Często miewał wrażenie, że Wiedeń się nigdy nie zmieni lub zmiany zajdą w taki sposób, iż będą niedostrzegalne. Ilekroć przejeżdżał idealnie równymi drogami pomiędzy budynkami mającymi już przynajmniej jedno stulecie na karku, zawsze to wyglądało tak samo, jedynie ludzie się czasami zmieniali, społeczeństwo wyglądało zawsze inaczej. Ale miasto – nigdy.

Dom Rodericha nie odstawał od tej tendencji, chociaż Rod kupił tę posiadłość w okresie międzywojennym, zatem pierwsza setka dopiero mu stuknie. Willa na wiedeńskim osiedlu Döbling posiadała dwie kondygnacje nad ziemią oraz plac przed nią i ogród za nią, wszystko utrzymane w urodzie początków zeszłego stulecia, chociaż idealnie odnawiane, zaś alarmy i inne elektroniczne cuda były skrzętnie poukrywane. Obecnie przed willą stał samochód Ludwiga i do jutra tam pozostanie, o ile nie wpadną na pomysł pojechania gdzieś do miasta. Całe osiedle było skryte między drzewami i przypominało olbrzymi park, było tutaj naprawdę ładnie. Niemcy lubił tutaj przebywać, tak jak obserwować okolicę z okna pokoju gościnnego na pierwszym piętrze, co też właśnie czynił. Przyjechał tutaj przed dwoma godzinami, zrobiło się już późno, a on po prostu potrzebował odetchnąć. Wcześniej rozmawiał z nimi, choć głównie z Maxem, Rod nie był zbyt rozmowny. Nie przegadywali go ani nic, jednak po prostu mało się wtrącał, a dyskusja z tym człowiekiem była dość żywa. Po raz kolejny Ludwig odniósł wrażenie, że to mądry śmiertelnik.

Zdołał się już oporządzić i jednak wyszedł z pokoju, tego co zawsze, korytarz był skąpany w ciemności, jednak z parteru dobiegało światło i to tam gość się pokierował. W pokoju dziennym znalazł swojego kuzyna w towarzystwie książki i kieliszka wina, kuzyn akurat w nieco rozpiętej liliowej koszuli leżał wygodnie na leżance, pogrążony w lekturze. Blondynowi od samego tego widoku zmiękły kolana, jednak nie przyszedł tutaj tylko sycić oczu. Podszedł, niemal od razu spostrzeżony przez Austriaka.

- Ludi? Myślałem, że śpisz… Masz ochotę na wino?

Mężczyzna jednak się podniósł i usiadł na tym mięciutkim meblu, odkładając książkę na bok, aryjczyk jednak powstrzymał go ruchem dłoni.

- Wezmę sobie, dziękuję. Gdzie Max?

Pokierował się po kieliszek do barku stojącego pod ścianą, nasłuchując. Zauważył, że w tym pomieszczeniu nie grała żadna muzyka, co jest dość dziwne, bowiem Rod zazwyczaj deklarował, iż nie może wytrzymać w ciszy.

- Położył się już, był zmęczony. – Rod odchylił się znów i oparł o nisko ulokowaną poduszkę.

Obserwował Niemca, kiedy ten szykował sobie trunek i wracał z nim, ale gdy tylko blondyn podniósł na niego oczęta, Austria swoje natychmiast opuścił, jakby się bał. Ludwig nie rozumiał tego, usiadł nieopodal niego, popijając alkohol.

- Kuzynie… Na pewno wszystko w porządku? Wydaje mi się, że martwi Cię coś, jeśli chcesz porozmawiać…

Nie skończył mówić, Rod położył mu dłoń na dłoni, a blondyn zastygł w bezruchu. Czuł tylko, jak serce zaczyna mu szaleć, a zdolność rozsądnego myślenia zaczyna mu uciekać, jak piasek przez palce. Zbyt dawno go nie widział, zbyt mocno tęsknił, zbyt mocno go kochał, ale bardziej nie chciał stawać między nimi. Chciał, żeby Rod był po prostu szczęśliwy…

- Ostatnio Max jest bardzo nerwowy… Boję się o niego, to wszystko. Dziękuję, że przyjechałeś, kuzynie.

Roderich w jednej ręce trzymał wino, drugą obecnie trzymał za dłoń Ludwiga, przyciągnął ją nieco bliżej do siebie. Niemiec jednak nie był w stanie wydusić z siebie słowa, patrzył na niego w połowicznym zamroczeniu, choć sens jego słów zrozumiał. Ostrożnie skinął głową.

- Dla Ciebie wszystko… - zaraz skarcił się w myśli za takie słowa, które mogłyby go zdradzić a w najlepszym wypadku zastanowić Roda, dlaczego on ich użył. Jednak padły i już tego nie mógł zmienić.

