Podróż była długa, o wiele mniej przyjemna, niż kiedy Ludwig zmierzał do Wiednia. Przez całe pięć godzin między nim a jego pasażerem nie padło ani jedno słowo, nawet na dwóch postojach, które blondyn sam inicjował dla zdrowia ich obojga. Rod wydawał się zatopiony w sobie, po pierwszej godzinie zdawał się bardziej zamyślony, niż zrozpaczony, choć jego oczy były bystrzejsze, dostrzegały jakby więcej. A jednak milczał. A Ludwig nie miał pojęcia, jak zainicjować rozmowę, by nie wydawało się to głupie, dlatego nie inicjował jej wcale. Czuł się przez to też dziwnie, nienaturalnym wręcz dla niego był to, że Rod sam nie przestawiał stacji radiowej, czy nie zaczynał jakiegoś tematu, że to na jego niemieckich barkach spoczywał obowiązek zawiązania rozmowy. Pięć godzin upłynęło wśród muzyki.

Czasem jak Ludwig zerkał na swego pasażera, to miał wrażenie, że on drzemie, ale później znów przyłapywał go z półotwartymi oczyma. Nie miał ostatecznie pewności, czy Rod spał w podróży. I nie było to aż tak ważne…

Niemiec zaparkował pod domem odczuwając już senność, wybijała dwudziesta druga, ciemność przenikała przez ulice Berlina, choć na szczęście jego dom był rozświetlony. Gilbert najpewniej jeszcze nie spał…

- Jesteś głodny? – to pierwsze od tak długiego czasu pytanie Ludwig zadał, wjeżdżając jeszcze do garażu.

Rod nie odpowiedział od razu, jak często mu się zdarzało, tym razem jednak odczekał, aż silnik samochodu zgaśnie.

- Nie… dziękuję.

Blondyn zerknął kontrolnie na kuzyna, nim otworzył drzwi. Rod nie patrzył na niego, działał jakby mechanicznie, odwiesił pasy bezwiedne i wysiadł z samochodu, od razu kierując się do bagażnika. Niemiec pospieszył się, by móc pierwszym wyjąć obie walizki, a nie pozwolić mu dźwigać. Kiedy tylko znowu jednak spojrzał na okularnika, ten ponownie odwrócił wzrok, zachowując bierną neutralność, czy wręcz - apatię.

- Nie jadłeś obiadu. – zauważył blondyn, pozwalając mu wyjść jako pierwszemu i podążając z nim do drzwi.

- Nie mam apetytu. – kolejna odpowiedź po dłuższej chwili.

Ludwig postanowił nie naciskać, choć nie było to wskazane dla cherlawej osoby kuzyna, jednakże dzisiejsze wydarzenia nie sprzyjały zapewne odczuwaniu łaknienia. Właściwie, to Niemiec obiecał sobie jutro po prostu przygotować mu bardziej sycące śniadanie, ale jutro, niech czas zagoi choć pobieżnie rany.

Wpuścił Roda do środka, starając się nie zwracać uwagi na jego posuwisty krok i opuszczone ramiona, nie mówiąc już o ciszy panującej wokół niego. Chłód nocy pozostał za drzwiami, światło ukazało wiszące kurtki i szafkę z butami, miejsce dobrze znane im obojgu, choć jakby żadne teraz nie zwracało na nie uwagi. Sam błękitnooki zwrócił się jednak w kierunku korytarza, słysząc rumor stamtąd dobiegający i nie zdążył nawet płaszcza od swojego gościa odebrać, kiedy do środka wpadła trójca owczarków oraz Gilbert za nimi.

- Późno jak na ciebie, brat. – opryskliwy ton Prusaka zwracał na siebie szczególną uwagę, być może Gilbert nie potrafił przywitać się po ludzku – Problemy w trasie?

- Żadnych. – Ludwig odparł neutralnie, zdawkowo pacnąwszy każdego z ucieszonych psiaków, które to otoczyły go ciasnym kręgiem – Byłeś już z nimi?

- Tia.

Rod przez ten czas skrzętnie ominął zwierzęta i sam odwiesił ubranie, rzucając tylko nieprzyjemne spojrzenia w stronę Prusaka. Ludwig modlił się, żeby nie wyszła z tego żadna dodatkowa kłótnia. Miał… odrobinę dość emocjonalnych wybuchów na dziś.

