Środa, 26 lutego

To była długa zima bez śniegu. Słońce było wysoko; niebo było uderzająco niebieskie, jakby ktoś wylał nań puszkę farby i rozprowadził ją równomiernie delikatnymi, pociągłymi ruchami. Na nadbrzeżu wiał wiatr; fale uderzały o brzeg miarowo i gwałtownie, zostawiając na ciemnym piasku pianę.

Wyżej, na ulicy, która przy samym brzegu morza gwałtownie się kończyła, Neville Longbottom bezskutecznie usiłował zapalić papierosa. Ręce mu odmarzały, a płomień zapalniczki ciągle gasł. Niewiele brakowało, żeby wiatr wyrwał mu z ust samego papierosa. Neville zaklął cicho, otaczając jego i zapalniczkę otwartą dłonią, czując, że żołądek daje mu o sobie znać. Może będzie musiał w końcu iść do uzdrowiciela. Albo, co byłoby pożyteczne dla jego zdrowia i życia, zacznie wreszcie słuchać sugestii Hanny w kwestii jedzenia. Może wtedy jego policyjna dieta przestałaby być kwestią sporną w ich związku.

Co bym jadł, gdybym żył w takiej wiosce?, zastanowił się Neville, tocząc wzrokiem przed sobą, po bezkresnym granacie oceanu. Pewnie ryby, nad morzem są głównie ryby. Z drugiej strony, nie z ryb Walia słynie…

Położona w Walii wioska Milford Haven nie wyróżniała się niczym szczególnym poza tym, że była położona w malowniczej okolicy, praktycznie nad samym klifem. Próżno było szukać w niej zabytków, a turyści wybierali albo większe, bardziej znane miejscowości, albo gospodarstwa agroturystyczne. Zdaniem Neville'a, wiosce brakowało przede wszystkim dobrej reklamy. Z łatwością mogłaby konkurować z mniej wysublimowanymi architektonicznie perłami brytyjskiego wybrzeża, ale fakt pozostawał faktem: mało kto przyjeżdżał do Milford Haven. Jeśli jednak jakimś wyjątkowym zrządzeniem losu ktoś znalazł się w pobliżu, mógł liczyć na zakwaterowanie w jedynym pensjonacie prowadzonym przez Rachel Kendrick, wnuczkę pierwszego właściciela.

Pensjonat, jak wszystko w Milford Haven, był wyjątkowo urokliwy. Wąska, wysoka foremna bryła, wciśnięta między sklep spożywczy i dom porośnięty bluszczem, stanowiła ucieleśnienie marzeń kobiet marzących o przeprowadzce na pustkowia Kornwalii. Bielony front współgrał z zielonymi okiennicami i kwiatami w skrzynkach, wiszącymi pod oknami. Za szybami wisiały haftowane firanki, a okno w recepcji otoczono białymi lampkami bożonarodzeniowymi. Nad drzwiami wisiał solidnie wykonany, drewniany szyld, na którym wypalono „Milford Haven Bed & Breakfast". Gdyby przypadkiem Neville przyjechał tu tydzień wcześniej, z pewnością zapytałby o wolne pokoje i namówił Hannę na cichy, sielski weekend z dala od Londynu.

Czasami naprawdę żałował, że specyfika pracy sprawiała, że odwiedzał tak piękne zakątki kraju głównie dlatego, że stały się miejscami zbrodni.

Z białego domku wyszedł Ron Weasley i skrzywił się, kiedy zimny powiew wiatru owionął jego twarz. Rude, nieprzystrzyżone włosy opadły mu na oczy i zakryły bliznę na prawym łuku brwiowym, pozostałość po pamiętnej akcji z kwietnia dwutysięcznego roku.

— Wszystko w porządku? — zapytał Neville'a, podchodząc bliżej i wbijając ręce w kieszenie ciemnozielonej kurtki.

Neville pokiwał głową i w końcu udało mu się zapalić papierosa. Zaciągnął się głęboko, czując, jak zbawienna nikotyna przedostaje się do jego układu nerwowego. Albo tak mu się wydawało. Anatomię człowieka znał w końcu stosunkowo pobieżnie i w dodatku głównie z wizyt w prosektorium.

