O tym, że sytuacja w Europie jest fatalna mówiło się już od dawna, jednak to personifikacje wiedziały o tym najlepiej. Każdy widział i odczuwał samodzielnie, jak jego kraj powoli tracił na sile, tracił wpływy i stabilność gospodarczą. Jednych dotknęło to bardziej, innych mniej, każdy jednak powoli coś tracił. Efekt cieplarniany nie poprawiał sytuacji, temperatury na północy się rozhulały, zbyt ciepło w lato i zbyt chłodno w zimę, przez to gleby dawały mniej plonów.

- Spekuluję, że Niemcy nie będą już w stanie nam pomagać, Rod. – rzekł kanclerz Faymann do swego podopiecznego, do kraju, którym sam zarządzał. Siedzieli w jego gabinecie, obaj ponurzy i poważni przez to, co się działo.

- To było do przewidzenia, szanowny Panie. – odpowiedział Roderich swoim lekkim, ale patetycznym głosem – Czyżbyśmy się mieli teraz zwrócić po pomoc do Rosji?

Kraj Austriacki nie ucierpiał aż tak bardzo, jak inne. Gospodarkę wciąż mieli na tym samym poziomie, turystyka wciąż dawała zyski, podobnie jak wydarzenia sportowe i kulturalne. Jednak już od kilkudziesięciu lat kraj ten znajdował się pod opiekuńczymi skrzydłami Niemiec, którzy wspierali ich materialnie, w zamian za to otrzymując inne towary po śmiesznie niskich cenach. Ta symbioza trwała i pasowała obu stronom tak długo, jak długo Niemcy mogli ich wspierać, a to się właśnie skończyło.

- Rozważałem tę możliwość, wiem, że byłaby Ci na rękę, ale politycznie to jest samobójstwo.

Kanclerz miał rację, Austriacy bardzo lubili Rosjan i zapewne chętnie poszliby do nich po pomoc, jednak Rosja nie jest krajem przewidywalnym, a na dodatek na każdego przyjaciela Ivana reszta Europy zwykła patrzeć niezwykle krytycznie, szczególnie po tym incydencie na Ukrainie. Niezależnie od tego, ile Ivan faktycznie miał udziałów, na Zachodzie wyrobił sobie łatkę uzurpatora.

- A ma Pan lepszy pomysł? – dopytał Rod, zawiedziony odmową. Personalnie nawet by się z możliwości współpracy z Ivanem ucieszył.

- Owszem. – odparł kanclerz, opierając ręce o biurko w sposób dyplomatyczny – Stoimy na pewnym gruncie, jeśli chodzi o rolę, mamy silne atuty turystyczne, ale brakuje nam technologii i przydałyby się pewniejsze udziały w portach innych krajów, a najlepiej własny dostęp do morza. Jest kraj, który to oferuje, jednak jego braki my byśmy mogli uzupełnić.

- Wspaniale, zawiążmy więc współpracę. – odparł Rod nieco pewniejszym głosem.

Kanclerz się jednak uśmiechnął, jak zwykł robić, gdy Roderich próbował wyprzedzić jego myśli i gdy zazwyczaj mu się to nie udawało. Austriak poczuł, że plany jego szefa mogą mu się nie spodobać.

- Ta współpraca byłaby bardzo nierówna, nie mówiąc już o restrykcjach, jakie Unia Europejska by na nas nałożyła. O wiele wygodniejsze byłoby zawiązanie sojuszu w unii personalnej.

Rod poczuł, jak mu powoli zasycha w gardle, a obraz na chwilę zachodzi mgłą. Doskonale wiedział, co oznacza to wyrażenie, przeżył taki twór już nie jeden raz, ale ostatnio miał z tym do czynienia przeszło sto lat temu i nie było to miłe wspomnienie. Poza tym obiecał sobie, że nie wniknie już w takie powiązanie nigdy w życiu.

- Mam coś… do gadania? – zapytał drżącym głosem, patrząc w strukturę stołu. Czuł niewyobrażalny lęk.

- Możesz się nie zgodzić, ale wtedy nasza przyszłość będzie bardzo niepewna. I o ile ja to może odczuję przez krytykę społeczną i mniejszą stawkę, z Tobą może być dużo gorzej.

