Słońce górowało wysoko, wybijała już czternasta, w maju dni bywają dosyć długie. Sobota, o tej porze zazwyczaj przebywałem w domu, porządkując go, sobota jest dobrym dniem na wysprzątanie miejsca zamieszkania. Oczywiście brat zawsze się deklarował mi pomóc i nigdy słowa nie dotrzymywał, ale przyzwyczaiłem się. Dzisiaj jednak nie mogłem zostać w domu, nawet nie chciałem, zdziwiony otrzymaną wcześniej prośbą od mojego kuzyna. Rod wręcz nalegał na spotkanie po pracy, chociaż ma swoje biuro raptem za trzecimi drzwiami licząc od mojego. Mimo próśb nie chciał powiedzieć powodu spotkania przy dokumentach. Nauczyłem się nie naciskać.

Blitzer Garden był położony w południowej części mojej stolicy, ale to właśnie to miejsce wybrał Rod, we wcześniejszych latach sam go często tutaj zabierałem i oboje lubiliśmy to miejsce. Biała altana w środku ogrodów, jego ulubione miejsce, to właśnie tam mnie zaprosił. Widziałem go z oddali. Stał przy wyjściu, zwrócony do mnie plecami, przyglądał się biegającym po ścieżce dzieciom i rodzicom pilnującym pociech, aby nic nie zniszczyły. Rod też patrzył na ścieżkę, którą zazwyczaj tu przychodziliśmy, możliwe, że na mnie czekał.

- Ładna scenka, prawda? – zagadnąłem, mając na myśli oczywiście sielankę dziejącą się przed nami. Rod jednak podskoczył, kierując na mnie swoje duże, wystraszone oczy, a muszę przyznać, że wyglądał mimo wszystko całkiem zabawnie.

- Ludwigu… - rzekł kuzyn, kiedy już ochłonął pierwszego szoku i przyjął statyczny, choć pogodny wyraz twarzy - Czyżbyś nauczył się czarować? Zaskoczyłeś mnie.

Nie odpowiedziałem mu werbalnie, nie czułem potrzeby wdawać się w dyskusje hipotetyczne. Widziałem jednak, że Rod mi się przygląda, wydawało mi się, że z troską, chociaż nie miał ku temu żadnych powodów. Po chwili milczenia z obu stron Roderich zapytał, co u mnie, a ja odpowiedziałem tak, jak zawsze, ponieważ faktycznie nic się nie działo. Ten dzień był spokojny, przyjemny, nie wyróżniający się. Pytanie odbiłem od razu, a Rod odpowiedział mi równie krótko, co jednak mnie zastanowiło. W moim mniemaniu był jednak nieco bardziej rozmowny.

- Więc..? – zapytałem po kolejnej chwili ciszy, widząc, że Rod szukał tematu do rozmowy. Chciałem od razu przejść do rzeczy i być może zyskać po tym spotkaniu chwilę czasu. – Czemu chciałeś się ze mną spotkać?

Rod spojrzał na mnie uważniej, na jego twarz wystąpiło coś rodzaju pewności siebie, chociaż oczy co jakiś czas mu biegały po mojej twarzy, czy obecnej wokół altanki. Często nie umiał skoncentrować spojrzenia, jeśli się denerwował, łatwo to było zauważyć.

- Usiądźmy – zaproponował, też bez mojej odpowiedzi podążając do ławki znajdującej się pod cienką drewnianą ścianką, poszedłem zaraz za nim, nie widząc w tym nic złego. Mimo dochodzących z zewnątrz głosów tutaj, można by rzec, byliśmy sami – Ja… Chciałbym Ci coś powiedzieć… zaproponować.

Rod zacinał się i robił pauzy, które także nie były dla niego typowe. Mówił tajemniczo, jak zwykle, ale mało kiedy tracił aż tyle pewności siebie, zaś jego dziwny lęk słyszałem wyraźnie. Skoncentrowany byłem na twarzy Roda, on jednak nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego. Naraz spojrzał w dół, a ja poczułem ciepły dotyk na dłoni. Machinalnie przyciągnął też mój wzrok, dłoń mężczyzny spoczywała niepewnie na mojej, w drugiej znajdowała się dopiero co zdjęta biała rękawiczka. A przecież zawsze nasz kontakt ze sobą był rozgraniczony warstwą tego cholernego jedwabiu. Co się tu dzieje?

