Kroki, w większości spokojne, chociaż te dziecięce wskazywały na bieg. Każdy krok na drewnianych deskach był słyszalny. Rozmowy, jedne żywe, energiczne, inne raczej pełne relaksu. Popiskiwania latorośli i odpowiadające im napominania ze strony rodziców. Czasem śmiechy nastolatków. Ptactwo też nie szczędziło w pogawędkach.

Oraz szum morza, dominujący dźwięk. Małe fale uderzały prosto w plażę lub rozbijały się o masywne pale tuż pod molem, duże zaś były na szczęście w oddaleniu, chociaż widać je było doskonale. Ludzie stali najliczniej przy barierkach i na plaży, obsługa uwijała się z rozdawaniem zimnych napojów, w budkach z wydawaniem lodów lub ciepłych przekąsek, zaś prowadzący co chwila komentował wyniki i wydarzenia.

Wśród ludzi na molo stał też Rod. Nie planował akurat przyjść i oglądać wyczynów muskularnych chłopaków na deskach, jednak pod namowami uległ. Jett bardzo chciał mieć chociaż jeszcze jedną duszę wspierającą go na tych zawodach. To… dokładnie nie tak, że spotkali się właściwie godzinę temu w tym jednym miasteczku! W miejscu, do którego Rod przyjechał tylko po to, by załatwić kuzynowi kilka formalności, nic poza tym. Tego, że Australia tutaj będzie, nawet nie zakładał w swoich planach.

Och, a o to i on. Wysoki na metr i osiemdziesiąt centymetrów chłopak o ciemnobrązowych włosach i jasnobrązowej cerze. Rod nie miał pewności, czy to te geny aborygenów, czy Jett po prostu łapał dużo słońca podczas przebywania w wodzie, niemniej dzięki temu dość łatwo go było zauważyć, jeśli odbywały się konferencje krajów.

Czerwona deska przecinała już pierwsze fale, kiedy chłopak wypływał na wodę. Komentator nie przerywał relacji, dzięki czemu Rod okazyjnie dowiedział się, że Jett występował w tym konkursie już po raz trzeci, a był znany też z kilku innych, zatem widownia tym bardziej go dopingowała. Jett zaczął krążyć, spokojnie. Zdawał się nie tracić nadziei, nawet przy chwilowo spokojnym morzu. Dopiero, jak wiatr nagle się zerwał, jak Rod musiał przytrzymać swój kapelusz, fala nagle wstała, porywając surfera i dając mu pole do popisu. Australijczyk śmigał, ścinając niemal zakręty, co dawało wrażenie niestabilnego slalomu. Grzbiet fali pienił się złośliwie, kiedy ta mknęła przez wodę i już po ledwo chwili zaczęła się załamywać. Rod nie znał pojęć surfingowych, ale zgodnie ze słowami komentatora Jett wylądował „air-reverse", co chyba było bardzo dobrym wynikiem. Chłopak skończył swój przejazd z wynikiem 14,7 punktów i okrzykiem radości. Wydawał się promienieć ze szczęścia. Tłum wiwatował, Rod ograniczył się do zaklaskania i drobnego, acz przyjaznego uśmiechu. Zaraz też zauważył, że chłopak, spływając już do brzegu, popatrzył w jego kierunku, zatem też Rod uniósł rękę i pomachał do niego. Australijczyk dał dobry występ, przynajmniej w jego osobistym mniemaniu.

Ze swoim wynikiem Jett był na razie pierwszy, jednak czekało jeszcze pięciu zawodników. Jeden właśnie wypływał, jakiś czarnowłosy Amerykanin. Jego występ akurat zakończył się szybko, wybrał złą falę, jednak stres nie ustąpił. Rod odszedł od barierki, słuchając komentatora i powoli kierując się w kierunku zejścia na plażę, gdzie normalnie nigdy by się nie pokierował. Nie miał plażowych butów. Może i chodził obecnie w koszuli z krótkim rękawem, żeby się nie ugotować przy tej temperaturze, ale to jedyna dogodność, na jaką sobie pozwalał. A teraz musiał wejść w swoich zabudowanych, ładnych butach w piasek. Z drugiej strony, sam chciał… Jett go oficjalnie już o to nie prosił.

Akurat, kiedy pojawił się za ludźmi obserwującymi, jakiś długowłosy blondyn śmigał po fali, wywołując falę podziwu. Lądowanie też miał świetne. Sędziowie zgodnie go podliczyli na wynik 15,2 punktów, który dał mu prowadzenie.

Rod westchnął cicho i jął się przedzierać przez zgromadzonych. Konkurencja szybko się skończyła, zwycięzca pozostał jeden. Austriak rzucił spojrzeniem w kierunku wody, gdzie na zbudowanym podwyższeniu szykowano się do nagrodzenia niejakiego Samuela, po czym kontynuował szukanie swego dzisiejszego kompana. Chłopak się jednak sam znalazł, wypadając z tłumu niemal na niego, natychmiast też omiótł spojrzeniem okolicę i poszedł równym, szybkim krokiem w sobie znanym kierunku, taszcząc też deskę. Tak, był wściekły. Gdyby to było możliwe, pewnie spod jego stóp sypałyby się iskry.

