Czy to umysł był zbyt zmęczony, by tworzyć obrazy, czy też zabijała wyobraźnię choroba zwana wyziębieniem, tego Rod nie wiedział. Na pewno zaś był pewien, że w nocy snów nie miał. Nie miał też pojęcia, ile czasu spał, ale gdy obraz znów mu się wyostrzył, słońce stało wysoko na niebie, pomimo zimowej pory roku.

Ostrożnie wyprostował ręce i nogi, przywracając im choćby część sprawności. Bolały, ale nie tak, jak kręgosłup, gdy Rod ostrożnie przechodził do pozycji siedzącej. Prawie jak wczoraj. W głowie mu wirowało, świat nie chciał stać w jednym miejscu, co chwila zmieniał płaszczyznę nachylenia. Ale Austriak nie mógł na to nic poradzić. Odgarnął koce i wtedy uderzył w niego chłód, a ciało przeszedł dreszcz. Wydawałoby się, że pokój jest całkowicie zimny, nawet jeśli był całkiem nagrzany. To arystokrata miał nagrzane ciało, po prostu.
Przysunął sobie stolik i wsparł się na nim, gdy po raz pierwszy spróbował się podnieść. Natychmiast niemal nogi odmówiły mu posłuszeństwa i opadł na kanapę. Niezrażony tym niepowodzeniem chwycił się lepiej i podniósł się po raz drugi, tym razem, choć ledwo, utrzymując pozycję prostą. Dał krok i drugi, po czym świat na nowo mu zawirował i byłby runął jak długi na podłogę. Byłby, bo dwoje dłoni podtrzymało go pod pachami.

- Towarzysz marnotrawi moją pracę – wysoki głos zabrzmiał za nim, gdy Ivan pomagał Roderichowi się na nim wesprzeć i przytrzymywał go – Gdzie się towarzysz wybiera?

- Nigdzie daleko, do łazienki… - dopiero teraz Rod usłyszał, że i jego głos jest dość słaby, ale brzmiał już lepiej, niż poprzedniej nocy. Pozwolił się zabrać korytarzem, leniwie włócząc po podłodze nogami i drugą ręką wodząc po ścianie.

Był pewien wydarzeń z poprzedniego wieczora, a jednak dokładnie nie mógł ich odtworzyć. Wyglądały jak sen w jego głowie, słowa zacierały się z czynami, obraz z zapachem i smakiem. Nie był pewien, co wtedy mówił, a co myślał, a słów gospodarza pamiętał niewiele. Syberia, hm?

Został wprowadzony do łazienki, gdzie chwycił się od razu szczebla kaloryfera, na jego szczęście ledwo ciepłego i co ważniejsze, ciągnącego się na całą długość ściany. Fakt, w łazience było mu zimno, bardzo. Rosjanin skinął głową i wycofał się. „Szanuje moją prywatność" – Roderich stwierdził w myślach. Ostrożnie przeszedł, trzymając się grzejnika. Może i był krajem, ale był też człowiekiem i miał potrzeby, jak każdy człowiek. Nawet te najbardziej prowizoryczne i, wydawałoby się, czasem najbardziej wstydliwe.

Tą samą drogą do niego wrócił, pozwalając znów się chwycić i poprowadzić do pokoju dziennego. Opadł na kanapę i skrył się w kocach, względnie reagując na dłoń wodzącą po jego twarzy.

- Czemu tutaj jest tak zimno… - mruknął Austriak pod nosem, choć w myślach skarcił się. Był w Rosji w porze zimowej. Musiało tutaj być zimno, takie są prawa natury i logiki. Ale to nie był główny powód jego poczucia ciepła.

- Towarzysz wciąż ma wysoką gorączkę. – usłyszał w odpowiedzi. Teraz dopiero zauważył leżącą na podłodze szmatkę, którą Wania chwycił i podniósł, zamierzając wynieść. Był bledszy, niż zazwyczaj i miał podkrążone oczy…

- Waćpanie, czy Ty spałeś tej nocy? – zadał pytanie, martwiąc się. Coraz bardziej był przeświadczony o tym, że robi mu zbyt wielki problem, że jest tutaj tylko ciężarem. Kojący dotyk palców, które pogłaskały go po policzku część tych zmartwień wyrzucił, ale nie wszystkie.

- Nie mogłem spać, towarzyszu. W nocy bardzo chorowałeś, musiałem jakoś zbić Ci temperaturę. I przez to płakałeś przez sen.