Muzyk jednak przymknął oczy, oddychając powoli, wyglądał, jakby się relaksował. Wyglądał tak pięknie…

- Miło mi to słyszeć. Zatem… - spojrzał tutaj na Ludwiga – Czy zechciałbyś pojawić się na naszym ślubie jako świadek?

Niczym wiadro lodowatej wody. Blondyn popatrzył na Wiedeńczyka dużymi, pełnymi zaskoczenia oczyma, kiedy informacja na temat takiego obrotu spraw docierała do jego umysłu. Czy naprawdę Rod musiał wybrać sobie śmiertelnika? Czy Ludwig będzie musiał czekać dziesiątki lat, zanim będzie mógł powiedzieć mu, co naprawdę czuje? A później, dałby Bóg, związać się z nim? Czy naprawdę jest skazany na ten rodzaj cierpienia?

- Czy jesteś pewny, że… Że tego właśnie chcesz? – zapytał jeszcze przezornie, chociaż odpowiedzi już się spodziewał. Rod pogładził go po wierzchu dłoni kciukiem, Ludwiga aż przeszedł dreszcz.

- Razem z nim czuję, że mogę sięgać gwiazd. Tak, Ludi. Jestem zdecydowany.

Uśmiechnął się. Jak on się cudownie uśmiechnął… Ludwigowi serce o mało nie pękło, gardło zaczęło się zaciskać, ale ten uśmiech był piękniejszy, niż kiedykolwiek u kogokolwiek widział. To był ten uśmiech, który będzie mu się śnił wraz z poczuciem tęsknoty za tym cudownym mężczyzną.

- Skoro tak… - wymamrotał, napił się też wina, aby nieco rozluźnić swój organizm – Będę waszym światkiem. Kiedy ślub?

Uśmiech na twarzy Rodericha poszerzył się, w oczach błysnęła wdzięczność, a chwyt na dłoni zacisnął się lekko. Ludwig automatycznie chwycił jego delikatną rączkę mocniej, obserwując go jeszcze, miał szczerą nadzieję na to, że jego najdroższy zaraz doda, że to był tylko żart.

- W przyszłym roku. Dziękuję Ci…

Sam muzyk podniósł się i ostrożnie przytulił Ludwiga, a ten znieruchomiał, stając się prawie kamienną rzeźbą, tak się napiął. W głowie krzyczał mu alert sytuacyjny, emocje kotłowały się od bliskości i zapachu tegoż mężczyzny, zamroczyły go prawie całkowicie, jedynie ostatkiem siły woli go w tym momencie nie pocałował, a przeczekał, aż Rod go puści.

- Długo jeszcze będziesz czytał? – zapytał, kiedy arystokrata znów układał się wygodnie na leżance.

- Kilka chwil. – odparł tym swoim śpiewnym, melodyjnym głosem.

Rod też się napił wina, następnie jeszcze rzucił kuzynowi spojrzenie swoich ciemnych, tajemniczych oczu. Blondyn dopił wino i podniósł się, przypominając w ruchach swoim maszynę lub żołnierza, zmuszał się do tych ruchów.

- Nie przemęcz się tylko, dobranoc. – życzył mu i wyszedł.

Opłukał swój kieliszek, odstawił go na suszarkę i czym prędzej ewakuował się do pokoju, jaki mu przydzielili. Czuł, że ma nogi i ręce jak z waty, a w głowie zamiast mózgu jakąś ciecz. I nade wszystko czuł pustą wyrwę w sercu.

Schował się w łóżku, kryjąc twarz w dłoniach, nawet nie do końca rozumiał, dlaczego wpadł w taki amok podobny do paniki, dlaczego ponadto czuł się, jakby bezpowrotnie stracił coś najcenniejszego w życiu. „Przecież on będzie szczęśliwy" – powtarzał jak mantrę, jakby sam siebie próbował do tego przekonać, bo sam w to nie wierzył.

„Durniu, ale Ty nie będziesz szczęśliwy" – odezwał się zdrowy rozsądek, wytrącając go z pozornej równowagi emocjonalnej. Ludwig zakrył się całkowicie i po prostu próbował nie krzyczeć z bólu, chociaż bardzo chciał. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek coś zraniło go do tego stopnia, jak dziś. Nie chciał pamiętać, liczyło się tylko dziś. Chciałby móc sprawić, żeby Max i Rod nigdy się nie poznali albo żeby Rod odszedł od swojego partnera i przyszedł w jego objęcia. Chciałby sprawić, żeby Rod był jego, tylko jego. To tak naprawdę on chciałby dać mu to szczęście. Jakże okropnie się z tym czuł…

Nie wiedział nawet, kiedy siły go opuściły, a on sam usnął jak dziecko.