"Wydaje mi się, że jestem szczęśliwy. Mam dom, pieniądze, pracę, samochód. Nie przymieram głodem, sypiam regularnie. Mam rodzinę, braci, kuzynów, z nikim się nie kłócę. Nie jestem przemęczony, nie mam żadnych problemów."

Niemiec akurat siedział przy biurku, choć pracę chwilowo odłożył, patrzył bezwiednie w swój terminarz, choć jego umysł nie widział dat. Telefon wciąż milczał, od ponad roku bardziej pilnował tego urządzenia, chciał, aby dzwoniło - teraz częściej sprawiając mu zawód, niż satysfakcję.

"Powinienem być szczęśliwy. Czemu się taki nie czuję?"

- Ej, West! Biorę psy na spacer! - głos Prusaka doleciał z korytarza, ten zaraz wpadł do biura, trochę jak burza - Dobra? Ej, co jest?

Gilbert miał taki dar, nawet jeśli Ludwig próbował ukryć jakiś problem, on zaraz o tym wiedział. Teraz Niemcy nawet nie próbował wyglądać na takiego, któremu jest wszystko w porządku, czuł się strasznie, Gilbert zaś ściągnął brwi zaniepokojony tym widokiem.

- Boję się tam znowu dzwonić, bracie. Jeszcze pomyślą, że się narzucam.

Napił się wody ze szklanki i spojrzał na albinosa nietęgim wzrokiem, dość wyraźnie niezdecydowany. Dzwonił tam prawie codziennie, głównie dlatego, że "on" już nie tak często się odzywał. Coraz częściej jednak "on" szybko kończył rozmowę, przepraszał, że nie może teraz rozmawiać, że pogadają następnym razem.

- Weź nie pieprz, West. - Prusak poprawił swoją białą grzywkę - Dzwoń, jak Cię rozsadza.

- A jak znowu im przeszkodzę w czymś?

Dawny zakonnik się skrzywił, podrapał po ramieniu. Widać było, że jemu też się cała ta sytuacja nie podobała, że chętnie by z "nim" porozmawiał w tej kwestii, być może wcześniej się nad tym zastanawiał, a z pewnością teraz to czynił.

- Słuchaj, nie masz wrażenia, że on nas ostatnio zbywa? - w głosie albinosa można było wyczuć pretensję.

- Nie wydaje mi się, przecież mają teraz siebie, to głównie sobie wzajemnie poświęcają czas.

Ludwig nie był pewny, czy nie zaślepiają go własne uczucia. Ponad rok temu przyznał się bratu, że "on" jest kimś, do kogo czuje coś specyficznego, rok temu też "on" zaczął się spotykać z wysokim, całkiem przystojnym Maxem, a dwa miesiące temu zamieszkali ze sobą. Niemiec był cierpliwy, cieszył się z "jego" szczęścia, będąc przekonanym, że uczucia, którymi "go" darzy miną. Niestety, jedynie się wzmogły.

- Ale wcześniej się odcinał, czy to miał faceta, czy kobietę. Dzwoń i już, idę po psy.

I jak szybko wpadł, tak szybko wypadł z biura, pozostawiając brata w pełnej konsternacji. Ludwig popatrzył nieco zrezygnowany na telefon, ale... Zawsze starał się słuchać brata w tej kwestii, on jednak lepiej znał się na sprawach sercowych. Dlatego też ujął telefon i po jeszcze jednym zawahaniu zadzwonił.

- Witaj... Nie przeszkadzam Ci? - przywitał się grzecznie.

- Ludi. Nie przeszkadzasz, naturalnie, cóż u Ciebie?

Głos mężczyzna miał melodyjny, dość niski, ale nieprzesadnie. Ludwig lubił to szczególnie.

- W porządku. Spróbowałem wina, o którym mówiłeś, faktycznie bardzo dobre. Dziękuję.

