mężczyzna.

- Prawda? – Gwen uśmiechnęła się drapieżnie. - Ale coś mi się wydaje, że całkiem je straci kiedy wszyscy, których skrzywdziła dobiorą się jej do skóry. To w końcu Świat Bez Magii, nie będzie miała jak się bronić.

- Wiesz, że nie możemy pozwolić by ją zlinczowano. – stwierdził Artur, a jego głosowi towarzyszył zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Kobieta westchnęła i teatralnie wywróciła oczami. Mogła się tego po nim spodziewać.

- Może zostawmy tę decyzję Śnieżce i jej Księciu, hmm? – zaproponowała, czekając na niego przy schodach. – W końcu to ich próbowała zabić przez ładnych kilka lat.

Jednak nie zdążył jej odpowiedzieć, bo oto rozległ się przeraźliwy grzmot i na horyzoncie pojawiła się znikąd ciemnofioletowa chmura aż nazbyt dobrze im znana. Gwen struchlała i instynktownie zacisnęła pięści na balustradzie ganku. Artur zdołał jeszcze tylko dopaćś do niej i objąć ją, przyciskając jej twarz do swojej piersi, nim nieznana moc z całym impetem uderzyła w Storybrooke i miasteczko zniknęło pod jej gęstym płaszczem.