Dni mijały spokojniej, wszystko wróciło do normalności kolejnego ranka, a z każdym następnym przestawałem się czuć „naznaczony". Oczywiście nie mogłem z Ivanem zerwać kontaktów, ponieważ dzieliliśmy nieco polityki, jednak przy wymianie mailowej sam ostatecznie zapytałem go o tamten feralny wieczór, a przez to przy okazji poznałem bardzo dużo szczegółów „tej upojnej nocy", jak to Rosjanin określił. Nie do końca chciałem być ich świadomy, być może kiedyś zapomnę. Bardziej martwiłem się sam o siebie i własne preferencje, w końcu jeśli już podobali mi się mężczyźni, to ulegli, delikatni. Nigdy nie spoglądałem na tych silniejszych od siebie, a teraz dowiedziałem się, że sam namawiałem Ivana, by mnie wziął. Absurd. Nigdy nie podejrzewałem, że mógłbym o czymś takim pomyśleć, to było do mnie w ogóle nie podobne, a jednak stało się. Teraz, na trzeźwo nie czułem niczego na myśl, że ktokolwiek mógłby mnie dominować. Po prostu, nie pociągało mnie to ani nie odrzucało… Nie czułem nic.

Obaj na szczęście ustaliliśmy, że nie będzie łączyć nas nic, sam Ivan chyba potraktował to jak przypadkowy seks. Ponadto Bragiński zapewnił mnie, że nikomu o tej nocy nie powie, a z jakiegoś niezrozumiałego powodu ja mu uwierzyłem. Naprawdę, Ivan nie wyglądał na paplę i wolałem tego się trzymać. Minęło już półtora tygodnia od tego spotkania i jak dotąd obietnica została dotrzymana.

Niestety, na domiar złych wydarzeń kuzyn się rozchorował. Widziałem go, jak jeszcze przychodził, wyglądał naprawdę źle, aż przed kilkoma dniami na moim biurku wylądowało zwolnienie lekarskie. Ciężko jest „zwolnić się z pracy w Unii Europejskiej", nie chciałem być jednak tyranem i wysłałem go do domu. Dotychczas swoje obowiązki wypełniał bardzo dobrze, nie miałem powodu, by kazać mu pracować mimo stanu. Z jednej strony powinienem go odwiedzić… Z drugiej balem się, że na samą myśl o tym, że wziąłem wolny dzień specjalnie dla niego Rod mógłby sobie ubzdurać kolejną głupotę, a czułem już wystarczająco napięte relacje między nami od tamtego spotkania. Niech odpocznie w domu, spokojnie, nie wiem, może niech pogra dłużej na fortepianie, to i odreaguje…

- Bonjour, Loui… - poza kuzynem miałem jednak inne jednostki, które równie mocno mi przeszkadzały, zupełnie jakby traktowali to jako rodzaj rozrywki. Rzuciłem okiem na plik dokumentów od Francuza, kiedy tenże stos kartek wylądował nieopodal mojej ręki.

- Danke, Francis, zrobiłbyś przy okazji kawy?

Blondyn uśmiechnął się tak, jak zwykle, nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem go poważnego. Na szczęście jednak powstrzymał się przed rzucaniem niewybrednych komentarzy i grzecznie poszedł w kierunku ekspresu. Chwilowo mogłem odłożył własną dokumentację, aby zająć się sprawdzaniem tej wypełnionej przez Bonnefoy'a, szukając ewentualnego niedopatrzenia. Nie była to wyczerpująca czynność, ale po prostu pochłaniała dużo uwagi. Francuz zaraz też wrócił z dwoma kubkami, jakimś cudem też niósł kolejną kartkę i ją czytał zamiast uważać, gdzie szedł. Przesunąłem się tylko, by nie znajdować się na jego drodze.

- Mon dieu… Feliciano powinien choć raz się postarać, jak można tak swój kraj doprowadzić do ruiny..?

Przyjąłem kubek kawy, podnosząc się zaraz, by przystanąć koło Francuza i zajrzeć mu przez ramię, nigdy nie protestował. We Włoszech odpadł kawałek Koloseum, zabytek nadaje się do gruntownego remontu, ale funduszy na niego brak.

- Oczywiście. –fuknąłem ironicznie, wracając na miejsce – Są pieniądze, by urządzić sjestę, a nie ma na odbudowę swojego symbolu architektonicznego.

