Szwed zasnął szybko i przez to też obudził się o wiele wcześniej, niż powinien. Dłuższy czas nic nie robił, ale w końcu wpadł na myśl, że przecież ten tajemniczy K może chcieć mu znów podrzucić liścik i to długo przed obradami. Natychmiast podniósł się z łóżka z zamiarem przyjścia przed nim i napotkania go w sali. To może być szansa!

Mimo pierwszej reakcji dość spontanicznej zbierał się dość mozolnie, pierwszy raz od bardzo długiego czasu przyłożył wagę do swojego wyglądu. Upewnił się, że na jego policzkach nie ma zarostu, że jego włosy są chociaż w minimalnym stopniu zaczesane, a błękitna koszula nie obciska go jak foliowe opakowanie, tylko luźno spływa po jego ciele. Gdy uznał, że wygląda dostatecznie dobrze, ubrał buty i wyszedł z pokoju. Teraz oby nie ubrudzić się podczas śniadania i oby wiatr nie rozczapierzył mu „fryzury"…

Wkroczył na salę restauracyjną lekko zamyślony, jednak intuicja nakazała mu się wybudzić i rozejrzeć, co też blondyn uczynił. O tej porze niewiele osób tutaj przebywało, z pewnością większość gości hotelowych jeszcze spała, mimo to kilka stolików już było zajętych. Przy jednym z nich, przy jasnozielonej ścianie Berwald nagle rozpoznał jedną osobę, którą niewątpliwie znał, z nieznanych sobie przyczyn nie zauważył go wcześniej tutaj. Włosy faktycznie ciemniejsze, teraz wyraźnie widział ich brązowy kolor, cera dość blada, do tego pod oczyma dojrzał przebijające się cienie. Same oczęta, choć skryte za szkłami okularów, spoglądały na kartkę papieru leżącą obok filiżanki kawy na stoliku, oczy te jednak były pozbawione radości, przygaszone, nieruchome w przeciwieństwie do lekko drżących bladoróżowych ust. Mężczyzna ten, ubrany w purpurową koszulę, czarne spodnie i kamizelkę nagle podniósł śnieżnobiałą chustkę i przyłożył do jednego, a następnie drugiego oka.

Wtedy też Berwald zrozumiał, że ten mężczyzna płacze. Serce podskoczyło mu aż do gardła, dawno nie czuł czegoś tak okropnego i do tego czuł się straszliwie winny. Intuicja podpowiedziała mu, żeby podejść, pocieszyć tegoż wrażliwego jegomościa, ciało jego posłuchało się o wiele szybciej, niż umysł zdążył zaprotestować. Nim właściwie się zorientował, podszedł już do stolika, gdzie Rod spoglądał bezwiednie na własną kaligrafię, najpewniej nie zauważając w swojej bańce emocji obcej osoby. Szwed spojrzał na ten list i wtedy był już całkowicie pewny, że ma przed sobą tego cichego wielbiciela, który tak bardzo bał się ujawnić.

Nim znowu pomyślał w pełni, wyciągnął ostrożnie rękę i najdelikatniej jak mógł, musnął leżącą na stole dłoń muzyka, po czym obserwował, jak ten najpierw podświadomie próbuje odgonić hipotetyczną rzecz od siebie, następnie zastyga, zauważając osobę stojącą koło niego. Spojrzał ostrożnie, a na jego twarzy wymalowało się niedowierzanie, gdy rozpoznawał osobę stojącą nad nim, emocja ta przeszła w strach, a dopiero ten udało się Roderichowi trochę zamaskować, chociaż przyspieszony oddech i stres wciąż były po nim widoczne.

- Berwaldzie…. – Rod zerknął na list i natychmiast, choć wymuszając na sobie płynność tego ruchu, odwrócił kartkę – Coś się stało…?

Blondyn nie miał pojęcia, co mu odpowiedzieć, powoli tylko kucnął, wciąż spoglądając na biednego muzyka, którym targały emocje, choć ten ewidentnie próbował to ukryć. Z tej pozycji ujął jedną z tych delikatnych dłoni w swoje obie, duże i zaczął ją gładzić, chcąc go w jakiś sposób uspokoić.

- Dl'czeg' płacz'sz? – nie było to idealne pytanie, jakie mógł zadać, ale kompletnie nic nie przychodziło mu do głowy.

Rod spróbował się odsunąć, ale z jednej strony przyblokowała go ściana, z drugiej Berwald nieco zacisnął dłonie na jego łapce, by ten nie chciał uciekać. To jednak nie pomagało, Rod czuł się nieswojo, widać to było. Po prawdzie nigdy Rodericha w tym stanie nie spotkał i być może nie będzie mu dane nigdy go ujrzeć, jeśli teraz by się wycofał.