— Było nas tam za dużo, więc poszedłem na mały spacer po okolicy — oznajmił Ronowi, który pokiwał głową. — Ale nie znalazłem niczego interesującego. To mała wioska.

Poza pensjonatem, w okolicy znajdował się jeszcze nieduży bar. Jego największą atrakcją, według afiszy reklamowych, był pięćdziesięciocalowy telewizor, na którym mieszkańcy mogli oglądać mecze futbolu, popijając przy tym pierwszorzędne piwo.

— Technicy na razie skończyli — poinformował go Ron, przestępując z nogi na nogę. — Możemy wejść i się rozejrzeć.

Neville pokiwał głową i skupił się na papierosie, który wystawał mu z ust i zdążył się wypalić do połowy. Zaciągnął się głęboko, a potem powoli wypuścił dym ustami i patrzył, jak rozpływa się w zimnym powietrzu. W końcu upuścił papierosa na żwir i zgasił czubkiem buta, po czym potarł ręce i wraz z Ronem skierował się z powrotem do białego domku, czując narastające w żołądku mdłości.

Rachel Kendrick była kobietą w średnim wieku, raczej przeciętnej urody. Nosiła okulary na łańcuszku, jej fryzura składała się z imponującej trwałej, a paznokcie miała pomalowane na jasnoróżowo. Wyglądała jak typowa właścicielka pensjonatu w sielskiej okolicy, przyzwyczajona do cichych turystów, nowożeńców wędrujących z plecakami, zagubionych harcerzy i, mówiąc oględnie, ludzi, którzy nie sprawiali żadnych problemów. W związku z tym nie była przyzwyczajona do widoku policjantów, zjawiających się o świcie w jej wymuskanym, białym hoteliku z ręcznie dzierganymi dywanikami i haftowanymi firankami w oknach. Nie można było jej winić za to, że chwilę po przybyciu policjantów wpadła w stan głębokiego szoku i nie można z niej było wydobyć ani słowa.

W tej chwili siedziała na kanapie przy kominku w holu, patrząc przed siebie otępiałym wzrokiem. Obok niej tkwił jeden z mugolskich policjantów, na przemian klepiąc ją pokrzepiająco po plecach i zachęcając delikatnie do przypomnienia sobie, czy wczorajszego dnia zdarzyło się cokolwiek dziwnego. Poza, oczywiście, śmiercią jednego z gości.

Neville skinął mu głową i wspiął się po wąskich schodach na pierwsze piętro, do pokoju numer pięć. Trudno go było przeoczyć; przez otwarte drzwi ciągle wchodzili i wychodzili ludzie w białych kombinezonach i rękawiczkach, kategorycznie sprzeciwiając się, by ktokolwiek poza nimi miał wstęp na miejsce zbrodni, a już zwłaszcza w brudnych buciorach i płaszczach, z których ciągle opadał piasek i kurz. To właśnie były uroki pracy na wybrzeżu.

Ron zatrzymał się na korytarzu, oparł o ścianę i posłusznie założył foliowe buty, tylko nieznacznie przy tym stękając. Kontuzja łydki, jakiej doznał trzy miesiące temu podczas obławy, nie ustępowała tak jak powinna, co budziło irytację Rona i niepokój Hermiony. Uzdrowiciel ze Świętego Munga rozłożył bezradnie ręce, mówiąc, że noga „zagoi się, jak się zagoi".

Zaledwie Neville, w zmienionym już obuwiu, przekroczył próg pokoju, coś ścisnęło mu żołądek i musiał mocno się skupić, by nie uciec wzrokiem od ofiary, leżącej na łóżku. Ron stanął za nim i też przyjrzał się ciału, a potem ruszył i zaczął dokładnie oglądać pokój. Neville tymczasem stał jak zahipnotyzowany.

Na łóżku leżała kobieta. Obiektywnie rzecz biorąc, piękna kobieta, która wyglądała, jakby spała, a jedyną wskazówką, że było inaczej, był brak jakiegokolwiek ruchu jej klatki piersiowej i wyjątkowa, nienaturalna bladość jej cery. Miała długie, czarne włosy, rozsypujące się falą z lewej strony głowy, oraz ciemne brwi. Ubrana była w cienką sukienkę bez rękawów, w kolorze pastelowej zieleni i czarne rajstopy. Była boso; czarne baletki zsunęły się z jej stóp i leżały przy prawej nodze łóżka.

