Drzwi otworzyły się nagle, z większym impetem niż Austriak by sobie tego życzył, zaś jeszcze bardziej raptownie do środka wpadł jego niespodziewany gość, nie przewidując chyba śliskiej posadzki, bowiem zaraz tenże gość przywitał się z linoleum. Rod dość spokojnie wkroczył do środka i cicho przymknął ciemnobrązowe, zdobione wrota do swojej willi, kiedy blondyn jeszcze się zbierał, szczękając zębami i memłając coś mało zrozumiałego pod nosem.

- Daj… odwieszę ją tutaj.

Alfred wściekle zrzucił z siebie swoją ociekającą wodą kurtkę pilotkę i miotnął ją w kierunku arystokraty, ten w ostatniej chwili zdążył ją złapać. Nie życzyłby sobie oberwać nią w twarz.

- Obycia trochę… - mruknął lekko zrażony, jednak podszedł do rozsuwanej szafy i tam schował jego odzienie, tako i swój płaszcz oraz mokry parasol, który akurat jego uratował.

- Gdzie ty buty dajesz? – Alfred rzekł dosyć opryskliwie, chyba nie przejął się wcześniejszą uwagą.

- Każdy w swoim pokoju.

Ameryka prychnął, biorąc swoje równie nasiąknięte adidasy w rękę i jednak czekając, kiedy Rod ujął szmatkę w dłoń i przetarł prostu swoje skórzane kozaki, czyszcząc je tym samym na tyle, by nie zabrudziły posadzki domu.

Lało. Rod poprowadził swojego niespodziewanego gościa przez willę, słysząc, jak w ciemności za oknami deszcz zacina coraz mocniej, a wiatr próbuje wyprzeć okna z ram, jak w kominie szalały podmuchy, co przypominało wycie zmarłych z zaświatów. Niepokój, jakim napawał duży dom podczas buntu natury nie robił jednak wrażenia na Austriaku, acz błękitne oczy Alfreda raz po raz zerkały w coraz to kolejne kąty, kiedy gospodarz go prowadził przed siebie. Na co dzień brązowe, teraz od światła żarówek raczej żółte ściany były zdobione obrazami na dole, a gdy Rod wprowadził go na piętro, tam ściany przyozdabiały prawdziwe malunki zwykle czarną farbą, jakby pokazujące teatr cieni z innego świata.

- O wow. - Alfred aż uniósł swoją mokrą grzywkę - Fajną masz chatę!

Rod zerknął na niego wzrokiem pełnym wątpliwości co do jego stanu psychicznego, chłopak jednak rozglądać się uważnie wszędzie, nieświadomie chyba robiąc pełny obrót. Sam otworzył zatem drzwi do pokoju gościnnego, pozostawiając chłopaka w tej chwili ekstazy, pokierował się następnie do składzika. Potrzebował kilku rzeczy, których z oczywistej przyczyny braku wcześniejszego powiadomienia nie miał przygotowanych. Minęło raptem pół minuty, podczas gdy Alfred już wślizgnął się do przeznaczonego mu pokoju gościnnego i nawet zdążył się rozebrać i zawinąć w kołdrę, znowu szczękając zębami. Austria tak przeanalizował go dość pobłażliwym spojrzeniem, tak jak rozrzucone ubrania wokół, po czym podszedł i położył obok niego świeży ręcznik, specjalnie mu przyniesiony.

- Tuszę, iż zdajesz sobie sprawę, że nie mam za bardzo dla ciebie ubrań na zmianę? Jesteś ode mnie większy, Alfredzie…

- … cokolwiek. - odparł blondyn i wtulił się mocniej w kołdrę. - Pomyślę, jak mi przestanie być zimno, nie?

Rod co prawda wątpił, że chłopak jakkolwiek dałby radę pomyśleć, ale nie zamierzał burzyć jego przypominającej naleśnik pozycji. Bez słowa wyszedł, by pomartwić się różnicą w rozmiarze między sobą a zaatakowanym przez burzę Alfredem. Prawdą jest, iż trochę poirytowała go ta nagła zmiana planów wieczornych i jeszcze problemy, jakie Amerykanin mu sprawiał, nie wyrażając przy tym jak dotąd żadnej wdzięczności. Z drugiej strony, gdyby to jemu się przydarzył taki wypadek w USA, Rod zapewne wymagałby od Alfreda pomocy również. Może dlatego zagryzał zęby i wniknął w swoją prywatną garderobę, szukając czegokolwiek, w co młody chłopak by się zmieścił, a biorąc pod uwagę, że Alfred był wyższy od niego o całe 5 cm i przez muskulaturę szerszy w ramionach. Przy okazji, będąc w swojej garderobie, zmienił buty na suche, skórzane obuwie.

