Ten dzień wydawał się długi. Faktycznie, cała szóstka – gdyż dołączył do nich jeszcze Portugalia – zebrała się w centrum już w kolejnej godzinie. Cała ta grupka wybrała się za Francisem do jego lokalu, notabene średniej jakości, w mniemaniu Rodericha. Owszem, to miejsce było klimatyczne, ale przygotowane potrawy nie smakowały wystarczająco dobrze, jak na gust Austrii. Choć czemu tu się dziwić… Austriacy kultywowali raczej germańską kuchnię, bazującą na czerwonym mięsie, subtelnym smaku i pożywnych walorach –kuchnia francuska była całkowicie inna. Kwestia gustu… a pozostałym uczestnikom pożywienie najwyraźniej smakowało albo po prostu nie wnosili sprzeciwów.

Później już Hiszpan zaprowadził pozostałych na wino, które królowało na stole przez pierwsze dwie godziny. Później alkohole się wymieszały, Rod poszedł instynktownie w Jägermeistera, nie zwracając uwagi na trunki innych. Właśnie tego alkoholu potrzebował. Z czasem zaczął się nawet śmiać, z czasem przestał kontrolować, co się wokół działo. Nikt nie protestował, było cudownie. Świat zaczął się mienić kolorami, grawitacja stała się wahadłem, które popychało tych, co wciąż usilnie starali się utrzymać równowagę. Prawdopodobnie nikt nie kontrolował siebie i limitu wlewanych w siebie trunków. Dopiero wybijana na ratuszu północ dała im do zrozumienia, iż może powinni już wracać do hotelu. Powoli, spokojnie… Nie byli w stanie normalnie się poruszać, świat kręcił się zbyt szybko, a czerń, w jakiej miasto było skąpane, zdawała się lepić do twarzy. Budynki i rzeźby miejskie przywodziły na myśl potwory, z którymi przyszłoby im walczyć, gdyby tylko zaczęły atakować.

Mrok miasta jednak też atakował samą duszę, która musiała się przez niego przebijać, nasączając się nim coraz mocniej. Rod nie wiedział, co się dzieje, dlaczego stopniowo tracił ochotę na żarty, choć towarzystwo obok zdawało się całkiem wesołe. Jemu zdało się nagle okropnie irytujące. Parszywe! Nie chciał z nimi przebywać. Czemu, tego nie wiedział, ale to nieistotne. Tamci też nieszczególnie się nim przejmowali, docinając Portugalczykowi, który nie miał pomysłu, jak się bronić w tym stanie. Czy oni go ignorują? Tak po prostu, zapewne im wadził. Może mieli mu za złe to, że się upił? Prostacy, zamiast powiedzieć mu to w twarz, to go wykluczyli! Co za okropność, po co on w ogóle z nimi poszedł? Tak. Trzeba się odłączyć, natychmiast! Przy najbliższej okazji więc zboczył z trasy i wniknął w tę cholerną ciemność, idąc szybko, czym prędzej przed siebie. Aby tylko jak najszybciej oddalić się od towarzystwa, aby nie być możliwym do znalezienia, kiedy tamci się zorientują, że zniknął. Uciekać, byle szybko! Byle skutecznie! Jednocześnie czekał na to, aż go zawołają i bał się, że to zrobią. To było coś tak okropnie nielogicznego, nawet jemu to przeszkadzało, choć sam Austria często ignorował poczucie logiki. Teraz jednak nawet fakt, że postępuje nielogicznie, przeszkadzał mu, choć nie blokował chęci, by czynić to dalej. I to też było okropne. Jak wszystko, ten świat, ten stan, te ulice i nacje, które właśnie opuścił.

Nikt go jednak nie zawołał, całe towarzystwo gdzieś przepadło, nawet ich nie słyszał. A słuch miał dobry, zatem musiał oddalić się na naprawdę spory kawałek. Nikt, nic, cisza. Pusta, okropna cisza, wżerała się w jego uszy i umysł, która wyciskała łzy, których nie kontrolował, która prowokowała go do tego, by się po prostu tutaj położyć, pozwolić sobie na puste, jakże okropnie puste, cierpienie. Okropność! Samotna okropność, okropna samotność! Pustka tak pusta, jak w jego sercu, kiedy czuł się samotny. Kiedy był sam, pozostawiony i opuszczony przez wszystkich. Jak teraz! Tak, przecież właśnie wszyscy o nim zapomnieli, pozwolili mu odejść tak całkiem bez echa! Wyrzekli się go!

