/ Tak pomyślałam, że miło będzie postawić 2p w morzu postaci kanonicznych, wszak... dużo osób też lubi selfcesty. Ja też!

Nie da się ustawić wybranych rozdziałów jako ocenzurowanych, ale to jednak jest opko 16+. miejcie na to baczenie./

Dom... tak cichy. Spokojny, powinien być największą ostoją. Takim miejscem, w którym można by schować się przed światem. Dom powinien być schronieniem dla każdego, kto tylko takowy posiada, a jeśli ktoś nie ma domu, zapewne ma miejsce, które mógłby tak nazwać.

Rod mieszkał sam i przez ten drobny fakt tym bardziej poczuł niepokój, kiedy wróciwszy do domu zastał włączone boczne światło w pokoju dziennym. Blask widział już od zewnątrz, rzucało się to w oczy teraz, późnym wieczorem. Początkowo jeszcze karmił się myślą, że zapomniał, to wszak się zdarza, kto nie zapomniał nigdy wyłączyć oświetlenia, to normalne... Próbował tak mierną metodą uspokoić swoje kołaczące ze strachu serce i nie wbiec nagle do domu. Bał się. Miał wiele kosztowności.

W środku zaś, jeszcze nim dotarł do rzeczonego pomieszczenia, dopadł go smród papierosów, a zaraz po nim złość, iż jego nieproszony gość zatruwa u powietrze w jego własnej rezydencji. Kolejno ulgę, bo jakikolwiek złodziej, czy morderca nie pozwoliłby sobie na tak durne wykrycie. Jednak myśl, że do domu włamał mu się nie-złodziej wcale nie poprawiała mu nastroju, wszak wciąż to było nieproszone wtargnięcie.

Znał ten pokój, często tu przebywał. Ciemnobrązowe drewno na podłodze, ściany koloru kawy z mlekiem, kilka obrazów na nich. Meble z rodzaju antyków z zeszłego stulecia, barwy kasztanowej z czarnymi klamkami. Główne światło było wyłączone, jedynie dwa kinkiety nad kącikiem rozmów pracowały. Stolik do kawy, kanapa, dwa fotele.

I wreszcie wzrok padł mu na osobnika, ale nie był to albinos, jak zdążył założyć. Osoba, którą miał przed sobą, była do niego łudząco podobna, Rod przyznawał to za każdym razem niemal z odrazą. Mężczyzna, tak jak on, koło trzydziestki. Ciemnobrązowe włosy nie były w żaden sposób ułożone, jeden kosmyk lekko odstawał, a wyjątkowo żółtawe, nie fioletowe oczy, nie były poprzedzone okularami. Mężczyzna ten zaciągnął się powoli tytoniem, nawet nie racząc zmienić swojej wręcz wyzywającej pozy. Niemalże leżał na jego drogiej, skórzanej kanapie, masywne glany trzymał jednak na podłodze. Czarne bojówki wciąż dobrze leżały na jego biodrach, a swoją klatkę piersiową chował w nieco za dużej bluzie z kapturem.

Rod odwrócił spojrzenie od tegoż ostentacyjnie manifestującego siebie osobnika i niemal od razu podszedł, by otworzyć okno.

- Czy ty się nigdy nie nauczysz nie palić w pomieszczeniu? – warknął na powitanie, dobry humor stracił od razu na widok Richarda.

Usłyszał za sobą tylko parsknięcie śmiechem, jak i o wiele bardziej głuche uderzenie bibułki o popielniczkę, natomiast żadne słowa do niego nie wróciły. Poprawił jeszcze szkarłatną zasłonę, nim znów zwrócił się do leżącego, nie zatrzymał się jednak tutaj. Swoje kroki skierował do barku, stojącego w rogu pomieszczenia. Nie był w stanie patrzeć na ten przypadek.