Lekki rumieniec wyszedł Roderichowi na policzki. Płakał? Potrzebował pomocy? Nim zdążył cokolwiek dalej zapytać, Ivan podążył do kuchni, argumentując to zrobieniem czegoś do jedzenia. Rod ułożył się wygodniej, czekając w zamyśleniu. Niezwykle miłym było usłyszeć, że Ivan się nim opiekował, że kręcił się wokół niego tylko po to, żeby nic w środku Roda się nie ugotowało. Próbował sobie wyobrazić siebie łkającego i wołającego pomocy przez sen, a przy nim Rosjanina schładzającego mu głowę wilgotną ściereczką. To wyobrażenie było miłe, ale czy było prawdziwe? Czy nie było zbyt idealnym wyobrażeniem tej sytuacji?

Pytania nie miały odpowiedzi. Zamiast tego jego nos zwietrzył coś słodkiego. Rod ostrożnie się podniósł, gdy gospodarz przyniósł jedną miskę i jeden talerz. Gość zajął pozycję siedzącą w miarę stabilną i przyjął głębokie naczynie od drugiego jegomościa. Zdziwił się jednak, gdy tenże siadł tuż obok niego. Na talerzu leżało kilka kanapek. A w misie był… kleik? Austria otworzył lekko usta, chcąc początkowo zaprotestować przed jedzeniem czegoś tak prowizorycznego, ale zastygł w tej pozycji, przypominając sobie wszystko o odmrożeniach. Faktycznie... jeśli od środka też zaczął marznąć, a było to możliwe, jeśli tyle godzin przeleżał na śniegu... Zapewne nie mógł nic inn…

- …! - …innego zjeść. Z zamyślenia wybrało go ciepło, wręcz gorąco w ustach i uczucie wyjmowanej łyżki. Zamrugał, przełykając kleik i oblizując lekko usta, podczas gdy Ivan go już obejmował jak małego chłopca, szykując drugą łyżkę. – Mój Panie, nie jestem dzieckiem…

Nie zdążył zaprotestować w całości, gdyż znów został nakarmiony przez uśmiechniętego Rosjanina.

- Towarzysz jest głodny, czy nie? – w połączeniu z tą uśmiechniętą, niemal uroczą buźką brzmiało to co najmniej dziwnie.

I nie pomogła próba zabrania łyżki Rosjaninowi, by Rod sam mógł w spokoju zjeść. Jedyne, co pozostało mu, to dać się karmić tym, choć musiał przyznać dobrym jedzeniem. Był głodny. Skoro przez trzy dni nic nie jadł, to owszem, był głodny. Jadł w nadanym mu tempie, przełykając rzecz i starając się jak najmniej nie uronić. Dziwił się, że jego gardło nie chciało pracować do końca, a usta wciąż były słabe. Co jednak uronił, Ivan zbierał ręką i sam zjadał. Też był głodny, ale nie chciał sam pierwszy zjeść. Dobro gościa ponad gospodarza? Ale to nie pasowało Roderichowi do jego wizji Rosji!

Kanapeczki zaczęły znikać dopiero, gdy pusty głęboki talerz został odłożony na bok. Austriak siedział obok z głową ułożoną na oparciu kanapy i pełnym żołądkiem, mrużąc oczy w zadowoleniu, chwilowo wyłączając wszelkie tory myśli. Był w błogim stanie, jednocześnie czekając, aż Wania też się pożywi. Najgorszym by było już, gdyby on nie tylko dla Roda przestał spać, ale i jeść.

- Panie Ivan… Dziękuję za opiekę.. Ja nawet nie wiem, jak się odwdzięczyć… - mruknął Roderich, gdy zorientował się, że i ten już zakończył śniadanie. Przyciągnął tym samym uwagę gospodarza do siebie, by następnie otrzymać ciepły, pełen życzliwości uśmiech. Choćby szukać w nim krzty szaleństwa, nie było go tam, był to szczery wyraz twarzy.

- Odwdzięczy się towarzysz, spokojnie. Ale nie teraz, bo teraz to musi towarzysz wrócić do pełni sił.

Nic mu to nie wyjaśniało. Ivan zebrał talerze i poszedł z nimi do kuchni, znikając na kilka chwil i pozostawiając gościa w morzu pytań. Rod ułożył się znów pod kocami, zastanawiając się nad niejedną kwestią, ale przede wszystkim nad celem tego, że Ivan go w ogóle ratuje. Nie wierzył w bezcelowe działanie, nie w przypadku byłego komunisty.

Leżąc tak i chroniąc się przed chłodnym, dla niego, pokojem, zauważył dopiero zmianę światła nad sobą. Nieco zdziwiony wykonał polecenie zadane w gestach i przeniósł się do leżenia na brzuchu. Zadrżał, gdy koce zostały zabrane i zgłupiał, czując, jak zostaje z niego zdejmowana górna część stroju. On chyba nie…

- Towarzysz teraz lepiej się nie rusza. Trzeba towarzyszowi leczyć te odmrożenia.