- Mów, proszę. – odparłem, ponagliłem też w tych słowach go troszeczkę, ale nie ze względu na uciekający czas. Byłem po prostu tego wszystkiego ciekawy.

-Więc… - a to mnie często Rod ganił za używanie tego słowa na początku zdania – Znamy się bardzo długo, Ludwigu… Współpracujemy, ale… czy to… tylko współpraca?

Wciąż nie rozumiałem, o co mu chodziło. Rod odważył się wreszcie na mnie spoglądać, a w jego oczach kryła się powaga z domieszką determinacji, chociaż miałem wrażenie, że poza tym on też się stresował tą rozmową. Ja jednak zachowałem spokój.

- Jak dotąd nie wyszliśmy poza ramy współpracy.

Zabrzmiało to o wiele bardziej formalnie, niż chciałem początkowo. Rod odpowiedział, zanim w pełni sobie to uświadomiłem, jednak być może ton go w ogóle nie zraził albo ten nie dał po sobie tego poznać.

- A nie chciałbyś… spróbować poza nie wyjść?

Słowa te mocno mnie zastanowiły, ale wówczas też zacząłem sobie przypominać, że kuzyn ostatnio coraz częściej przysiadał blisko mnie, zagadywał nawet bezsensownie, czy znienacka prezentował kawę. Teraz też uścisk jego lekko drżącej dłoni zaczynał mi sugerować, jak delikatna jest to sprawa, chociaż w żadnym stopniu dla mnie satysfakcjonująca. Wolałem się jednak upewnić.

- Kochasz mnie, Rod? – przyglądałem się mu uważnie, jednak w jego aurze niewiele się zmieniło. Właściwie, obaj przyglądaliśmy się sobie wzajemnie z pełną koncentracją. Kuzyn powoli, wciąż niepewnie pokiwał głową, na moje nieszczęście – Bardzo..?

Widziałem, jak ostrożnie bierze głębszy oddech, jak usiłuje opanować emocje, chociaż prawdopodobnie i tak tego dokonywał. Uczucie tego mężczyzny było mi strasznie nie na rękę.

- Nie ma dnia, kiedy bym o Tobie nie myślał, Ludi… - wypowiedział powoli, najpewniej chcąc mi określić wielkość tego, co odczuwał, w mojej opinii nie było to jednak powiedziane wprost.

Zanim zdążyłem się zastanowić nad głębszym znaczeniem tych słów, Rod położył mi drugą dłoń na policzku, niebezpiecznie się zbliżając. Nie chciałem wchodzić w tę relację ani całować go inaczej, niż to czyni rodzina, w ostatniej chwili położyłem palec na jego ustach i pokręciłem powoli głową.

- Nie, ja… chcę to przemyśleć. Daj mi czas, proszę, kilka dni.

Rod powoli skinął głową i odsunął się, chociaż widziałem po nim, że jest zawiedziony. Ale naprawdę nie chciałem rzucić niczym pochopnym, poza tym nie miałem pewności, czy Rod kochał mnie naprawdę, czy też przejdzie mu za tydzień. Wolałem nie ryzykować. Zamiast tego uściskałem go i pożegnałem się dość szybko, celowo oddalając się z tego miejsca, było mi z nim zbyt niezręcznie.