Francis rzucił mi rozbawione spojrzenie, ale ani na trochę nie poprawiło mi to humoru. Włoch był gorszy od Grecji. Francis nie lepszy niestety, musiałem go odgonić, kiedy tylko w przypływie troski chciał rozmasować mi kark, zerkałem też kontrolnie, jak on wracał już na swoje stanowisko.

Czasem zastanawiało mnie, co by było, gdyby Unia nigdy nie powstała. Po upadku komunizmu współpraca przebiegałaby o wiele ostrożniej, a każdy pracowałby tylko dla siebie. Czy kraje byłyby tak silne, jak dzisiaj, czy byłyby stabilne? Czy może pojawiłoby się ogromne rozwarstwienie, kraje biedne musiałyby żebrać by przetrwać lub, co gorsza, sprzedawać własne terytoria? Faktycznie, gdybyśmy osiągnęli spokój, byłoby bardzo stabilnie, ale także dosyć nudno. Kiedy zaś różnice miedzy nami zaczęłyby się nasilać, mogłoby nawet dojść do trzeciej wojny światowej.

Gdybanie… Od pięciu minut bezwiednie patrzyłem w jedną kartkę, którą powinienem mieć już dawno sprawdzoną, tak jak dwie kolejne. Potrząsnąłem głową i zerknąłem tylko w kierunku pustego miejsca. Jutro powinno się Roderichowi skończyć zwolnienie, więc i jego dokumenty będę sprawdzał.

Dzień minął… Niestety miejsce dalej pozostawało puste. Lekko mnie to zdziwiło, ale przedzwoniłem do jego kanclerza i dość łatwo uzyskałem wszystkie niezbędne dane, wykonałem za kuzyna część pracy. Muszę przyznać, że bardzo lubiłem pana Faymanna, był stanowczym, ale przy tym niesamowicie pozytywnym człowiekiem. O kuzyna nieco się martwiłem, ostatecznie jednak nie dopytałem jego szefa, może choroba wzięła go poważniej.

Kolejny dzień… Kolejny raz mogłem obserwować puste krzesło. Brak informacji ze strony Rodericha zaczynał mnie irytować, w końcu powinien mnie powiadomić, jeśli potrzebował kilku dni dłużej. O Ivanie przestawałem myśleć, z każdym kolejnym dniem to wspomnienie się zacierało, a więc też bolało mniej. Być może kiedyś będę w stanie mu wybaczyć…

Trzeciego dnia nie wytrzymałem nerwowo, cisza ze strony Rodericha była zbyt długa. Potrzebowałem odpowiedzi na już, rozważałem do niego telefonować, w porę się jednak pohamowałem. Mógłbym zbyt mocno podnieść na niego głos, a on był bardzo delikatny. Wysłałem do niego ostatecznie wiadomość tekstową, krótką i dość formalną, ale zawierającą całokształt mojego niezadowolenia z powodu jego niesubordynacji.

„Zapomniałeś, że mam hasło do Twojej poczty, prawda?"

Nie tej odpowiedzi się spodziewałem i nie chciałem tego wiedzieć. Nie! Wiele osób z Unii mogłoby się dowiedzieć, z plotkami bym sobie może i poradził, nie… Nie Rod. Nie jedyna osoba, która mogłaby to odczuć zbyt dotkliwie. Zacisnąłem mocno pięści, oddychając przez chwilę, by się uspokoić Inie zacząć rzucać przekleństwami na prawo i lewo, odsunąłem się też od pracy. Nie mogłem chwilowo się na niej skupić.

„Masz rację…" – odpisałem w końcu, nie chcąc wyjść dodatkowo na gbura. Wiedziałem już, że muszę to rozegrać delikatnie, jednak w głowie mi się zaczynało kręcić. Czułem stres, strach, poniżenie, wszystko na raz, ledwo byłem w stanie to kontrolować. Stres i strach dotyczył samego kuzyna, tego, co on mógłby sobie zrobić, co on zamierzał zrobić z tymi informacjami, poczucie wstydu wróciło wraz ze świadomością, że jednak te informacje wróciły na światło dzienne. Gdzieś tam przebijała się też złość z powodu tego, iż kuzyn zaczynał mnie kontrolować, nie była ona jednak aż tak silna, by zacząć mną sterować.

