- Rod... Rod! - Szarpanie za ramię go obudziło. - Spóźnisz się!

Austria otworzył zdziwione oczy, dostrzegając zdenerwowanego kuzyna ponad sobą. Gdy ich spojrzenia się spotkały, kuzyn się podniósł, spoglądając z góry na artystę.

- ...zasnąłem? - wypalił zdziwiony tym faktem Austriak, zaraz siadając, zdejmując słuchawki i biorąc do ręki okulary.

- Na to wygląda. Chodź wreszcie - ponaglił go Ludwig, ruszając do drzwi

Sam Rod również tam się skierował, idąc jednak machinalnie, z chęcią wróciłby do poduszki zamiast rozmyślać nad bezsensownością tych spotkań. Umysł wręcz znów zaczynał odpływać, a jednak podświadomość uderzyła na alarm i Rod wręcz stanął na baczność, kiedy na jego drodze nagle wyrósł wysoki kochanek Ludwiga. Jakim cudem go nie zauważył wcześniej? Cóż… Co zrobić, skinął w milczeniu głową Berwaldowi, tenże mu odkiwnął, nie wypowiadając ani jednego słowa, co Rod uznał za spełnienie czystej formalności. Nie miał nic więcej do dodania, w ciszy pozwolił się prowadzić.

Nigdy nie miał ze Szwecją większych układów, nigdy nie weszli w wojnę totalną między sobą, która miałaby zniszczyć tego drugiego, nigdy nie zawiązali sojuszu z własnej woli. Nigdy żaden z nich nie palił się do zawiązania bliższej znajomości, Szwed zawsze sprawiał wrażenie, że samo spotkanie z Austriakiem nie jest mu na rękę, co też zniechęcało samego Roda do jakiegokolwiek kontaktu. Dlatego też bardzo się zdziwił, gdy Ludwig oznajmił, że to z nim chciałby teraz spędzać swój czas. Jednak Rod, mimo przeszłości, nauczył się altruizmu i zaakceptował wybór kuzyna, życząc mu szczęścia z partnerem.

Austriakowi wydawało się, że idą w ciszy, jednak kiedy ocknął się z ponownego zamyślenia dosłyszał, że blondyni cicho rozmawiają. Zerknął przelotnie na nich, nim znów skupił się na trasie, na szczęście było już niedaleko. Na szczęście, gdyż czuł się tutaj jednak nieco niezręcznie.

- Wszystko w porządku, Rod? - To Ludwig go zagadnął, stawiając muzyka w centrum zainteresowania.

Po Niemcu widać było zatroskanie, Szwed miał jednak nieprzenikniony wyraz twarzy, kiedy obaj lustrowali austriacką osobę, ku niezadowoleniu tegoż obserwowanego. Nie lubił być w centrum uwagi. Purpurowe oczy spojrzały to na jednego, to na drugiego, sam ich właściciel kiwnął głową, wszak czuł się zdrów, nic go nie bolało ani nie niepokoiło. Jego stan psychiczny był tylko lekko naruszony, nie na tyle, by w mniemaniu arystokraty ich tym niepokoić. Zasymulował ziewnięcie, przykładając dłoń do ust.

- Tak, oczywiście, jestem tylko zmęczony.

Posłał im przyjazne spojrzenie, na co Berwald kiwnął mu głową, a Ludwig zaś poklepał po ramieniu, zaraz też rozeszli się w inne kąty sali, ku uldze Austriaka. Spędzanie czasu z tą dwójką poważnych mężczyzn momentami było po prostu uciążliwe. Rod zazwyczaj siedział obok Węgierki – acz nie było jej jeszcze, być może się spóźni.

Tak naprawdę nigdy nie informował nikogo o tym, że czuje się mentalnie przez kogoś źle, chyba że ten ktoś budził jego irytację lub odrazę. W innych wypadkach zawsze starał się radzić sobie samemu, przeczekać, wyrzucić z siebie jakkolwiek negatywne emocje. Zbyt wiele razy nie odczuwał zrozumienia słuchacza, zbyt wiele razy kazano mu „nie przesadzać", kazano zapomnieć. Przestał mówić, że mu źle, bo czuł się przez to zbyt często jak dziwak i prawdopodobnie tak był przez społeczeństwo odbierany. A on nienawidził tego uczucia.

Siedział sam, nie zagadując nikogo, po chwili wziął do ręki jedną z kartek i zaczął szkicować. Widział, że kuzyn wraz z ukochanym oraz Belgią i Francją coś omawiają, z drugiej strony Hiszpan z Włochami i Portugalczykiem też o czymś dyskutują. Kilka osób siedziało samotnie, gdzieś mignął mu Polak ze Słowakiem. Wszystko wyglądało jak zawsze na spotkaniach, a jednak w jakiś sposób inaczej. Po chwili on sam zauważył, że to jego sposób patrzenia uległ zmianie. Zawsze czuł się uczestnikiem, teraz sam miał przeświadczenie, że jest tylko obserwatorem. Pustym, nieingerującym człowiekiem, który nawet nie mógł czegokolwiek zmienić, powiedzieć. Jakby go tu nie było. Jakby był duchem. Jakby był tu… niepotrzebny.

Erzsébet wpadła do sali dosłownie na kilka sekund przed rozpoczęciem zebrania. Rod zmierzył ją spojrzeniem, unosząc lekko brewki. Kobieta posłała mu uśmiech, choć chyba wymuszony, na który muzyk po prostu kiwnął głową powitalnie. To prawda, że powinien przy niej wstać, odsunąć dla niej krzesło, elegancko pomóc jej usiąść i dopiero zająć swoje miejsce - ale Ludwig już zaczął zebranie, a ewentualny hałas by mu przeszkadzał. Nie mówiąc już o tym, że większość państw w tych czasach chyba już zapomniała o dawnej kokieterii. To na swój sposób irytujące, iż nie można kultywować dawnych obyczajów. Etykieta biznesu była całkowicie inna. Poza tym, muzyk nie miał ochoty usługiwać swojej eksżonie, tak naprawdę za nią nie przepadał. Jej towarzystwo, to taki… kolejny kamień ściągający na dno.

- Hej, Rod, wszystko w porządku? – padło wyszeptane pytanie, poprzedzone lekkim trąceniem w ramię.

Austria spojrzał na Erzsébet zdziwiony, zdając sobie też sprawę, że kompletnie mówiącego obecnie kuzyna nie słuchał, patrzył pusto w szkic drzewa, którego nawet nie skończył. Jego umysł co chwila się wyłączał, co chwila serce znowu podnosiło swój lament o braku przyjaciela wokół, jak i o własnej beznadziei. Mężczyzna ją czuł, był świadomy tego, jak nisko w statusie społecznym nacji upadł i za nic w świecie nie umiał znaleźć metody, jak to naprawić. A zdziwienie… cóż, wywodziło się tylko z tego, że Węgierka cokolwiek zauważyła, chociaż próbował to ukrywać.

Jednak ostrożnie kiwnął głową, także schodząc tonacją głosu do szeptu.

- Tak, tak... Zamyśliłem się, przepraszam.

Kobieta kiwnęła głową, choć obserwowała go wciąż bacznie. Rod utrzymał z nią przez kilka sekund kontakt wzrokowy, nim ostatecznie spojrzał na obecnego mówcę. Akurat Francis rozpoczął swój wywód.