- Jett…

Rod próbował go zatrzymać, Australijczyk jednak mknął po piasku, jakby właśnie do tej powierzchni był najbardziej przyzwyczajony, podczas gdy Rod zostawał nieco w tyle, nie umiejąc się dobrze poruszać na tak niestałym terenie. Tłumu już tutaj nie było, dlatego też Austriak lepiej śledził swój cel, zrównał się z nim jednak dopiero, gdy dotarli do jednej z lichych, drewnianych chatek postawionych na skraju plaży. Wszystkie domki były oczywiście pilnowane, ciemnowłosy machnął jednak tylko opaską identyfikacyjną do obsługi i wleciał przez drewniane drzwiczki. A Rod za nim…

- Sukinsyn.

Australijczyk uderzył z całej siły pięścią w ściankę lichej konstrukcji, aż tą zatrzęsło, następnie miotnął własną deskę na piach. Rod przystanął z tyłu, nie chcąc oberwać pięścią rozjuszonego chłopaka.

- Nie dziś, to innym razem…

Surfer zwiesił się bardziej, syknąwszy wściekle, po czym jakby z rezygnacją usiadł na piasku. Drobinki z łatwością przylegały do jego wciąż wilgotnego ciała, ale on zdawał się tym nie przejmować. Roderich przyglądał się mu biernie, trochę było mu żal chłopaka, wszak ten dał z siebie wszystko. A i tak odniósł porażkę.

- McCannan. – powiedział nazwisko zwycięzcy jakby z pogardą – Ostatnio też mnie ograł. Znowu miał falę, jakby wiatr mu sprzyjał. Nie wiem, co z tym facetem jest nie tak.

Rod westchnął cicho i pokręcił głową, nie do końca wiedząc, jak pocieszyć rozmówcę. Znał smak porażki, tak… Miał podejrzenie, jak on się teraz czuje. Ale to i tak nie było coś, co Jett zapewne chciał teraz usłyszeć.

- Zbliżają się mistrzostwa Stanów. – kontynuował chłopak, jednak wstał i poszedł dalej, za ściankę. Rod oparł się o te kilka desek, które ich oddzielały i słuchał – Mogę startować, jury mnie zna, dopuszczają mnie mimo że nie jestem Amerykaninem. Ale wiem, że sukinsyn też tam będzie. Szlag mnie trafi, jeśli znowu zgarnie więcej punktów.

Poprzez ton Australijczyka Rod był pewien, że Jett jest wciąż rozemocjonowany, natomiast jedyne, co dane mu było widzieć to cień przebierającego się mężczyzny. Na szczęście, Austriakowi ta frustracja się za mocno nie udzielała, zachowywał spokój ducha, chociaż z drugiej strony... nie umiał się odnaleźć w relacji z nim. Nie umiał do końca się z nim zgrać, nie wiedział, jak mu idealnie odpowiadać. Znał podstawy z teorii, w praktyce prowadzenie tej rozmowy przychodziło mu z trudnością.

- Z drugiej strony, jeśli nie weźmiesz udziału, oddasz mu zwycięstwo walkowerem.

- Wiem! – odkrzyknął chłopak i rzucił chyba strojem w przeciwległą ściankę, co objawiło się plaśnięciem – Dlatego tam jadę.

Starszy z nich pokręcił głową i uśmiechnął się półgębkiem, bo jednak w tej frustracji też było słychać entuzjazm. Życzył mu jak najlepiej, może zwycięstwo w dużych zawodach da mu tę pełną satysfakcję lub przynajmniej podniesie na duchu.

- Planujesz jutro ćwiczyć? – zapytał Rod, co by potrzymać rozmowę. Naprawdę słabo znał tego chłopaka, by lepiej się rozwinąć, a uważał się raczej za elokwentnego.

- Pewniacha! – chłopak odzyskał już dobry humor.

Wyszedł z plecakiem do niego, ubrany póki co w luźne spodenki do kolan, nawet nie raczył zasłonić klatki piersiowej.

- W sumie miałem pytać, czy się zabierzesz. – kontynuował Jett, podnosząc deskę – Ćwiczę na dzikiej plaży, z dala od ludzi, wiesz. Nikt nie przeszkadza. Pływać można do woli.

Rod nie wiedział, czy się zgadzać, miał złe przeczucia. A z drugiej strony, niezbyt miał plany na jutro… Wyjazd wydawał mu się intrygującą opcją, tak długo, jak będzie mógł sobie z boku posiedzieć, co uznał za oczywistość. Kiedy już wychodzili z domku, pozwolił sobie skinąć głową na jego propozycję, choć wciąż niepewnie.

- Jeśli tylko powiesz mi, gdzie powinienem się zjawić, mógłbym ci potowarzyszyć…

Poszli na promenadę, z dala od piasku, co Rod przyjął z wdzięcznością. Niestety, oddalanie się od plaży wiązało się też z ograniczonym wpływem przyjemnego wiatru, a więc po chwili Austriak znów odczuwał duszący upał, czego wręcz nie znosił. Szczerze, lubił zimę. Jett zaś zdawał się w ogóle nie zauważać tej drobnej zmiany aury, jak i skwar chyba na niego nie wpływał szczególnie, tak jak i na ludzi wokół. Pod względem nienawiści do upałów, Rod się poczuł w tym towarzystwie dziwnie osamotniony.

- Trzeba podjechać, więc to raczej ty mi powiedz, gdzie masz hotel. Wpadnę z Jeepem.

Nie od razu do niego dotarło, iż chodzi o samochód, nie człowieka. Adres podał, oczywiście. Jett zdawał się mocno usatysfakcjonowany nowym towarzystwem, co też dopełniło zaskoczenia Rodericha. Został delikatnie klepnięty w ramię w ramach koleżeńskiego pożegnania, nim Australijczyk pomknął w swoją stronę, zdając się już zapomnieć o swojej porażce. Cóż za… zmiana nastroju.