Cholera. Dałem mu nadzieję, zamiast postawić granicę natychmiast. Niedobrze, teraz mógł sobie pomyśleć nie-wiadomo-co, pewnie już to zrobił. Z drugiej strony, nie miałem kompletnie pomysłu, jak mu zasugerować, że taki związek nie jest najlepszym pomysłem. Rod był przystojny… i to koniec moich argumentów, jeśli miałbym szukać powodu, dla którego chciałbym się z nim wiązać. Był nadopiekuńczy, emocjonalny, panikował bez powodu, był też perfekcjonistą, a do tego leniem. Nie dogadalibyśmy się, kłócilibyśmy się… Czy on tego nie dostrzegał? Byłyby z tego tylko problemy. To już był problem, cała ta sytuacja…

Mimo wszystko nie zamierzałem rezygnować z moich planów na ten dzień przez refleksje na temat kuzyna. Punkt dziewiętnasta wkroczyłem w progi hotelu Maritim. Jasny, przestronny hol robiłby na mnie wrażenie, gdybym nie widział go już dziesiątki razy, kiedy spotykałem się tutaj ze swoimi gośćmi. Ten specjalny, choć dla mnie strasznie ambiwalentny gość właśnie rozsiadał się na skórzanym fotelu ze swoim standardowo irytującym uśmiechem, już mnie widział, już na mnie czekał. Przywitałem Ivana skinieniem głowy, ciesząc się w duchu, że tym razem spotykamy się tylko nieformalnie. Stąd też zamiast garnituru właśnie podszedłem w czarnym T-shircie i również nieco luźniejszych spodniach, Rosjanin też nie wystroił się szczególnie. Zastanowiło mnie, dlaczego Ivan wybrał tak drogi, luksusowy przybytek na swój nocleg, zaraz jednak wyrzuciłem tę drobnostkę z głowy. To już chyba... efekty lekkiego przepracowania.

- Towarzyszu! – Wania wstał, podchodząc z rozłożonymi ramionami, ja jednak w porę wyciągnąłem dłoń do męskiego uścisku. Starałem się traktować go jak kolegę, chociaż tu nie miałem pewności, czy odczuwam wobec niego aż tak „dużą" sympatię. Jego zawsze wesoła twarz mnie irytowała, a jego kontrowersyjne, często prowokacyjne zachowania na arenie politycznej nieraz przyprawiały mnie o migrenę.

Ivan uścisnął wraz ze mną dłoń i poprowadził do windy, a tam do swojego pokoju. Zaskakująco uporządkowanego pokoju, nigdy bym się po nim nie spodziewał dbania o czystość, wręcz przeciwnie. Chociaż z drugiej strony, to mogło być pozerstwo. Początkowa rozmowa nie kleiła się za dobrze, Ivan zaczepiał mnie w kwestiach mojego życia, mojego brata, psów, czy samochodu, ja skupiałem się bardziej na jego wizycie tutaj, wnioskach ze spotkań, czy samym wrażeniu miasta. Zostałem oczywiście zaatakowany przez serię argumentów Rosjanina pod hasłem, co on lepiej by zrobił, zorganizował, ale mimo mojego kiwania głową i zapewniania, że wezmę jego rady pod uwagę puściłem całą tę paplaninę w zapomnienie.

Zgodnie z moimi przewidywaniami zaraz po rozpoczęciu tej rozmowy Ivan wyjął butelkę wódki i zaserwował po kieliszku, potem jeszcze jednym i jeszcze i jeszcze… Właściwie nie jestem pewny, jak on to dokładnie robił, bo miałem pełne szkło zanim zdążyłem zaprotestować, zakomunikować, że mam już dość. A naprawdę głupio mi było odmówić, szczególnie że to była jego marka, gdzieś musiał ją dorwać. Piłem z grzeczności, później zaś przestawałem mieć siły na protesty. Z każdym kolejnym kieliszkiem nowe tematy wychodziły do rozmowy, to było dziwne, ale rozmowa zdawała się płynąć swobodniej, bardziej naturalnie.