- Po co mi się w ogóle włamałeś do domu, powinienem wezwać policję? – prychnął Roderich, acz jednak nalał do dwóch szklanic soku jabłkowego i przeniósł je na niski stolik. Wiedział, że ten mężczyzna nie pije alkoholu, co było tak cholernie niepasujące do jego charakteru. Rod pił go sporo. Kolejna różnica między nimi.

- Nie próbuj wzywać glin. – Richard miał niższy głos od Roda, mówił też wolniej jakby z pogardą. Powolnym ruchem sięgnął do kieszeni – Mam klucze do tej chaty. Zapomniałeś?

Spontanicznym szarpnięciem zakręcił szeroką obręcz z wpiętymi kluczami na swoim palcu, acz kiedy Rod spróbował je chwycić, ten szybko cofnął rękę.

- Oddawaj. – Rod nakazał tonem nieznoszącym sprzeciwu i, przysiadłszy na kanapie, złapał Richarda za ramię.

Ile razy popełniał już ten sam błąd, nie mógł zliczyć. Znowu. Rich nagle złapał go drugą ręką i pociągnął na kanapę z siłą, której Rod znowu nie był w stanie się przeciwstawić. Szamotał się, szukając jakiegokolwiek przesmyku, jednak napastnik go przytrzymywał skutecznie. Obraz delikatnie mu się zacierał, skupił się na zdolnościach kinestetycznych, lecz wszędzie niemal czuł się zablokowany, wszędzie gdzieś była bariera. I nagle ból, a krótki krzyk Rodericha przeciął ciszę, jaka panowała w całym domu. Każdy z nich chyba zapomniał już, jaki swąd wydziela palona skóra. Rod ze łzami w oczach podniósł swoją lewą dłoń, by wziąć w usta poparzony palec, Rich zaś dość spokojnie wrzucił niedopałek do popielniczki.

- Tak lepiej. – uśmiechnął się nawet i jakże czule pogładził drugiego z leżących po głowie.

Mimo strasznego bólu, Rod nie załkał ani nie zakwilił ani razu po tym krótkim okrzyku, nie dał mu tej satysfakcji. Obserwował, jak Richard siada na kanapie i ujmuje sok, obserwował każdy jego ruch, niezbyt szybki, wcale spontaniczny, a wręcz dziwnie spokojny.

Dla Roda ten mężczyzna, to diabeł, który sprawował nad nim pieczę. Zawsze wtedy, kiedy wszyscy zawiedli, on się pojawiał. Tam, gdzie Rod nie był w stanie sobie poradzić, on go zastępował. Był wypełnieniem tych luk, których nikt nie mógł wypełnić, jak ta cholerna ostatnia deska ratunku. Rod mógł mówić, że go nienawidzi, ale wiedział, że bez niego dawno by nie żył. Pojawiał się w najbardziej beznadziejnych sytuacjach, by najpierw uderzyć w twarz, ale potem jednak pomóc.

Jedynie w czasie drugiej wojny przepadł bez wieści.

- Czego ty chcesz?

Rod chciał wiedzieć, chciał znać wreszcie odpowiedź na to pytanie które w swoim życiu zadał zbyt wiele razy. Nie rozumiał pobudek, które stały za tak niesamowitą agresją, nie rozumiał, dlaczego ten mężczyzna był tak nieprzyjazny, nieliczący się z niczym. Nie rozumiał, dlaczego Richard nie mógł pomagać tak zwyczajnie, a musiał to czynić w sposób najbardziej okrutny z wybranych.

- Ja? – brew mężczyzny w bluzie się uniosła, kiedy ten obserwował leżącego – Przecież mnie zaprosiłeś.

Roderich syknął wściekle i usiadł na kanapie, która także była jego własnością, próbując się nie zirytować na sam fakt, na ile pozwala sobie gość w jego rezydencji. Tak, to prawda. Złożył mu propozycję spotkania, kiedy wpadli na siebie przypadkowo we Wiedniu, nie był to wtedy też impuls, Rod myślał o tym co jakiś czas.