Dobrze było ten dzień przeczekać w pokoju hotelowym, gdzie palące słońce aż tak nie dochodziło. Austriak szczerze nie cierpiał upałów, męczyły go, preferował porę pełną śniegu, grubszych płaszczy, kolorowych czapek oraz grzanego wina. Tuż po powrocie do klimatyzowanego apartamentu wziął prysznic, a po wyjściu z łazienki oddał się przyjemności czytania powieści psychologicznej. Tak mu ta najbardziej gorąca część dnia upłynęła. Nie czuł potrzeby pracy, mógł ją wykonać nawet i za cztery dni, kiedy już powróci do Wiednia. Korzystał z uroku wakacji, jakie sobie przy okazji tych formalności zrobił.

Kuzyn nie dzwonił. Widać nie było to coś niezwykle ważnego dla niego lub też Ludwig zwyczajnie ufał Roderichowi. A przynajmniej Rod miał taką nadzieję. Sam w sprawach formalnych darzył Niemca zaufaniem, co jednak nie powielało się w kwestiach prywatnych, jak chociażby umiejętne poprowadzenie przyjęcia, czy przygotowanie wybornego posiłku. Czasem się o to sprzeczali, czasem Rod nawet się na Ludwiga obrażał. Ale… na szczęście, Niemca tutaj nie było.

Na wieczór pozwolił sobie jeszcze na spacer, na podziwianie miasteczka podczas złotego zachodu słońca jak i przy zabawie światła i cienia w nocy. Ta ostatnia podobała mu się szczególnie. Niecodziennym było dla niego obserwowanie, iż miejscowość żyje nawet mimo późnej pory, to było tak inne od Wiednia. Tutaj wciąż słyszał wesołe śpiewy, mimo północy. Coś niezwykłego.

Tak też minął mu dzień, wieczór i nawet noc, choć tę, oczywiście, przespał częściowo. Ranek mógł nazwać przyjemnym, pierwszy posiłek smacznym, a kawę dobrze przygotowaną. Ptactwa tu nie było, jednak głos rozweselonych ludzi też przyprawiał go o dobry humor. Miło było słuchać dzieci, które cieszyły się towarzystwem rodziców, miło było cieszyć się czyimś szczęściem. Dzień zaczynał się naprawdę sympatycznie, dopóki na parkingu pod hotelem nie odezwał się klakson. Raz. Drugi. Za trzecim Rod już wyjrzał przez okno, za czwartym wybiegł przed budynek.

- Mógłbyś mi wyjaśnić, co ty właściwie robisz? – tak Rod przywitał szaleńca, jak zdążył określić chłopaka za kółkiem dużego wozu.

Jett wyszczerzył się głupkowato i w odpowiedzi otworzył mu drzwi od strony pasażera. Ze środka nie buchnął ani żar ani nie powiała klimatyzacja, Jett jeździł przy otwartych oknach i powietrze w środku było takie samo, jak na zewnątrz. Czyli już bardzo ciepłe, a była ledwo dziesiąta.

- Masz coś jeszcze do wzięcia, czy jedziemy? – odpowiedział pytaniem na pytanie Australijczyk, najwyraźniej uznawszy poprzednie za retoryczne.

Austriak zacisnął nieco bardziej usta, rozglądając się po wozie, w którym było wszystko oprócz porządku, natomiast stan ogólny jeszcze nie przekraczał jego granicy tolerancji dla bałaganu. Ostatecznie cofnął się o krok.

- Książka. Zaraz wrócę.

Australijczyk udał ciężkie westchnienie i jakby rozpłynął się na fotelu, acz Rod nie zwrócił na to zbyt dużej uwagi. Jego kroki powiodły go też do pokoju, gdzie przede wszystkim, wiedziony instynktem, zmienił oficjalne lakierki (w jakie wskoczył z przyzwyczajenia) na lżejsze, choć wciąż zabudowane buty letnie. Książkę faktycznie zabrał, spojrzał na siebie jeszcze w lustrze (ta liliowa koszula z krótkim rękawkiem naprawdę dobrze na nim leżała) i powrócił do chłopaka. Ten nie ruszył się ze swojej wygodnej, choć jakże ostentacyjnej pozycji, analizował wszystko spod półprzymkniętych powiek, jakby udawał cowboya. Austriak grzecznie wsiadł na miejsce pasażera. Dopiero ten się wtedy ożywił, z zadowoleniem przekręcając kluczyk w stacyjce. Ruszyli. Widok hotelu pozostał za nimi, ulice zaczęły przesuwać się za oknami, pokazując ludzi i kolorowe budynki.

- To wręcz niesamowite, ile masz energii. – stwierdził Rod, nieco wygodniej opierając się o fotel i obserwując krajobraz ciągnący się przed nim. Jett jechał szybko, ale nie zabójczo.

- Wiesz. – Na jego twarzy zagościło coś jakby otwartość, brwi wysoko, oczy skupione, choć błyszczące radością – Dla mnie to w drugą stronę. Nie umiem być jak ty, czy Arthie, myśleć dwa razy. Analizować za i przeciw. Świat pędzi za szybko, by tracić czas na jakieś rozważania!

Rod go słuchał, oczywiście, acz bardziej jego uwagę przyciągała ekspresja, z jaką ten się wypowiadał. Jett trzymał jedną dłoń na kierownicy, drugą albo gestykulował albo czasem zmieniał bieg. Naturalnie, był skupiony na jeździe, jednak rzucał mu co jakiś czas zaciekawione spojrzenie. Jego mimika zmieniała się, raz wydawał się bardziej rozbawiony, raz bardziej uważny. Mimo, że miał wciąż nieco chłopięcą aparycję, swoim zachowaniem w tym konkretnym momencie pokazywał, że zasługiwał na te dwadzieścia lat.