Mężczyzna za słuchawką charakterystycznie mruknął, Ludwig mógł tylko sobie wyobrazić jego uroczy uśmiech. Bardzo, bardzo chciałby go teraz zobaczyć, niestety dzieliło ich prawie siedemset kilometrów.

- Polecam się na przyszłość. Cóż… Coś na północy było ciekawego?

- Nie… - Ludwig pomyślał jeszcze chwilę – Dzisiejszy dzień był spokojny, na szczęście. A… cóż u Was?

- W porządku. Akurat czytałem książkę, Max już poszedł spać, miał dziś… ciężki dzień.

W jego głosie jednak też już brzmiało zmęczenie, Ludwigowi też wydawało się, jakoby on się czymś martwił. Jednakże pewna sprawa prosiła się o pytanie, czuł, że długo już by nie wytrzymał sam.

- Rod, czy… mógłbym przyjechać? Powinniśmy chyba spędzać więcej czasu.

- Och… - czyżby zdziwił go tym pytaniem? Kiedyś to on nalegał na spotkania – A kiedy… byś chciał przyjechać?

Czemu to brzmiało, jakby on nie chciał… Czy naprawdę już się o wyrzekł, odsunął go od siebie daleko? Przecież Ludwig nigdy kuzynowi nie wyrządził krzywdy…

- Kiedy tylko byście mogli. Chciałbym przyjechać na dwa dni, jeżeli to nie problem.

- Mhm… Zapytam Maxa, czy nie miałby nic przeciwko i oddzwonię jutro, dobrze?

Max… Ciągle ten Max, który stanął pomiędzy nimi. Niegdyś Rod się garnął, by spotkać się z kuzynem, zapewne ucieszyłby się prawie jak dziecko, gdyby tylko Ludwig powiedział, że przyjedzie. Często Rod prosił tak długo, że Niemcy musiał szukać na siłę wolnej daty w swoim kalendarzu. Od pół roku jednak przestał pytać, a od ponad dwóch miesięcy każdą odpowiedzią na jakąkolwiek propozycję wspólnego spędzenia czasu jest „zapytam Maxa". Czy oni naprawdę muszą spędzać każdą wolną chwilę razem?

- Oczywiście, czekam na informację. Co czytasz?

Nie potrafił prowadzić rozmowy, niestety, ale bardzo chciał go wciąż słyszeć. Czasami zastanawiał się, czy Rod zawsze był taki małomówny, czy dopiero niedawno taki się stał… Pamiętał, jak Rod czasem opowiadał mu o rzeczach bardziej lub mniej błahych, o ciekawych motywach zauważonych w książkach, o nowych kompozytorach. Ale ostatnio tego nie było, nie umiał wydobyć z niego informacji. Rod podał tytuł i autora oraz gatunek, dramat obyczajowy. Ludwig zrozumiał, życzył mu już przyjemnej lektury i rozłączył się.

Nie uważał wyboru kuzyna za zły, poznał Maxa parokrotnie, na Wielkanocy, czy Bożym Narodzeniu chociażby. To mądra, wykształcona osoba, wcale też nie dziwiło go, że Roderich się w nim zadurzył. Wydawał się w jego typie. Od kiedy jednak mieszkają ze sobą, Rod wydaje się mu nieco inny, na pewno mniej się widują. Rod też zaczął opuszczać spotkania unijne. Może mu nie powiedział, że jest krajem…?

Cóż. Z drugiej strony Ludwig cieszył się, że Rod go tym razem nie spławił, nawet jeśli właściwie nie wie, co u niego słychać. Może jeśli pozwolą mu przyjechać, to będzie mógł z Roderichem porozmawiać więcej, miał nadzieję na tę zgodę. Ludwig go pragnął najbardziej na świecie, pragnął być u jego boku i go wspierać. Nie potrafił tego powiedzieć, nie potrafił nawet dobrze zrozumieć u samego siebie, podświadomie jednak właśnie to było obecnie jego nadrzędnym celem.