- Chciałem się spotkać, jak człowiek, Richardzie. – odparł tonem dość pretensjonalnym – Porozmawiać przy kawie lub soku, dowiedzieć się, co się u ciebie dzieje. Zaprzyjaźnić się w jakiś sposób, wejść na drogę pokoju. Nie ułatwiasz tego, wchodząc bez pytania do mojego domu i jeszcze dyktując mi warunki, rozumiesz?

Skrucha była ostatnią rzeczą, jaką można by próbować wyczytać z aparycji Richarda, patrzył na gospodarza z lekką mieszanką rozbawienia, pogardy i znużenia. Jednak przede wszystkim była to pogarda do jego słów, reakcja kompletnie pozbawiona poszanowania chociażby dla próby zakolegowania się. Pianista zacisnął usta, widząc tak błyszczące jaśniejsze od swoich oczy, jednak zmusił się, by mu tego nie wytknąć tu i teraz, jako że to z pewnością też nie byłoby pomocne.

- A po chuj zachciałeś zostać moim kolegą? – zapytał Rich. Rod dawno nie słyszał tego pytania, Richard nieczęsto podejmował rozmowę powiązaną z ich relacją – Mało ci przyjaciół nacji?

Rod przełknął ślinę, czując, że rozmowa może w każdej chwili zakończyć się ciosem lub czymkolwiek gorszym. Nie chodziło tu o nieprzewidywalność, przeciwnie, obecny tu mężczyzna zazwyczaj prędzej, czy później doprowadzał do takich sytuacji. To była wręcz tendencja.

- Posłuchaj... - zaczął spokojnie – Reprezentujemy jeden kraj. Nie uważasz, że powinniśmy... współpracować? Razem dbać o dobro obywateli, dawać pomysły rządzącym?

Richard prychnął i wyjął kolejnego papierosa, by go zapalić przed odpowiedzią. Gospodarz mimowolnie wywrócił oczyma, mając dosyć tej konwersacji, chociaż trwała ona ledwo chwilę, nie minęło nawet dziesięć minut. Spojrzał na stół, po czym wziął z niego swoją szklankę i sam się napił soku, by chociaż odrobinę ulżyć zdenerwowaniu, jakie w nim cały czas siedziało. Prawdą jednak było, że zależało mu na tej relacji. Chciał pokoju, chciał może nawet jakiejś rodzaju przyjaźni. To też była personifikacja Austrii, czuł się z nim w jakiś sposób powiązany.

- Teraz ci się chce współpracy. – mruknął Richard i zaciągnął się dymem – Przecież ty nie masz pojęcia o problemach swoich, jak to sam nazwałeś, obywateli.

Rod zmarszczył brewki, nie rozumiejąc, jak mógłby nie rozumieć problemów osób, których był przedstawicielem, Rich zaraz jednak pociągnął dalej:

- Siedzisz w kurewsko drogiej chacie, - głos tego drugiego Austriaka był bardzo spokojny, co kontrastowało z jego słowami - masz pierdolonego lokaja i dokładnie taką pracę, jaką chciałeś mieć. Marzenia wielu. Byłeś ostatnio chociażby w kamienicy, pamiętasz, jak wygląda małe mieszkanie? Zwykłego, szarego, pierdolonego człowieka?

Odpowiedź cisnęła mu się sama na usta, że oczywiście, że pamiętał, że nie był tak zamknięty w swoich własnych czterech ścianach, jednak nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Richard pchnął go znowu do pozycji leżącej. A kiedy głową Rod padł na poduszkę, dotarło do niego, że jakiekolwiek protesty i zapewnienia o swojej znajomości klas niższych nie byłyby do końca prawdziwe.