W trakcie rozwijania kolejnej kwestii, jaka wypłynęła nawet nie wiem kiedy, zaczęła zastanawiać mnie nasza relacja, chociaż nie byłem jeszcze aż tak pijany, aby się nim z tym dzielić. Ivan naprawdę był irytujący. W przeszłości wojna z nim to był ogromny błąd, nie dość, że nie doceniłem jego siły, to jeszcze o mało nie zmarłem z jego ręki. Obecnie jego działania zmuszają mnie, aby nakładać na niego kolejne sankcje, niszczyć gospodarkę i obniżać morale jego społeczeństwa. A mimo wszystko teraz leżymy razem na kanapie i pijemy wódkę! Co więcej, dogadujemy się i coraz częściej zgadzamy się w różnych kwestiach! Jak ja powinienem więc go traktować, może lepiej? A może powinienem się stąd jak najszybciej zbierać i więcej nie pokazywać?

Szlag. Pierwsza próba podniesienia się do pionu skończyła się katastrofą, na szczęście Ivan pomógł mi pozbierać się z podłogi. Może będą jeszcze z niego ludzie, może nie był takim tyranem, za jakiego wszyscy go mieli? Sam czasem tak o nim myślałem, a jednak teraz Wania postawił mnie i jeszcze podprowadził do łazienki, na szczęście nie pchał się tam za mną. Jedyne, czego potrzebowałem, to porządnie chlusnąć sobie wodą twarz, a nieczęsto mi się to zdarza. Cholerna wódka.

Dzisiaj w ogóle działo się za dużo dziwnych rzeczy, co z tym dniem nie tak? Rano Gilbert zrobił mi śniadanie, co samo w sobie mogłem uznać za święto, później Roderich wyznał mi miłość, a teraz siedziałem w hotelu z człowiekiem, który przed pół wieku strzelał do mnie z CKMu. I piliśmy razem wódkę, a ja urżnąłem się bardziej, niż w ciągu ostatnich kilku lat! Co się dzieje, to jakieś reality-show?! Czy zaraz wyskoczy jakiś młodociany chłopak z kamerą i zakrzyknie „mamy Cię"?!

Wróciłem do swojego „towarzysza", chociaż ten zdążył pogasić światła i teraz tylko siedział z latarką, coś przy jej świetle majstrując. Nie wiedziałem co dokładnie, przez tę cholerną wódkę kręciło mi się w głowie. Choć z drugiej strony, kiedy znowu położyłem się obok, poczułem się wręcz błogo.

- Co malujesz..? – zapytałem leniwie, obserwując przesuwające się czarne kształty na ścianie.

- Ja nie maluję. Da, widzicie? Kot! – Ivan odsunął latarkę bardziej i złożył obie dłonie, robiąc im uszka. Zmarszczyłem brwi, widząc na ścianie o jeden obiekt za dużo.

- Ale to raczej dwa koty… - postanowiłem skrytykować, Ivan się jednak tylko roześmiał.

- Niet! To dwugłowy kot, da! I te głowy się ciągle ze sobą kłócą, bo mają inne plany, jedna chce ze wszystkimi zaprzyjaźnić, a druga wszystkich pozabijać!

Absurd tej odpowiedzi sprawił, że mogłem tylko wywrócić oczyma. Podniosłem się ostrożnie, przybliżając obie dłonie do latarki, składając je w wielką paszczę, a po chwili cień zębatego stworzenia pożarł jedną z kocich głów.

- O niee! – Ivan zdawał się rozczarowany – Straszny smok pożarł przyjacielską główkę! Teraz wojenna główka musi się zemścić!

- Ale przecież…

Chciałem dopowiedzieć, że się nienawidzili, wtem jednak Ivan zaczął imitować z cieni lasery, jakie wylatywały z oczu pozostałego kota, wołając przy tym głupawe „paf paf!". Impulsywnie zacząłem jednak swoją namiastką smoka unikać pocisków, wręcz sycząc wściekle na oponenta, sam do końca nie wiem, dlaczego.

Wreszcie jednak Wania w tym teatrze cieni mnie "trafił", a ja zacząłem się śmiać jak opętany, z powodu nadmiaru tej absurdalnej sytuacji i tego, co przez dłuższą chwilę robiliśmy. Ha! Kiedy ja się ostatnio tak śmiałem? To do mnie w ogóle nie podobne! Ale co z tego! Przecież to wszystko stało się takie zabawne..!