- Proszę proszę… Rolnik wśród arystokratów, nie spodziewałem się.

Rod nawet nie chciał podnosić głowy, słysząc ten pozornie znudzony, podszyty jadem ton wymierzony w jego stronę. Dobrze wiedział, kto jest tak nieprzyjemny i też kto go tak nazywa, kpiąc sobie z jego malowniczych górskich hal. Wyszedłby jednak na gbura, gdyby nie podjął rozpoczętej konwersacji, niechętnie zatem oderwał wzrok od czytanej książki.

- Skoro Pan Kirkland pozoruje się na tak kulturalnego, zapewne wie Pan, że kultura nakazuje zacząć konwersację od pewnej formy powitania. Dzień… niedobry, jak mniemam?

Blondyn nieco się obruszył, jego krzaczaste brwi nieprzyjemnie się zmarszczyły, mimo wszystko jednak podszedł. Na szczęście nie nosił tutaj munduru, tutaj czyli w bibliotece, gdzie obaj akurat się znajdowali. Wiele regałów wypełnionych kolorowymi grzbietami książek sprawiało, że dźwięk męskiego drogiego obuwia uderzającego o drewnianą posadzkę nie wywoływał zbyt głośnego echa, nawet mimo panującej tutaj raczej ciszy.

- Dzień jak najbardziej dobry, w przeciwieństwie zapewne do pańskiego.

Rod zerknął z drobnym rozbawieniem na Kirklanda, dając mu jeszcze czas, aby mógł zająć sobie miejsce na kanapie ulokowanej naprzeciwko. Sam Austriak spostrzegł, że są w czytelni aktualnie sami, zaś przez okno akurat wpadają promienie już zachodzącego słońca, a więc była godzina może osiemnasta.

- Sugeruje Pan, iż swoim towarzystwem niszczy Pan dobry nastrój innym? Skąd taka niska samoocena?

Nie mógł nie-pozwolić sobie na brak sarkazmu, szczególnie będąc już zaatakowanym przez Anglika. To prawda, nie przepadał za nim. Obaj wzajemnie za sobą nie przepadali, acz wynikało to raczej z różnicy w charakterze i dystansie utrzymywanym z obu stron. Rod jednak był z tych, którzy lubili to wzajemnie dogryzanie sobie, przynajmniej dopóki nie wykracza to poza ich strefę mentalnego komfortu oraz nie staje się bezczelne. Kirkland działał dosyć na granicy.

- Źle Pan to odbiera. – Anglik usiadł wygodnie w rogu i oparł głowę o kant kanapy, dość nonszalancko, trzeba przyznać. W dłoniach miał jakiś wolumin, Rod nie zwrócił na tenże szczególnej uwagi. Zza kołnierza beżowej koszuli blondyna zwisał monokl na cienkim łańcuszku, którego jednak Anglik chwilowo nie ubierał – Tylko jednej osobie na świecie może się przez to popsuć humor, niestety z wzajemnością. Nigdy go tu jednak nie widziałem.

Rod uniósł nieco brewki, pozwalając sobie przymknąć dotychczas czytaną przez siebie książkę, złożyć dłonie w koszyczek na brzuchu i również przyjąć nieco wygodniejszą pozycję. Choć w teorii nie powinno się tutaj rozmawiać.

- Ciężko zaprzeczyć, Francis jest specyficzną osobą. – przyznał Austriak, przyglądając się Anglikowi neutralnie. – Niemniej muszę dodać, że bliżej mi do niego, niż do Pana.

Zielone oczy zlustrowały Wiedeńczyka chłodno, też sam Kirkland przybrał swój klasyczny, wręcz stereotypowy wyraz twarzy ukazujący niezadowolenie. W Austriaku gdzieś zaświtała satysfakcja, ale nie pozwolił sobie jej ukazać, w przeciwieństwie do Brytyjczyka on wolał pozostać kulturalny. Choć samo sformułowanie już, jakim się posłużył, do najbardziej kulturalnych nie należało.

Cisza zapadła na dłużej, niż Rod się spodziewał, uniósł brewkę jakby zachęcając do mówienia, na co jednak Anglik odpowiedział identycznym gestem. Jeszcze zegar mógłby teraz zacząć tykać, tego dźwięku jednak wokół nie było. Sytuacja jakkolwiek zabawna, okularnik jej jednak nie do końca rozumiał. Czy to gra?

- Przynajmniej Pan nie doszukuje się ciągle emocji tam, gdzie ich nie ma.

Ciemnowłosy najpierw się zdziwił, po czym z lekkim rozbawieniem podniósł wolumin, który czytał, ukazując okładkę książki do psychoanalizy. Krzaczaste brwi opadły na oczy blondynowi, a sam Kirkland wydał się jeszcze bardziej niezadowolony, niż poprzednio.