Ten drugi uśmiechnął się, zaraz zaciągnął się ponownie i wypuścił dym na bok, nim znów spojrzał na Rodericha. Dłoń z papierosem ulokował na ramieniu leżącego i sam ułożył się obok, jednocześnie połowicznie go obejmując. Rod się nie odsunął, chociaż zacisnął usta, wpatrzył się w sufit, a w jego żołądku wszystko nagle zdawało się zwinąć w jeden supeł. Bo to, na wszystkich świętych, nie działo się po raz pierwszy.

- Właśnie dlatego chciałbym też znać twoje opinie... - spróbował jakoś przywrócić ostatni temat – Żyjesz w niższych-

Urwał nagle, czując, jak Rich wypuścił strumień dymu wprost na jego odsłoniętą szyję. Pierwotnie jego ciało zadrżało, lecz zaraz Rod zakasłał, kiedy tylko jego gardło zostało podrażnione tą jakże śmierdzącą substancją. Richard zdawał się tym nie przejmować, powiódł nosem po skórze Roda, wywołując w tymże mimowolny dreszcz. Nie był zniecierpliwiony, poruszał się powoli, badał bladą skórę arystokraty i to, jak łatwo można go było prowokować.

- Przestań. – fuknął w końcu napastowany Austriak, starając się odsunąć od oponenta.

Do tej pory leżał niemalże sztywno, podjął wreszcie próbę ucieczki i wydostania się z tej sytuacji, jednak Richard zaraz go złapał i przysunął do siebie. Sylwetkę mężczyzny przysłaniała bluza, jednak nic nie wskazywało na to, by ten miał muskulaturę. Roderich nigdy nie mógł zrozumieć, skąd w nim tyle siły.

Rich spojrzał na tegoż arystokratę, kiedy już ulokował go sobie na poprzednim miejscu, będąc wciąż tak samo spokojnym. Zaciągnął się papierosem, dym wypuścił w eter gdzieś za oparciem kanapy i dalej przyglądał się gospodarzowi, który tak łatwo dawał się tu trzymać. Rod patrzył na niego z lękiem i frustracją zarazem, obserwował każdy jego ruch, nie spuszczał go ani na chwilę z oczu. A jemu zdawało się to podobać, ten drugi Austriak strzepnął popiół do popielniczki, po czym bez żadnego słowa pochylił się i złożył na różowych ustach pocałunek. Rod w pierwszej chwili przyjął go, jednak świadomość zbyt brutalnie się w nim odezwała. Odwrócił głowę, zmusił się do oderwania się od niego.

- Nie powinniśmy. – rzekł, patrząc w stół, byle nie w niego. Drgnął jednak wyraźnie, czując, że Richard zaczął wodzić wargami po jego szyi, wywołując w nim pożądanie – Błagam! To nie jest moralne.

Krew mu zawrzała, serce kołatało jak opętane, podsycane zarówno podświadomym pragnieniem bliskości i jakże świadomym protestem rozumu i duszy. Chciał to przerwać, chciał, żeby ta relacja wyglądała jakkolwiek inaczej, żeby mogli spokojnie siedzieć i rozmawiać. Żeby nie byli sobie wrogami. A już na pewno nie chciał czuć, że go pragnie.

- Co nie jest moralne? – szepnął Richard wprost do jego ucha i na tymże zaczął mu składać drobne pocałunki, jak i chwytać tak niewinny płatek we własne wargi.

Rod jęknął mimowolnie i zaraz zakrył twarz dłońmi, próbując się opanować. Spokój jego napastnika nie pomagał mu wcale, przezeń strach przestawał dominować w jego skołowaniu, nawet jeśli wciąż czuł się przytrzymywany przez tego mężczyznę. Czuł przede wszystkim odrazę do siebie, że chciał współgrać w tej grze, czuł nienawiść do Richarda za to, że z nim tak pogrywał i że nie zaprzestał po jednym razie. I nader wszystko czuł się źle z tym, że mieli dbać o jeden kraj.

- Jesteśmy... tym samym, reprezentujemy to samo. Richard. Odsuń się, to jest kazirodztwo. Tak nie wolno!