Austriak wziął kilka głębszych wdechów i położył ręce wzdłuż ciała, pozwalając, by Rosjanin dotknął jego nagiej skóry zwilżoną dłonią. To bolało i Alpejczyk czasem się krzywił i posykiwał, jeśli jego „lekarz" naciskał zbyt mocno.

- Z całą pewnością nie chciałby towarzysz teraz się widzieć z tyłu – zagadnął podczas czynności.

- Wierzę. Co mi waść wciera? Jest rozgrzewające.

- Spirytus, towarzyszu, spirytus – odparł z rozbrajającą szczerością. Przejechał jeszcze dłonią parokrotnie po jego plecach i przestał na chwilę – Przepraszam towarzyszu, ale muszę nasmarować wszystkie wasze odmrożenia…

Ostrożnie chwycił i za dolną część odzienia pociągnął w dół, odsłaniając kolejne niemal fioletowe płaty na skórze swego podopiecznego. Przed zerwaniem się i ucieczką Rodericha powstrzymywała tylko świadomość, że to jest konieczne i że Wania i tak wiele dla niego uczynił. Podwinął ręce do góry i zacisnął dłoniach poduszkę, znosząc to, choć dotyk mężczyzny w okolicach tego, gdzie żaden inny mężczyzna zajrzeć nie powinien był dla niego niezwykle krępujący. Był on tym bardziej, gdy kilka pojedynczych kropel wniknęło mu między pośladki i był on nadal, kiedy dłonie Ivana ostatecznie zjechały z tychże wypukłości na uda chuderlaka. A później na łydki, co zakończyło cały proces i pozwoliło leżącemu odetchnąć z ulgą. Został ubrany i otulony kocami znów, na końcu nawet pogłaskany.

- Waść.. Codziennie mi to czynił..? – zadał nieśmiało pytanie Roderich, gdy jego opiekun jeszcze nie zdążył wyjść.

- Oczywiście, towarzyszu. To, co nosi towarzysz na skórze dzisiaj już i tak wygląda lepiej. I dziękuje, że towarzysz nie robi mi problemów, bo sam wiem, jak wstydliwe są niektóre miejsca. Towarzysz teraz pójdzie znów spać, da?

Przez chwilę Austria milczał, przetrawiając całą tą wypowiedź i skakanie z tematu na temat. W końcu wzniósł ku niemu oczy.

- Pod jednym warunkiem, acan.

- Da? Co sobie życzysz jeszcze, towarzyszu?

- Ja zasnę tutaj, ale waćpan w swoim łóżku. Nie chcę, by waść dla mnie chodził niewyspany. Nic mi nie powinno być.

Ivan zamrugał zaskoczony, ale po kilku chwilach uśmiechnął się na nowo. Skinął głową, zgadzając się i bez słowa odstawił alkohol na miejsce. Rod mógł spokojnie nasłuchiwać, czy jego gospodarz kładzie się do łóżka, ale wszystko wskazywało na to że tak. Tym lepiej, wypocznie nieco. Należy mu się. Sam Rod jednak leżał w wyznaczonym miejscu, spał ostatnio już za długo. To jest tak dziwny stan, kiedy masz zbyt wiele energii, że nie możesz spać, ale też zbyt mało energii, żeby cokolwiek wykonać. A już zwłaszcza wstać, o czym dowiedział się ładnym kilka chwil temu. Rozmyślał, to było teraz dla niego najlepsze. Nawet o książkę nie mógł poprosić, gdyż zapewne tutaj Ivan wszystkie, jakie miał, były w cyrylicy.

„Ciekawe, co się dzieje w wielkim świecie. Ivan mówił, że spałem trzy dni, a jeszcze jeden minął. Chyba. Tak ciężko mi teraz odróżnić jawny świat od snów. W każdym razie... Jeśli minęło cztery dni, to mogą mnie już szukać. Ale z drugiej strony... czy to ważne? Sam chciałem zniknąć."

Rod westchnął cicho i lekko się obrócił, spoglądając w ogień. Nawet nie wiedział, kiedy Rosjanin dorzucił drewna do ognia.

„To miejsce przypomina mi dom, jaki tworzyłem, gdy jeszcze byłem imperium. Chociaż wokół polityczne afery, dom był ciepły i przytulny. Miejsce ukojenia. Pewnie dlatego mi to pozostało w umyśle, co by chować się w domu, gdy już jest bardzo źle. A może to właśnie było moim życiowym błędem? Może właśnie to doprowadziło... do tej sytuacji?"