- Mniemam, iż mnie pan po prostu nie docenia, rad byłbym jednak z większej ostrożności z Pana strony. I może jeszcze z wyrażenia choć trochę… szacunku w moją stronę.

Blondyn prychnął cicho i tylko pokręcił głową, otwierając książkę na swoim kolanie, choć jeszcze zerkając w stronę rozmówcy. Rod delikatnie się uśmiechnął i także pozwolił sobie otworzyć książkę, w miejscu, w którym skończył czytać, kontaktu wzrokowego jednak zaraz przywrócił. Kirkland wyglądał, jakby zastanawiał się, co właściwie powinien powiedzieć, jednak to Austriak go wyprzedził, korzystając z chwili tejże wzajemnej koncentracji.

- Choć… skoro wspomniał Pan o emocjach, czy mógłbym zadać jedno pytanie?

Brytyjczyk przyzwolił przy pomocy skinienia głową i gestu dłonią skierowanego w jego stronę, chociaż nie wyglądał na specjalnie zainteresowanego kolejną dyskusją. A może to tylko klasyczna niechęć… Rod nie miał pewności. Starał się być po prostu miłym, a przynajmniej znośnym, nie przepadał za zaognianiem konfliktów, które już i tak trwały. Złość z samego początku tej konwersacji mu przeszła, może ku drobnej ciekawości.

- Jak osoba o tak nieprzychylnym usposobieniu postrzega emocję, jaką jest miłość? - Anglik zmarszczył mocno brwi, więc Wiedeńczyk zaraz dodał - Jest to pytanie czysto teoretyczne, wszak miłość wymaga zaufania, może też poświęcenia. Zaś Pan uchodzi za osobę nieufną. Poza tym ostatnimi czasy zbieram różne opinie na temat tegoż uczucia.

Anglik westchnął w sposób mało przyjemny, tak, że Rod zwątpił, czy aby na pewno powinien poruszać tak poważną rozmowę z kimś, z kim nie łączyły go ciepłe relacje. Teraz jednak było już zbyt późno, co by się wycofać, pytający mógł tylko w sposób bierny oczekiwać na odpowiedź.

- Chcesz mi grzebać w głowie? – mężczyzna odłożył książkę na bok, rezygnując z czytania, swój wzrok zaś skoncentrował na Austriaku, wciąż zdając się nieprzyjemnym.

- Nie… - oh, Brytyjczyk jednak po części trafił w jego intencję, jednak Austriak z przyczyn oczywistych nie mógł się do tego przyznać – To raczej moja osobista, szersza statystyka, zbieram odpowiedzi od różnych osób o podobnym modelu osobowości. Pan… również do rzeczonego modelu pasuje.

Brytyjczyk zlustrował Austriaka jeszcze wzrokiem, następnie jednak opuścił oczy i wpatrzył się w stolik między nimi. Okularnik dostrzegał w nim jakieś przejawy zmieszania, chociaż nie był pewny, dlaczego. Przecież Anglik mógł zawsze mu tej odpowiedzi odmówić. Ten jednak zaczął się, jak się Austriakowi wydawało, zastanawiać.

- Miłość jest… akceptacją. – wypowiedział Brytyjczyk ciszej, wciąż jakby w zamyśleniu, choć każde kolejne słowo dodawało mu pewności siebie – Tolerowaniem czyjejś obecności, nawet jeśli jest go trochę za dużo. Pozwala być komuś obok.

Rod w milczeniu delikatnie skinął głową, przyjmując jego jakże prawdziwe i mądre słowa, nie próbując im zaprzeczyć. Nie wypowiedział tego, ale zgadzał się z jego podejściem, było najgłębszą interpretacją miłości, jaką tylko można znaleźć, pozbawioną krótkich, szybkich przemknięć szczęścia, czy tęsknoty.

- Zadowolony? – Brytyjczyk dopytał już ze swoją typową oschłością, aż Wiedeńczyk lekko podskoczył.

- Oczywiście… - skinął głową po raz drugi – Dziękuję bardzo za udzielone mi odpowiedzi, będą mi niezwykle przydatnymi do celów naukowych.

Anglik przymknął oczy i z westchnięciem pokręcił głową, chyba w rezygnacji, co powstrzymało byłego arystokratę przed dodaniem jeszcze jednego zdania od siebie. Choć przyznać trzeba, bardzo chciał. Spojrzał za to na Brytyjczyka, siląc się na neutralność, po prawdzie jednak był lekko wytrącony w równowagi. Naprawdę nie chciał się tutaj pokłócić, a miał czasem wrażenie, jakby Arthur do tego dążył.