Mówił szybko, między płytkimi oddechami, mimowolnie zaciskając palce na własnych udach. Czując, że mężczyzna go zostawił, pozwolił sobie podnieść oczy i spojrzeć na niego, akurat się nad nim pochylał z szyderczym uśmiechem. Diabeł bardzo czułym gestem pogładził go po włosach i policzku, a w sercu Roda zatliła się nadzieja, że może jednak się zaraz znudzi i sobie pójdzie.

- Kazirodztwo mówisz... - mruknął, zaciągnął się papierosem, po czym wydmuchał dym wprost na twarz Rodericha. Ten na te kilka sekund wstrzymał oddech i zacisnął oczy, byle tylko nie mieć z tym świństwem styczności. Choć i tak musiał odkaszlnąć.

- Przecież nie jesteśmy żadnymi pierdolonymi braćmi, Rod. Sam powiedziałeś... jesteśmy jednym. Chrzanioną jednością.

Jego uśmiech się poszerzył, kiedy ugasił resztkę papierosa w popielniczce i pochylił się ponownie nad swoją ofiarą, akurat kiedy ta otworzyła oczy. Dla Richarda ten widok był cudowny.

- Potraktuj to więc jako... masturbację?

Tuż po zakończeniu swojej sugestii pocałował go ponownie, nie dając mu już skontrować swojego argumentu, jednak tym razem przy okazji wepchnął mu język do ust. W głowie Rodericha nagle umknęły wszystkie myśli i choć próbował zaprotestować na nowo, podświadomość wzięła nam nim górę, pocałunek oddał gorąco. Podniósł się nawet, chcąc się przybliżyć, lecz Richard popchnął go ponownie na kanapę, co wypchnęło mu powietrze z płuc.

Richard chciał go przygwoździć całkiem, jednak Rod zerwał pocałunek i przekręcił się ostatkiem siły woli na brzuch. Jego napastnik parsknął śmiechem, widząc już tylko jego plecy.

- Co. – odezwał się kpiąco – Myślisz, że w ten, kurwa, sposób zapomnę, jak szybko ci stanął?

Upokarzająca odzywka. Leżący warknął pod nosem i podparł głowę na ręku, czując, że już nie ma sił kompletnie przeciwstawiać się temu przypadkowi. Odraza, jaką miał do samego siebie, wypadała mu po raz kolejny solidny ślad w psychice, nie mniejszy niż to, że w tym momencie chciał być dotykany, zaczynał chcieć tego bardziej, niż pozostawienia samemu sobie.

- Nie mogę na ciebie patrzeć. – sapnął ostatecznie, a dłonią zasłonił oczy, chcąc się schować tak przed nim, co przed sobą samym. Próbował po raz ostatni jakoś wydostać się z tej sytuacji.

- Hm... a czemu?

Dotyk dłoni powiódł po jego obu bokach, a oddech napastnika podrażnił mu skórę na karku. Rod uderzył rękoma w poduszkę, uwalniając złość.

- Bo wyglądasz jak ja! To jest... to za silne, do cholery, Rich. Nie umiem znieść myśli, że uprawiam sam ze sobą seks!

Schował twarz ponownie w swoje dłonie, sycząc wściekle i drżąc z furii, jak i podniecenia. Richard wyszczerzył się triumfalnie, przesuwając dłonie wyżej, na tors arystokraty i zaczynając rozpinać mu koszulę, na co Rod przyzwolił, podnosząc się jeszcze wyżej i przylegając do jego torsu. Mimo tak jasnej prośby, Rich odwrócił głowę, nawet nie dotykając ustami jego skóry, co tylko dodatkowo rozdrażniło jego partnera. Rod otarł się o drugiego mężczyznę, tracąc powoli kontakt z własnym rozumem i biernie poddając się żywemu pragnieniu, jednak Rich chyba to ignorował. Złapał za koszulę arystokraty, drugą dłoń zaś wsunął pod materiał.