- Też często jest tak, że kiedy wy ustalicie wreszcie, którą ścieżką najbezpieczniej przejść trasę, ja już dawno siedzę na mecie. Ale spokoooojnie. Przyzwyczaiłem się. – uśmiechnął się szeroko do niego – Na staruszków po prostu trzeba poczekać!

- Anglia zapewne bardzo się irytuje na to określenie… - dodał Rod z nutką rozbawienia. Jett uniósł brew.

- Ty nie?

Austriak wzruszył ramionami beznamiętnie.

- Ja sam zacząłem się już tak nazywać.

W międzyczasie wyjechali z miasta, a drogę zamiast budynku zaczęły otaczać stepy. Asfalt leżał równo, sięgał aż po horyzont, nie jak w Austrii, gdzie wił się i chował za kolejnymi pagórkami. Droga była prosta, równa, jak i tereny wokół. Powietrze robiło się coraz bardziej gorące i suche, Jett mu zaproponował butelkę coli, samemu mając w rezerwie jeszcze jedną. Rod, chociaż nienawykły do słodkich napojów gazowanych, tę akurat przyjął chętnie. Rozmowa toczyła się dalej, chłopak podpytywał nieco starszą od siebie nację o jego właściwy wiek, relacje z Anglikiem, czy wreszcie sporty bądź stosunek do zwierząt, Rod zaś, po udzieleniu odpowiedzi, odbijał podobne pytania do niego. W ten sposób wyszło na jaw, że obecny tu surfer nigdy nie miał okazji pojeździć w śniegu na nartach, co było ulubioną dyscypliną muzyka. Na dość oschły stosunek Wiedeńczyka wobec Kirklanda Jett zareagował śmiechem i poparł go w krytykowaniu, chociaż sam nie był wrogiem omawianego właściciela pokaźnych Brwi. I co więcej, chłopak był niezwykłym wręcz miłośnikiem zwierząt, dość długo się wypowiadał na temat opieki nad koalą, czy o typowych zachowaniach kangurów. Rod bardziej słuchał, gdyż jego relacja ze zwierzętami ograniczała się do ich obserwacji w ogrodach zoologicznych.

Samochód wjechał w teren delikatnie zalesiony, a spomiędzy drzew już zaczynała majaczyć się woda. Jett wyjaśnił mu, że jechał na nieco dalszą plażę, żeby ktoś inny, też chętny na ćwiczenia, nie wszedł mu w paradę. Zapytany o to, czy nie boi się, że w razie potrzeby służby ratownicze nie dotrą na czas najpierw zapytał Austriaka, czy planuje mordować, a potem dodał, że nie powinno mu się nic stać.

Słońce stało wysoko, temperatura sięgała trzydziestki, co chyba tylko poprawiało nastrój mieszkańcowi Oceanii. Austriak nie skupiał się na liczbie na termometrze, acz odbierał fakt gorąca bardziej jako dyskomfort. Wolałby te minus dwadzieścia, nie był jednak bożkiem, by mieć jakikolwiek wpływ na pogodę.

Jeep został postawiony w zacienionym miejscu wokół drzew, przed nimi majaczyło się przejście niemal od razu na teren piaszczysty. Drzewa rzucały cienie na piasek, tak że pierwszy metr, może półtora był skryty przed promieniami, zaś kolejne warstwy były już dobrze nagrzane. Woda była lazurowa, nie taka mętna, jak na komercyjnych plażach. Była czysta, jej odcień był jasny uplasowany gdzieś między błękitem a zielenią. Tu, przy plaży tylko lekko falowała, ale w tle widać było wznoszące się wysokie fale. Przyjemnie było obserwować taki krajobraz.

- Zamykasz samochód? – zapytał Rod, kiedy uchylił drzwi, by popodziwiać w nieco większej skali ten cud natury.

Jett nie odpowiedział od razu, Rod nie zwracał na niego większej uwagi, pozwolił sobie wysiąść i odetchnąć głęboko. Powietrze tutaj było czyste, w tym wąskim paśmie drzew było jakieś ptactwo, coś świergotało. Gdzieś pośród dźwięku szumu fal, podmuchu wiatru i ptasich treli też było słyszalne bzyczenie owadów, acz Rod miał nadzieję, że nic się go nie uczepi.

- A potrzebujemy? – Jett, udzieliwszy odpowiedzi, zeskoczył z otwartego bagażnika wozu i wylądował obok Austriaka.

- Nie, aczkolwiek wolałem – Rod spojrzał na niego i aż stracił dech na chwilkę – ….dopytać.

Australijczyk stał w czerwonych spodenkach kąpielowych, pięknie prezentując lekko muskularną, opaloną klatkę piersiową, zaś jedną ręką podtrzymywał swoją deskę, jego twarz jednak wyrażała zdziwienie reakcją kompana. Rozłożył nawet ręce na chwilę.

- Co?

Rod mógł się jedynie uśmiechnąć półgębkiem i zwrócić swoje spojrzenie, a później kroki w kierunku plaży, wszak nie powinien się gapić. Prawdą było jednak stwierdzenie, iż chłopak miał świetną wręcz aparycję, co Austriak przyznawał ze zdziwieniem przed sobą samym. Przecież zazwyczaj podobała mu się idealnie blada cera i blond włosy.