Ktoś klepnął Neville'a w ramię; drgnął gwałtownie i przesunął się w lewo, ustępując miejsca technikowi. Tamten pochylił się nad łóżkiem i zebrał narzędzia, które na nim zostawił. Neville stanął pod ścianą i potoczył wzrokiem po pomieszczeniu. Pokój numer pięć był mały, na planie prostokąta. Światło wpadało do niego przez dwa niewielkie okna; jedno umieszczone nad łóżkiem, na dłuższej ścianie, a drugie nad krzesłem, przy ścianie krótszej. Naprzeciwko wejścia, w kącie, stał stolik nocny, a obok niego, dłuższym bokiem do ściany, jednoosobowe łóżko. Między nim a przeciwległą ścianą stał nieduży stolik, a przy nim krzesło. Naprzeciw łóżka stała dość duża, sosnowa komoda, a nad nią wisiały obrazki z pejzażami Szuflady komody były otwarte, technicy dopiero co zabezpieczyli na niej ślady. Spod łóżka wystawał pleciony, czerwono-biały dywanik, a obok niego, na podłodze z ciemnego drewna, leżały czarne buty ofiary.

Pokój był zaskakująco czysty, bez śladów krwi i walki. Prawdę mówiąc, jedyną oznaką, że w ogóle był używany przez kogokolwiek, był komplet naczyń, stojący na stoliku w kącie. Na białym, haftowanym obrusie stał talerz z resztkami kolacji, ciemnozielona butelka bez etykiety, dwie szklanki i dwa komplety sztućców. Obok stołu, w kącie, leżały skorupy innego naczynia.

Ron stał pośrodku pokoju, z rękami założonymi na piersi, i uważnie oglądał pomieszczenie. Potem podszedł do komody i obejrzał ją jeszcze raz, zaglądając do szuflad i między nią a ścianę. Neville w tym czasie zajrzał do stolika nocnego i pod łóżko, nie znajdując tam niczego poza kurzem.

Ron przejechał dłonią po karku, po czym zdał sobie sprawę, że wciąż ma na rękach lateksowe rękawiczki. W tym momencie podszedł do niego mugolski patolog, wezwany pospiesznie kilka godzin temu, kiedy tylko na miejscu zjawiła się też czarodziejska policja.

— Panowie — zaczął zmęczonym głosem — czy dobrze myślę, że cokolwiek tutaj zaszło, podpada to pod waszą jurysdykcję?

Ron poważnie pokiwał głową. Patolog westchnął ciężko.

— Więc może powiecie mi, co mam wpisać jako przyczynę zgonu?

— Zgon z przyczyn naturalnych — odpowiedział Ron po krótkiej chwili zastanowienia. — Nie chcemy ściągać na tę sprawę uwagi niemagicznej społeczności.

— Czyli jesteście pewni, że był w to zamieszany ktoś od wa… znaczy, z magicznej społeczności?

— Tak sądzimy.

— A czy ofiara… — patolog zerknął w stronę łóżka — czy ona też była…?

— Nie wiemy — przerwał mu Ron. — Nie mamy jej dokumentów, będziemy wiedzieli, kiedy przeprowadzimy szereg testów.

Patolog pokiwał głową, po czym coś znowu skupiło jego uwagę.

— No dobrze, ale jakie konkretnie przyczyny naturalne? Bo nie mogę napisać, że zdrowa, młoda kobieta, zmarła nagle na urlopie w zasadzie bez powodu i to całkowicie normalne.