Gdzieś dobiegł go dźwięk uderzającego pioruna, kiedy on sam przeglądał swoje rzeczy. Burze nie były normalne w grudniu, ale ta jedna postanowiła wypiąć się na zasady matki natury i rozpętać się właśnie dziś. A może to po prostu spięcie prądów powietrza z północy i południa, akurat w kulminacji tu, we Wiedniu?

Zapukał w drzwi, nim wszedł do pokoju Alfreda, jednak ten tylko ze zdziwieniem spojrzał na niego. Chłopak siedział już na łóżku, wycierał mokre włosy intensywnie, a na jego ramionach wciąż łatwo było zauważyć gęsią skórkę.

- Nic lepszego nie znajdę. – położył przy nim nieco za dużą na niego koszulę z guzikami z wyhaftowanymi symbolami teatru, jaką kiedyś mu wciśnięto oraz jedne z elegantszych spodni, które akurat musiał związywać zawsze ciaśniej pasem.

Amerykaniec wziął rzeczy i wrzucił na siebie od razu koszulę, akurat na niego pasowała idealnie.

- Jeansów nie wytrzaśniesz?

Rod skrzywił się na sam fakt, iż Alfie jeszcze odważył się wybrzydzać zamiast posłusznie ubrać rzeczy. Pokręcił głową.

- Nie noszę. – odparł nieco zniesmaczonym tonem.

Blondyn zrobił wielkie oczy i aż się cofnął, jednak Rod nie zważał na to, odwracając się i wychodząc, mimo protestów i żądania wyjaśnień przez Jonesa. Bez słowa pokierował się do kuchni, już na schodach słysząc, jak jego gość opuszcza pokój i sam kieruje się jego śladami, choć odgłos ludzkich stóp nie był aż tak głośny, jak stukot męskich obcasów, jaki Rod zostawiał za sobą.

Przez co też Austriak nie zdziwił się wcale, widząc buźkę Amerykanina zaglądającego do kuchni, choć jako gość nie powinien naruszać tak prywatnych pomieszczeń domu. Być może o tym nie wiedział, z resztą zdawał się nie zwracać na to szczególnej uwagi, rozglądał się bezczelnie po całkiem sporym pomieszczeniu, przystosowanym do szykowania bardziej wymyślnych potraw, na co tylko Rod miał ochotę. Chwilowo po prostu gotowała się woda, czajniczek na herbatę był już przygotowany, a porcelanowe kubeczki czekały na spodeczkach. Rod zaś szykował ciastka na talerzyku, układając je w ładną piramidkę.

- Czegoś ci potrzeba, Alfredzie? Zaraz powrócę do Ciebie… - mimo wszystko Austria zachowywał pełną kulturę, mówił spokojnie i spoglądał raz po raz na blondyna, który bezpardonowo podszedł do figurki diabełka mieszającego w kotle, jaka stała na półeczce.

- Fajny. – skwitował drugi z okularników z uśmiechem, po czym spojrzał na Austriaka ciekawsko.

Gospodarz akurat ujął kubki i spodeczki, następnie ruszył do pokoju dziennego, tako i Ameryka pomaszerował za nim, jak dotąd spokojnie. Nie wiedział, że w tym domu jest więcej, niż jeden salon, jednak pomieszczenie ze stołem, dwoma kanapami, ustawionym telewizorem w kącie, regałem z książkami z innej strony oraz kilkoma szafami z bliżej nieznaną zawartością.

Alfred zajął całą kanapę. Dosłownie, wskoczyła nią, przytulając się do jednej z ozdobnych poduszek leżących na podłokietniku, podczas gdy Rod spokojnie ułożył kubki na stole i zawrócił. Za drugim razem, gdy przyniósł ciastka, Alfred leżał już na plecach, a gdy doniósł jeszcze herbatę, ze stosiku ubyły dwa ciasteczka.

- W kanapie jest koc, jeśli potrzebujesz. – poinformował swego gościa Austriak, nalewając herbaty do naczyń i siadając naprzeciwko.

- … teraz mi to mówisz. – Alfred przeciągnął nieco te wyrazy, po czym westchnął cierpienniczo – Kiedy ja już leżę wygodnie!