- To nieistotne… Nie zawracaj sobie głowy, proszę. – mężczyzna odwrócił wzrok, jak osaczone zwierzę, które jeszcze ma nadzieję, że napastnik sobie pójdzie.

- 'stotne. – odparł od razu, a po chwili doznał kolejnego przebłysku. Trzymając go za dłoń, podniósł się – Ch'dźmy do moj'go pok'ju.

Spodziewał się protestu, ale Rod, jakby zrezygnowany po chwili też wstał, zabierając swoje pióro i kartkę papieru, tę z kolei składając na cztery i wkładając do swojej kieszonki w koszuli. W ciszy podążył za blondynem, nie wyrywając się, jednakże Berwald i tak trzymał jego dłoń, nie zamierzając puścić. Zauważał tylko, że z chwili na chwilę Austria zaczyna coraz lepiej ukrywać ten ocean emocji, jest coraz spokojniejszy, coraz bardziej neutralny i oficjalny. Gdy dotarli pod drzwi, był już praktycznie taki, jaki jest każdego dnia, gdy Szwed go widywał.

Wprowadził go do pokoju, nie obawiając się o żadną gafę, bowiem we krwi miał pozostawianie po sobie porządku. Weszli oboje i Szwed zamknął drzwi, a Austrii pokazał, by ten usiadł na łóżku, sam z resztą zaraz usiadł obok niego. Widział już zwykłego, typowego Rodericha, który prezentuje się im zawsze, nie tego cierpiącego, wrażliwego artystę, jakiego dane mu było zobaczyć chwilę temu. Przez kilka sekund spoglądali na siebie, Rod wyczekująco, Berwald szukał słów, jakimi mógłby zacząć rozmowę.

- N'c mnie z Fr'ncją nie ł'czy. – zaczął, znów nie tak, jakby chciał. Purpurowe oczy się jednak nagle wyostrzyły, a usta drgnęły, a to oznaczało, że trafił - … Piękni' piszesz, Rod.

Starał się mówić wyraźnie, starał się też dobierać słowa tak, by przekazać jak najwięcej swoich myśli. Dość dużo kłębiło się w nim, ale mało która potrafiła przybrać formę werbalną, by się ujawnić, większości nawet nie umiał przekazać, choć bardzo chciał.

- Jak się… domyśliłeś? – zapytał, utrzymując kontakt wzrokowy.

Znów ta maska się chybotała na obliczu Rodericha, Berwald mentalnie szykował się na to, że on może się znów rozkleić bądź chcieć stąd uciec. Samo pytanie nie było jednym z najprostszych, nie potrafił tego jasno określić.

- Z'baczyłem Cię… Wczor'j. Dziś. … Pocz'łem to.

To chyba najlepsze, co mógł odpowiedzieć, on po prostu czuł, że to jest właśnie ten, na kogo czekał. Mimo tego, że to przez to, że wczoraj dojrzał kształt i że dziś znalazł go piszącego, najsilniejszym argumentem było to, że on czuł. To równie irracjonalne, co niewłaściwe dla chłodnego analityka, ale też nigdy nie miał takiej pewności.

Tymczasem Rod opuścił spojrzenie i pokierował je gdzieś na bok, te delikatne usteczka zaczynały mu znowu drżeć. Wtedy też Berwald poczuł coś jeszcze, coś, czego nigdy po sobie by się nie spodziewał. Normalnie nie przepadał za bliskim kontaktem, drażniły go uściski, teraz jednak zapragnął ukryć Roda we własnych ramionach, by przepędzić od niego wszystkie niepokoje. Chyba naprawdę się w nim zakochał…

- Skoro nic Cię nie łączy z Francisem, to… co się wczoraj działo? Co zobaczyłem? – zapytał po chwili muzyk ściszonym głosem.

Nie chciał Roderichowi powiedzieć, że się pomylił, że wziął Francję za autora tych cudownych listów. Jeszcze by go uraził przez przypadek, a w tym momencie zależało mu tylko na tym, by zatrzymać tego jegomościa przy sobie. Nie pamiętał już, kiedy ostatnim razem taką mieszankę niecodziennych, ba, niezwykle rzadkich emocji nosił w sercu.

- S'm się rzuc'ł… - wydukał w końcu, bo w gruncie rzeczy nie było to kłamstwem.