— Proszę spróbować coś wymyślić — poradził mu Ron. — Atak serca? Moja żona twierdzi, że w przypadku niewykrytych wystarczająco wcześnie wad serca [ takie rzeczy mogą się wydarzyć…

Pozwolił sugestii zawisnąć w powietrzu, czekając, aż patolog ją złapie. Tamten skinął głową, jakby przeszła mu ochota na dalszą dyskusję, i wyszedł z pokoju. Neville nawet mu się nie dziwił. Już kilka razy prowadził sprawy, w których trzeba było wtajemniczać mugolską policję w istnienie magicznego świata. Zwykle procesowi temu towarzyszył głęboki szok, a nawet przerażenie. Z czasem w niektórych przypadkach robiło się lepiej — Neville pozostawał w stałym kontakcie z kilkoma policjantami, którzy przymykali oko na to, że, gdy chciał, mógł teleportować się do domu zamiast tłuc się metrem. Obecny tutaj patolog miał za sobą dopiero dwie magiczne sprawy, dziś rano wyciągnięto go z łóżka w samym Birmingham i, naprawdę, mogło być gorzej. Przynajmniej był skłonny współpracować.

Ron i Neville zostali w pomieszczeniu sami, jeśli nie liczyć, oczywiście, ofiary. Zapanowała błoga cisza, w której nareszcie mogli spokojnie pomyśleć. Neville'owi bardzo na tym zależało, bo im dłużej patrzył na pomieszczenie, tym bardziej coś nie dawało mu spokoju. Spojrzał na Rona, głęboko zamyślonego nad otwartą komodą, a potem otworzył usta, chcąc sformułować pytanie, ale przerwał mu głos z korytarza.

— Panowie?

Obaj równocześnie obrócili się w kierunku drzwi, przez które zaglądał do nich policjant, siedzący wcześniej z właścicielką pensjonatu. Był młody — Neville zastanawiał się, czy nie za młody, ale dodawał sobie powagi rudawym zarostem.

— Pani Kendrick czuje się już lepiej — poinformował, zerkając za ramieniem Rona w kierunku ofiary.

Wyglądał, jakby było mu niedobrze. Neville'owi przypomniały się nagle jego początki — jeszcze z czasów wojny — i poczuł do niego nić sympatii.

— Dziękujemy — powiedział Ron. — Zejdziemy z nią porozmawiać. Niedługo ktoś od nas powinien się pojawić i zabrać ciało i dowody — dodał, stojąc w drzwiach.

Mugolski policjant przełknął ślinę i pokiwał głową.

Neville zszedł za Ronem do holu. Ku jego zaskoczeniu, Rachel Kendrick nie siedziała już na kanapie przy kominku; przyjęła ich w swoim biurze na tyłach hotelu. Wyglądała na znacznie bardziej opanowaną, chociaż ręce nadal jej drżały, kiedy nalewała im herbaty.

Jej biuro dałoby się podsumować przymiotnikiem „przytulne". Szara kanapa z mnóstwem poduszek, w którą zapadało się przy każdym gwałtowniejszym ruchu, stała naprzeciw drewnianego, kremowego biurka. Na blacie stały filiżanki z herbatą, różowy laptop i sterta papierów. W oknach wisiały firanki, a na parapecie stał rząd doniczek z kwiatami. Pod sufitem wisiały półki z książkami o kolorowych okładkach.

Rachel Kendrick usiadła w końcu na obrotowym krześle. Dla wygody przysunęła się bliżej kanapy, aby nie dzieliła ich szerokość blatu.

— Jest pani pewna, że czuje się wystarczająco dobrze? — upewnił się Ron, zdejmując skuwkę z pióra, które dostał od Hermiony na rocznicę ślubu. — Możemy przełożyć przesłuchanie na inny dzień, jeśli chce pani trochę odpocząć.

— Nie. — Rachel Kendrick potrząsnęła głową, loki u nasady głowy zadrżały. — Wolę mieć to już za sobą.

Kłykciami zastukała nerwowo w blat biurka, wprawiając w drgania płyn w cienkich filiżankach.

— No dobrze — zgodził się Ron i przybrał urzędowy wyraz twarzy. — Zacznijmy od początku. Denatka przyjechała wczoraj wieczorem, zgadza się?

— Tak. — Panna Kendrick pokiwała głową, a potem, jakby nie mogąc znieść ani chwili milczenia, ciągnęła pospiesznie: — Było późne popołudnie, wie pan, kiedy zaczyna robić się ciemno, a nawet zanosiło się na deszcz. Nie myślałam, że ktokolwiek się zjawi, więc siedziałam sobie tutaj w biurze, było spokojnie, lokatorzy nie sprawiali problemów, no i jakoś tak koło czwartej po południu usłyszałam, że ktoś wchodzi do holu. Potem zadzwonił dzwonek w recepcji, więc wyszłam i powitałam gościa. To znaczy, panią Ryder.