Wreszcie przystanął na jakimś moście, rozglądając się uważnie. Nocne powietrze i bryza nieco go otrzeźwiły, na tyle, by zdał sobie sprawę, że nie ma kompletnie pojęcia, gdzie jest ani dokąd powinien się udać, aby znaleźć się znów w łóżku. Poza tym, był zmęczony, wciąż kręciło mu się w głowie, a jego psychika z trudem się podnosiła, obciążona wciąż obecną goryczą. Zrezygnowany, zszedł na wał i usiadł na lekko wilgotnej trawie. Ciemność… Czemu ona nie może znać odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania? Nawet te, których nie potrafił dobrze sformułować. Przede wszystkim nie rozumiał, czemu tak się czuł. Był już na tyle trzeźwy, iż zaczął sam siebie analizować, wiele razy tak robił dla czystej kontroli. Wystarczy zamknąć oczy i spróbować popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Nie mógł podejrzewać u siebie depresji, znał jej objawy – taka osoba nie potrafi wstać z łóżka, nie potrafi cieszyć się w ogóle, egzystencja takiej osoby przypomina raczej wegetację. Jego objawy zaś pasowały do apatii, podobnej choroby, choć mającej inną genezę. Podstawami apatii zazwyczaj przecież były wydarzenia z życia. A co w jego życiu stało się takiego, co miałoby go wpędzić w tę chorobę? Przecież… tak naprawdę nikt się od niego nie odwrócił, ludzie wciąż chcieli spędzać z nim czas. Wciąż się do niego zwracali, martwili się o niego. On nie przepadał za tym, kiedy ktoś się martwił, zawsze wówczas towarzyszyło mu poczucie własnej problematyczności.

Świadomość tego, że wciąż miał osoby gotowe z nim przebywać i rozmawiać, pozwoliła mu się podnieść, tak w sensie psychicznym jak i fizycznym. Jednak zatoczył się do tyłu i znów upadł na trawę. Powoli, spokojnie… Z chwili na chwilę było coraz lepiej. Udało mu się wstać i wejść na wał, ale co dalej? Ruszył przed siebie, od stania w miejscu nic nie przychodzi…

Szedł. Nie pozostało mu nic innego, niż iść i myśleć. Trochę bał się tego, że znów nie potrafił odnaleźć się w obcym dla siebie mieście, jednak jego myśli zaczęły krążyć wokół tego, co się z nim działo przez cały ten czas. Myślał - i wiedział. Choć nie pojmował sensu swojego stanu, to zaczynał rozumieć, o co tak naprawdę chodzi.

Kuzyn będzie na niego wściekły. Wybijała druga, kiedy dowlókł się do postoju taksówek i zapakował się do jednej z nich, podając nazwę hotelu, w którym był zameldowany. Dalej już wszystko szło gładko, przynajmniej w rozumieniu ogólnym. Rod zapłacił za podróż, wysiadł i wszedł niepewnym krokiem do budynku, był już naprawdę zmęczony. Ledwie przytomny wsiadł do windy, wybrał odpowiednie piętro i poczekał, aż ta magiczna skrzynka raczy przenieść go na wyższe poziomy, tam zaś zaczął szukać włącznika światła. A nie mógł go znaleźć, niestety. Zaczął iść po omacku przez korytarz, skupiając oczy na białych liczbach na podświetlanych bladymi diodami tabliczkach koło każdych drzwi, liczbach, które dla niego się rozmywały, migotały i czasem wydawały się inne, niż były w rzeczywistości.

Poczuł nagle dotyk obcej osoby, szarpnął się, ale delikwent nie cofnął rąk, a on sam przechylił się na prawo, już bardziej ze zmęczenia, niż z alkoholowego upojenia. Ten ktoś go przytrzymał i pociągnął wgłąb korytarza, chociaż Rod nie chciał, mamrotał pod nosem i prosił, aby go zostawić. Nadaremnie, dziwna mara wiodła go w mrok bez większej trudności, aż do jednych drzwi, jakby gwałtem opanowała jego wolę. Otworzyła je, za nimi było także ciemno, jednak nieco mniej, światło księżyca wpadało pod ostrym kątem przez okno i rozlewało się na jednej ścianie. Dzięki niemu dało się zauważyć zarysy każdej przeszkody, w jaką mógłby potencjalnie uderzyć. Światło też delikatnie rozjaśniało spokojną, odprężoną twarz kuzyna pogrążonego we śnie. A trzeba przyznać, Ludwig Kidy spał, był naprawdę uroczy….

Mara pchnęła go kierunku drugiego łóżka i cofnęła się o krok, Austriak padł na posłanie z głuchym jękiem, w kolejnej sekundzie podniósł głowę. Usiadł w miarę prosto i spojrzał w kierunku kogoś, kto go tu przyprowadził. Okulary błysnęły na tle bladej twarzy, jasne blond włosy też były dość dobrze widoczne. Zdał sobie poza tym sprawę, iż to był ich pokój, dokładnie ten, w którym miał rzeczy i możliwość wypoczynku.

- Berwald…? – wymamrotał Austriak, patrząc na ludzki kształt bez zrozumienia, bez sił.

Tenże jedynie podniósł palec do ust, następnie całą dłoń, jakby w geście pożegnania, i wyszedł. Rod patrzył jeszcze chwilę za mężczyzną, następnie machinalnie wręcz odłożył okulary na bok i położył się na poduszce w ubraniu. Zasnął natychmiast.