Rod wzruszył lekko ramionami, biorąc swój kubek. Nie słodził, nie przepadał za słodkimi i ciepłymi trunkami, nie licząc kakao.

- Nie musisz go wyjmować, ja ino cię o nim informuję.

Widok napuszonego, skonfundowanego Alfreda nawet poprawił mu nastrój.

- … z drugiej strony, wtedy mógłbyś leżeć wygodnie pod kocem. – dodał, by jeszcze bardziej podsycić jego poczucie rozdarcia.

Alfred prychnął i spojrzał na Roda, a po chwili podniósł energicznie głowę, marszcząc brwi.

- A Ty nie możesz mi go dać?

Austriak dusił w sobie chichot i zaraz zapił swoją reakcję herbatą, byle tylko nie dać się zidentyfikować. Nieładnie byłoby go tu wyśmiać…

- Niestety, jedyny koc w tym pomieszczeniu znajduje się aktualnie pod tobą.

Amerykanin burknął coś pod nosem, jednak po namyśle zwlókł się z kanapy i podniósł siedzenie, co by wyjąć omawianą jak dotąd rzecz i ponownie wrócić do pozycji niemal leżącej. Niemal, bowiem jednak wziął swoją herbatę, wrzucił do niej kostkę cukru i sam upił.

- Nie tak wyobrażałeś sobie zapewne zabawę na pochodzie Krampusów… hm?

Alfred lekko się poderwał, ale zaraz opanował swój ruch, uważając na herbatę w naczyniu oraz swoją zagrożoną tu rękę.

- Czekałem na ten wyjazd całe dwa miesiące! Październik i listopad, kumasz? – emocjonalnie się wypowiadał o swej drobnej tragedii – A teraz to! Deszcz i też nie mówiłeś nigdy, że mieszkasz w lodówce, bro.

- Nigdy nie pytałeś… - zauważył Rod, zastanawiając się pod nosem, w którym momencie z nieznajomego awansował u Alfreda na „bro".

- No ale nawet wspomnieć coś, tak sam. – brnął Alfie w swój żywy wywód – Masakra jakaś, ile jest na dworze teraz, będzie te trzydzieści Fahrenheitów?

Rod zamrugał delikatnie i odetchnął, kręcąc lekko głową. Wziął sam ciastko chwilę później, nim Alfred porwał kolejne.

- Musisz mi wybaczyć, nie orientuję się w Twojej skali pomiarowej. Jest około pięciu stopni Celcjusza na dworze. Chociaż wierzę, iż będąc przemoczonym odczułeś tę temperaturę jako o wiele niższą…

Ameryka mruknął głośno, jednak dopiero po przełknięciu był w stanie się odezwać. Roda bawiły wciąż te nastoletnie reakcje chłopaka, nawet jeśli sam Austriak fizycznie i mentalnie był już daleko poza tym wiekiem. O Austriaku można nawet powiedzieć, że osiągnął pełnię wieku i teraz mógł się tylko starzeć.

- I serio kolejny będzie dopiero za rok? Powinni go powtórzyć przez tą pogodę!

Rod jednak pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem mimo wszystko.

- Nie powtórzą go, może odbywać się raz tylko w jeden konkretny dzień. Jednakże za miesiąc będzie odbywał się Perchtenlauf, to podobny rodzaj demona. Niestety nie tu, we Wiedniu, a w mniejszych mieścinach nieopodal Salzburga, czy też w Tyrolu…

- E tam! To przyjadę za miesiąc i mi pokażesz!

Alfred nawet się ucieszył na ten pomysł i wyszczerzył ząbki. Rod spokojnie upił herbaty i odstawił na razie swój kubek.

- W takim wypadku przygotuj cieplejsze ubranie. – poinformował go zdawkowo.

- Co, a ile… jak tam zimno jest?

Austriak uniósł brewki, zastanawiając się nad konkretną odpowiedzią przez chwilę. Alfred się zdążył nadąsać, on akurat czekać nie lubił.

- Wystarczająco, by śnieg leżał całą zimę. Zwykle między minus pięć a minus piętnaści-

- ILE?! – wrzasnął Alfred, siadając podświadomie – To jest Arktyka jakaś!

- Nie krzycz. – Rod skarcił go zarówno słowem jak i nieprzyjemnym spojrzeniem, jakim uraczył blondyna.