— Tak się przedstawiła? — upewnił się Neville, robiący własne notatki.

— Mhm, tak. Alice Ryder, tak mam zapisane w księdze — dodała panna Kendrick, trochę nerwowo.

— Widziała pani jej dokumenty? — zapytał Ron, a jego pióro zawisło nad kartką.

— Nie — odparła, wykręcając dłonie. — Powiedziałam jej, że nie ma pośpiechu i możemy to załatwić jutro rano. Wiem, że to niezbyt przepisowe, ale…

Ron uspokajająco machnął ręką i sięgnął po filiżankę z herbatą.

— To nie jest w tej chwili ważne — powiedział pokrzepiająco. — Wspaniała ta herbata, naprawdę, a moja żona upiera się, żeby kupować jakieś ekologiczne świństwa — dodał ze zbolałą miną i odłożył filiżankę na talerzyk.

Panna Kendrick pospieszyła, by znów napełnić filiżankę, wręcz podskokiem zrywając się na równe nogi, jakby wdzięczna za chwilę przerwy.

— Najzwyklejsza w świecie, panie inspektorze, z normalnego supermarketu — zapewniła. — Tylko trzymam ją w takich specjalnych ceramicznych opakowaniach, żeby ładniej wyglądała.

Ron pokiwał głową, po czym odchrząknął, jasno dając do zrozumienia, że temat walorów smakowych herbaty został zakończony.

— Ale wróćmy do pani Ryder. Przedstawiła się jako panna czy jako mężatka?

— Ani jedno, ani drugie — odparła Rachel Kendrick po chwili zastanowienia. — Powiedziała po prostu „Alice Ryder". Ale na palcu miała obrączkę, więc założyłam, że jest mężatką.

— Więc przyszła, przedstawiła się i…?

— Poprosiła o pokój jednoosobowy na jedną noc — powiedziała panna Kendrick. — Mówiła, że właśnie zakończyła jakąś transakcję w pracy i musi się trochę odprężyć. Porozmawiałyśmy chwilę na temat tutejszych plaż i szlaków. Dałam jej nawet mapkę.

— Wydawała się zainteresowana zwiedzaniem? — zapytał Neville znad swojej herbaty.

— Tak. Chociaż nie wyglądała, jakby to był główny cel jej wizyty. Była ubrana, jakby to powiedzieć, jak kobieta z większego miasta? Niepraktycznie na spacer.

— To znaczy konkretnie jak? — naciskał Neville, sadowiąc się wygodniej. Zapomniał jednak o absorpcyjnych właściwościach sofy i w efekcie został przez nią uwięziony.

— No… w jakąś spódnicę — zaczęła panna Kendrick niepewnie. — Zieloną. Z cienkiego materiału, pamiętam. Zwróciłam na to uwagę, bo przecież na zewnątrz był straszny ziąb. Buty miała porządniejsze, chyba za kostkę, i wełniany sweter. Czerwony. Golf wystawał jej spod płaszcza.

— Miała ze sobą jakieś bagaże?

— Oczywiście. — Właścicielka pensjonatu spojrzała na Rona, jakby nagle wyrosła mu trzecia ręka. — Torbę na ramię i walizkę. Zajmowała chyba z pół pokoju, nie zauważył jej pan?

Ron wyraźnie zdecydował się zignorować zaczepkę i wrócił do chronologii.

— I co zrobiła pani Ryder, kiedy dostała klucz do pokoju? Wychodziła gdzieś?

— Tylko na chwilę — przyznała panna Kendrick. — Pytała, czy jest tu gdzieś w pobliżu jakaś poczta.

— A jest? — zapytał odruchowo Ron.

— Jest — potwierdzili równocześnie panna Kendrick i Neville.