- Świetnie. W takim razie, czy ja mógłbym zadać teraz Panu pytanie? – odparł Kirkland i założył nogę na nogę, przyglądając się Austriakowi znów jakby z pogardą.

Poza, jaką przybrał blondyn, wskazywała na sztuczną próbę zdominowania rozmówcy, Rod był tego świadomy, dlatego też pozwolił sobie ponownie spleść dłonie i ułożyć formę na brzuchu, nie okazując skruchy. Nie miał zamiaru dać sobą tutaj powycierać podłogę, nawet mimo dobrych intencji. Tak naprawdę wyzwanie, aby jednocześnie nie doprowadzić do kłótni i nie pozwolić się zdominować, było bardzo trudne.

- Byłoby to nie w porządku, gdybym się teraz nie zgodził… Proszę. – Rod jeszcze pozwolił sobie odetchnąć.

Wzrok Anglika zrobił się jakiś taki bardziej przenikliwy, chyba analityczny. Nie był złożony z samej oziębłości, a kryło się za nim coś więcej, tylko że Wiedeńczyk, mimo pasjonowania się psychologią, nie był w stanie określić, co dokładnie.

- Pyta Pan wielu o definicję i rozumienie miłości, a przecież nie ma Pan kochanka. Czy to nie zalatuje drobną hipokryzją? Ksiądz, który prowadzi zajęcia dla małżeństw?

Roderich zacisnął usta, by nie odpowiedzieć żadną ordynarną odzywką, jak i aby nie przyznać mu racji.

- Nie mam idealnego wpływu na swój stan, to chyba kwestia braku szczęścia. Proszę mi wierzyć, bardzo bym chciał mieć swoją muzę i móc oddawać jej każdą wolną chwilę.

Udało mu się utrzymać kontakt wzrokowy z rozmówcą, chociaż miał szczerą ochotę uciec i popatrzeć gdzieś w bok, w neutralny punkt, który nie będzie wymagał od niego tych zwierzeń.

- Może to jednak nie tylko nieszczęście?

Zimno jakoś tak zrobiło się ciemnowłosemu, szczególnie gdy ujrzał ten sarkastyczny uśmieszek malujący się na angielskiej twarzy. Nie lubił tego, nie lubił, gdy ktoś z niego kpi.

- Sugeruje Pan, iż jestem odpychający? – fuknął wręcz, gotów zbierać się i przejść w inny obszar czytelni.

- Nie. – odpowiedział Anglik spokojnie, wciąż lekko uśmiechnięty – Gdyby tak było, nie rozmawiałbym z Panem.

Rod zmarszczył brewki, nie rozumiejąc teraz zagadkowego podejścia Kirklanda, który, jak się zdawało, czerpał satysfakcję z jego skonfundowanego stanu. Blondyn jednak też się ruszył i podszedł, powoli wyjmując Edelsteinowi jego książkę z rąk i odkładając na stolik.

- Nie zostanie Pan dobrym psychologiem, nie umiejąc łatwo zdiagnozować siebie. Niech Pan zada sobie jedno pytanie, jak często w ciągu ostatnich paru lat grał Pan na zamówienie, a jak często tylko dla siebie?

Rod delikatnie potrząsnął głową, czując presję stojącego nad nim mężczyzny, pozwolił sobie ostatecznie zawiesić wzrok na książce dosłownie przed chwilą mu zabranej. Jego skonfundowanie tylko przybrało na sile, co także bardzo mu się nie podobało.

- Jeśli sugeruje Pan, że jestem pozbawiony emocji, to bardzo się Pan myli. Zakończmy ten temat, proszę.

Arthur uniósł tylko brew i wrócił na swoje miejsce, ku uldze Austriaka, który znów uraczył go spojrzeniem niepozbawionym wciąż drobnej urazy.

- Radzę się jednak zastanowić, gdzieś jest problem. – mimo wszystko Anglik zachował swoją drobną cyniczną domieszkę w głosie, tuż obok spokoju, jaki zdawał się być jego jedynym stanem.

- Pan też nie jest święty. – rzekł Rod, wstając i zabierając wolumin – Pan przecież też nie ma obecnie nikogo. I kto tu jest hipokrytą?

Kirkland prychnął cicho, ale gdzieś pod tą aurą obojętności Rod dostrzegł rozbawienie, najpewniej prowadzoną rozmową. Nie wiedział aż, czy powinien potraktować to jako komplement, czy raczej rozgniewać się bardziej.

