To nie trwało długo, chociaż zdawało się małą wiecznością. Wskazówka zegara kroczyła niezwykle leniwie po tarczy, minuta za minutą, sekunda za sekundą. Dom wydawał się pusty, cichy, jego gospodarz nie dawał znaków życia, całkiem jakby po prostu wyjechał, chociaż po pierwszym kwadransie czasem dało się słyszeć kroki, przerywane, jednak w żadnym razie ostrożne. Zdawały się zmęczone.

Ludwig nie był głodny, mimo, iż była już późna pora obiadowa, zjadał przygotowane na szybko kanapki z mięsiwem, popijając sokiem jabłkowym. Smak docierał do niego z opóźnieniem albo momentami wcale, nie skupiał się na tym, nie był w ogóle skupiony. Nie wiedział, gdzie powinien zaczepić myśli, ciągłe myślenie o sytuacji go wycieńczyło, poza tym nie mógł teraz podjąć znowu rozmowy z ciemnowłosym. Czekał. Oczekiwanie też go już męczyło, miał dość, chciał uspokojenia sytuacji. Czemu to nie mogło być proste…

Usłyszał kroki na schodach, kierujące się w jego stronę, przełknął na szybko ostatni kęs i zapił go sokiem. Rod pojawił się w drzwiach, już z płaszczem i niedużą walizeczką w ręku, patrząc się ponuro przed siebie, jego spojrzenie spotkało się z oczyma Niemca, jednak wówczas okularnik odwrócił swój wzrok. Mimo to Ludwig jednak w sercu się ucieszył. Dopił sok, po czym naprędce umył szklankę, dając Roderichowi jeszcze czas na zastanowienie się, przemyślenie tej decyzji. Ale on tylko stał i czekał cierpliwie, aż blondyn będzie gotów do drogi, nie mówiąc przy tym ani jednego słowa.

Po raptem dwóch minutach, które minęły strasznie szybko w porównaniu do poprzednich dwudziestu pięciu, Ludwig podszedł do Roda i ostrożnie wyjął mu walizkę z dłoni, nie była ciężka, a okularnik nie protestował. Cały czas też ciemnowłosy patrzył w bok, w ścianę, Ludwig ostrożnie wyciągnął dłoń w kierunku jego twarzy, jednak Austriak sam się odsunął od niego.

- Jedźmy już.

Niemiec zacisnął usta, co by nie powiedzieć za dużo, jednak nie pozostał też bierny tej prośbie, położył więc wolną dłoń na ramieniu swojego towarzysza, niejako zmuszając go do zwrócenia na niego uwagi.

- Jesteś pewny? – musiał to wiedzieć, musiał mieć jasną deklarację – To tylko Twoja decyzja...

Ciemnopurpurowe oczy spoczęły najpierw na ręce, która go dotykała, a wreszcie też na samym blondynie, pytającym o coś, co chyba w jego mniemaniu było błahe. Rod był zrezygnowany, skinął głową, chociaż w jego oczach nie było determinacji ani pewności siebie, jaką zazwyczaj obserwował. Ludwig westchnął, nie podobało mu się to zachowanie. Ale to nie był czas, aby to znowu rozwlekać, wszak osiągnął cel. Bez słowa puścił Roda i podążył w kierunku podjazdu, słysząc, że ciemnowłosy jeszcze gdzieś podążył. Blondyn ulokował walizkę w bagażniku i wrócił jeszcze po swój bagaż, a kiedy po raz kolejny pojawił się przy swoim BMW, Rod już na niego czekał. Co prawda z podniesionym do ucha telefonem, patrząc jeszcze na dom i jakoś utrzymując w drugiej dłoni swój płaszcz, chociaż wyglądał, jakby miał go zaraz upuścić.

Ludwig powoli podszedł do samochodu, obserwując kątem oka, jak jakaś mała iskierka przygasa w ciemnych oczach, kiedy mężczyzna odsunął telefon od siebie, wcisnął guziczek w nim i ostatecznie schował do kieszeni, po czym zastygł ze wzrokiem zawieszonym w kostkę brukową. Sam Niemiec westchnął cicho i otworzył drzwi ostrożnie od strony pasażera, czekając, pięć sekund... dziesięć… Rod wyglądał jeszcze, jakby się wahał, ale ostatecznie mruknął cicho i pokornie ruszył w kierunku domu, zamknął drzwi na klucz i finalnie wsiadł do samochodu. To wszystko wydawało się Ludwigowi strasznie wymuszone, robione albo dla niego (czego nie lubił) albo ze strachu przed nim (czego wręcz nie cierpiał). Wątpił, żeby Rod sam decydował o tym wyjeździe. W ciszy jednak wsiadł za kółko i ruszył.