Panna Kendrick spojrzała na Neville'a zaskoczona. Być może nie spodziewała się, że poświęcił całe dwadzieścia minut na dokładne obejście wioski i przyjrzenie się jej atrakcjom turystycznym. Zapadł moment niezręcznej ciszy, którą przerwała , zwracając się tonem wyjaśnienia bezpośrednio do Rona:

— W centrum miasteczka, na głównym placu. Obok przystanku autobusowego.

— Kursuje tam jakiś autobus? Albo autobusy? — zainteresował się Ron, kończąc drugą filiżankę herbaty i sięgając po dzbanek, by napełnić ją ponownie. Tym razem jednak dosypał sobie do niej szczodrą ręką cukru i wrzucił plasterek cytryny.

— Autobus aż do Holyhead — oznajmiła z dumą panna Kendrick. — Polecam go turystom, bo to piękna trasa nad wybrzeżem.

— Czy to możliwe, żeby pani Ryder nim przyjechała?

— Tak, to możliwe — potwierdziła panna Kendrick. — Prawdę mówiąc trudno, żeby było inaczej. Nie przyjechała samochodem, a autobus to jedyna opcja dojazdu do Milford.

— Więc pani Ryder wyszła, pytając o pocztę. Kiedy wróciła?

— Jakąś godzinę później. Około szóstej. Zapytałam, czy ma ochotę na kolację. Teoretycznie nie prowadzimy tu regularnej jadalni, ale czasem gotuję dla gości. Pani Ryder uśmiechnęła się i powiedziała, że chyba czytam jej w myślach, bo jest strasznie, po prostu strasznie głodna, i zapytała czy nie sprawiłaby mi kłopotu, prosząc o podwójną porcję.

— I zaniosła jej pani kolację?

— Tak — oznajmiła panna Kendrick.

— A co się na nią składało?

— Fasolka, ziemniaki i chleb. Dorzuciłam też wino domowej roboty. — Tutaj zaczerwieniła się lekko, gdyż Ron spojrzał na nią i uniósł nieznacznie brew.

— Zaniosła jej pani kolację na jednym talerzu?

— Tak. Podwójna porcja też się zmieściła, a dwóch talerzy nie ustawiłabym obok siebie na tacy.

— I co było potem?

— Potem życzyłam jej dobrej nocy i dodałam, że talerz może znieść rano, schodząc na śniadanie. Wczoraj źle się czułam i chciałam iść wcześnie spać.

— Około której pani zasnęła? — zapytał Neville.

— Koło siódmej. Wcześniej zamknęłam drzwi w recepcji, ale gdyby zjawił się jakiś niespodziewany gość, przy drzwiach jest dzwonek i mógłby z niego skorzystać.

— I spała pani spokojnie?

— Tak — powiedziała panna Kendrick cicho i spuściła wzrok, nagle znowu przygaszona. — Nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdybym nie zasnęła, to bym coś usłyszała, może zdążyłabym wezwać pomoc… Była przecież dużo za młoda na zawał.

— Lekarz pani powiedział? — zapytał współczująco Ron.

— Tak — przyznała panna Kendrick. — Może nie powinien, ale…

— Ale to nie pani wina — powiedział stanowczo Ron. — Pani Ryder miała wadę serca. Nie wiadomo, czy dałoby się ją uratować, nawet gdyby pomoc przybyła natychmiast. Proszę się nie obwiniać o coś, na co nie miała pani żadnego wpływu.

— Przecież kilka godzin wcześniej była zupełnie zdrowa — wymamrotała panna Kendrick niepewnie.

Neville i Ron wymienili spojrzenia, czując, że przesłuchanie wymyka im się z rąk.

— Być może jej serce nie wytrzymało, bo coś nagle ją zdenerwowało — podsunął Neville. — Dlatego musimy zapytać; czy nie wie pani, czy pani Ryder rozmawiała albo spotkała się z kimś wieczorem? Po kolacji?

Rachel Kendrick potrząsnęła głową.

— Wątpię. Chyba że z którymś z lokatorów. Żeby zaprosić kogoś z zewnątrz, musiałaby otworzyć drzwi w recepcji, a tylko ja mam klucz. Musiałaby mnie obudzić. A, jak już mówiłam, spałam jak zabita.

— Czyli nie sądzi pani, że ktoś mógł wejść do hotelu niezauważony?