- Nic… po prostu nie zauważyłem, kiedy się rozebrałeś. – odparł neutralnie, chcąc się też jakoś wytłumaczyć.

Australijczyk wyszczerzył się i podążył za nim, a Rod z niezrozumiałego dla siebie powodu miał wrażenie, że ten powiódł wzrokiem po jego sylwetce. Choć po chwili Austriak uznał to tylko za swoje chwilowe wzburzenie i z pewnością to umysł płata mu figle.

- Ty też się rozbieraj. – rzekł bezpośrednio Jett, przystając obok – Chyba nie będziesz pływał w koszuli?

Rod mimowolnie uśmiechnął się na chwilę szerzej, lecz zaraz wziął oddech, aby się nieco opanować i przy okazji uspokoić. Ciężko mu było przyznawać się do tego, acz uznał, że chłopak chyba zasługuje na wyjaśnienie.

- Przykro mi zawodzić twoje oczekiwania, chłopcze, jednakże… - spojrzał poważniej w rozciągający się przed nimi ocean – Mam fobię dużych akwenów. Nie mogę ci towarzyszyć.

Brwi Jetta powędrowały wysoko, wzrok był utkwiony w osobie Rodericha, a ramiona jakby mu delikatnie opadły. Dość wyraźnie był zawiedziony tą odmową.

- Będę cię jedynie obserwował. – pociągnął Rod, przyglądając się mu z lekkimi przeprosinami, po chwili na jego twarzy wymalował się drobny uśmiech – I jeśli naprawdę prosisz, mogę się częściowo rozebrać.

Jett parsknął śmiechem i klepnął go z nagłym zadowoleniem w ramię, choć coś w jego osobie było, co wskazywało na częściowe niezadowolenie.

- Dajesz! – zawołał surfer i, chwyciwszy mocniej deskę, pobiegł już przez piasek do wody.

Rodericha bawiło to zachowanie, jak i niezwykła żywiołowość młodego Kirklanda. W mniemaniu mieszkańca starego kontynentu, ten tutaj młodzieniec był naprawdę pocieszny, łatwo było o dobry humor w jego towarzystwie. Nie był irytujący, jak Alfred, nie był egocentrykiem (lub to ukrywał), nie krzyczał za bardzo ani nie przerywał w pół słowa z innym tematem. Też Jett zdawał się nie szukać zabawy dla samej rozrywki, ale miał w tym jakiś cel, jakąś swoją pasję. Zapewne Arthur znał go o wiele lepiej, acz Rod właśnie tak odbierał Australijczyka, wywarł on na nim dziś pozytywne wrażenie. Nie było ono pierwszym, choć wcześniejsza opinia, iż Jett jest po prostu młodym gniewnym bez dobrego wychowania, jakoś tutaj została przyćmiona.

Tak rozmyślając sobie zdążył powrócić do samochodu, zdjąć buty ze skarpetkami oraz koszulę. Przez chwilę rozważał pozostanie w samej bieliźnie, acz uznał to za zbytni negliż, poza tym i tak nie planował wystawiać się na ostre słońce. Zgarnąwszy książkę i wcześniej mu darowaną butelkę coli powrócił na piasek, gdzieś na skraj cienia, gdzie się ułożył. W oddali widział tylko czerwono-brązowy punkt śmigający już po odleglejszych wodach. Ah… sielanka.

Arthur niepochlebnie wyrażał się o swoim wychowanku, jeżeli ktoś go pytał o opinię publiczną. Rod się z jednej strony temu dziwił, z drugiej sam niezbyt pochlebnie wyrażał się o Angliku. Może to była jakaś zależność, a może po prostu Rod jeszcze nie zdążył poznać się na Jettcie? Wszak Brytyjczyk znał go o wiele lepiej, ba, sam go przez pewien czas ponoć wychowywał. Gdyby nie Alfred i kilka innych kolonii, Rod by nie uwierzył, że starszy Kirkland przykładał jakkolwiek rękę do próby zrobienia z Jetta poczciwego człowieka, niestety tych kilka innych przykładów skłaniało bardziej Austriaka do myśli, iż Arthur Kirkland kompletnie nie potrafił wychowywać młodzieży. Rod miał pod swoim dachem jednego nastolatka i Kugel chodził jak w zegarku.

Jett jednak miał jakąś swoją moralność. Za grosz ogłady, stonowania, był bardzo bezpośredni w tym, co robił, ale z drugiej strony to do niego pasowało. Zdawał się wyznawać zasadę, iż wszyscy są równi, nie ma podziałów. Oczywiście Wiedeńczyk nie wiedział, czy i jak to się przekładało na jego relacje z wysepkami wokół, jakie Australia miał relacje z innymi mieszkańcami Oceanii. Ale jeśli nawet jest wobec nich egoistyczni, czyż w tym nie byli wręcz do siebie podobni? Wszak Rod też zwykł wysługiwać się Węgrami, Słowacją, czy czasem nawet Niemcem.

Ciężko było mu się skupić na lekturze, widząc sunącego w oddali po falach surfera. W tym konkretnym sporcie Australijczyk radził sobie zadziwiająco dobrze, choć biorąc pod uwagę otaczający go klimat to może nie powinno dziwić. Bardzo dużo osób w tym kraju uprawiało akurat tę dyscyplinę, Rod mógł obecnie tylko cieszyć oczy.

