Szum strumyka dobiegł jego uszy, kiedy Rod ostrożnie się budził. Właściwie… nie czuł, jakby spał, a jakby po prostu tak leżał z przymkniętymi oczyma dłuższą chwilę. Słońce delikatnie ogrzewało jego skórę, zaś chłodził ją delikatny powiew, również mierzwiący mu włosy i trącający trawę, na której leżał. Nie… leżał na kocu rozłożonym na trawie.

Ostrożnie podniósł głowę i spojrzał na siebie. Był ubrany w białą luźną koszulę i takież lekkie spodnie, nic więcej, żadnej kamizelki, czy żabotu. Po chwili zorientował się też, że nie ma na sobie okularów, czy medalika, który zawsze miał na szyi. Zupełnie jakby nic go już nie obchodziło, nie obowiązywało, jakby mógł… być sobą.

Uczuł dotyk na swojej prawej dłoni. Spojrzał w tym kierunku i zauważył Berwalda, który właśnie przy nim usiadł, biorąc jego dłoń w swoje obie, duże dłonie. Rod mu się przyglądał, ale umiał jedynie stwierdzić, że Berwald miał na sobie jasną koszulę, nawet nie umiał powiedzieć, jakiego koloru. Rod skupiał się na jego błękitnych oczach i jasnych włosach, tak cudownie ze sobą kontrastujących. Chciał się podnieść, ale gestem Berwald nakazał mu leżeć.

- Spokojnie R'd… Mus'sz wydobrzeć. – mówił wyraźniej, o wiele wyraźniej, choć wciąż nie idealnie. Ale to chyba Roderich także u niego uwielbiał.

- Aniele… Teraz już ciągle będziemy ze sobą, prawda? Każdy dzień, Ty i ja. – marzył o tym. Tak bardzo marzył, tak bardzo za nim tęsknił, a teraz nareszcie miał go tutaj, przy sobie, był z nim.

Berwald się pochylił i ucałował go w policzek, Rod chciał się znów podnieść, ale tym razem poczuł, że nie ma wystarczająco sił.

- Tak, kwiat'szku. Ale nie w t'n sposób.

Tenże anioł przysunął się, gładząc go po ramieniu czule i spoglądając na niego z miłością, ale jednocześnie przepraszająco. Austria nie rozumiał, dlaczego.

- Nie w ten sposób? Co masz na myśli, kochany?

Blondyn znów go pogładził po dłoni, teraz zaczepiając o te palce, to znów wodząc po jego przedramieniu.

- Powi'dz mi, R'd. Kochasz mni'?

Ta otwartość, brak chłodu i czułość w spojrzeniu nieco uspokajały wrażliwego Wiedeńczyka, choć wciąż się niepokoił.

- Kocham, oczywiście. Jesteś moim ideałem, jak mógłbym Cię nie kochać?

Berwald kiwnął głową i ucałował go w drugi policzek. Tak czule, tak delikatnie, to było coś wspaniałego. Tylko czemuż nie mógł mu odpowiedzieć?

- A mnie na Zi'mi? Swojego męża?

Tutaj Rod nieco przygasł, patrząc na ukochanego mimo wszystko, przez pewien czas starając się w nim widzieć tego chłodnego, niedostępnego Berwalda. Jak ciężko było ujrzeć w tym czułym spojrzeniu te lodowate oczy, jakie zazwyczaj Berwald miewał.

- Tak. – odparł po dłuższym namyśle – Kocham go. Jest wspaniałym mężczyzną, pięknym i inteligentnym. Jednakże brak mu empatii do tego stopnia, że swoją obojętnością rani. Okrutnie rani.

Widział, jak duża dłoń ukochanego przejechała ponad jego twarzą, tak więc Roderich posłusznie zamknął oczy i obserwował mrok, przez który przebijało się światło słońca. Czuł się jednak gorzej, czuł się słabszy, jakby sama zła myśl go osłabiała. Teraz już nawet nie próbował wstać, cieszył się z faktu, że leżał.

- A tęskn'sz za nim, R'd? – zapytał jeszcze jego anioł swoim spokojnym, miłym, acz niskim głosem.

Znów Austria wspomniał moment, gdy Berwald przed nim klęczał, prosząc go o rękę. Ujrzał ich ślub, ich cudowny taniec na weselu, a zaraz później ich taniec już w zaciszu domowym, równie perfekcyjny, równie wyważony i elegancki. Wspomniał te wszystkie momentu, kiedy siedzieli obok siebie i rozmawiali. Wiedział, że z tą osobą już nie będzie miał okazji porozmawiać.

- Tak… Tęsknię za nim. – odpowiedział powoli.