Cisza znów zapadła między tę dwójkę, a blondyn zauważył, jak twarz Austriaka zaczyna drżeć i nieco krzywić się przez atakujące spazmy płaczu, które ten chyba usilnie próbował hamować. W tym momencie już nie miał wątpliwości, co robić, objął szczelnie mniejszego z nich i zatrzymał przy sobie, nie naciskając za mocno. Nie musiał, bo Rod sam się wtulił w silne ramiona, chlipiąc mu w koszulę raz po raz, zgodnie z kolejnymi przychodzącymi łkaniami. Szwed zabrał mniejszemu od siebie okulary, ostrożnie zaczął gładzić tę czekoladową czuprynę i czekał, cierpliwie. Nigdy, przenigdy nie spodziewałby się, że ktoś będzie wylewał łzy z powodu miłości do niego, tak jak nigdy nie przypuszczał, że będzie chciał tulić do siebie tego, którego emocje rozdzierałyby z jego powodu. Jego obecny towarzysz z chwili na chwilę uspokajał się, jego oddech stawał się dłuższy, głębszy, z ciała zeszło nieco napięcia. Ten płacz mijał, wreszcie, cierpienie ustawało, choć być może on znów część skrył w sobie.

- Dziękuję… - szepnął Rod po chwili i spróbował usiąść prosto.

Nim jednak Berwald go puścił, ucałował go jeszcze w policzek i dopiero uwolnił, patrząc na niego jednak wciąż. Austria uspokajał się, otarł oczy z łez tą chustą, co wcześniej i jeszcze oddychał głęboko, by całkowicie pozbyć się płaczu z siebie. Dopiero teraz Berwald dojrzał, że te cienie pod oczyma są tak naprawdę silne, ale na tej delikatnej twarzy był położony najpewniej puder bądź coś innego, co choć częściowo zatuszowało ten efekt. Oczy miał przekrwione, zatem długo musiał cierpieć, możliwe, że nawet płakał całą noc.

Blondyn wstał i podał swojemu gościowi szklankę wody, którą ten przyjął wdzięcznością, upijając sporego łyka. Odetchnął głęboko, odstawiając szkło na bok i podnosząc spojrzenie na gospodarza, a tenże usiadł znów obok niego.

- J'ż..? Lepi'j? – zapytał Szwed, skupiając się na tej drugiej, emocjonalnej osobie. Czuł niezrozumiałą potrzebę, by się nim zaopiekować, szczególnie teraz.

- Lepiej. – przyznał Austriak, już spokojnym głosem, kładąc dłonie na kolanach – Choć… nie do końca rozumiem, czemu mi pomagasz. Do tej pory to ja próbowałem Cię zdobyć.

Nordyk pomruknął, splatając dłonie w koszyczek i opierając go wygodnie o własne udo. Nie znał odpowiedzi na to pytanie, z pewnością nie było to żadne uczucie wyższe, a jednak jakieś było. Paradoks goni paradoks… Czy taka jest właśnie miłość? Paradoksalna?

- Zb't dawno n'kt mnie ni' kochał… - odparł po chwili namysłu – Ni' chcę Ci spr'wić prz'krości 'ni zran'ć. Ch'ba… mni' zdob'łeś.

Ostatnie słowa powiedział już ciszej, ponieważ nie był ich w stu procentach pewny. Przyglądał się tylko, jak jego wybranek powoli przesuwa swoje dłonie i ujmuje jego, po czym razem złączone dłonie kładzie na środku między nimi. Obaj spoglądali na twór, który razem skonstruowali, obaj też nie uciekali ani nie robili kolejnego kroku, dopiero Rod znów się odezwał.

- Zaskakujące… Tak długo marzyłem o tym dniu, ale kiedy on już nastąpił, nie mam pojęcia, co mówić.

Stwierdził, następnie na jego ustach zagościł drobny uśmiech zakłopotania, a Berwald mógł z całą szczerością stwierdzić, że jego wybranek jest piękny. Mimo braku snu, mimo czerwonych oczu, ten muzyk obdarzony był tak słodką, delikatną twarzą, idealnie komponującą się z całością jego szczupłego ciała, olśniewał swoją osobą obecnego tutaj blondyna. Myśli sprzed kilku dni, że mógłby to być żywy, jasnowłosy partner prysły w jednej sekundzie, osoba Rodericha była stokroć lepsza w mniemaniu Nordyka. Tenże właśnie uwolnił jedną dłoń i pogładził palcami po tej delikatnej twarzy, a Rod nawet chętnie przechylił głowę, by się oddać pieszczocie.

- C' t'kiego si' st'ło, że si' we mnie zakoch'łeś? – zapytał Nordyk z ciekawości, pewniej już głaszcząc Roda po policzku.