Jones wziął głęboki oddech i zaraz się napił herbaty, rozglądając się po pomieszczeniu. Teraz, kiedy wreszcie się ogrzał, zaczynał nawet odczuwać zmęczenie.

Deszcz ustał jakiś czas temu, jednak wiatr nie dawał za wygraną, a okna znów skrzypnęły pod naporem powietrza. Drzew nie było widać w ciemności, jednak Rod wiedział zarówno o tych posadzonych w jego własnym ogrodzie, co o samotnym drzewie rosnącym przy ulicy nieopodal jego domu – i o każde z tych drzew się obawiał, czy się nie złamią, czy nie narobią szkód.

- Dobra. – zakończył swoją zadumę Alfred – Niejedno zimno przeżyłem, to też mnie nie pokona~! Wpadnę! A teraz weź coś powiedz o tych diabłach, bo kolejny to gapi się na mnie z regału. Zbierasz je?

Faktycznie, na najwyższej półce, ponad książkami stał sobie inny diabełek, czarny z różkami i trójzębem, niewielka figurka pilnująca całego tego pomieszczenia. Diabełek ów miał nawet wymodelowany ogon z pędzelkiem, czy oczka dopasowane do szyderczego uśmiechu.

Rod rzucił tylko spojrzeniem na rzeczonego rogacza.

- To raczej przyzwyczajenie… - rzekł Austriak jakby z zamyśleniem - W moim folklorze Tuifle dominują.

- Co? – Alfred niemal znów mu przerwał, Rod rzucił mu tylko nieprzyjemne spojrzenie,

- Tuifle. Tuifl, to diabeł w moim języku. – naprowadził go Austriak i podjął mowę - Może to egoistyczne, ale… nie znam drugiej takiej kultury, gdzie aż tylu rogaczy odgrywałoby tak istotne role. Poza tym, lubię je, również zbierać.

Gdzieś tam zniknął uśmiech Alfreda, zastąpiło go zamyślenie, też marszczył usta na jedną stronę trochę jak gryzoń.

- I tak… nie wiem, pozwalasz im? Ot tak sobie chodzić po twoim kraju?

Po prawdzie Austriak nie był pewny, o co Alfredowi w tym momencie chodziło, jednak podjął i ten wątek. Ten wieczór przynajmniej teraz się uspokoił, a Rod cenił sobie po prostu zwykłą, niezmąconą rozmowę.

-Podczas dwunastu nocy w roku okadzamy domy, by diabły do nich nie wchodziły. Jednakże, nieostrożnych ludzi i tak dopadną… To coś w stylu przeznaczenia. I tak, pozwalam im, bo walka ze zwyczajami i mitami, to niczym walka z wiatrakami, Alfredzie. Muszę też przyznać, że bez nich byłoby mi pusto w moim własnym kraju.

Blondyn kiwnął głową, odstawił pusty kubek i położył się znów na poduszce, nie przejmując się dość szlachecką postawą obecnego tu gospodarza. Jego oczy przymykały się, to znów otwierały.

- Ile byś wymienił? – zapytał nagle i spojrzał znów na gospodarza, poprawiając okulary na nosie, by nie spadły.

- Ile... przepraszam? – Rod się nieco zdziwił tym pytaniem.

- Ile diabłów. Dajesz.

Tutaj Rod musiał się zamyślić, przeanalizować to, co pamięta i to, co ludzie domniemywali. Jego kraj był katolicki, przez co w interpretacjach dużo demonów zamieniło się później w diabły... Rod nie był pewny, ile z nich było etnicznymi diabłami. Na pewno kilku miał nieprzyjemność spotkać…

- Krampus i Percht, których już wymieniliśmy… Alperer, czyli dziki pasterz, chodzi na jesień po górach i porywa zbłądzonych wędrowców do swej watahy. Km…

- Też jest owłosiony i z rogami? Co z nimi robi?

Alfred bardzo interesował się szeroko pojętym złem, co Roda niepokoiło. Nie wiedział, czy to wpływ Anglii, czy może jakieś złe faktycznie się koło tego dzieciaka kręciło, o czym chłopak zapewne nawet nie wiedział.

- Nie, nie jest aż tak futrzasty… Ale świecą mu się oczy na czerwono, ma ostre zęby, niektórzy przedstawiają go z porożem. Cóż… uprowadzeni muszą robić to, co on. Powtarzać jego gesty. Alperer ma całe stado, z którym chodzi po górach.