Austria nie był przekonany, co więcej, z chęcią teraz by odmówił i wyszedł, ale wiedział, że to mogłoby być zwyczajnie głupie. Jeśli wpadnie w długi, sam to odczuje najbardziej, nie tylko finansowo, może przewlekle zachorować. Kanclerz widział jego reakcję i westchnął cicho, przybierając mniej formalny, bardziej ludzki wyraz twarzy.

- Rod… Czy coś Ci szkodzi? Nie musicie razem mieszkać, nawet się widywać, jeśli się nie dogadacie. To małżeństwo może być tylko na papierze, nikt Cie nie zmusi, byś go pokochał.

- Mówi Pan tak, bo to nie Pan ma zostać postawiony przed ołtarzem. – Roderich skorzystał z tego, że zawsze w tym gabinecie czekała na niego szklanka wody, napił się – Mógłbym chociaż wiedzieć, za kogo mam wyjść?

Werner Faymann uśmiechnął się z zadowoleniem i wstał.

- Chodź. On jak i jego król czekają na nas.

Po chwili Roderich także się podniósł, podążając za swoim szefem przez korytarze parlamentu do Małej Sali Audiencyjnej. Już wchodząc Austria zauważył, że w środku panuje cisza, kraj ze swym władcą nie rozmawiali. Po chwili purpurowe oczęta zauważyły wysokiego, postawnego młodego blondyna odzianego w garnitur, zapewne idealnie krojony na niego oraz niższego, elegancko odzianego, starszego już człowieka, jednak wciąż z bijącą od niego aurą mądrości.

Zatem to o Szwecję chodziło. Austria czuł ścisk w gardle przez zbierające się emocje – strachu, niepewności, ale też ekscytacji - jednak w kilka sekund przybrał maskę spokoju i wyrzucił je z głowy, koncentrując się na gościach. Ramię w ramię ze swym kanclerzem podeszli do Karola XVI Gustawa Bernadotte i skłonili się niemal identycznie, choć Rod miał w tym geście nieco więcej gracji. Kiedy obaj się wyprostowali, kanclerz Austrii przemówił jako pierwszy, jak zawsze.

-W imieniu wszystkich naszych obywateli, serdecznie witamy w Republice Austriackiej. To zaszczyt gościć tak ważne osoby z samej Skandynawii.

Ton Faymanna był wyniosły, ale i serdeczny, też kanclerz uśmiechał się przy tym, jak dobry gospodarz. Rod oszczędził sobie tego uśmiechu, zachowując powagę i starając się nie myśleć o tym, w jakim celu Ci panowie się tutaj znaleźli. Wszedł w zasady formalne, które winien stosować nawet jeśli ci goście przyjechaliby tu tylko na jeden z występów w Operze. Teraz z resztą była jego kolej, by mówić.

- Dołożę wszelkich starań, żeby pobyt w naszym mieście nie zakłócił spokoju Panów oraz aby mogli Panowie wspominać ten wyjazd pozytywnie. – rzekł swoim klasycznym, neutralnym tonem i skinął jeszcze głową.

Król Szwecji zaczynał się uśmiechać już przy kwestii kanclerza, teraz jego uśmiech był szeroki, choć i Rod zauważył, że był stricte formalny, a emocje władca miał doskonale zamaskowane. Austriaka nawet nie kusiło domyślać się, co też ten władca sobie myśli, rozszyfrować jego oczy było równie ciężko, co kamienną twarz samego Berwalda.

- Drodzy Panowie, Wiedeń jest jednym z ulubionych miast mojej żony i powrót do niego jest dla niej i dla mnie zawsze satysfakcją. Mam nadzieję, że jeśli wszystko się ułoży wedle planu, będziemy mogli tutaj przyjeżdżać nawet co roku.

Nie było pewnym, czy król mówi to z uprzejmości, czy szczerze, ale tak nakazywała etykieta, o czym Rod doskonale wiedział. W trakcie gdy kanclerz oraz monarcha wymieniali uprzejmości, Roderich zauważył, ze Berwald mu się co pewien czas przygląda, nie pozostał mu więc dłużny, również poddając osobę Szwecji chłodnej ocenie. Nie graniczyli ze sobą, to po pierwsze, więc sama postać Unii będzie dość kłopotliwa, ale możliwa. Berwald był wysokim mężczyzną, zdawał się silny, jednak muzyk nie miał pewności, mogąc spoglądać na sylwetkę blondyna jedynie przez luźno spływające po nim odzienie. Obudził w nim zainteresowanie, ale nic poza tym, czysta ciekawość.