Wiedział, że takie rozmowy może prowadzić z własnym aniołem, ale nie był pewny, czy będą takie same, ciekawe, pełne argumentów i gier słownych. Zaraz jednak przypomniał sobie też te dni, kiedy czekał, kiedy nic się nie działo, kiedy usilnie pragnął słowa z tej drugiej strony, ale nie doczekał go, wreszcie sam dzwonił. Widział znów te puste oczy, tę niechęć do niego. Czuł wręcz tę barierę tak jak teraz czuł się gorzej. Był słaby, chciało mu się pić, nie rejestrował dokładnie dźwięków.

Zareagował jedynie na dotyk, czując dłoń na swojej dłoni. Przekręcił lekko tę rękę, łapiąc za tyle, za ile mógł, a ten dotyk wyczuł o wiele wyraźniej. Powoli do jego uszu dobiegał rytmiczny sygnał, popiskiwanie, które nie od razu skojarzył z rytmem własnego serca. Było powolne, ale narastało.

- Rod'rich… - ten głos też usłyszał wyraźniej, dopiero też teraz Rod zdał sobie sprawę, że poprzednia mowa Berwalda dolatywała jakby z oddali.

Obraz, jaki wdarł się między powieki był ostry, biały, wręcz nieprzyjemny. Słońce padało na ścianę przy nim, jego samego otaczała biała kołdra, spod której wychodziły cztery kable, od jego głowy odchodziły trzy. Rod poczuł, że ma na czole i skroniach czujniki, pewnie mierzące pracę mózgu, na klatce piersiowej też ma kilka, od nich zapewne pędzi sygnał do tej maszyny, która dawała niezbity dowód na to, ze on żyje.

A sam fakt życia… Był dla Roda wyjątkowy, był wręcz… radosny. Mimo tego, że jego marzenie się rozpłynęło, to czuł szczęście z powodu tego, że znów na tym świecie otworzył oczy. Choć czy to marzenie prysło na pewno? Jego dłoń została mocniej ujęta, dodatkowo potarł ją kciuk. Wreszcie Rod spojrzał na blondyna, który siedział przy nim i trzymał go za tę dłoń. W jego oczach nie było chłodu, to zauważył od razu, a drugą istotną cechą był drobny uśmiech, który wcale na tej twarzy nie wyglądał źle. Był wręcz uroczy. Tak jak oczy wypełnione nadzieją były naprawdę miłym obrazkiem. Oto właśnie zapewne jego anioł wszedł w ciało tego chłodnego mężczyzny, by nadać mu uczucia, których tak bardzo potrzebował.

- Hei… - blondyn powitał swojego małżonka, nie przerywając spoglądania mu w oczy. Był uważny, czujny, acz całą koncentrację skupiał teraz na nim.

- Hej... – chciał odpowiedzieć normalnie, acz wyszedł mu szept. W ustach poczuł kompletną suchość, zaraz też zakaszlał, mrużąc oczy. Wciąż czuł się osłabiony, wszystko docierało do niego z opóźnieniem.

Blondyn podniósł się i usiadł bliżej niego, uważając na całe to okablowanie. Ostrożnie podniósł Roda, drugą ręką przysuwając do niego butelkę z wodą. Być może to był jego napitek, Austria nie wiedział, przyjął wdzięcznością te kilka łyków. Zaraz też rozejrzał się po sali, leżał sam mimo trzech posłań. Jedno było puste, odpowiednio ułożone, przy drugim było kilka przedmiotów. Nie rozpoznał ich, nie skupił się też na nich wystarczająco. Po prostu położył głowę na Szwedzkim ramieniu, a błękitnooki mężczyzna nie zaprotestował.

- Dobrze że jesteś, kochany. Brakowało mi Ciebie… Tak bardzo brakowało. – wyszeptał cicho, przytulając się do niego. Berwald go nie odtrącił, wciąż był obok niego, nawet lekko go obejmował. To chyba najbardziej go satysfakcjonowało, to, że jego marzenie w końcu było tuż przy nim.

- Zami'szkam z t'bą. – zadeklarował po chwili milczenia – Tu, w Wi'dniu.

Purpurowe oczęta zwróciły się ku niemu, błyszcząc z niedowierzania, przecinanego niewyobrażalnym szczęściem. Tak, to była jedna z piękniejszych obietnic, jakie mógł otrzymać, zaraz też przytulił się do niego na powrót, dziękując mu raz po raz. Za to, że będzie, że kocha go, że zostanie z nim. Za to, że po prostu mu towarzyszył.

Wtedy też weszły do sali dwie pielęgniarki, a widząc pacjenta już siedzącego początkowo się wystraszyły, zaraz też podbiegły, co by rejestrować wszystkie zmiany, co mu dokładnie teraz dolega. Berwald puścił go i odsunął się, pozwalając kobietom działać, choć wciąż spoglądał na mężczyznę tymi pogodnymi oczyma. Przez chwilę Rod miał wrażenie, że te oczy są mokre i mężczyzna zaraz zacznie popłakiwać.

- B'dę tu czek'ł. – blondyn rzekł ponownie i usiadł na sąsiednim łóżku.