- I tak… po prostu? – Ameryka się zdziwił – Żadnego bicia, rozdzierania ciał?

Rod pokręcił głową, sam też wstał i dolał im obu herbaty. Przed oczyma stanęło mu spotkanie z demonem, ale zaraz szybko to wspomnienie wyrzucił z głowy. Nie chciał się tu bać.

- Zaczyna to robić, jeśli nie jesteś mu posłuszny. Też nie dba o ciebie... Nie masz przerwy, ni wytchnienia, musisz wciąż za nim wędrować, mimo deszczu, burzy. Alperer jest wytrwały, bardziej, niż jego niewolnicy.

Alfred kiwnął głową i podparł ją zaraz na ramieniu, słuchając bardziej.

- Tych legend jest sporo i w różnych regionach, Alfredzie. Kojarzę kilkanaście z samej Oberösterreich, a to tylko część mojego kraju. Na przykład… Hm. O diable, który próbował porwać jedną dziewczynę, przychodząc do niej pod postacią nieznanego łowczego. Rozmawiali, dopóki dziewczyna nie zobaczyła jednego razu pod jego rękawicą szponu diabelskiego. Kapłan poradził jej wówczas wykonać wieniec z tymianku, przetacznika oraz paproci i zawiesić tenże na oknie. Diabeł nie mógł wówczas wejść do jej domu, choć… wielokrotnie próbował.

- I co? – zainteresował się Ameryka, siadając jednak na kanapie i podpierając głowę na obu rękach.

- I nic. – Rod wzruszył ramionami – Diabeł poszedł polować na innych. Ale zostawiał znaki, jak zniszczony ogród, czy odbita łapa w tynku. Legend o skuteczności ziela przeciw diabłom, szczególnie przetacznika, jest chyba pięćdziesiątka.

- Wow…

Tu Austriak mógł zaobserwować lekko zadumanego Amerykanina, który jakby popadł w rozmarzenie, być może wyobrażał sobie tę historię, być może jego myśli krążyły wokół czegoś zupełnie innego. Rod nie wiedział. Przypomniał sobie inną przypowieść, choć też z tego rejonu. „Jeśli za trzy będziesz pamiętać moje imię, to dobrze, ale jeśli wówczas zapomnisz swojego imienia, Twoja dusza będzie należeć do mnie." – tak mawiał tamten diabeł, siedząc na pniaczku w lesie. Kolejne ludowe podanie. Niemniej, lubił je… Było przestrogą, żeby nie wchodzić z nieznajomymi w pakty, było też taką kwintesencją tamtejszej wsi. Rod bardzo lubił takie adekwatne historie.

- Das ist gut, das ist gut – zanucił melodyjnie Roderich – dass der Bauer nicht weiß, dass ich Fitziwankerl heiß…

Nagle wiatr ostro uderzył w okna, a na dworze coś uderzyło, jakby drewniana kołatka zaczęła grać. Rod zerknął zaniepokojony w ciemną otchłań za oknem, Alfred podobnie, choć on się skulił pod kocem dodatkowo.

- Może nie powinniśmy wywoływać aż tyle złego. Jeszcze tu przyjdzie. – mimo wszystko gospodarz uśmiechnął się pod nosem.

Blondyn nagle się poderwał z miejsca i wstał, zgarniając kubek bez spodeczka i też jedno ciastko. Uśmiechał się, ale coś w tym uśmiechu było niewłaściwego, jego oczy nie błyszczały radością, bardziej zdenerwowaniem, choć z niezrozumiałego dla Rodericha powodu.

- No, przecież. Bo, ten… co za dużo, to nie zdrowo, nie?

Rod delikatnie skinął głową i sam się podniósł z miejsca. Wiatr zadął ponownie, teraz jednak jakoś inaczej, głuche huczenie ozwało się wokół, niczym wycie bliżej nieznanego stworzenia.

- To prawda. Udaj się lepiej na spoczynek, Alfredzie. Ja również w tym kierunku podążę.