„Po co dałeś mi nadzieję..?"

Zdałem sobie sprawę, że mocno zacisnąłem palce na telefonie, powoli więc zmusiłem się do ich rozluźnienia. Chciałem też odszczeknąć coś w stylu, iż wcale mu nie dałem, ale byłem doskonale świadomy, że on postrzegał to zupełnie inaczej.

„Nie wiedziałem wtedy, jak się zachować."

Nie do końca to chciałem odpisać, ale nie umiałem znaleźć lepszych słów. Naprawdę nie chciałem go ranić, ale też nie czułem do niego nic poza tym, co zawsze, co czuje się do kuzyna. Nikogo wokół nie było, to pozwoliłem sobie na chwilę schować twarz w dłonie i rozetrzeć mocno oczy. Zaraz musiałem głowę podnieść, kuzyn odpowiadał bardzo szybko.

„Czekałem na Ciebie…"

Tyle się domyślałem, powinienem był to wcześniej zakończyć. Nawet miałem zamiar, chciałem się z nim spotkać i poważnie porozmawiać. Niech diabli wezmą to czekanie, teraz było już za późno! Nie miałem pojęcia, jak to odkręcić, nawet jak mu teraz odpisać, o co prosić, przepraszać? Patrzyłem w telefon kilka chwil, to jednak Rod postanowił się bardziej rozwinąć.

„Sprawdź skrzynkę, proszę. To… niech to będzie mój koniec. Kocham Cię, Ludwigu."

Poczułem skręt w żołądku, odkładając telefon i szybko logując się na pocztę elektroniczną. Balem się jak cholera, Rod nie rzucał słów na wiatr. Jak dawno wiedział? Jak długo o tym myślał, na co się nakręcił?!

Jest, wiadomość od niego, pusta, zawierająca załącznik. Ładowanie chwilę zajmuje, chwilowo nie zwracałem uwagi na nic innego. Karta kraju. Nie widziałem jej od dziesięcioleci, a jeszcze dawniej aneksu, który powstał czysto formalnie i nigdy nie miał być używany.

„Ja, Roderich Edelstein, zobowiązuję się przekazać tereny Republiki Austrii jako autonomiczną część Bundesrepubliki Niemieckiej. Jednocześnie rezygnuję ze stanowiska reprezentanta kraju Austriackiego, oddając tę funkcję Erwinowi Edelstein, znanemu dotychczas jako Tyrol.

Podpisano

Roderich Edestein"

Brak podpisu Erwina. Brak podpisu Niemiec, czyli mojego. Brak podpisu kanclerza i prezydenta. Dopóki ten komplet nie zostanie zebrany, kraj Austriacki nie będzie autonomią, ale to nie było ważne. Roderich zrezygnował z funkcji „kraju", którą miał przejąć jego brat, a to oznaczało, że po dopełnieniu formalności stałby się tworem takim, jak Prusy. Istniałby bez władzy, istniałby w stagnacji. Przestałby być „żywym krajem". CHOLERA JASNA!

Zerwałem się z miejsca, rzucając tylko najbliższym współpracownikom, że nadrobię zaległości za kilka dni i wyleciałem z biurowca wprost do swojego samochodu. Wiedziałem, że nie mogę się tam przenieść już, teraz, że czekały mnie godziny jazdy, ale nie było to ważne. Każda sekunda się liczyła. Emocje były silniejsze od zdrowego rozsądku.

Kraje nie umierają. Kraje po prostu przechodzą w stan stagnacji, są słabe, śpią dłużej, ale nie umierają. Każdy kraj, który przestał istnieć wciąż gdzieś tu żyje, egzystuje jakoś w rozwijającym się świecie. Jak zapomniany bohater, któremu nie jest dane zaznać spokoju.

Musiałem to sobie powtarzać, odetchnąć, szybka jazda zawsze działała kojąco. Mogłem choć wstępnie się opanować, przemyśleć sytuację i zaplanować choć wstępnie tę ciężką rozmowę, jaką będę musiał przeprowadzić. Próbowałem przewidzieć, co Rod będzie odpowiadał, jak reagował, chociaż to nie było wcale takie proste. Po wielokroć już widziałem, jak Rod zachowywał się kompletnie irracjonalnie, jak czynił rzeczy, które by mi nawet do głowy nie przyszło. Tworzyłem kolejne scenariusze, szykując się na różne sytuacje.

