Drzwi otworzyły się niespiesznie. Nieduże pomieszczenie o wymiarach cztery na cztery kroki, ściany bladoniebieskie, a podłoga z szarej płyty PCV. Tutaj właśnie wszedł Włoch, rozglądając się uważnie i jeszcze dotykając się pod zaklejonym plastrze kryjącym elektrodę na ramieniu, dotarł od razu do stojącego tam stolika, za którym też stało proste krzesło. Dwójka mężczyzn, która go wcześniej prowadziła teraz zatrzymała się przy wyjściu, stąd też Veneziano po kilku sekundach odwrócił się do nich, nie rozumiejąc ten sytuacji. Uśmiechali się. Jeden z nich podszedł i poprosił Włocha o podwinięcie rękawka, po czym do elektrody wpiął kabel i podał mu pilot.

- Poczekałbyś tutaj? Wrócimy za dwadzieścia minut.

Veneziano przymrużył swoje oczęta, jak zawsze, następnie usiadł na stoliku, także z uśmiechem.

- A zjemy potem wspólnie coś? – przeciągnął nieco ostatni wyraz, bardziej nadając temu formę nadziei, niż pytania.

- Oczywiście. – lekarz odpowiedział bardzo uprzejmie, skinął głową i obaj wyszli.

Włoch patrzył jeszcze dłuższą chwilę na zamknięte drzwi, aż kroki ustały, aż zapadła zupełna cisza. Zsunął rękawek, obejrzał pilocik, który właśnie dostał, był to zwykły czarny klocek z jednym bordowym guzikiem na środku, przysłoniętym klapką. Odsunął klapkę i bez namysłu wcisnął guzik, a wtedy przez jego rękę przeszedł impuls, dziewięć woltów wystarczyło, by chłopak krzyknął i skulił się w kulkę na tym blacie, drżąc ze strachu przez kolejną chwilę. Nie rozpłakał się jednak, a spojrzał z wielkim zdziwieniem na pilot, obracając go znowu. Potrząsnął głową.

Rozejrzał się po pomieszczeniu z lekkim westchnieniem, zabrano mu telefon i zegarek, nie miał nic do roboty. Wstał i obszedł to pomieszczenie dość szybko raz, drugi. Za trzecim razem obstukał ściany. Stanął na środku, rozglądając się ponownie, sufit był jednak w takim samym kolorze a tuż pod nim zamontowano dwie jasne świetlówki, do których wyłącznika nie widział. Pokój nie miał okien, a do tego był tak jasny, że nie dałoby się tu usnąć, nawet będąc Włochem takim, jak Veneziano.

Usiadł na krześle, rozglądając się znowu po dokładnie tych samych gładkich ścianach, spojrzał też na stół, na jego nieszczęście wykonany też z tworzywa sztucznego, co uniemożliwiało mu analizowanie linii, jakie tworzy drewno. Uderzył delikatnie czołem o blat, burcząc pod nosem. Nuda.

„Raz... dwa... trzy..."

Próbował sobie wyobrazić skaczące owce, ale szybko mu się rozmyły. Spróbował sobie wyobrazić jadące na taśmociągu miski makaronu, ale i te po chwili przestał widzieć.

- Veeee...! – zawołał w eter, echo odbiło się od ścian i zaraz znowu nastała cisza. Akustyka w tym pomieszczeniu była całkiem niezła.

- Ti porto dove c'è musica... - zaczął nucić, przynajmniej się starał – ...saremo tutti di noi, e il mondo per una volta farai...

Przerwał, podnosząc głowę, a czuł się coraz gorzej. Było mu smutno, bo nic mu nie szło, do tego był sam. Tak strasznie sam.

- ... girare come tu vuoi. Veeee! – dokończył słabszym głosem i zawołał znowu w eter. Nic mu jednak nie odpowiedziało, a jego głowa znowu spadła na blat, zdając się ciężką jak głaz.

Co on ma robić?! Nudno tu! Nie ma czego czytać, czego słuchać, czym malować, nic tu nie ma! Jeden stół i jeden guzik! Ile już minęło, godzina? Dwie? Przecież oni mieli wrócić po dwudziestu minutach!

Przez to wszystko aż stracił ochotę na makaron...

Spojrzał znowu na ten nieszczęsny pilocik i kabel idący do jego ramienia. Fuknął pod nosem, uderzając nim o stolik delikatnie, raz i drugi, po czym pod wpływem nudy wcisnął ten guziczek i zerwał się jak oparzony, znów czując ten okrutny ból w ramieniu. Zaskomlał cicho, zwijając się w kulkę i czekając kolejną chwilę, aż ból minie. Wzrok utwierdził w drzwiach.

„Zaraz przyjdą. Na pewno. Przecież obiecali, przyjdą. No. Dalej! Obiecali, przyjdą, na pewno. Zaraz, za sekundkę. Nie? Dlaczego nie? Muszą przyjść! Te drzwi zaraz się na pewno otworzą!"

Ale im bardziej Italia próbował sam siebie przekonać, że mężczyźni wrócą, tym bardziej drzwi były okrutnie zamknięte.

Italia leżał, to siedział w różnych pozycjach, iście źle znosząc samotność, zdążył się jeszcze dwukrotnie rozpłakać, a prądem poraził się jeszcze czterokrotnie. Drzwi faktycznie otworzyły się po dwudziestu minutach oczekiwania – choć dla niego to była wieczność...