W domu na obrzeżach miasta ogień tańczył w kominku, pozwalając drewnu radośnie trzaskać.

Był to pierwszy dźwięk, jaki doleciał uszu Austriaka –trzaskanie drewnianych gałęzi w kominku. Przyjemny. Przywoływał na myśl rodzinne spędzanie czasu, z bratem i czasem kuzynem, a wcześniej z Węgierką i Icią. Ale to nie było teraz możliwe.

Pierwszym dotykiem, jaki poczuł, był lekko szorstki w dotyku, ale ciepły koc. On z kolei przypominał coś innego. Przypominał mu skórę z niedźwiedzia, jaka leżała w chatce Germanii, gdy Rod był mały. Gdy wszyscy Germanie byli w jednym domku pod opieką swego ojca, bawili się i obrażali, kochali i nienawidzili pod jednym dachem. A skóra z misia zawsze leżała w dziennym pokoju, w którą można się było wtulić i wypocząć. Ale to nie było teraz możliwe.

To, co pierwsze poruszyło jego nosek, był to zapach jakiejś rośliny, ziela. Zabierał on ledwo obudzony umysł w podróż na zieloną łąkę w Alpy, w czas, kiedy wszystko kwitnie. Zabierał go do wydarzeń, gdy jako młody chłopiec wraz z młodym też Szwajcarem siedzieli i bawili się, rozmawiali, śmiali, zaplatali wianki. Ale to nie było teraz możliwe.

Wreszcie Rod otworzył oczy. Bolały. Na dodatek automatycznie musiał je zmrużyć, co dodatkowo bolało. Pomieszczenie było jasne, była tu kanapa, na której Rod leżał, obok stolik do kawy, niedaleko kominek, dwa fotele, półka na książki, telewizor, radio, nieco roślinek doniczkowych…

Na jednym z foteli ktoś siedział. Postać duża, ubrana w jednolity strój, a może płaszcz i w szaliczku. Rod znał tę osobę, ale musiał mieć chwilę, by sobie go przypomnieć. Tym spojrzeniem jednak zwrócił na siebie uwagę tegoż, kto siedział i popijał przeźroczysty płyn ze szklanej butelki.

- Wreszcie się obudziłeś, towarzyszu… Spałeś trzy dni.

Rod zamrugał kilkakrotnie i na nowo się rozejrzał. Myśli zaczynały płynąć szybciej, acz proces ten i tak był powolny.

- Gdzie ja jestem… Jaki mamy dzień… - tyle pytań bez odpowiedzi…

- Jesteśmy w obwodzie Nowosybirskim. Mamy, na wasz kalendarz, szesnastego stycznia. Jak się czujecie, towarzyszu?

Rod sobie przypomniał, że często, niezależnie od sytuacji, Ivan się uśmiechał. Teraz jednak tego nie czynił, spoglądał na leżącego, po prostu, chyba lekko zamyślony. Dziwne. Rod spróbował się nieco przekręcić, co okazało się nienajlepszym pomysłem.

- Jestem słaby i… wszystko mnie boli. Poza tym, nieco mi zimno.

Rosjanin wstał i po chwili okrył gościa drugim kocem delikatnie. Tak, był delikatny, co również Roda dziwiło. Ale nie protestował, potrzebował tego jak mało kiedy. A może to wszystko było tylko iluzją jego zmęczonego umysłu?

- Nic dziwnego, towarzyszu. Przeleżeliście większość nocy na Syberii na śniegu. Cud, że w ogóle wtedy byłem w okolicy i was zauważyłem. Inaczej pewnie zamarzlibyście na śmierć…

Rod rozszerzył nieco oczka, ale zaraz je przymknął. No tak… Zaczynał sobie przypominać. Wyjazd na Syberię, przelot samolotem, przejazd autokarem i dłuższa wycieczka na piechotę. Dzień poprzedzany wieloma innymi dniami, chwilami rozmyślań, hipotez, obserwacji… Dzień, który miał być dniem ostatnim. Wspomnienia te zamknęły w nim chęć do mówienia. Chyba nikt nie chciałby o tym rozmawiać.

Ivan nie naciskał, nie od razu. Przyglądał mu się przez chwilę, po czym poszedł do kuchni. Roderich nawet nie miał siły się ruszyć, mógł tylko przez chwilę za nim spoglądać. Póki co zorientował się że stół wcale nie jest pusty. Poza kilkoma gazetami i pilotem leży na nim kartka, biała, elegancko zapisana. Jego list pożegnalny i testament w jednym. Fakt, miał dwie takie kartki. Jedną zostawił w domu, drugą miał przy sobie. Sam dokument o przekazanie majątku i terenów wysłał mailem Ludwigowi, nie czekając nawet na odzew. Komórkę wyłączył znacznie wcześniej.

Zaś sam Rod ubrany był też nie w swoje rzeczy. Miał na sobie luźne białe spodnie i stanowczo za dużą na niego czarną koszulę. Domyślił się, że to odzienie gospodarza. Ciekawe, co się stało z jego własnym.

Gospodarz przyniósł po chwili parujący kubek, który postawił na ławie. Następnie zwrócił się do swego gościa, wkładając mu dużą dłoń pod plecy.

- Powoli, towarzyszu. Wiem, że to zaboli…

Ostrożnie go podniósł, starając się sprawić, by Rod się jak najmniej krzywił i jak najmniej pojękiwał z bólu. Odmrożenia, to straszna rzecz. Śmiertelny człowiek pewnie straciłby tę skórę albo przynajmniej czucie w niej w tych rejonach. Personifikacja miała po prostu sine połacie tam, gdzie przez większość nocy przy minus trzydziestu stopniach skóra stykała się z wilgocią spowodowaną lodowatym śniegiem.

- Pij…

Ivan usiadł tak, by Rod mógł w spokoju się o niego oprzeć i podsunął mu kubek pod nos. Nie było tam wrzątku, dzięki niech będą każdemu, być może napój został schłodzony przy oknie. Mleko, choć chyba z domieszką miodu. Austriak nie protestował, a nawet sam ostrożnie chwycił kubek i pił to, co teraz wydawało mu się ambrozją. Fakt, od prawie czterech dni nie miał nic w ustach, potrzebował z czegoś żyć… Dopiero, gdy osuszył kubek, Rosja zszedł zza niego i ułożył go z powrotem na poduszce, otulając kocami.

- Śpijcie, towarzyszu. Teraz, gdy wasz organizm wyszedł z hibernacji, musicie wrócić do formy…

Protest gdzieś w umyśle zrodził się i ruszył w drogę ku możliwości przemówienia. Protest, że raz, spał już podobnież trzy dni, dwa, zapewne jest dla Ivana problemem. Niestety a może i stety, zanim Rod dał radę powiedzieć cokolwiek, w ogóle upleść to w słowa, świat zawirował mu przed oczyma i słodki Morfeusz zabrał go do swojej krainy…