- Sam Pan powiedział na początku, jestem nieufny. – Brytyjczyk odparł bez większej zmiany w nastawieniu, zaraz jednak dopowiedział. – Przyjdź.

Samo to jedno słowo ponownie wytrąciło Roda z pewności siebie, mógł jedynie rozłożyć delikatnie ręce w geście niezrozumienia. Przyjść? W jakim celu i jak? Miał teraz do niego podejść?

- Jeśli tylko będziesz chciał. – dodał Arthur wraz z drobnym skinieniem głową – W moim domu można spokojniej porozmawiać.

Ciemnowłosy nie wiedział, co powinien myśleć o tej propozycji, skinął mu tylko głową, książkę zabrał i oddalił się czym prędzej. Zachowanie to nie pasowało mu do mężczyzny, z którym wymieniał raczej chłodne uprzejmości, a już na pewno nigdy się przed nim nie otworzył. Tym bardziej jego prywatność czuła się naruszona, kiedy Anglik zaczął zadawać mu niewygodne pytania. O co mu chodziło?

Opuścił bibliotekę w poczuciu, że ktoś zaczynał się nad nim litować, a była to osoba, której litości sobie nie życzył. Naturalnie własną reakcję zrzucał na swój pierwotny egoizm, jaki każdy człowiek posiada, niemniej jednak nie miał sobie tego za złe. Dlaczego miałby mu zaufać? Komuś, kogo by raczej posądził o intencje nieprzychylne, niż pomoc? Po co Anglik go zaprosił? Austriak niemiał znaleźć odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Z drugiej strony, zrobiło mu się jakoś cieplej na sercu na samą myśl, że po tylu lat ktoś się jednak nad nim pochylił, zainteresował się nim. Zwykle inne personifikacje go mijały, rozmawiały z nim przez chwilę, obiecywały kawę, spotkanie, do którego nigdy nie doszło. Ta rozmowa w bibliotece sprawiła, iż Rod przestał czuć się półprzezroczystą personifikacją, której losy nie są do końca znane innym. Można nawet rzec, iż Anglik tym nieco sarkastycznym zwróceniem uwagi przez przypadek nadał mu cechy ludzkie.

Dalsza część wieczoru upłynęła mu ciszej, wśród własnych czterech ścian. W miejscu, gdzie nikt mu już nie wadził, nie robił mu przytyków ani nie próbował mu zaglądać do głowy. Dom miał tę zaletę, że był prywatny, był JEGO domem. Wadą zaś było, że nie miał tu wszystkich książek świata ani… towarzystwa. A Rod lubił mieć towarzystwo, lubił rozmowę, jeśli była miła, sympatyczna. To był jego faworyt wśród wszelkich form spędzania czasu - dialog. Oczywiście, nie przyzna się do tego że przy okazji lubi rozmówcy pogrzebać odrobinę w głowie. To już raczej... poboczna, cicha rozrywka, o której wielu nie powinno wiedzieć

Tymczasem, konsternacja spowodowana słowami Brytyjczyka, a może też poniekąd zwykła ciekawość sprawiły, że Austriak mimo sporych oporów skorzystał z zaproszenia i już następnego wczesnego wieczoru przystanął przed ciemnobrązowymi drzwiami, mając za pazuchą schowaną butelkę cydru, co by nie narazić się na krytykę związaną z przychodzeniem z pustymi rękoma. Dom Anglii był tylko odrobinę mniejszy od willi Roda, łączyło ich jednak mieszkanie w wolnostojącej rezydencji ze spadzistym dachem i otaczającym ją płotkiem.

Tak jak i wczoraj, gdy się spotkali, teraz też słońce chyliło się już na zachód. Lekko chłodny wiaterek roztrącał mu ciągle grzywkę i Austriak raz po raz musiał ją poprawiać, oczekując te dwie, może trzy minuty przed drzwiami, których nie widywał często. Nie czuł zdenerwowania. Może jakiegoś rodzaju… zniecierpliwienie, potrzebę wyjaśnień - nic poza tym.

Mężczyzna, który otworzył mu drzwi, zdawał się niewyspany. Początkowo miał jakby problem z rozpoznaniem gościa, zmarszczył nieprzyjemnie swoje krzaczaste brwi, lustrując go spojrzeniem pełnym niechęci. dopiero później jego źrenice się rozszerzyły, a twarz złagodniała.

- Przepraszam… obudziłem Pana? - zaczął Austriak, rozkładając ręce.

Anglik pokręcił głową i ustąpił, pozwalając ciemnowłosemu wejść, zaś już w środku uścisnęli sobie dłonie, jednakże był to wciąż uścisk pozbawiony serdeczności. Arthur uczynił go z konieczności, Roderich jakby z bojaźnią.