Widział, jak te purpurowe oczy schodzą w dół, by zapewne spojrzeć gdzieś daleko, daleko przed siebie. Rod myślał, chyba bezwiednie delektując się tymi drobnymi gestami, którymi Nordyk go non stop darzył. To było takie miłe uczucie, móc kogoś gładzić i obserwować, takie wspaniałe! Szwed czuł przyjemne łaskotanie na sercu, którego również bardzo dawno nie dane było mu doświadczyć.

- Ciężko to wyjaśnić… - rzekł powoli Roderich – Były obrady, tak jak teraz. Akurat przemawiałeś w pewnej sprawie, o której ja nie miałem zbyt dużego pojęcia. Przypadkiem nasze spojrzenia się spotkały. …To wystarczyło.

Znów mu spojrzał w oczy, Berwald widział w nich teraz zauroczenie, szczęście i wdzięczność, choć sam nie potrafił dokładnie powiedzieć, za co. Po prostu Austriak w tym momencie przepełniał się tak dużą bańką pozytywnych emocji, że ciężko było nawet Berwaldowi sobie wyobrazić, co ten muzyk teraz czuł. Widział jedno, Rod nie będzie chciał go teraz odstąpić ani na krok.

- I si'dział'ś cicho t'le czas'? – dopytał, ale zrobił coś jeszcze.

Puścił całkiem jego dłonie, za to poklepał swoje kolano zachęcająco. Rodericha nie trzeba było dwa razy zapraszać, z chęcią usiadł we wskazanym miejscu i nawet objął Nordyka za szyję, tym samym też dał się objąć w pasie. Na chwilę jednak odwrócił oczka, by poszukać odpowiedzi. Berwald zauważył, że zawsze gry Rod się zastanawia nad odpowiedzią, to odwraca wzrok.

- Siedziałbym pewnie dłużej, ale poczułem w pewnym momencie, że z tęsknoty zacznę chodzić po ścianach.

Muzyk rozkoszował się bliskością, położył nawet głowę na ramieniu ukochanego, a sam blondyn jednak odczuł tę wewnętrzną niechęć do bliskości i musiał zwalczyć w sobie odruch odepchnięcia Roda. Z drugiej strony odpychać go też nie chciał, serce chciało być jak najbliżej jego serca, ale cała reszta niechętnie pozwalała na takie bliskości. Kolejny paradoks.

- M'głeś prz'jechać… - mruknął nieco przeciągle Nordyk, niezadowolony na myśl, że tyle musiał czekać.

- Bałem się… - odparł Rod szczerze, podniósł głowę i spojrzał głęboko w oczy kochanka - … przecież wiesz.

Owszem, wiedział, pamiętał z listów i wiadomości strach przed rozpoznaniem. Jednak nie skupił się teraz na tym, gdyż sama osoba Austrii była tak blisko, jego urodziwa twarz znajdowała się tuż przy nim, aż po karku Berwalda przeszedł dreszcz. Poczuł z jednej strony jakiś stres przed dotykiem, ale z drugiej też pragnienie, żeby był jeszcze bliżej, na dodatek w oczach Roda przyuważył, że on chyba też tego chce. Jednak ten mniejszy mężczyzna zapewne nie był hamowany przez tę samą barierę lub umiał ją zwalczyć, gdyż to on ostatecznie się przybliżył. Nordyk ani myślał go odsuwać, serce mu podskoczyło widząc, jak ten przechyla głowę i przysuwa się, sam zresztą też to zrobił, by w konsekwencji nieśmiało, delikatnie się pocałować. A to było tak przyjemne, tak niezwykłe, usta Rodericha były miękkie i cieplutkie, jakby składały się z samej, skondensowanej rozkoszy. Berwaldowi zaszumiało aż w głowie, gdy z chwili na chwilę całowali się coraz pewniej, coraz mocniej i namiętniej. To było coś, czego nie zapomni przez bardzo długi czas, wiedział to podświadomie. To było… och, najwspanialsze, co mogło mu się przytrafić.

W tym momencie nie był do końca świadomy, co robi, pozwalał się wodzić za nos, pozwalał ukochanemu na wszystko, czego on tylko zapragnie. Z drugiej strony Rod nie chciał zbyt wiele, pocałunek ostatecznie zakończył i tylko przytulił się z rozkoszą. Słownie także wyznali sobie gorące uczucie, Berwald nawet nie czuł ani przez chwilę zwątpienia, czuł się jak odurzony słodkim narkotykiem. Jedyne, czego chciał, to żeby ten mężczyzna nie odchodził, żeby był przy nim.