Tak na rozmyślaniach upłynęło mu coś koło 40 minut. Akurat jedna fala okazała się zdradliwa i Jett wywinął koziołka do wody. Na twarzy Austriaka mimowolnie pojawił się uśmiech jak tylko dostrzegł ciemnobrązową głowę wynurzającą się spomiędzy fal. Chłopak złapał swoją deskę i wprawnie na nią wskoczył, acz jednak powoli zaczął powracać w kierunku brzegu. Rod ponownie spojrzał w strony książki, co by chociaż poudawać, że nie tylko nim się tutaj interesuje. Poczucie piasku pod stopami relaksowało go, podobnie jak szum fal morskich. Gdyby nie było to niebezpieczne, zapewne mógłby tutaj zasnąć.

Jett wyłonił się, nieco ociężałym ruchem niosąc deskę ze sobą. Był szczęśliwy, uśmiechał się, chociaż bardziej biło od niego zmęczenie, całkowicie normalny efekt po intensywnej walce z falami. Jego kroki powoli przecinały plażę, gdzieś dopiero w połowie drogi Rod pozwolił sobie podnieść głowę i na niego spojrzeć. Opalone, wilgotne ciało połyskujące w pełnych promieniach słońca. Jett mógłby być inspiracją dla wielu artystów lub modelem dla wielu fotografów.

- Na pewno nie dołączysz? – z lekkim uśmiechem przystanął nieopodal – Zajebista woda, nic tylko pływać.

Rod mógł mu tylko spojrzeć w oczy i wzruszyć delikatnie ramionami, mimo nawet szczerej chęci wiedział, jak by się to skończyło. Strach był zbyt silny. Dlatego też pokręcił powoli głową i przymknął książkę, podczas gdy chłopak podążył dalej, rzucając tylko krótkie „jak chcesz".

Nim Rod zdążył się podnieść z piasku i powrócić do tej bardziej zalesionej części, deska stała już oparta o jeepa, a młody surfer łapczywie wypijał kolejne porcje coli z butelki.

- Każdy ma swój własny matecznik, mój drogi. Twoim jest woda, co zrozumiałe z terenów, które cię otaczają.

Australijczyk odetchnął głęboko, zaspokoiwszy pragnienie, po czym uśmiechnął się i spojrzał na swego towarzysza. Zaraz też wrzucił butelkę do środka i przeciągnął się, by wreszcie odetchnąć z zadowoleniem.

- Matecznik? Chyba nie znam tego słowa, to coś jak ojczyzna, ale od matki?

Jett nie pozostawał w miejscu, już mówiąc te słowa wziął ręcznik i przetarł nieco twarz, następnie przedramiona, okazyjnie rzucając tylko swojemu jakże spokojnemu rozmówcy spojrzenia pełne zaciekawienia. Nie ignorował go, ale i nie poświęcał mu pełnej uwagi, starał się kontynuować rozmowę i nie przeszkadzać sobie. Rod nie reagował na to negatywnie, uporczywe gapienie się też nie należało do sytuacji komfortowych dla niego, chociaż za odrobinę więcej spokoju u tego narwańca dałby sporo.

- To… nie aż taka zła definicja, choć i nie opisuje w pełni znaczenia tegoż pojęcia. – podjął Rod w spokoju, opierając się o maskę samochodu – Matecznik jest spokojnym, bezpiecznym miejscem. Jest naszą ostoją, otoczeniem, które nas najlepiej oddaje. Które po części może być wpisane w naszą duszę.

Chłopak w międzyczasie czegoś szukał na tylnym siedzeniu, gdzie Rod jeszcze nie miał okazji zajrzeć. Po gałęzi zaś przeskoczyła para malowniczych, drobnych ptaszków, zaś na plaży akurat wylądował pelikan.

- A to… pewnie, dla mnie woda, plaża, całe moje szczęście. A twoje?

Trzymając w dłoni dwa słomiane kapelusze wyskoczył z samochodu, jeden założył na swoje mokre, brązowe włosy, zaś z drugim podszedł do Austriaka. Tenże spojrzał na nakrycie głowy z uniesioną brwią, jakby spodziewał się jego trującego wpływu, a przynajmniej taki poziom pogardy wyraził.

- Moim Heimitem są góry, Jett. A mój kapelusz zwykł być zrobiony z filcu.

Surfer spojrzał na słomianą plecionkę i po chwili wzruszył ramionami.

- To takie ważne?

- Raczej będę w nim wyglądał zabawnie… - odparł tonem wskazującym raczej na niechęć.

Jett nie przejął się tym za bardzo i po chwili kapelusz faktycznie wylądował na głowie Roda, ku jego widocznemu niezadowoleniu. Brwi Austriaka opadły nisko, spojrzenie się dosyć wyostrzyło, podczas gdy na twarzy Australijczyka pojawił się głupkowaty tak zwany banan.

- Fakt. Nie pasuje ci. – podsumował chłopak i zabrał z jego głowy wcześniej założony element garderoby.

Austriak odetchnął cicho i po namyśle też mu zdjął jego kapelusz, ku zdziwieniu chłopaka.

- Ani tobie. – wytłumaczył swoje zachowanie, instynktownie przykładając ściankę ze słomy do ramienia – Może gdyby był ciemniejszy lub całkiem innego, niż żółty, koloru…

Chłopak chyba nie wiedział, co powiedzieć, dlatego po prostu wzruszył ramionami i odebrał mu kapelusz, by oba następnie wrzucić przez okno w przednich drzwiach. Nie dbał o ułożenie rzeczy i to akurat w mniemaniu Roda było jego wadą.

