Korytarz parlamentu w Sztokholmie ciągnął się niemiłosiernie, kiedy zmęczony całym dniem Niemcy kroczył już do wyjścia. Przyjechał tutaj wczorajszego wieczoru, aby podpisać wszystkie dokumenty odnawiające ich współpracę gospodarczą, praca szła sprawnie, ale było jej dużo. W biurze wówczas spotkał już Szweda i razem spędzili te mordercze godziny niemalże w całkowitej ciszy, czasem tylko wymieniając informacje niezbędne do dokumentów. W czasie pracy nie rozmawiali o niczym innym. Niemiec to pochwalał, jednak było to męczące i nawet na kamiennym obliczu Nordyka po takiej dawce obowiązków widać było znużenie. Teraz ten Nordyk kroczył obok niego, niosąc swoją teczkę z wypełnioną dokumentacją, a jego oczy uczepione były gdzieś w oddali.

Zeszli do portierni i wymeldowali się, po czym oboje ruszyli na parking, oboje tak samo sztywni, poważni, zmęczeni i podobnie ubrani. Cisza między nimi została zakłócona przez gwar miejski, acz… to ten znany z częstszego milczenia ją przerwał.

- Ni'mcy, ki'dy jest k'lejne spotk'nie Unii?

Nieco jaśniejsze oczy wyższego z tych dwoje zwróciły się na tego drugiego, a sam Szwed zwolnił, chcąc się udać w inny rejon parkingu zapewne. Ludwig także spowolnił krok, wyciągając swój kieszonkowy terminarz i szukając odpowiedzi na to proste, acz bardzo ważne pytanie. W końcu termin się pojawił raptem dwa dni temu, a wszyscy członkowie mieli obowiązek się pojawić. Widział też, że Berwald wyjął terminarz.

- Dokładnie… Ma się rozpocząć szesnastego sierpnia i zakończyć dwudziestego tegoż miesiąca.

Podniósł wzrok na Szweda, który to zmarszczył brwi dość wyraźnie, a jego długopis ani drgnął. Niemiec przymknął swój notes, unosząc nieświadomie lekko brwi.

- Coś się stało?

- Ni'zbyt m'gę. – przyznał Szwed, lecz ostatecznie zanotował terminy.

- Wiesz, że to nasz obowiązek, o ile nie są to kwestie rodzinne bądź zdrowotne.

Berwald skinął głową, schował notes, aczkolwiek nie był pocieszony, wręcz zdawał się być zdenerwowany. Niemiec zdał sobie sprawę, że lekko się Szweda obawiał tę przez jego minę. Prawdę mówiono, że Szwed czasami wyglądał niczym morderca.

- Ni' są. 'le… Wówczas jest r'zdani' grant'w. – odparł wreszcie, mówiąc, co mu leży na sercu.

Ludwig nieco się zdziwił, jego brwi powędrowały wyżej, kiedy usłyszał tę odpowiedź. Westchnął lekko, pomyślał chwilę, nim się odezwał. Naprawdę, naukę bardzo szanował, stąd jego podejście nagle się zmieniło a i tolerancja do problemu wzrosła.

- Mogę zapytać pozostałych, czy nie mają nic przeciwko, aby przełożyć obrady o tydzień.

Za okularami oczy błysnęły, Szwed uniósł nieco głowę, kiedy Ludwig złożył taką propozycję. Potarł dłonią po karku, zrywając kontakt wzrokowy. Gdzieś obok przejechał jeden samochód, obaj machinalnie się odsunęli, by aby na pewno nie przeszkadzać. Ludwig zaczynał powoli zauważać, że w wielu kwestiach jest z tym mrukiem całkiem podobny…

- B'łoby mi tu n' r'kę. 'le… Ni' chcę r'bić pr'blem'w…

Kolejną kwestią, jaką Niemiec odnotował w myśli jest ta, że kiedy Berwald zaczynał się z niezrozumiałych dla Beilschmidta przyczyn denerwować, krępować, stresować, czy jak inaczej określić to zachowanie – wówczas mruk zaczyna zjadać więcej samogłosek, przez co ciężej go zrozumieć. Już teraz sobie Ludwig musiał powtórzyć w myślach jego wypowiedź, by odpowiednio przetłumaczyć tę frazę na komunikat zrozumiały dla siebie.

- Masz prawo prosić o rozważenie innego terminu. Zapytam. – skinął głową, acz zaraz też spojrzał uważnie – Przepraszam za nadgorliwość, jednak… W jakiej dziedzinie starałeś się o grant?

Ciekawość wzięła nad Niemcem górę, nie znał zainteresowań Berwalda jak i tego, czy ten pełnił jakiś drugi zawód w swoim życiu. Właściwie nie wiedział o nim nic poza jego personaliami i wyglądem. Znał go jako kraj, nigdy nie poznał go jako człowieka…

Szwed jednak stuknął palcem w swój zegarek na ręku.

- Inż'nieria kosm'czna. Wyb'cz, muszę iść. Chcesz si' j'koś spotkać na pogaw'dkę?

Inżynieria kosmiczna… Jak to poważnie i ambitnie brzmiało, właśnie Nordyk zaimponował Niemcowi. Ludwig zaraz pokiwał głową, zachęcony do głębszego poznania tematu jak i samego blondyna… choć może w tej drugiej kwestii słowo „głębszy" nie należało do najlepiej użytych.

- Chętnie, oczywiście. Kiedy masz czas? – wyjął już sobie kluczyki do samochodu, zerkając jeszcze na jaśniejszego blondyna.

- Po dw'dziestej? – zaproponował. Niemiec kiwnął głową na zgodę – Znasz mój adr's.

Berwald uniósł jeszcze dłoń i już podążył w swoim kierunku, do białego volvo, jak Berlińczyk podejrzał. Sam Beilschmidt skierował się do czarnego BMW, zapamiętując zaproszenie od okularnika. Odjechał z tego parkingu, miał wieczorem co prawda w planach wykonać inną dokumentację, ale tak ciekawej rozmowie wolał nie odmawiać, tym bardziej, że kwestie inżynieryjne i innowacje były dla niego ciekawe i przede wszystkim zrozumiałe. Niemcy miał ścisły umysł, chociaż realizował się w ekonomii.

Przez cały ten czas zastanawiała go kwestia, jak to się stało, że nie poznał nigdy Berwalda, nie wiedział kompletnie nic o jego zainteresowaniach, czasie wolnym, relacjach z rodziną, nawet tego, czy miał psa. Nic, kompletnie, a przecież ich kraje znajdują się relatywnie blisko, obaj są w grupie ośmiu najbardziej rozwiniętych krajów Europy i ponadto oboje mają kilka zachowań całkiem podobnych do siebie. Więc czemu między nimi stworzyła się taka bariera, czemu mimo dziesięcioleci są sobie obcy? Na to pytanie już odpowiedzi nie znajdywał…