Przez kolejne dni Roderich stracił poczucie granicy między jawą a światem marzeń. Kiedy budził się, wędrował po świecie, zazwyczaj był sam. Spełniał rolę kraju, widywał się z ważnymi ludźmi, z innymi krajami, jednak w każdej, każdeńkiej relacji zachowywał dystans, ukazując tylko swoją spokojną, pogodną twarz. Nawet przyjaciół-ludzi, których znał w teatrze, czy przyjezdnych muzyków, z którymi się przyjaźnił - nawet wobec nich nie był do końca szczery, był pogodny, grał z nimi, grał też na scenie. Kiedy spał… Nigdy nie był sam. Zawsze towarzyszył mu jego anioł ze Skandynawii, wszystko robili razem. Spędzali każdą wolną chwilę ze sobą, rozmawiali, przytulali się, okazywali sobie wzajemnie uczucia. Byli najszczęśliwszą parą na świecie.

Ale świadomość tego, że to wszystko jest iluzją doprowadzała Rodericha do frustracji, napełniała go tak silnie wszelkimi negatywnymi emocjami, iż czasem motając się po łóżku lub pokoju w samotności potrafił się zadrapać, obić swoje ciało i nie do końca odczuwał wtedy ból. Ta fizyczna niedogodność była niczym wobec katuszy, jakie przechodziła jego dusza. Czasem zdarzało mu się krzyczeć przez płacz, bo i w krzyku jego emocje znajdowały ujście. Jakkolwiek umiał z siebie wyrzucić wszelkie cierpienie, zawsze robił to bez niepotrzebnej pary oczu obserwatora. Zawsze w domu, zawsze w momencie, gdy nie było w nim nikogo innego.

Berwald nie interesował się nim, nie napisał wtenczas ani jednej wiadomości, nie wykonał ani jednego telefonu. Dopiero po okresie kilku tygodni Rod zaproponował mu sam, z własnej woli, aby się spotkali. Prawdą było, że Austria tęsknił, choć wiedział, z jakim chłodem zostanie przyjęty. Chciał jednak sprawdzić, czy jest w stanie rozkochać w sobie Berwalda, tak jak Berwaldowi się to z nim udało. Mężczyzna przyjechał do Wiednia, nie odmówił mu spotkania, jednak też przyjechał na ledwie dwa dni. Ich czas mijał na rozmowie i spacerach po tym historycznym mieście, na wspólnym parzeniu kawy i drobnych żartach. Rod wyczuwał przez cały ten czas dwie rzeczy, po pierwsze barierę, jaką Nordyk wciąż wobec niego utrzymywał, a po drugie drobne zainteresowanie. Czasem Berwald wydawał się po prostu neutralny i muzyk zastanawiał się, czy on się nie zmusił do tego przyjazdu z grzeczności.

Wszelkie próby podejścia bliżej do Nordyka ciągle kończyły się fiaskiem. Rod się nawet nie próbował przytulać, próbował go prostu gładzić go po dłoni i siedzieć obok niego. Daremnie, Nordyk wciąż się odsuwał lub znosił to wyraźnie z konieczności. Raz tylko, gdy Berwald wyjątkowo na wszystko mu pozwalał, Rod przylgnął do niego i odetchnął cicho, wsłuchując się w jego serce. Wtedy nawet Szwed ostrożnie pogłaskał go po głowie, co Austriakowi bardzo się spodobało. Nigdy więcej jednak tak się nie zdarzyło.

Na jednym spotkaniu się nie skończyło, zaczęli jeździć do siebie, choć między każdymi takimi spotkaniami mijało sporo czasu, trzy lub nawet cztery tygodnie. Parokrotnie Rod dał swemu wybrakowi prywatny koncert, dwukrotnie udało mu się namówić go na wspólny taniec. Berwald tańczył… wspaniale. W obu przypadkach, jak wirowali razem, Rod był zafascynowany umiejętnościami i zręcznością ukochanego, jego płynnymi ruchami, jego wręcz idealnym prowadzeniem. Chciał uwodzić swego męża, a sam popadł w jeszcze większy zachwyt swoim partnerem.