- Jak tam wolisz, mnie to tylko chroni przed udarem. Tobie to chyba nie grozi, co? – Jett się wyszczerzył, zaś Rod uniósł brewkę, oczekując rozwinięcia – No wiesz. Nie wyglądasz na kogoś, kto by się opalał, czy ćwiczył na siłce.

Austriak ponownie pokręcił głową, uznając w myśli, że w ich rodzinie umięśnienie nadrabiał Ludwig za wszystkich. A chwilowo wiatr delikatnie roztrącił mu włosy, co odebrał nawet jako przyjemne. Mimowolnie poprawił sobie grzywkę, by nie rozchodziła się na wszystkie strony, a by spełniała chociaż pozory dobrej fryzury.

- Jestem muzykiem, nie potrzebuję muskulatury. – odparł neutralnie, choć jednak po chwili na jego twarz wypłynął drobny uśmieszek – Twoja mi wystarczy…

Z tym akcentem poklepał go po ramieniu, dość ostrożnie. Brwi chłopaka poszybowały w górę, a on sam także się uśmiechnął i podszedł bliżej, pozwalając się delikatnie objąć wątłym, dość delikatnym dłoniom. Jego klatka piersiowa wciąż była lekko wilgotna, a powolne przesuwanie opuszków palców i masowanie okolic jego łopatek było naprawdę całkiem przyjemne.

- Podoba ci się?

- Owszem… masz pociągającą sylwetkę.

Pozwolił sobie na tę jakże szczerą odpowiedź, czując, że krew zaczyna mu szybciej płynąć, a ta bliskość działa na niego naprawdę pozytywnie. Jett również go ujął, lokując swoje dłonie w okolicach bioder mężczyzny, co tylko przekonało tego drugiego do podejścia tego jeszcze jednego, małego kroczku. Pierwszy raz dane mu było spoglądać głębiej w zielone oczy tegoż drugiego, połyskiwały one ambicją i żywotnością. Rod drgnął delikatnie, czując, że dłonie chłopaka przemknęły dalej i zaczęły go gładzić po plecach.

Wreszcie postanowił przełamać to patowe położenie i złożył pocałunek na ustach Australijczyka. Ostrożnie przytrzymał się w tym celu jego barku, choć w następnej sekundzie nie musiał już się tak wychylać, jak tylko Jett sam przyparł go do wozu. Pocałunek został oddany w pełni, muskularne ciało przylgnęło do jego klatki piersiowej, a z wilgotnych włosów zaczęły spływać zimne kropelki wody, drażniąc mu dodatkowo zmysły. To wszystko, zapach Jetta, szum wody, czy szelest liści jak i świadomość tego, że są kompletnie sami pośrodku natury tylko nakręcało go coraz bardziej. Rod, otumaniony rozkoszą, rozchylił wargi chcąc pogłębić pocałunek, jednak Australijczyk z uśmiechem cofnął głowę. Austriak warknął, nieusatysfakcjonowany.

- Robisz się niegrzeczny…

Głos Jetta był mrukliwy, przekorny, zaś on sam położył kciuk na różowych ustach drugiego mężczyzny. Rod nie mógł się nie uśmiechnąć szerzej, słysząc tak piękne podsumowanie .

- Nie znasz mnie jeszcze pod tym względem. – odparł i cmoknął go w ten kciuk – I nie zamierzam tymi słowy zaprzeczyć. Przeszkadza ci to?

Młodzieniec, mając tak zainteresowany wyraz twarzy i dość jednoznaczny uśmiech zdawał się jeszcze przystojniejszy. Wstępnie zabrał okulary z twarzy Roda i wrzucił je na przednie siedzenie, uśmiechając się cały czas, jakby miał coś zaplanowanego. Pochylił się znów, ku uciesze Austriaka, acz jednak pominął jego usta i bezpośrednio, delikatnie ukąsił go w szyję, na co ten westchnął głośno. Rod przełożył dłoń na włosy kochanka, czując, jak jego ciało drży i domaga się więcej. Spróbował jednak naprzeć na Australijczyka, który go pierwotnie przyszpilił do tego jednego miejsca.

- Co ci… - mruknął Jett, podnosząc głowę i spoglądając znów na Roda. Ten mruknął sugestywnie.

- Chodźmy do środka… Chyba nie planujesz się bawić na masce samochodu?

Chłopak spojrzał na niego zdezorientowany, nie widząc w tym problemu, choć jego dłonie wciąż gładziły skórę Austriaka, tym samym nie pozwalając mu ani na trochę przygasnąć. A ten wiedział, że się nie uspokoi sam z siebie i że zabawa zaszła za daleko, by się już wycofać. Cholernie nie chciał się wycofywać.

- Głupiec. – określił go Rod i uśmiechnął się zaraz – Chodźże…

Korzystając z chwili wyplątał się z tej pozycji i złapał Jetta za włosy, ciągnąc do środka, na tylne siedzenie. Nie miał zamiaru mu tego podarować, a i Australijczyk zdawał się nie być zainteresowany przerywaniem igraszek. Pozwolił mu przysiąść na kanapie samochodu i schować głowę, by następnie pchnąć go energicznie do tyłu i podążyć za nim.

I tu zostawmy ich samych na jakieś czterdzieści minut...

Słońce nieznacznie zmieniło swoje położenie na nieboskłonie, choć daleko było mu jeszcze do zachodu. Wiatr wciąż delikatnie trącał liście na drzewach, gdzieś w okolicy śpiewały ptaki. Nie zanosiło się na zmianę tej sielankowej pogody, co tylko dawało dodatkowe poczucie relaksu. Austriak leżał wtulony w chłopaka, dryfując na granicy jawy i drzemki, słuchał bicia jego serca, jego oddechu. Czuł też, jak dłoń tego drugiego delikatnie gładzi go po głowie i ramieniu, co także sprawiało, że czuł się senny jak i rozanielony. Przyjemnie.