- Ni' ma co por'wnywać. – odezwał się swoim niskim tonem blondyn, gdy też szefowie rozważali podobieństwa między Wiedniem a Sztokholmem – 'nni arch'tekci, 'nna h'storia.

Zwrócił tym samym na siebie uwagę, ale wciąż spoglądał w kierunku jednego mężczyzny, czasem mrużąc oczy w zamyśleniu, Rod miał wrażenie, że on po prostu nie chce zwlekać. Kątem oka arystokrata zauważył ruch dłoni swego kanclerza, zwykle zwiastujący to, że chce on coś powiedzieć, jednakże to król odezwał się jako pierwszy.

- Możliwe, że to inne losy uformowały to miasto, ale czy to czyni ten kraj mniej ciekawszym? – zapytał jakże subtelnie swego podopiecznego, zwracając się ku niemu także.

- … T'go nie p'wiedziałem. – odparł po chwili, a w następnej powoli, jakby z uwagą podszedł do wybranka.

Nie trudno było zauważyć, że Berwald uważa, by nie stanąć do króla w żaden sposób tyłem, tego bezwzględnie wymaga kultura. Podszedł lekko po łuku, zmuszając Roda do zwrócenia się ku niemu, w ten sposób do władcy obaj mogli stać bokiem i na to już się krzywo nie patrzyło. To było jednak mniej ważne, tak jak cisza, która na chwilę zapadła w sali, gdyż uwaga Rodericha skupiła się całkowicie na tym mężczyźnie, który patrzył mu w oczy już z większą ilością uczuć, choć wciąż ledwie widocznych. Prawa dłoń Szweda ujęła lewą, mniejszą rączkę muzyka, zaś wolnymi palcami Nordyk pogładził przez materiał delikatną, czułą skórę persony kraju Alpejskiego. Każdy ten gest zdawał się niewyobrażenie delikatny, tak dziwnie delikatny w zestawieniu z tym masywnym mężczyzną, każdy gest też poruszał ciekawość Austrii, ostrożnie budził pragnienie, by go zbadać.

A wtedy też Berwald uklęknął przed nim. Nie trzymał już go, wyjął ciemnopurpurowe pudełeczko i otworzył, ukazując zloty pierścień ze śnieżnobiałym kryształem. Serce Rodericha zaczęło bić mocniej, nie wiedział on jednak, czy to z powodu powagi sytuacji, czy z powodu budzących się uczuć. Wiedział, że to, co się teraz dzieje jest dla niego niezwykle istotne.

- Roderichu Edelstein, Republiko Austriacka i najwspanialszy muzyku tego świata… Czy zechcesz… za mnie wyjść?

Kwestię tę Berwald wymówił zadziwiająco wyraźnie, jego oczy śmiało spoglądały na wybranka, a głos pobrzmiewał pewnie. Jednak Rod zawahał się na kilka sekund, rozważając po raz ostatni za i przeciw, gdyż ta decyzja będzie nieodwracalna przez kilkanaście najbliższych lat. Ale warta podjęcia. Ostrożnie zdjął śnieżnobiałą rękawiczkę i założył pierścień, jeszcze przez momencik mu się przyglądając, nim podał tę dłoń narzeczonemu.

- Tak. Wyjdę za Ciebie, Berwaldzie Oxenstierna, wspaniały narodzie Szwedzki z Północy.

Gdzieś poczuł, że nie wypowiada tych słów dla czystej formalności, że jest… naprawdę zainteresowany. Podał mu tę dłoń, ale blondyn jeszcze nie wstał, za to ujął ją i delikatnie ucałował. Gdzieś go dobiegł stłumiony odgłos oklasków od tych ich dwojga szefów, ale to nie było teraz istotne. Czuł, że jego serce pracuje szybciej, oddech stał się nieco nierówny, kiedy spoglądał przyszłemu mężu w oczy.