Na jego nieszczęście jednak Gilb sam podszedł do ich gościa, otoczył go ramieniem i ze swoim zawadiackim uśmieszkiem szarpnął go lekko do tyłu. Austriak zatoczył się, jednakże złapał równowagę, po prostu patrząc pusto w ziemię, bez reakcji.

- Nie przywitasz się, co? – białowłosy zaczął go ustawicznie, choć powoli klepać po ramieniu, jakby właśnie uścisnął przyjaciela. Wyszczerzył się przy tym, choć jego czerwone oczęta mrużyły się z widocznym szyderstwem

Rod rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie, początkowo. W kolejnych sekundach napięcie z niego ustawało, wracając ku biernej rezygnacji, tak jak brzmienie jego głosu było pozbawione emocji.

- Nie zwykłem się witać ze zwierzętami.

Gilberta wpędziło to w małe osłupienie, gdzie Rod skrzętnie wyminął jego osobę i przystanął przy wejściu, zerkając znów na Ludwiga. Blondyn westchnął cicho, spojrzał szybko na brata i pokazał mu, żeby ten stonował swoje zamiary. Gilbert napuszył policzki, zakładając ręce na piersi.

- Jeden gorszy dzień i już zapominasz o kulturze, co? Panie kulturalny? – wytknął mu, łapiąc jednak jednego z psów, aby ten jednak nie poszedł za Roderichem.

Ludwig syknął pod nosem, podszedł do Roda i poprowadził go głębiej w dom, zanim ten konflikt zdążył się na dobre zaognić. Dobiegł ich już tylko syk obrażonego Prusaka, choć po chwili Ludwig miał wrażenie, że jego brat parsknął śmiechem.

Dom w Berlinie nie był aż tak duży, jak ten we Wiedniu, jednak blondyn mógł mu zaoferować tutaj osobny pokój. Proste łóżko, szafka, niezbyt wyszukany obrazek na ścianie, kilka figurek na komodzie stojącej już w rogu, to cały asortyment użyczonego pomieszczenia, nic nadzwyczajnego, wydźwięk sypialni był raczej praktyczny, niż elegancki. Walizkę Roda postawił przy łóżku, podczas gdy Austriak usiadł na pościeli, zastygając w jednej pozycji od razu.

Znowu ta cisza, znowu Ludwig nie wiedział co powiedzieć. Co powinien zrobić. Stał tak przez pięć minut, obserwując całkowicie stateczną postać siedzącą ze spuszczoną głową, jakby kompletnie zmęczoną bądź wręcz śpiącą. Powoli podszedł ten jeden krok i przykucnął przed nim. Oczy Rodericha były szkliste, on sam oddychał głęboko i choć wargi mu nie drżały, to Ludwig mógłby przysiąc, że Rod znów łkał. Blondyn przysunął się jeszcze i rozłożył ręce, jednak kuzyn dopiero po chwili, powoli wtulił się w jego ramiona. To, jak słaby wydawał się teraz, było dla Niemca przerażające, jakby Ludwig mógł go zmiażdżyć w tym uścisku. Po chwili poczuł, jak Rod ułożył mu się wygodnie. Serce mu niemal stanęło, bliskość znów dawała się mu we znaki, a w głowie kotłowały się pragnienia, pozwolił sobie jednak tylko opuścić delikatnie głowę i położyć policzek na jego włosach, choć oficjalnie nic już nie powinno go powstrzymywać. Pustka w jego głowie drażniła go, chciał się odezwać, ale z drugiej strony nie chciał się wygłupić.

W kolejnej chwili wyczuł kilka głębszych oddechów u kuzyna, a ten podniósł się i odsunął, odwracając wzrok. Ludwig położył dłoń na jego ramieniu, ten jednak odtrącił ten gest.

- Idź już.

Rod nie panował nad swoim głosem, gardło miał zapewne zaciśnięte, gdyż zamiast typowo głębokiego tonu blondyn słyszał szept zachodzący na świst. Mimo wszystko pogładził go jeszcze po dłoni, nim i tę kuzyn odsunął.