— Raczej nie. Chyba że wspiąłby się po rynnie. Teoretycznie jest to możliwe, ale, jak już mówiłam, wczoraj wieczorem padało.

— Nie wspominała pani o tym. — Neville zmarszczył brwi i przerzucił notatki.

— Naprawdę? — zdziwiła się panna Kendrick i przysunęła bliżej filiżankę z herbatą. — No więc padało. Nie znam nikogo, kto byłby zdolny wspiąć się po śliskiej rynnie na pierwsze piętro.

— Czy w pensjonacie lub na ulicy jest monitoring?

Panna Kendrick zaśmiała się, ale nie było to radosny śmiech.

— Nie — odparła bez wesołości w głosie. — W takiej wiosce jak ta, gdzie wszyscy się znają, nie ma potrzeby.

Umilkła na chwilę, patrząc przed siebie. Neville przyjrzał się jej zaciętej minie, wypatrując tam czegoś, czego nie potrafił zidentyfikować.

— Kiedy znalazła pani ciało? — wypalił nagle Ron, wytrącając pannę Kendrick z jej zamyślenia.

Drgnęła, zaskoczona tak obcesową formą pytania, i zamrugała kilka razy, zanim odpowiedziała.

— Około szóstej. — Mówiła prawdziwie grobowym, beznamiętnym tonem, patrząc na swoje ręce. — Wstałam wcześnie, czułam się już lepiej. Pomyślałam, że zrobię porządek w łazience na górze, zanim wstaną goście; wczoraj nie miałam okazji tego zrobić. Zabrałam ze sobą przybory do czyszczenia i poszłam na górę. Po drodze minęłam drzwi do pokoju numer pięć. Zobaczyłam, że są otwarte, więc zajrzałam do środka i… — urwała i przełknęła ślinę. — Po prostu tam leżała.

Głos odmówił jej posłuszeństwa. Zamilkła na chwilę, próbując opanować emocje, których odbicie i Ron, i Neville, widzieli na jej twarzy. Pozwolili jej odczekać chwilę, zanim Ron zapytał:

— I co pani zrobiła, kiedy ją zobaczyła?

— Nie pamiętam dokładnie — powiedziała panna Kendrick, pocierając palcami skronie. — Wszystko mi się miesza. Na pewno zadzwoniłam po policję, bo w końcu przyjechaliście, ale, jeśli mam być szczera, nic z tego nie pamiętam. Wróciłam do siebie dopiero tam, przy kominku na dole.

— To zrozumiałe, że ma pani mętlik w głowie — oznajmił uspokajająco Ron, patrząc jej w oczy i nie zwracając uwagi na Neville'a, który gwałtownie notował coś w zeszycie. — Czy pamięta pani może, jak wyglądał pokój pani Ryder, kiedy ją pani znalazła?

— Chyba tak, jak poprzedniego wieczoru — odparła panna Kendrick, ale zrobiła to niepewnie, jakby próbując zapewnić także samą siebie. — Nie wyglądała, jakby przebrała się do snu, więc chyba… — urwała znowu i wpatrzyła się w przestrzeń. — Nie, naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć nic na pewno.

Ron pokiwał głową i zamknął zeszyt. Ramiona panny Kendrick opadły.

— Dlaczego zadzwoniła pani najpierw na policję, zamiast na pogotowie? — zapytał niezobowiązująco, ale jego oczy wciąż uważnie obserwowały pannę Kendrick.

— Pani Ryder nie wyglądała, jakby pogotowie mogło cokolwiek zdziałać w jej przypadku.

— Sprawdziła pani jej puls lub oddech?

Właścicielka zawahała się.

— Chyba… może. Przecież nawet patrząc na nią, można było powiedzieć, że… Poza tym sam pan powiedział, że żadna pomoc nie mogłaby… — Jej oczy rozszerzyły się nieco.

— Nie, nie — powiedział łagodnie Ron. — Nic nie mogła pani zdziałać, tak czy inaczej. Po prostu byłem ciekaw. Gdyby zauważyła pani coś dziwnego w jej pokoju, musielibyśmy sprawdzić, czy nie doszło do jakiegoś zdarzenia, ale skoro wszystko było w porządku…

Panna Kendrick pokiwała głową, po czym westchnęła ciężko.