Berwald wstał, wciąż trzymając dłoń Roda i spoglądając na niego, co prawda z tą samą miną, ale jednak Roderichowi wydał się on teraz nad wyraz przystojny. Wysoki blondyn o błękitnych, jak morze oczętach… Niemalże jak anioł zesłany na ziemię, by obserwować ludzi, ale i by być podziwianym. Tenże anioł właśnie spojrzał w kierunku szefostwa i kiwnął głową, jakby porozumiewawczo. Rod też na nich wtedy spojrzał, a wtedy czar prysł, gdy zauważył usatysfakcjonowaną minę króla i nieco rozbawioną twarz własnego kanclerza. Boże… Musiał wyglądać, jak zauroczona nastolatka, co najmniej.

- Przeczuwam wspaniałą unię, Panowie. – rzekł Faymann, uśmiechając się i splatając ręce na piersi, po czym zwrócił się do monarchy – Proponuję dać im czas dla siebie… może omówimy szczegóły?

Król uśmiechnął się szerzej i skinął głową twierdząco, spoglądając na rozmówcę.

- Dobry pomysł, panie kanclerzu, wszak jest jeszcze sporo do omówienia. Szanowni Panowie… Do zobaczenia później.

Karol Gustaw posłał im jeszcze uśmiech, a oba kraje skłoniły się lekko, następnie szefowie odwrócili się i oddalili do innej sali. Roderichowi serce biło jakoś przyjemniej, cały ten dzień wydawał się piękniejszy, jednak gdy oni wyszli, Rod przestał czuć na swojej dłoni dotyk. Spojrzał na przyszłego męża, a Berwald odetchnął cicho, jakby z poczuciem ulgi.

- Coś się stało… Berwaldzie? – zapytał artysta, obserwując go uważnie, z przejęciem.

Nie chciał przecież, żeby jego partnerowi działo się coś złego. Błękitne oczy zwróciły się ku niemu, ale to nie było to samo spojrzenie, którym wcześniej Szwed go obdarzył, było inne, chłodniejsze. Podobnie jak ton głosu, który nagle znów stał się chłodny i szorstki. Ale nie to uderzyło w Roda tak, jak same słowa.

- Nie wy'braż'j s'bie za d'żo. – rzekł cicho, ale stanowczo jego przyszły mąż.

Następnie też skierował się ku wyjściu, pozostawiając Rodericha w lekkim szoku. Gdzie był jego anioł, którego on jeszcze przed chwilą widział, który zdawał się tak miły, tak idealny dla niego? Tenże mężczyzna teraz odwrócił się ku niemu, bez większych emocji spoglądając na zranionego muzyka w sposób napominający. Austria podążył za nim po chwili, odrywając wreszcie oczy od Nordyka i spoglądając na trasę, którą zaczęli podążać.

- Ty traktujesz to małżeństwo czysto politycznie, tak…?

Pytanie Austrii było wypowiedziane na niestałym, lekkim tonie, który był jedną, delikatną maską dla nieco zaciśniętego gardła i nadszarpniętych emocji. Blondyn potwierdził to skinieniem głową i nie poruszył też tej kwestii w drugą stronę. A więc to była szopka… Roderichowi ciężko było to przetrawić, wiedział jednak, że musi. Narzeczony dał mu czas w ciszy na pozbieranie się, z czego też Rod korzystał, gdy wychodzili z budynku i kierowali się na jedną z najstarszych ulic Wiednia, Kärtnerstraße, czyli ulicę Karyncką. Rod pozwolił sobie prowadzić, ten rejon jeszcze w miarę znał.

- Berwaldzie… - zwrócił na siebie uwagę, krocząc obok niego już pewniej – Skoro nie chcesz zostać moim partnerem, czy mogę liczyć chociaż na Twoje wsparcie jako przyjaciela?

Jeszcze wczoraj nie mogli się tak nazwać, byli sobie obcy. Jednak teraz, gdy ich los prowadził na ślubny kobierzec, Rod miał nadzieję przynajmniej na taką relację. Prawdę powiedziawszy, zawsze liczył przynajmniej na to, że małżonek lub małżonka będą mu przyjaźni, będą go wspierać. Mimo tylu przeżytych małżeństw on wciąż był emocjonalny, w tych czasach chyba jeszcze bardziej. Berwald po chwili namysłu skinął głową ponownie, a Roda ogarnęło uczucie ulgi.

- Dziękuję… - rzekł, może niezbyt pewnie, ale słyszalnie.