- Niech ci będzie. – warknął, po czym energicznie pchnął go na poduszkę, zdzierając z niego tym samym część ubrania.

Nim Rod podniósł się powoli, jego napastnik zabrał mu okulary i przewiązał mu zwiniętą koszulę na oczach. Przyjął to z ulgą, podnosząc głowę i próbując jakoś wyczuć, co się dzieje wokół. Richard zszedł z kanapy, tyle wiedział. Podrażniło go to tylko, strach powoli umknął, zostawiając rządzę samą sobie.

- Dokąd idziesz... - jęknął Rod i podniósł się na klęczki, jednak wzroku nie odsłaniał.

Zwrócił twarz przed siebie, czując, jak dłoń gładzi go po policzku. Odetchnął, szarpnął się do przodu, choć ostatecznie powstrzymał chęć podbiegnięcia do niego.

- Będziesz już posłuszny?

Lubił ten ton u Richarda, choć ten używał go rzadko i zwykle w tak paskudnych sytuacjach. Rod czuł, że kręci mu się delikatnie w głowie z nadmiaru emocji i że zdrowy rozsądek nagle znikł. Bez pomyślunku skinął głową.

- Zrobię co zechcesz. – jęknął, otumaniony.

Nie usłyszał na to odpowiedzi. Poczuł jednak, jak kciuk napiera na jego brodę, rozchylił usta zgodnie z rozkazem, oddychając płytko i nie myśląc całkowicie.

.

.

Cisza... Nic nie dochodziło zza okien, nigdzie nie grała muzyka, żadnego huku, nawet kroków. Rod leżał zwinięty z głową w dłoniach, z zamkniętymi oczyma, próbując się uspokoić po tym wszystkim, co przeszedł po raz kolejny. Dochodził go delikatny swąd dymu tytoniowego i choć nie widział ani nie słyszał mężczyzny, wiedział, że Diabeł leży tuż obok niego. Teraz, kiedy już nie odczuwał pragnienia, wracały do niego inne emocje, tym mocniej docierało do głosu obrzydzenie, jakim darzył Richarda, jak i do siebie samego. Nigdy nie powinien się zgodzić. Czuł się tak cholernie pusty, obdarty z godności, czuł jakby się sprzedał.

Ledwo słyszalny dźwięk uderzania o szkło popielniczki, a po jego całym ciele przeszedł dreszcz. Po materiale kanapy przetoczyła się wibracja, kiedy ten drugi się podniósł, po chwili też trącił Rodericha w ramię. Ten nie zareagował, nie odwrócił się do niego ani nie rzekł żadnego słowa, uparcie trwając z zamkniętymi oczyma. Rich warknął gniewnie, złapał arystokratę za ramię i przekręcił w swoim kierunku, po czym jeszcze dla pewności uderzył go w policzek otwartą dłonią. Gospodarzowi zaszumiało w uszach. Bolało. Powoli uchylił powieki, lecz widząc pochylającego się nad nim napastnika ponownie je zamknął. Diabeł chyba się zaśmiał, tak przynajmniej Rod odbierał ten dźwięk.

- Tak mi się odwdzięczasz, mały?

Richard nie był od niego wyższy, ale jego ego przytłaczało Roda na tyle, że użyte określenie było całkiem trafne. Mimo wszystko, jego to zabolało. Nie chciał... nie chciał wchodzić z nim w ogóle w konwersację, a dodatkowe wyzwiska tylko co bardziej go raziły. Może i w neutralnej sytuacji na to słowo by nie zareagował, teraz... nawet to zdawało mu się odrzucające.

- W końcu nie zrobiłem, kurwa, niczego, czego sam byś nie chciał.

Rod zacisnął oczy, wiedząc, że nie było to kłamstwo. W całej tej sytuacji to było właśnie najgorsze. Przyzwolenie. Nie miał pewności, czy gwałt bolałby bardziej, czy właśnie ta zgoda była w nim najbardziej destruktywna.