- Nie zwracaj uwagi. - odparł blondyn, przystając z boku, zamiast oczekiwać na przejęcie płaszcza od niego - Nie sądziłem, że odłożysz dumę na bok i przyjdziesz.

Rod żachnął się lekko i sam odwiesił okrycie wierzchnie, wyjmując butelkę z wewnętrznej kieszeni. Anglik spojrzał na nią z nutką zaciekawienia, Austriak jednak pozostawił ją przy swoim boku.

- Planowałem uraczyć Pana prezentem… słysząc jednak tak ironiczny ton, może powinienem się rozmyślić?

Brytyjczyk spojrzał na niego, jakby chciał podać w wątpliwość jego zdrowy rozsądek, na co ten drugi tylko uniósł brewki i posłał mu drobny, niemal niewinny uśmiech, jednak nie bez domieszki sarkazmu. Gospodarz ostatecznie odetchnął i wskazał swemu gościowi właściwą drogę.

- Nie myśl sobie, że jesteś w stanie mnie przekupić. Będę milszy, ponieważ mieliśmy porozmawiać na poważniejszy temat, a przy okazji… byłbyś w stanie mówić bez zbędnych form grzecznościowych?

- Skąd takie życzenie? - Rod się nieco zdziwił, dając się wprowadzić do pokoju dziennego - Nie jesteśmy w żadnej bliskiej zażyłości.

Butelka wylądowała na niskim stoliku z kasztanowego drewna, a do niej zaraz dołączyły dwie kryształowe szklanice, na oko Austriaka, w których można by też podawać likiery albo soki. Dobry gust. Sam Austriak przysiadł na skórzanej sofie w kolorze podobnym do umaszczenia gniadego konia, pozwalając gospodarzowi otworzyć butelczynę. W pomieszczeniu ulokowana była witrynka z kilkoma innymi ozdobnymi naczyniami, w innym kącie na szafce stał telewizor, a na ścianie obok na półce stało kilkanaście książek. Jak dla gościa, umeblowanie pokoju było jakby niekompletne, zbyt dużo wolnej przestrzeni pozostawało w mniemaniu Rodericha niewykorzystanej.

- Tak mi będzie łatwiej. - odparł blondyn, nalewając cydru - Znamy się poza tym już dość długo, by przestać udawać konferencję za każdym razem.

Wiedeńczyk przyjął szklankę, przyglądając się Brytyjczykowi jednak wciąż nieufnie, wciąż nie do końca wszystko rozumiał jego zagrywki. Propozycji przejścia na per ty też nie zakładał, nie miało to dla niego sensu. Przecież Anglik go nie lubił. Albo Austriak czegoś nie wiedział... A on naprawdę nie lubił nie wiedzieć…

- Jak zatem minął… twój dzień? - zaakcentował wyraz, który nie tak łatwo przechodził mu przez gardło, ale zdawał się satysfakcjonować gospodarza. Przejście do rzeczy byłoby nie na miejscu, zatem gość podjął wstępny small talk.

- Jeszcze nie minął. – zauważył Brytyjczyk, siadając po drugiej stronie kanapy – Jak do tej pory był dobry, osiem godzin pracy nie przeszkodziło mi zdążyć oddać cylindra do renowacji. Pogoda również wyjątkowo sprzyja.

Sam Austriak, podczas tego krótkiego wywodu, pozwolił sobie zamoczyć usta w cydrze, aby też dać sobie czas do namysłu nad odpowiedzią. Na pewno nie powinien doczepić się tematu pogody, na pewno jednak powinien to jakoś pociągnąć.

- Któryż to z cylindrów doznał zaszczytu odnowienia? I po prawdzie, ile Pan… ile ich posiadasz?

- Cztery. – odparł Anglik najpierw na drugie pytanie – A oddałem mój codzienny, najszybciej niszczeje. Przyda mu się opieka znawcy.

Ciemnowłosy delikatnie skinął głową, jednak pauza, jaką zrobił Arthur nie trwała więcej, niż pięć sekund, tym samym nie dając mu się wciąć.

- Ale przecież nie po to tu przyszedłeś.

- Nie chciałem wyjść na niecierpliwca, niemniej… masz rację. Przyszedłem po wyjaśnienia.

Arthur zmierzył go badawczym spojrzeniem, Rod nie pozostał mu w tym dłużny, pozwalając, by przez chwilę zrobiło się zupełnie cicho. Austriak nie zdawał sobie sprawy, że ma lekko napięte skronie i zaciśnięte usta, nie wiedział tym bardziej, czy blondyn potrafił to odczytać. Twarz Brytyjczyka wyrażała za to lekkie znużenie, może smutek. Nic poza tym „psycholog" się nie dopatrzył, może tutejszy gospodarz umiał ukrywać emocje. Może też... ich nie posiadał? Tylko dlaczego wówczas chciał rozmawiać o tak wrażliwym temacie?