Poprowadził go do jednej ze swych ulubionych kawiarni, zachowując ciszę przez całą trasę. W międzyczasie zdjął obie rękawiczki i włożyło kieszeni, zerkając czasem na Nordyka, który po prostu biernie obserwował miasto – a czasem właśnie na to miasto, na stare budynki, ale nowe sklepiki, na wystawy i gablotki sklepów z pamiątkami, czy wreszcie na majaczącą się przed nimi Operę. Ostatecznie odbili w jedną z mniejszych uliczek, weszli do lokalu i zamówili po kawie. Dopiero wtedy też Rod postanowił przerwać ciszę.

- Może i my w takim razie omówimy kilka szczegółów? Podejrzewam, że nasi szefowie omówią wszystkie kwestie gospodarcze, ale i ja mam kilka pytań.

Teraz czuł się swobodniejszy, wiedział, że rozmawia z kimś sobie przyjaznym. Przed nim siedzi przyjaciel, ktoś warty zaufania. Co z tego, że to przyjaciel, w którym Austriak zadurzył się po same uszy… To pozytywna osoba. Tak przynajmniej sobie wmawiał, by nie bać się tej osoby.

- Mmm. D'bry pom'sł, p'taj. – poprosił niebieskooki mężczyzna, stopniowo znów przemieniając się w anioła.

Rod przeanalizował kolejne sprawy, jakie mu się pałętały po głowie, związane z życiem, ze ślubem, z rodziną, ze świętami… Wreszcie wybrał tę najważniejszą.

- Czy chciałbyś… zamieszkać razem?

Poświęcił mu uważne spojrzenie i dobrze, bo bez tego raczej nie dostrzegłby zmiany w oczach narzeczonego. W końcu uczył się go rozczytywać. Teraz widział dość dobrze, że Berwald nie jest przychylny do tej propozycji, co więcej, on się chyba nawet skrzywił na samą myśl. Jednak sam też nie odpowiadał, Rod postanowił go wyręczyć.

- W porządku… Nie jest to dla Ciebie pożądane. Co powiesz na to, byśmy się po prostu czasem widywali, przyjeżdżali do siebie na parę dni?

Napięcie w tych błękitnych oczach puściło, a blondyn niemal od razu pokiwał głową.

- Tak. T'k lepi'j.

Austria posłał mu wdzięczne spojrzenie, izolacja nie byłaby mu na rękę, naprawdę.

Dalej pytał o sam ślub i wesele, o preferencje przyszłego męża, o to, kogo zapraszają na uroczystość. Mimo rozdarcia mentalnego udało mu się nawiązać z nim dość otwartą konwersację, a dzięki niej go odkrywał. Berwald był introwertykiem, to widział od początku. Nie wiedział jednak wcześniej, że był trochę wstydliwy, dopiero teraz to zauważył. Wydawało mu się, że w głębi ducha jego narzeczony chce dobrze dla wszystkich, może też nie jest pozbawiony uczuć, jak pokazał na początku. Na pewno za to ma w sobie zalążek dowódczy, a może raczej lubi sam decydować o wszystkim. Ciężko uznać, które z tych dwóch podobnych do siebie określeń pasuje bardziej do tego anioła. Rod czuł się przy nim spokojny, czuł się szczęśliwy. Szanował jego osobę i choć nie mógł się przytulić, to cieszył się z jego obecności.

Wieczorem Szwecja i jego król wylatywali do Sztokholmu, nie zatrzymywali się tutaj na noc. Niestety. Przed spotkaniem szefostwa Berwald poprosił Roda, by jednak przed nimi udawali szczęśliwą parę, nie wiedział raczej jednak, że Rod nie musiał wcale udawać. Dla tej szopki ten blondyn zamienił się znów w jego anioła, gdy wymieniali uprzejmości z szefostwem trzymali się za ręce. Lecz gdy się mieli rozstać Rod poczuł przypływ uczucia niedosytu, przytrzymał dłoń ukochanego, zwracając jeszcze na siebie jego uwagę. Na chwilę przylgnął do niego i złożył na jego policzku drobny pocałunek. Dopiero wtedy się odsunął, spoglądając mu jeszcze w oczy, a w tym prześlicznym błękicie dostrzegł wdzięczność, a duża dłoń delikatnie pogładziła go po policzku. Spoglądał jeszcze, gdy Berwald wraz z monarchą się oddalili i zniknęli w tłumie, sam niechętnie wrócił do swojego życia. Nagle pragnął być tylko przy nim.