Kilometr za kilometrem… Jechałem naprawdę szybko, krajobraz zlewał mi się w jedną paletę barw wokół ciągnącej się czarnej autostrady. Wszyscy gdzieś pędzili, moi rodacy, szybką jazdę mieliśmy we krwi. Niektórzy żartowali, że zamiast niej mieliśmy w żyłach benzynę. A ja po prostu… kochałem samochody.

Zaczynające się góry i kręte ścieżki zmusiły mnie do zmniejszenia tempa, bałbym się jechać przez Alpy ponad dwieście kilometrów na godzinę. Uniesione szlabany, pozostałość po przejściu granicznym pod Pasawą i dalej autostradą już na sam Wiedeń. Od pewnego czasu jechałem przez górski las, ustawicznie przerywany, by pokazać zielone łąki. Same góry nie były tu wysokie, objeżdżałem te najwyższe szczyty w dość sporej odległości. Po kolejnych trzydziestu minutach stawały się coraz mniejsze, coraz słabsze aż finalnie towarzyszyły mi albo sporadycznie niewielkie wzniesienia albo w ogóle ich widok tylko na horyzoncie.

Zajeżdżałem od dobrej strony, willa Rodericha znajdowała się na skraju Wiednia, nie musiałem się przebijać przez miasto. Sprawnie minąłem tabliczkę zaznaczającą początek miasta i skierowałem się początkowo na Schottentor, jak zawsze, by po chwili odbić wąską i stromą uliczkę osiedla Döbling. Willa Roda, tak jak pozostałe tutaj, była posiadłością wolnostojącą, odgrodzoną płotem od pozostałych i z obecną furtką obok bramy. Pozostawiłem samochód przed tym domem o białych ścianach i czarnym, spadzistym dachu, po czym jeszcze wyciągnąłem klucze. Od kiedy się wymieniliśmy kluczami trzymałem je ciągle w samochodzie w schowku pasażerskim. Co ciekawe, wtedy to Rod nalegał na tę wymianę.

Serce znowu podskoczyło mi, kiedy otwierałem furtkę i drzwi, stres przed jego reakcjami znowu powrócił. Wziąłem jeden i drugi głęboki wdech, starając się chociaż trochę rozluźnić.

- Roderich! – zakrzyknąłem w eter, odpowiedziało mi jedynie tylko echo.

Szybkim krokiem zacząłem zwiedzać każde pomieszczenie, wszystkie trzy salony, jadalnię, kuchnię, jego sypialnię i garderobę oraz wszelkie inne pomieszczenia, gdzie dane mi było kiedykolwiek być i gdzie też nie dane mi było nigdy przebywać. Ale dom wydawał się pusty. Czyżbym się spóźnił? Czy Rod przede mną się chował, uciekł stąd, czy też właśnie gdzieś leżał i wykrwawiał się powoli?

Przystanąłem przed kilkoma schodkami prowadzącymi do klapy, która to wiodła na strych. Kuzyn niegdyś zakazał mi tam wchodzić. Mówił wówczas, że to jego prywatne miejsce i nie chciałby, aby ktokolwiek tam się pojawiał poza nim samym. Jednak było to ostatnie miejsce, którego nie przeszukałem, powoli więc chwyciłem za rączkę i otworzyłem sobie przejście, wchodząc ostrożnie. Spodziewałem się zagraconego, ciemnego składowiska przedmiotów, strych jednak okazał się… niezwykły, prawie wyjęty z jakiejś baśni. Czerwone i purpurowe kotary przysłaniały białe ściany, okalając duże okna w dachu. Prawie całą podłogę pokrywał dywan z różnobarwnych poduszek, małych i dużych, wydawało mi się, że leżały ich tutaj setki. Długo rozglądałem się po tym miejscu, podziwiałem je, ostatecznie jednak skoncentrowałem się na czarnej postaci leżącej niemal na środku.