- A więc, zastanowiłeś się nad pytaniem, które ci wczoraj zadałem?

Austriak skinął głową grzecznie, oczywiście, że się zastanowił. Kwestia, którą zadał mu Anglik poprzedniego dnia męczyła go przez cały wieczór, to nie było coś, o czym można zapomnieć. Odpowiedź na to jedno pytanie szczególnie rozpatrywał pod chyba wszystkimi aspektami, jakie tylko znalazł.

- Tak jak Panu… jak Tobie wcześniej powiedziałem, jestem w stanie grać kiedy tylko potrzebuję. Z moim stanem emocjonalnym jest wszystko w porządku.

- Hm. – Anglik upił nieco cydru, zdając się naprawdę myśleć nad jego "problemem" – Jeśli tak, to może nie zauważasz, gdy ktoś się w Tobie zakochał?

Rod początkowo zmarszczył brwi, jednak podtekst, jaki mógł się kryć za tymi słowami w miarę budził w nim niemałe zaskoczenie. Co oczywiście, było widoczne w wyrazie jego twarzy i lekko rozszerzonych oczach, czy drobnym drgnięciu dłoni.

Bo co jak co, Roderich nigdy nie zakładał Anglika jako partnera. Ba. Do tej pory nim z lekka pogardzał, nie bez wzajemności. Jeszcze przedwczoraj powiedziałby, że nic go z Brytyjczykiem nie łączy. Dogryzali sobie niemal w każdej sytuacji, rzucając sobie nieprzychylne spojrzenia i na boku z innymi wyrażając się o sobie w sposób nieprzychylny. Żyli niemalże w izolacji. A tutaj?

- Sugerujesz, że ty…?

- Nie.

Jedno słowo podziałało niczym kubek zimnej wody, aż Rod zadrżał. Wręcz odczuł, jak rozpędzająca się gonitwa myśli i hipotez rozpłaszcza się na niewidzialnej ścianie zbudowanej z tego prostego „nie". Zaczynał mieć dziwne przeświadczenie, że jednak nie jest do końca siebie świadomy, nie wiedział o czymś siedzącym głębiej, co mogło się w nim zagnieździć wczoraj. Czyżby prosty zabieg, przez który Austriak się zaczął przed nim otwierać, obudził w nim jakieś irracjonalne uczucia do blondyna? To byłoby zgubne w jego mniemaniu.

Wziął głębszego łyka alkoholu i odetchnął, szukając odpowiedzi na wcześniej postawione pytanie.

- Co zaś tyczy się poznawania, to naturalnie, dostrzegłem parokrotnie głębsze uczucie z drugiej strony, jeno… były to osoby znane mi tak dobrze, iż nie chciałem się z żadną z nich wiązać. Nie umiem czuć czegoś do osoby, z którą kiedyś już byłem związany. Nie ma takiej możliwości…

Blondyn lekko wysunął brodę i zaraz wrócił ją, zaciskając mocniej usta. Wcześniej, wypowiadając te słowa, Rod patrzył w stół, utrzymywanie kontaktu wzrokowego go lekko przerosło. Teraz jednak, gdy znów spojrzał na swego rozmówcę, ponownie dostrzegł wyraz dezaprobaty, chociaż podkreślony o wiele mocniej, jakby jego słowa z jakiegoś powodu zirytowały Anglika. A przez to i sam mówca się zirytował, zaczynając dostrzegać bezsens tej konwersacji. Dlaczego on się w ogóle na nią zgodził?

- Stary jesteś. - rzekł Anglia nagle - Ja też, ale to inna sprawa. Czy naprawdę myślisz, że wciąż znasz swoich byłych?

Ciemnowłosy zmarszczył brewki, postanowił się jednak napić, stąd Brytyjczyk kontynuował.

- Ponoć ludzie się nie zmieniają. – ton Kirklanda zdawał się być lekko opryskliwy, co przekornie można potraktować, jak ton codzienny - Ludzie, tak, śmiertelni. Mało który potrafi przeżyć całe sto lat. Ale my, tysiącletnie kraje, też się nie zmieniamy? Spójrz tylko na siebie sprzed ledwo trzystu lat, naprawdę byłeś taki sam?