Odepchnął od siebie tę myśl, była złą. A mimo to podobnych przemyśleń nachodziło go coraz więcej. Było to męczące. „Słodki Morfeuszu, czemu nie chcesz mnie przyjąć teraz pod swą opiekę?" Niestety, nie mógł usnąć. Sen był dla niego teraz niemożliwością. Najchętniej by więc porwał kartkę papieru i ołówek bądź długopis, co by pisać bądź szkicować. Co by ruszyć swą artystyczną część duszy. Niestety, nic nie miał przy sobie. Tylko ten pożegnalny list. „Ciekawe, ile razy Ivan go czytał. Czy wiele z niego rozumiał?" Popadał w wątpliwość co do tego. Nie rozmawiał z Ivanem bezpośrednio już dość długi czas, wszelkie sprawy międzynarodowe między nimi załatwiali śmiertelni ludzie u władzy. Kraje zajmowały się innymi sprawami.

„Każdy zaczął pilnować własnego ganka, zapominając o innych" - stwierdził w myślach na spokojnie, zamykając powoli oczy. „Nie mogę spać... Ale mogę myśleć."

Tak też zamierzał zrobić. Zaczął wyobrażać sobie miejsce. Zamek, tak. Pragnął przebywać w zamku wykutym w skale. Wokół rozpościerało się pustkowie skalne, a w oddali szumiał las. W zamku tym panował Król. Był on uzurpatorem i egoistą, podejmował decyzje dla własnej korzyści. Ludzie musieli jechać powozami, by uprawiać ziemię, ale poza miastem na tych pustkowiach czasem powstawały warsztaty, kuźnie, kamieniarki... Późne średniowiecze, gdzie ludzie się już rozwijali. Na pozornie nikłych terenach zakładali przedmieścia, coś wytwarzali. Wtem inny dźwięk. Szczęk stali, to rycerze walczyli między sobą, ćwicząc się i dając pokaz pospólstwu. Mniejsi giermkowie walczyli na miecze drewniane. Doświadczenie rycerzy pozwalało im jednak używać już tej prawdziwej broni. I nagle znów dźwięk, tym razem ryk rogu. Oto przed bramą zamczyska stanął najprawdziwszy smok o czarnych jak sama Noc łuskach. Piękny rycerz, którego twarzy jednak dostrzec zza hełmu było niepodobna, dosiadł bestię i odleciał w siną dal. Na niebie zjawiło się więcej takich istot, krążących chwilę nad miastem i odlatujących w nieznane. Król patrzył na to wszystko surowym wzrokiem, ale nic nie mówił. A później...

W pewnym momencie, gdy tak wędrował po tym zamku, nagle zza jego murów wyrosła kreatura. Stwór o czterech małpich łapach, pysku jaszczura, nogach jak u ptaka i kocim ogonie. Cała pokryta szarymi piórami, ino ręce były nagie. Jednym uderzeniem zrobiła wywrę w murze i weszła do środka. Ludzie zaczęli uciekać. Rod... nie był aż tak szybki.

Austriakiem miotnęło, gdy rzucił się na inny bok. Nie wiedział nawet, kiedy wyobrażenie zabrało go do świata snu. Zanim zdążył się dokładnie zorientować, ześlizgnął się z kanapy na podłogę i jęknął, czując wszechobecny promieniujący ból i zimno. Syknął, gdy ostrożnie przenosił się do siadu. Znów go wszystko bolało bardziej, niż rankiem. Chwycił się materaca i ostrożnie wdrapał na miejsce, a następnie ukrył pod kocami. Lepiej, cieplej. Ale i tak... ból był niezwykle silny.

Cisza wokół była przejmująca. Ivan najwyraźniej wciąż spał. I dobrze, niech wypoczywa jak najdłużej. Rod spoglądał chwilę na drzwi prowadzące na korytarz. Spoglądał, widząc, jak obraz powoli traci kolory. Nie dosłownie oczywiście, z jego wzrokiem było wszystko w porządku. Ale wewnętrznie... Wszystko wokół zdawało się szare. Smutne. Ponure. „Znowu jestem w klatce" - przeszło mu przez myśl, a oczy same się zwilżyły. Rod nie wiedział nawet dlaczego. Nie widział powodu, dla którego był w tym stanie. Po prostu... potrzebował tego. Potrzebował płaczu i dlatego płakał, korzystając z tego momentu, kiedy nikt go nie widzi. Wtulił twarz w poduszkę, na nowo będąc bombardowanym widzeniami, obrazami pokazującymi mu obojętność wobec własnej śmierci. Był tak pewien tego, że nikogo nie wzruszy jego zniknięcie, aż naprawdę spróbował zniknąć i prawie mu się udało. Załkał mocniej. Jakże pragnął ujrzeć w tym widzeniu chociaż jeden kwiat na własnym nagrobku...

Wiatr mocniej zawiał za oknem. Słońce błyskało wesoło za oknem, odbijając się od wielu, wielu płatków śniegu. Godzina czternasta już minęła, ale wciąż na resztę dnia pozostało dużo czasu.