Rod pozwolił, by kobiety się nim zajęły, zaraz też ostrożnie został postawiony, z niego zostały zdjęte wszelkie kabelki, a on sam wyprowadzony, podpierając się na jednej kobiecie. Trafił do pokoju lekarskiego, poddając się każdym niezbędnym testom, które miały sprawdzić stan jego zdrowia, wszelkim pomiarom ciśnienia, pobieraniu krwi i innym różnym rzeczom, na których on się nie znał. Przy okazji spojrzał w okno, odkrywając, że na ulicy drzewa i krzewy się zielenią, a przecież ostatnie swoje wspomnienie ma jeszcze z okresu, kiedy na ulicy leżał śnieg.

- Proszę Pani… jaki mamy dzień? – zapytał, spoglądając na jedną pielęgniarek uważnie.

Kobieta także na niego spojrzała z tą samą uwagą, a po chwili odpowiedziała, iż mieli dzień dwudziesty czwarty marca. Po krótkiej kalkulacji do Austrii dotarło, że spał niecałe dwa miesiące. Zatem naprawdę się zabił i tylko przez nieśmiertelność kraju i reakcję medyków obudził się znów na tym świecie. Mimo, że jego plan się „nie powiódł", to czuł się szczęśliwy.

- A… Berwald? Czy on przychodził tu… codziennie? – dopytał jeszcze, obserwując zdejmowany mu wenflon.

Kobieta uśmiechnęła się uroczo, na miejsce rany przyłożyła mu gazę, po chwili spoglądając znów na mężczyznę.

- Początkowo tak, jednak po tygodniu poprosił o łóżko obok. Ma Pan naprawdę wspaniałego męża, Panie… Jakim nazwiskiem powinnam się zwracać? Proszę o wybaczenia, jednak ma Pan wpisane dwa.

On już wiedział, że ma wspaniałego męża, ale im więcej osób o tym mówi, tym bardziej raduje go, że to właśnie jego mąż, że to on jest tym szczęściarzem. To był najpiękniejszy prezent, jaki mógł dostać od świata, kochającego, idealnego mężczyznę.

- Oxenstierna. Tego nazwiska będę używał częściej. – odparł ze spokojem, czuł, że jest tego pewny.

Po wszystkich niezbędnych sprawach, także tych pielęgnacyjnych, wrócił z pomocą kobiety do sali. Usiadł jednak koło blondyna, który akurat pisał coś na telefonie, Rod nie zwrócił na to wielkiej uwagi, przytulił się bez pytania do jego ramienia.

- Jutr' b'dziesz miał tu spor' os'b. – rzekł do niego, gdy wysłał ostatnią rzecz. Wtedy też spojrzał na niego i pogłaskał go, tak jak on lubi, ku jego zadowoleniu.

- Hej, Berwaldzie… Co się działo, jak… wracałem do zdrowia?

Blondyn zamilkł na chwilę, dopiero po kilkunastu sekundach się odezwał, poważniejszy nieco.

- Tamteg' dni' zadzwon'ł do mni' L'dwig, inform'jąc, że c'ś się u Ci'bie dziej'. Mów'ł, że j'dzie do Ci'bie i ż'bym dołącz'ł. Przyl'ciałem n'jbliższ'm samolot'm, 'le i tak był'm dopi'ro następneg' dni'. Km… L'dwig mni' tu poprowadz'ł, dał mi tw'j list… Ja… Przeprasz'm, Rod'rich.

Nie mógł odpowiedzieć „nic się nie stało", miał mu za złe tę ciszę, ten chłód. Ale widział, że Berwald żałuje tego i tylko dlatego mu wybaczył. Zaraz przytulił go na tyle, na ile teraz mógł, a blondyn otoczył go ramionami, dając mu poczucie bezpieczeństwa. To było… to najpiękniejsze uczucie, jakiego zawsze chciał doświadczyć, być pod czyjąś opieką. Być chronionym przez kogoś.

- Najpi'rw wyn'jąłem hotel, 'le jak na noc wracał'm, to b'łem się, ż' się ob'dzisz i ni' będzie mni' obok. Popros'łem o łóżk' tutaj. Ni' odszedł'm.

- Widzę… - ostrożnie podniósł głowę, by znów na niego popatrzeć – Widzę i jestem Ci za to wdzięczny.

Berwald jeszcze ucałował go w głowę, obejmując i starając się już go nie odpychać. Rod wreszcie czuł się kochany, tak jak pragnął. Czuł też, że przez wiele dni będzie kochany i to go cieszyło niezwykle mocno. Tęsknił… Tak bardzo tęsknił, tyle łez za nim wylał. Często się zastanawiał, czy to ma sens. Teraz wiedział, że ma, że jego mąż jest wspaniały i że ten czas nie będzie stracony. Jak już tylko stąd wyjdzie... Będzie starał się być dla niego jak najlepszy, będzie starał się być dla niego jak najlepszy, żeby i blondyn był szczęśliwy. Żeby obaj byli szczęśliwi.