Austriak poczuł jakiś taki wewnętrzny opór przed podjęciem dalszej rozmowy. Może to kwestia właśnie jego nastawienia, tego nieprzyjemnego stylu mowy, może zaczął mieć wrażenie, jak gdyby robił „łaskę" Anglikowi. Może też wiedział, że Anglik miał rację. Miał w swoim dość prostym rozumowianiu całkiem sporo racji, która Roderichowi zwyczajnie się nie podobała.

- Emocje nie poddają się zdrowemu rozsądkowi. Nie da się kogoś pokochać, jeśli odczuwa się wobec niej, czy niego niechęć i stare wspomnienia. Powinienem… zapomnieć?

Okularnik powiedział to może zbyt patetycznie, niż naprawdę chciał, odbierał tę sprawę jednak, zdawałoby się, o wiele poważniej od Anglika. Bardzo chciałby zrozumieć, dlaczego nie może znaleźć szczęścia. Poczucie oporu jakoś po wypowiedzeniu tego pytania opadła, znów za to poczuł się skonfundowany samą obecnością Brytyczyka.

- Nie wolno nam zapominać. Powinieneś nauczyć się ufać od nowa, jeśli mogę podsumować tę rozmowę.

Tym samym blondyn dopił zawartość swojej szklanki i odstawił ją póki co na stoliku. Przez chwilę jakby z jego twarzy zeszło to wieczne niezadowolenie, pojawiło się coś w rodzaju zamyślenia albo drobnego odpoczynku, gdy zielone oczy zostały przysłonięte powiekami. Rod właściwie nie wiedział, ile problemów Arthur nosił w sercu. Czy dokładając swój dylemat jeszcze bardziej go obciążał?

- Wciąż odczuwam lekką ironię na myśl, iż osoba znana z nieufności uczy mnie o zaufaniu. – Odparł Wiedeńczyk, pocierając lekko swój nadgarstek, kiedy już odstawił szklankę. Postanowił spróbować delikatnego pytania, które Anglik będzie mógł zbyć. Ale które w sercu muzyka zaczynało się kotłować – Czy nie powinienem się raczej uczyć… miłości?

Arthur spojrzał na niego i po namyśle usiadł bardziej prosto, przyglądając się mu tylko uważnie. Austriak z niewymierzoną satysfakcją uznał, że nie widzi w jego aurze dezaprobaty, był to duży krok naprzód.

- Ponoć z twoimi emocjami wszystko w porządku. Czemu więc twierdzisz, że nie potrafisz kochać?

Ciemnowłosy lekko się uśmiechnął, łapiąc jego kontakt wzrokowy, Brytyjczyk zaś tylko delikatnie uniósł brwi. Chyba był lekko zaskoczony. Nic dziwnego, pytanie było samo w sobie bezsensowne, o czym Rod wiedział. Pytanie zapraszało do drobnej zabawy. Tylko czy… Arthur zaraz się z niej nie wycofa?

- Kochanie z wzajemnością też jest rodzajem umiejętności, a te, będąc nieużywanymi… zanikają.

Blondyn skinął głową, zaś Rod jednak skorzystał z okazji i przysunął się bliżej niego. Blisko całkiem, nawet nie na odległość rąk. Mógłby go objąć za szyję, gdyby chciał, jednak niepewność powstrzymała ten gest i ostatecznie smukła dłoń Wiedeńczyka spoczęła na klatce piersiowej Arthura. Ten też powoli objął go w pasie bliższą ręką, aż smukłe ciało południowca przeszedł przyjemny dreszcz, a serce zatłukło mu szybciej.

- Więc… o co dokładnie prosisz?

Ostrożnie dłoń z angielskiej piersi przesunęła się na ramię, zaś jej właściciel pozwolił sobie patrzeć bezpośrednio, prosto w zielone oczy i z radością obserwować, iż ta gra chyba przypadła Anglikowi do gustu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widział w nim zainteresowanie, jak drobne iskierki skaczą w spojrzeniu. Wcześniej Rod był pewien, że mężczyzna go odepchnie, ten jednak przyjął go z zadziwiającą łatwością.

- Naucz mnie kochać. – Wiedeńczyk odpowiedział mu na pytanie po krótkiej chwili delektowania się samą bliskością.

Wolną dłonią Arthur zdjął mu okulary i odłożył na bok, w miejsce, na którym ich właściciel się nawet nie skupił. Utrzymanie tej pozycji nie należało do łatwych, a żeby złapać stabilność, ciemnowłosy musiałby się cofnąć albo całkiem usiąść mu na kolanach, gdzie żadna opcja nie do końca mu odpowiadała.

- Chcesz, żebym z Tobą był? – dopytał jeszcze Brytyjczyk, powoli kładąc mu dłoń za głową.