Berwald jednak z każdym kolejnym spotkaniem zaczął się nieco wycofywać. Coraz mniej pozwalał mężowi podchodzić, zaczął odmawiać spotkań. Nawet wśród innych krajów już nie tak chętnie trzymał go za rękę, czy obejmował w pasie. Po prostu… odepchnął go. I Rod o tym doskonale wiedział, był przekonany, że Szwed po prostu w jakimś stopniu się zawiódł na Roderichu, nie chce go już ani jako męża ani nawet jako przyjaciela. Kiedy się widywali, zaczął odwracać wzrok, nie mówił mu wszystkiego wyraźnie. Co prawda... wcześniej też mu nie wszystko mówił, ale teraz zaczął ukrywać jeszcze więcej. Tygodnie oczekiwania zaczęły zamieniać się w miesiące poprzedzane co najmniej trzema prośbami o spotkanie. Rod doskonale też wiedział, że przez ten zwiększony chłód zrobił się jeszcze bardziej natarczywy, ale nie umiał nic na to poradzić. On go po prostu potrzebował jak powietrza.

Jednak mimo palącego żaru pewnego dnia po prostu się poddał. Po prostu zamilkł, postanowił, że cokolwiek będzie chciał mu przekazać, będzie pisał w osobnym zeszycie, który specjalnie na to kupił. Nie odezwie się ani słowem, chcąc zobaczyć, czy jego mąż się nim w ogóle zainteresuje. Czy może to jest już dobry czas na to, by się rozejść. Czekał… Czekał i czekał… Po trzech tygodniach już w każdej wolnej chwili myślał o swoim aniele, o tym, co u niego. O jego silnych ramionach i czułym sercu. Przestał wychodzić z domu do przyjaciół, przestał spotykać się z rodziną. Leżał w domu i marzył. Jego mąż faktycznie się nie odzywał, nie zadzwonił ani razu. Nie napisał ani jednej wiadomości. Zupełnie jakby zapomniał o jego istnieniu.

Roderich czuł, że nie chce nawet próbować odnaleźć się na tym świecie, pełnym chłodu i cierpienia. Jedyne czego chciał, to raz na zawsze połączyć się z własnym aniołem, który w tym świecie stracił serce bądź nigdy go nie miał, a w innym świecie potrafi kochać najbardziej ze wszystkich. Wahał się przez kilka dni, jednak przedłużające się milczenie ze strony Berwalda pomogło mu w podjęciu właściwej decyzji i zakupieniu odpowiednich środków. Nie chciał jednak… od tak… wyłączyć się. Tego piątkowego wieczoru zadzwonił, ale nie do Berwalda, zadzwonił do kuzyna.

- Ludwigu… witaj. Jak sobie radzisz z odbudową kraju? – zapytał na początku głosem spokojnym, ale lekko podniesionym, maskującym wszelkie emocje.

- Powoli, ale złapałem stabilność. – odparł Ludwig, głos miał jak zawsze, stanowczy, choć nieco ożywiony. W żadnym razie depresyjny – Nowy rząd wprowadził ostrzejsze restrykcje, obniżył ulgi, nawiązał nowe znajomości. Dzięki temu też wielu obywateli bliskiego wschodu wreszcie wyjechało. Nie powinienem tak mówić, ale... nareszcie ich nie ma.

Rod delikatnie się nawet uśmiechnął na to, co Ludwig mówił. Słuchanie, że tam się dzieje coraz lepiej tylko koiło jego niepokój o kuzyna, poza tym to było odbicie od sprawy, z którą do niego dzwonił. A nie mógł przecież od tak zrezygnować.

- Wierzę, że za rok, dwa, znów będziesz naszym liderem Europejskim, kuzynie. Ja... Cóż. Dzwonię, żeby się pożegnać. Być może… tylko na jakiś czas.

- Pożegnać?

Ludwig nie rozumiał, to było naturalne, jednak Rod z każdym słowem był bardziej pewny, że to, co robi, jest słuszne, że to najlepsze wyjście.

- Tak, kuzynie. Wiesz… Berwald dobrze zarządza krajem, radzi sobie, ale… Nie jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. W ogóle zwątpiłem, czy jesteśmy, ja… Wolę nie czuć tego każdego dnia.

- O czym ty mówisz, Rod? – Ludwig zaczął się wyraźnie denerwować.