- Ej, Rod… - na to zawołanie mężczyzna podniósł głowę ku mówiącemu – Musisz wracać..?

Muzyk zmarszczył brewki, przez chwilę nie rozumiejąc, o co chodzi Australijczykowi. Podniósł się i podciągnął ostrożnie, by mieć twarz naprzeciwko jego twarzy, szczególnie że w zielonych oczach dostrzegał jakąś rozterkę. Jett nie był tak pogodny, wesoły, jak do tej pory zdawał się być cały czas.

- Mieszkam w Europie, tam mam rodzinę. – wytłumaczył powoli Rod, wybudzając się też z poprzedniego rozleniwienia – Stąd i owszem, będę musiał wrócić.

Australijczyk wydawał się tym niepocieszony, prychnął delikatnie i odwrócił głowę, by spojrzeć w sufit swojego wozu.

- Kiedy?

- Wylatuję za trzy dni, wieczorem. – odpowiedź nie poprawiła nastroju Jettowi, stąd Rod trącił go delikatnie w ramię – Mógłbyś powiedzieć, o co chodzi?

Surfer westchnął głębiej i przetarł dłonią twarz, po czym wlepił spojrzenie w blachę dachu, jakby tam istniała odpowiedź na zadane mu pytanie. Milczał. Sekundę, drugą, trzecią… Rod po namyśle cmoknął go w policzek, niepokojąc się coraz bardziej.

- Mam dość… bycia wakacyjną przygodą.

Słowa te powiedział jakby z odrazą, acz jednak następnie powrócił do delikatnego gładzenia włosów Austriaka. Nie relaksował się jednak, wciąż myślami był gdzieś indziej i widać było to po jego twarzy, co trapiło obecnego przy nim mężczyznę.

- Rozwinąłbyś?

Zawsze, kiedy Rod obawiał się o kogoś, o czyjeś poczucie komfortu, czy satysfakcji, zdawał się przesadnie troskliwy. Tak i teraz, skupiał się na chłopaku bardziej, obserwował jego reakcje, zmianę w mimice, czy gesty, jeśli tenże akurat jakieś wykonywał. Był czujny i w całości mu się poświęcał.

- Mieszkam generalnie na końcu świata, nie? – zaczął Jett, choć czasem tylko zerkał na swojego rozmówcę – To jest nawet regularne. Wpada ktoś, tak jak ty, ja go znajduję w tłumie, bo to zawsze fajniej mieć towarzystwo kraju i wyciągam gdzieś. Potem widzę, że ten ktoś zaczyna patrzeć na mnie inaczej, oferuje seks, ja no, że czemu nie. A potem wyjeżdża i… no tyle go widziałem.

Rod spoważniał, słuchając go i pozwalając się mimowolnie gładzić po głowie. Słowa te go martwiły, szczególnie, że widział po chłopaku, że ten nie kłamie i prawdopodobnie też nie wyolbrzymiał. Jett miał naprawdę świetną sylwetkę i Austriaka nie dziwiło, że wiele innych osób z czasem próbowało się do niego zbliżyć, chociaż utrzymywanie stosunku z wieloma osobami kojarzyło mu się z brakiem szacunku do siebie samego. Ale nie znał też odległości czasowej między każdym z danych przypadków.

Potrząsnął jednak głową, nie chcąc odbiec myślami od meritum problemu.

- Posłuchaj… - mruknął, jednak nim podjął podniósł się i podkulił nogi, przysiadając – Żyjemy w czasach rozwiniętej technologii. Mamy telefon, Internet… nie musimy zrywać kontaktu tylko dlatego, że ja będę musiał wrócić do Wiednia, czyż nie?

Jett jakby nagle się obudził. Uśmiechnął się szeroko, obserwując dość spokojnego Austriaka, a do jego oczu wrócił dawny, bardzo wyraźny blask.

- Naprawdę chcesz zachować kontakt po wyjeździe?

Z nową dawką werwy szybko się podniósł, by zaraz przydzwonić czołem w dach samochodu. Jęknął głucho, przykładając dłoń do obolałego czoła i zacisnął oczy, na chwilę, kiedy jeszcze dzwoniło mu w uszach. Po chwili jednak dobiegł go inny dźwięk. Z niecałkowitą łatwością rozejrzał się, dostrzegając po chwili, że Rod chichocze pod nosem, acz chyba próbuje to tłumić. Sam Jett początkowo się obruszył, jednak ostatecznie i na jego usta wypłynął uśmiech.

- Weź się nie śmiej ze mnie. - trącił kochanka ramieniem, acz zaraz też przygarnął go.

Rod przylgnął do jego ramienia i ucałował go po raz kolejny w policzek, a po chwili też złożył na jego ustach krótki, choć czuły pocałunek. Nie przewidywał, że może to zakończyć się trwałym związkiem, nie planował właściwie niczego, kiedy się do niego zbliżył, aczkolwiek takie rozwiązanie też go nie odrzucało. Był po prostu otwarty na wszelkie rozwiązania.

- Zachowamy kontakt. – zapewnił go z satysfakcją – Tylko już nie zrób sobie niczego, dobrze?

Odpowiedzi na te słowa nie było w sposób werbalny aczkolwiek Australijczyk się uśmiechnął. Rod tym samym upewnił się, że Jett właśnie teraz był szczęśliwy.