Tak też się stało, a przyznać trzeba, że chłopak szybko zniknął w swoim pokoju. Rod się nie spieszył, uporządkował najpierw swój dom zdawkowo, chowając wszelkie naczynia. Dokładny porządek i tak uczyni jego kamerdyner, gdy pojawi się pojutrze, stąd Rod nawet nie przykładał zbytniej wagi do idealnej prezencji tegoż pokoju. Zawierucha go niepokoiła, tak jak i dziwne poczucie, że nie jest w tym domu sam. I nie chodziło tu o Alfreda. Coś czaiło się po kątach, coś obserwowało go z cienia, coś ostrzyło na niego łapska. Ale przecież nie mogli tu wejść…

Potrząsnął głową i sam ewakuował się na piętro, już po kilku chwilach mogąc ułożyć się na własnej poduszce. Przestało dąć na tyle, by wpychać okna do domów, jednak powiew słychać było wciąż. Niczym pisk umarłego. Jakże cienka granica jest między światami, gdy natura szaleje.

Obraz, kiedy Alperer położył mu rękę na ramieniu, również podczas wichury w Alpach w Styrii powrócił. Było wówczas mokro, padał rzęsisty deszcz, a Rod zgubił się wówczas na szlaku i szukał tylko schronienia. Ręka była ciężka, spracowana, a głos demona zdawał się budzić inne diabły. Rod pamiętał parę czerwonych ślepi, które wówczas wgapiały się w niego, wyrażając głód i fanatyzm. Tutaj wizja się urywa… Austriak nigdy nie mógł ustalić, czy to widziadło było prawdziwe i co się wówczas stało. Był po prostu pewien, że spotkał jednego diabłów mieszkających na jego terenach.

Choć kiedy zamknął znów oczy, znów ta para czerwonych ślepi wgapiała się w niego z tym samym pragnieniem. Widział to, wyraźnie, błyszczące źrenice nawet lekko oświetlały paskudny pysk wokół. Zaraz uczuł szarpnięcie w prawą stronę, a gdy spojrzał, dostrzegł kozi pysk i futro Krampusa, który to rózgą uderzał w swoją zapazurzoną łapę. Obok niego przystanęła demonica, równie krępa i owłosiona, co on, acz niewątpliwie kobieta. Percht. Stali i patrzyli, szczerząc kły, Krampus posapywał też, jakby miał go zaraz zaatakować porożem.

Wtem trzask, nie za głośny, ale jednak. Rod się poderwał, zdając sobie sprawę, że przysnął wśród tych mar, znów był w swojej alkowie, w ciemności wokół, którą tylko przecinał snop światła padający z korytarza. A w tym świetle stała postać.

- … Alfred? – zapytał półprzytomnie, przysłaniając lekko oczy przed blaskiem. – Coś się stało?

Ameryka zamknął drzwi i podszedł do niego po omacku, dosyć powoli, jeszcze przez przypadek uderzył w jego toaletkę.

- Nie mogę spać. – Alfred szepnął, zapewne przez tę ciszę wokół – Ej… drżysz.

To już stwierdził, kiedy usiadł przy nim i otoczył go ramieniem. Rod odetchnął raz jeszcze i spojrzał w stronę okna, choć nie było widać księżyca, ni gwiazd. Chmury tylko delikatnie odbijały światła uliczne. Wiatr jednak jakby się uspokoił, było bardzo cicho. Uspokajająco cicho.

- Miałem zły sen, to wszystko. Muszę… o nim zapomnieć.

Austriak położył się znów na poduszce i spojrzał na cień chłopaka. Ten chyba się zaśmiał, tak to brzmiało przynajmniej.

- Boisz się? Spokojnie, twój bohater tu jest.

Alfred stwierdził tę oczywistość i zaraz wprosił się pod kołdrę Rodericha, układając się wygodnie. Obecność drugiej osoby w łóżku dla gospodarza była czymś dawno nie odczuwalnym, początkowo nawet się zdziwił, mimo wszystko pozwolił mu na to. Potrzebował towarzystwa.

- Przecież ty też się bałeś, jak rozmawialiśmy. – nie przeszkadzało to jednak wytknąć Alfredowi tego niewygodnego faktu.

- Wcale nie! – oburzył się Ameryka, po czym popchnął go lekko – Ja się nigdy nie boję!

Rod się tylko uśmiechnął pod nosem i jednak przysunął się znowu, przytulając się do jego klatki piersiowej. Serce Alfreda biło spokojnie, sam blondyn też otoczył go ramieniem. Roderich był mniejszy, łatwiej było mu odnaleźć się w tym objęciu, dość ciepłym i sympatycznym. Po kilku sekundach też Rod uczuł, że Alfred ucałował go w czubek głowy. Przyjemny gest.

- Śpij… - poradził mu Austriak, zamykając oczy.

Ale to on po chwili usnął głęboko…