Rod sam tego nie wiedział. Irracjonalnie chciał w tej chwili mieć dokładnie jego za partnera, z drugiej strony bał się, że mogą się nie dogadać, nie zrozumieć. Mogą się sprzeczać. Nim jednak wątpliwości w pełni go ogarnęły, Arthur delikatnie pociągnął go ku sobie, a on poddał się temu zaproszeniu, wspierając się na drugiej ręce i przybliżając się jeszcze bardziej.

- Próbować można… zawsze… tak?

Ostatnie słowa już wyszeptał, nim złożył na ustach Anglika wstępny, nieśmiały pocałunek. Drgnął lekko, odczuwając, jak mężczyzna mu odpowiada tym samym i zwraca się bardziej ku niemu, pozwalając mu wygodniej wplątać się w objęcia. Arthur całował dobrze, nie był w tym nachalny ani zbyt bierny, dość łatwo było się z nim zgrać, raz przejmując inicjatywę, raz znowu oddając ją drugiej osobie. Zdawał się wręcz czuły, delikatnie wodził dłońmi po jego ciele, w czym Rod nie pozostawał mu dłużny. Sam Austriak odczuwał, jak serce pracuje mu intensywniej, a ekscytacja wywoływała napięcie w jego ciele. Mimo radości nie odczuwał relaksu, działo się zbyt wiele. W tak pozornie spokojnej sytuacji, pełnej ciszy i wzajemnej ciekawości dla niego działo się zdecydowanie zbyt wiele.

Wreszcie mógł odsunąć się lekko od niego i spojrzeć ponownie na tę lekko czerwonawą twarz mieszkańca Wysp. Anglik dość często robił się czerwony, w różnych sytuacjach, taką miał naturę. Rumieńca na policzkach Austriaka pojawiały się nieczęsto, ale to był właśnie jeden z tych momentów, gdzie mimo drobnej warstewki pudru dało się je dostrzec. W pewien sposób można stwierdzić, że Rod się cieszył. Nie było to szczęście, w którym można by się rozpływać, ale wystarczające, aby cieszyć się samą obecnością drugiej osoby.

Ostatecznie Rod przysunął się na powrót i przytulił się jeszcze do nowego partnera, na co Anglik parsknął z rozbawienia i objął go znów.

- Jakiś ty emocjonalny…

Austriak pozwolił sobie na delikatny uśmiech i przytulił się bardziej, biernie oddając się lekkiemu głaskaniu wzdłuż boku. Anglik pozwalał mu na wiele, przynajmniej w jego mniemaniu, pozwalając tak od razu przebywać tuż obok.

- Teraz będziemy tak siedzieć? – dopytał jeszcze zielonooki, aż Rod podniósł głowę, spoglądając na niego.

- A przeszkadza ci to?

Blondyn spokojnie pokręcił głową i sam ją oparł o tył kanapy. Serce Anglika biło szybciej, chociaż ten starał się tego nie pokazać, Rod czuł przez klatkę piersiową, że sytuacja również poruszyła i jego. Podobało mu się to. Ucałował go w policzek, po czym wrócił do moszczenia się na jego ramieniu z satysfakcją.

- Jeśli chciałbyś coś robić, to mógłbyś powiedzieć coś o sobie.

Arthur uchylił jedno oko, zerkając na niego, po czym przeniósł dłoń boku Austriaka za jego ucho, teraz tutaj delikatnie go zaczepiając. Przyjemne uczucie, dawno Wiedeńczyk nie mógł go doświadczyć.

- Czy nie mówiłeś, że ciężko ci akceptować osobę, którą dobrze znasz?

Purpurowe oczy skupiły się na mężczyźnie na chwilę, nim znów się przymknęły, pozwalając, by ten go relaksował. Być może Rod był w tej sytuacji nieco egoistyczny, ale blondyn zdawał się nie mieć mu tego za złe i gładził go cały czas.

- Być z partnerem, którego nie znam wcale również nie jest łatwo.

Arthur mruknął z zamyśleniem i skinął głową, jeszcze raz przybliżając się i składając na ustach Austriaka drobny pocałunek, a Rod odpowiedział mu na niego, nim blondyn zdążył mu uciec. Wiedeńczyk potrzebował czuć, że jest kochany, potrzebował jak na razie tego wsparcia, poczucia bycia kochanym. Nie przytrzymywał go jednak długo, dał mu się odsunąć, kiedy tylko ten chciał.

- Co byś chciał wiedzieć?

Anglik pozwolił sobie na drobny uśmiech, spoglądając na nowego partnera. Zaś Rod musiał się zastanowić, jakie pierwsze pytanie mógłby mu zadać, czego pragnął wiedzieć najbardziej. Szykował się pasjonujący wieczór…