— Nie wiem, czy użyłabym sformułowania „w porządku". Zmarła w końcu młoda kobieta. Ale nie wiem… nie sądzę, żebym widziała coś niezwykłego. Poza, oczywiście, zmarłą osobą w moim hotelu.

Spuściła oczy.

— Czy jest coś jeszcze, czym chciałaby się pani z nami podzielić? — zapytał Ron, tęsknie spoglądając w stronę pustego już imbryczka po herbacie.

— Nie, nie sądzę. — Panna Kendrick odchyliła się na krześle. — Wydaje mi się, że powiedziałam już wszystko.

Ron i Neville wstali, trzeba przyznać, z pewnym wysiłkiem.

— Gdyby coś sobie pani przypomniała, proszę dzwonić na miejscowy posterunek — pouczył ją Ron. — Skontaktujemy się z panią.

Panna Kendrick pokiwała głową i odprowadziła ich do wyjścia z gabinetu. W progu oparła się o futrynę, zerkając na schody prowadzące na piętro, po czym powiedziała ciężko:

— Straszna tragedia. Taka młoda…


Kiedy zakończyli rozmowy ze świadkami (w liczbie dwóch), a Neville skończył walkę z papierkową robotą — to znaczy zamknął się w pokoju z samopiszącym piórem i sporządził protokoły, które następnie dał świadkom do podpisania — był już wieczór. Na zewnątrz robiło się ciemno, w dodatku wiał wiatr. Neville zapiął kurtkę pod samą szyję i dla pewności schował brodę za kołnierz. Dopiero teraz przypomniał sobie, że jest powód, dla którego nigdy nie oglądał sielskich walijskich wiosek nad klifem celem zabrania swojej dziewczyny na weekendowy wypad. Była to mianowicie perspektywa cudownej pogody, sprzyjającej rekreacji w romantycznej atmosferze. Neville nie był fanem wiatru i deszczu, chyba że chodziło o jakąś zielarską wyprawę. Hanna z kolei marzyła skrycie o słońcu i plaży, zwłaszcza teraz, kiedy pracowała w Trzech Miotłach i praktycznie utknęła w zaśnieżonym, wietrznym Hogsmeade.

Ron, korzystając z lampek w oknie recepcji, zerknął na zegarek.

— Cholera, zrobiło się strasznie późno. Obiecałem Mionie, że będę dzisiaj wcześniej i nie bardzo mogę… — urwał, uciekając wzrokiem w stronę notesu, który trzymał jeszcze w ręku.

— Dobra, leć, spiszę raport — zaoferował Neville, klepiąc go po ramieniu.

Ron spojrzał na niego z wdzięcznością.

— Mógłbyś? Dzięki, stary, życie mi ratujesz. Wiszę ci przysługę.

— Oddaj mi ją, nie spóźniając się jutro na sekcję.

Ron uśmiechnął się krzywo i zaczął iść wzdłuż ulicy, w kierunku granic wioski. Neville ruszył jego śladem.

— Postaram się. Ale wiesz, jak jest. Sekcja to nie jest coś, na co mój żołądek reaguje pozytywnie.

— Najesz się rano w sądzie.

Przez moment Ron patrzył na niego ze zdziwieniem, a potem klepnął się w czoło.

— Racja, sprawa Whiteshawa. Prawie o niej zapomniałem. Z drugiej strony — dodał zgryźliwie — trudno zapomnieć o najgłupszej sprawie w swojej karierze. Przysięgam, aż mnie świerzbiło żeby zapytać, czemu, skoro już skakał z miotły z wysokości stu piętnastu stóp, nie mógł tego zrobić na jakimś wyludnionym terenie. Sześć złamanych kończyn u czterech osób, no to trzeba już być idiotą. — Pokręcił głową.

— Z trzeciej strony — wtrącił Neville — przynajmniej tym razem nikt nie umarł.

Ron westchnął ciężko, wpatrzony w pola przed sobą.

— Jedyny powód do radości w tym bagnie…

Po czym obaj rozpłynęli się w powietrzu z głośnym trzaskiem, który zniknął w odgłosach szumiących drzew i uderzających o klify fal.