- Idź już...

Richard roześmiał się głośno, nim ostatecznie wstał i zabrał zapalniczkę ze stołu. Rod ponownie uchylił powieki, by na niego spojrzeć i dostrzec, jak początkowo roześmiana twarz przechodzi znowu wyraz pogardy, kiedy ten spojrzał na niego. Richard miał zbyt podobna twarz do tej Roda, mógłby być delikatnym mężczyzną, ale on wybrał drogę pełną obrzydliwości. Przez ilość nikotyny jego cera nie była aż tak czysta, zdawała się wręcz żółtawa, a oczy też nie błyszczały przyjaźnie, niemal wrogo.

- Znowu to samo, nie? – podjął i zaplótł jeszcze ręce na klatce piersiowej – Chcesz się spotkać, szukasz znajomości. Wpadam ci dać wszystko, czego ty tak naprawdę chcesz, a po tym mnie wypierdalasz za drzwi. Ile to już razy?

Rod powoli usiadł na kanapie i spuścił głowę, nie wiedząc, jak skontrować ten argument. Zawsze, jak go szukał, chciał się po prostu spotkać. I zawsze wychodziło coś, czego tak cholernie żałował, przez co miewał koszmary, czy przez co bał się podejść do kogokolwiek innego, zbliżyć się. Nienawidził go, ale tego też żałował. Nie chciał go nienawidzić, a nie umiał inaczej.

- Nie wiem. – odparł na ostatnie pytanie i podniósł powoli na niego wzrok – Czy tak musi być?

Mężczyzna w bluzie uniósł brew, a na jego twarzy namalował się uśmiech wyższości. Jakieś wiążące poczucie, że nie powinien kontynuować tej rozmowy, że powinien się zamknąć przeszyło jego duszę na wskroś, jednak zaraz za nim pojawił się bunt. Potrzebował wyrzucić to wreszcie z siebie.

- Czemu nie chcesz... wejść na drogę pokoju? Rozmawiać? Wspierać się, być dobrym? – z każdym wyrazem mówił coraz szybciej, po ostatni pytaniu wziął jednak oddech, by choć spróbować się uspokoić – Chciałbym mieć cię przy sobie, nie naprzeciw. Chciałbym...

Zacisnął oczy, czując, że rośnie w jego gardle frustracja, że znów cały się trzęsie. Nie wiedział, czy to, co powie, będzie mieć jakiekolwiek znaczenie, ale takie słowa w jego mniemaniu powinny paść, może by przerwać wreszcie ten koszmar, w jaki sam się wpędził.

- Chciałbym móc cię kochać w pełni, Richardzie. Jesteś moim odwróceniem, to prawda, ale... wciąż w pewnym sensie jesteś mną. Niczym druga połówka tego samego jabłka.

Mężczyzna, który nad nim górował westchnął ciężko i pokręcił głową, lecz po tym pochylił się i złożył na jego ustach słodki pocałunek. Rod mimowolnie oddał czułość, choć niepewność wobec tego zachowania była zbyt wielka, by przybliżyć się jeszcze bardziej, by go objąć, przytulić się, czy też w jakikolwiek inny sposób pokazać mu, że był dla niego ważny. Strach przeplatany z rozkoszą. Odrzucenie, które choć bolało okrutnie, było dla niego jedyną możliwością dla zachowania własnego ja.

Richard zerwał nagle ich kontakt i skierował się od razu do wyjścia, pozostawiając gospodarza ze zwieszoną głową. Sam gość zatrzymał się jeszcze przy framudze, odwracając ku niemu na chwilę.

- Ja tu wrócę. – przekazał mu poważniejszym tonem – I nie myśl, że będę jakiś łaskawszy wtedy.

Rod pozostał sam w środku cichej rezydencji. Nie rozumiał, dlaczego nie potrafił się od niego uwolnić. Dlaczego ten koszmar wciąż trwał.