- Być może otworzę oczy w świecie, gdzie Wy obaj stanowicie dwie potęgi, wtedy być może powrócę jako mały, spokojny kraj. - mówił wciąż tym tonem, jakby nie zmącony pytaniem - Być może… Mój naród podda się wpływom z północy i nie obudzę się wcale. Chciałbym Ci rzec, że jesteś dobrą, sprawiedliwą osobą, Ludwigu. Zasługujesz na potęgę.

Cisza zapadła ze strony Niemieckiego narodu. Rod tylko szerzej się uśmiechnął, czując jakąś radość ze słów, które wypowiada. Wcześnie już chciał mu powiedzieć takie komplementy, ale jakoś nie było okazji, teraz też i to z siebie wyrzucił.

- Dobranoc, Ludwigu. Oby nie na zawsze. Chciałbym… Ujrzeć Cię znów na miejscu lidera Europy.

Po tych słowach Rod się rozłączył i odłożył telefon na bok. Spodziewał się co prawda, że kuzyn oddzwoni, jednak tak się nie stało, nie wiedział czemu. Być może Ludwig także popada już w depresję, być może nie uwierzył, być może Ludwig go nie zrozumiał. To już… nie było takie ważne.

W kolejnym kroku Rod przysunął do siebie kartkę papieru i pióro. W prawym górnym roku zapisał datę dzisiejszą, następnie przeszedł niżej, do lewej krawędzi. „Najdroższy Berwaldzie" wpisał jako pierwsze i przeszedł do nowego akapitu. Myślał… myślał bardzo długo, nim zaczął wreszcie pisać to, co leżało mu na sercu. Wyraził, jak bardzo go kocha, że myśli o nim codziennie, marzy, śni o nim. Wyraził, że nie może bez niego żyć, że to go trawi jak żywy ogień od środka, że czuje się okropnie każdego dnia spędzonego w ciszy, w samotności. Że Berwald jest jedyną osobą na świecie, na której mu tak naprawdę zależy. Że czekał… Czekał wiele razy, czekał na słowo od niego, choćby pięć minut zainteresowania. Że pragnąłby czuć się bezpieczny w jego ramionach, że pragnąłby znów skosztować jego ust, że chciałby słyszeć bicie jego serca tuż przy swoim. Że chciałby być kochany. Że nie rozumie, dlaczego Berwald go zostawił, dlaczego się nim nie interesował, dlaczego go odpychał. Tęsknił za jego głosem, za wspólnymi rozmowami, za wspólnym tańcem, za wspólnym czytaniem książki na kanapie. Dopisał też, że wierzy, że w krainie snów odnajdzie spokój, jakiego pragnie, życzył mu powodzenia, życzył mu, żeby wszyscy go podziwiali, tak jak on go podziwiał.

Słowa wypływały z niego w końcu samoistnie, formułując list, ostatni list, jaki chciałby mu przekazać. Wszystko, co chciał mu powiedzieć przez cały ten czas zawarł w tym tekście, wreszcie go podpisał, wyrażając nadzieję, że będzie potęgą. Ich współpraca przebiegała świetnie, ale przebiegała przez ręce urzędników, nie przez ich własne. Dlatego też sam Berwald nie potrzebował samego Rodericha, tak właśnie Rod myślał.

Odłożył list na stolik w sali dziennej, w której najczęściej z Berwaldem przebywali. Sam jednak przesiadł się na leżankę, obracając w dłoniach pudełeczko z tabletkami. Jedna z nich pomaga przy lekkim zaśnięciu, dwie gwarantują mocny sen przez całą noc. Roderich wyjął siedem pigułek. Każdy jeden łyk budził w nim pierwotny, wewnętrzny strach. Przy pierwszych trzech wystarczyło go odgonić. Przy czwartej powtarzał sobie, że to jedyne rozwiązanie, że ten świat przyprawia go jedynie o ból. Przy piątej zaczął przypominać sobie najpiękniejsze sny z własnym aniołem i obietnicę, że spotkają się, po tej drugiej stronie. Przy szóstej wspomniał Berwalda, tegoż anioła o zimnym sercu, ich oświadczyny, radość temu płynącą. Przy siódmej nic nie wspomina, gdyż oczy zaszły mu cieniem, a lek sam wpadł mu do gardła.

Położył się i zamknął oczy, ciemność zaś pochłonęła go z łatwością. Nie czuł kompletnie nic, wpadł w pustkę.