- Mogę zostać, ile będziesz potrzebował. – powiedział bez wcześniejszego przemyślenia, za co też zaraz się skarcił. Rod jednak pokręcił głową, na co Ludwig mógł tylko westchnąć. – Jak chcesz… Mogę coś dla ciebie zrobić?

Po kilku sekundach Rod potrząsnął głową, zdjął okulary i położył się na poduszce. Niemiec zacisnął usta, ale posłusznie wstał i wyszedł, zamykając drzwi. Nawet zastanawiał się nad tym, czy by też nie odpocząć, jednakże dziwnie grzecznie czekający Prusak nie wyglądał na takiego, który chciałby pozwolić mu zasnąć w najbliższym czasie.

- Trochę treningu mu się przyda. – bąknął białowłosy, po czym lekko zacisnął usta i patrzył wciąż na zamknięte drzwi. Cała jego postawa, chociaż stateczna, wyrażała bunt wobec zaistniałej sytuacji, założone ręce na klatce piersiowej, nieco uniesione ramiona, napięcie przy skroniach, czy też lekko wysunięta żuchwa.

- Treningu? – Ludwig spojrzał na drzwi też, nim powrócił lekko przygaszonym wzrokiem do brata. Po namyśle trącił go delikatnie ręką i kiwnął głową, co by pójść w inne miejsce, sam z resztą ruszył do kuchni.

- Zmęczony człowiek nie myśli o sercu aż tyle. – odparł Prusak, zaraz ruszając za nim – Leżenie w łóżku i płakanie za nim mu nie pomoże, wiesz o tym.

Ludwig miał w pamięci, jak brat mu pomagał w radzeniu sobie z problemami i emocjami, kiedy on sam był jeszcze dzieckiem. Gilbert zawsze miał coś do zrobienia, a jeśli wszystko było perfekcyjnie, zawsze można było pobiegać, robić pompki, poćwiczyć celność z broni. Zawsze coś na rozładowanie. Dzięki temu Ludwig nauczył się zabijać myśli pracą, zadaniem, nie miał kłopotów takich jak wcześniej wymieniony. Zazwyczaj, oczywiście nie była to jedyna skuteczna metoda, istniały inne. Zapewne gdyby się uparł przed dwoma dniami, nie pozwoliłby swojej tęsknocie objawić się w takiej formie, nie pojechałby do Wiednia i do dziś Rod byłby pod butem tegoż tyrana. Ale czy Rod byłby w stanie zapomnieć o swoich emocjach, czy zadanie jest w stanie mu pomóc?

- … on jest inny. – odparł Niemiec po dłuższej chwili szykowania dwóch herbat, trunku, jaki zwykle wypijał przed snem. Niestety Gilbert nie do końca zrozumiał jego intencje, białe brwi zmarszczyły się nieco, podczas gdy albinos wpatrywał się w brata intensywnie – Chodzi mi o to, że mógłby nie… zapomnieć o swoich problemach równie łatwo, co my.

Gilbert prychnął pod nosem, acz złapał za zaoferowany mu kubek ciepłego napoju. Oparł się tylko o szafkę i siorbnął nieco herbaty, po czym spojrzał w kierunku pokoju, gdzie dwa psy trącały się wzajemnie łbami, zapewne też już były zmęczone.

- On zawsze był inny. – odparł tylko i fuknął raz jeszcze – Co teraz? Tylko nie mów, że będziesz na niego chuchać, byle tylko wrócił do swojej paniczykowatości.

Ludwig ostrożnie wzruszył ramionami.

- Przeniosę pracę w tryb Home-office. Dam mu nieco czasu, natomiast spróbuję z nim… rozmawiać. Uświadomić mu, co się działo i dlaczego go zabrałem od Maxa.

Albinos parsknął śmiechem, jawnie pokładając pomysł brata w wątpliwość, jednak blondyna to nie zrażało. Ludwig był… szczęśliwszy, ponieważ Rod znalazł się przy nim, tak jak wcześniej tego pragnął. Miał nad nim opiekę, mógł doglądać jego stanu i dbać, aby niczego mu nie zabrakło. Chciał tego, wiedział o tym. Po raz pierwszy od kilkunastu tygodni czuł się znowu pełen energii i nadziei.