Z każdym krokiem, kiedy zbliżałem się do niego widziałem, jak odróżniał się od tego miejsca, jako jedyny tutaj nie miał na sobie żadnej barwy, był ubrany jak do grobu. Jego chorobliwie blada cera sprawiała, że on sam wyglądał jakby był jeszcze słabszy, niż zazwyczaj. Jego twarz była jednak odprężona jak we śnie. Ostrożnie przewróciłem go na plecy, wciąż był ciepły, jednak nie umiałem znaleźć pulsu na jego skroniach. Rod! Chciałem, naprawdę mocno chciałem, aby teraz on otworzył oczy. Kraje nie umierają! A jednak czułem, że trzymam w rękach już tylko ciało pozbawione duszy.

Poprawiłem delikatny uścisk, wtem zaraz poczułem coś twardszego leżącego tuż koło niego. Przesunąłem go lekko do siebie, chcąc to odsłonić. Widok mnie jednak zmroził. Strzykawka z resztką jakiejś substancji, ślady obecności specyfiku widać właściwie na całej jej długości. Co najmniej potrójna dawka. Rod musiał to wziąć już dawno. Ostrożnie rozpiąłem mu mankiety. Skórę na rękach miał wręcz siną od śladów, było ich bardzo dużo, stare i nowe. Roderich brał. Jak mogłem coś takiego pominąć?! Czy Rod brał przeze mnie? Z powodu mojej obojętności, mojego milczenia? Jak długo ten proceder trwał?

Czy naprawdę przeze mnie Rod wycofał się ze świata rzeczywistego, by żyć w bajce? Czy to przeze mnie uciekł do obrazów, jakie dają używki? Czy to przeze mnie wolał przeżywać ekstazę zamiast siedzieć wśród prawdziwych osób? Czy to wszystko.. moja wina?

Przytuliłem go do siebie, potrzebowałem tego. Bardzo chciałem, by sam teraz wstał, by powiedział mi, że nic mu nie jest. Przecież on miał jeszcze tyle możliwości! Jak on mógł doprowadzić się do takiego stanu? Jak JA mogłem go do tego doprowadzić?! Kraje nie umierają, ale wracają do zdrowia przez wiele lat. Rod nie zakończył swojego życia fizycznie, ale odszedł jako osoba. „To mój koniec"! Mogłem do niego zadzwonić od razu, powstrzymać go, cokolwiek! Czy teraz będę przez lata musiał się borykać z tym jednym błędem? I co stanie się z nim, co ja teraz powinienem zrobić? Jest… jest prawie martwy!

Przycisnąłem go do swojej piersi, ale wówczas wydawało mi się, że przez jego ciało przeszedł bardzo delikatny dreszcz. Czy on żył? Mógł się poruszać? Spojrzałem na niego, chociaż oczy robiły mi się wilgotne, a oddech ciężki. Wydawało mi się jednak, że Rod przytulał głowę sam do mnie, bez mojej pomocy, ale czy to nie było złudzenie? Jeszcze chwilę temu zdawał się niezdolny do podniesienia nawet paluszka!

- Przyszedłeś…

Odezwał się! Serce podskoczyło mi z wrażenia, zaraz ułożyłem go wygodniej, by móc słuchać i obserwować go. Jego oczy delikatnie się rozchyliły, obserwowały mnie na wpół świadomie, a ja choć chciałem, nie umiałem wydusić z siebie ani jednego słowa. Cieszyłem się, a nawet nie umiałem tego pokazać! Czułem tylko, jak łzy delikatnie płyną mi po policzkach, chociaż wcale nie chciałem płakać. Powinienem pokazać, że jestem silny, aby go wspierać!

- Wszystko… - Rod znowu szepnął – mówiło mi… że wrócisz po mnie.

Przełknąłem nerwowo ślinę, gładząc go po delikatnej buzi. Ostatecznie wziąłem głębszy oddech, nie chcąc tylko siedzieć i rozpaczać. Tutaj trzeba było działać!

- Wróciłem. – powiedziałem wreszcie, zmusiłem się do tego – Wyciągnę Cię z tego. ... Nie bój się.

Nie wiedziałem tak naprawdę, jakich słów używać, więc zanim Rod zdążył mi odpowiedzieć, ja wziąłem go na ręce i wyniosłem stąd. Czułem, jak on objął mnie za szyję i dał się spokojnie nieść, co mnie cieszyło, chciałem go odratować jak tyko mogłem. Zabrałem też strzykawkę, próbkę tej substancji i już pognałem z nim do samochodu, a dalej do szpitala.