- Na Boga...! To jakiś żart?

Rod naciągnął ciaśniej kapelusz na oczy, chociaż ten był już całkiem przemoczony, tak jak jego ubranie, tak jak też i wszystko dookoła. Szum deszczu zagłuszał niemal każdy dźwięk, odbijał się echem po kolejnych skałach i wracał do uszu każdej obecnej istoty w tym miejscu, przez co towarzyszący mu mężczyzna najprawdopodobniej pozostał nieświadom tegoż kolejnego jęku rozpaczy.

- Czekaj! - Austriak krzyknął za starszym bratem, a kiedy ten pobiegł dalej i wniknął w otaczającą ich ścianę wody, Rod pomknął za nim i przy pierwszej możliwości złapał go za ramię, uważając, by nie ześlizgnąć się ze skarpy. Sebastian był od niego odrobinę wyższy i nieco silniejszy, złapał go drugą ręką, otaczając ramieniem, aby nie zgubić się przy tak ograniczonej widoczności. Kiwnął głową w konkretnym kierunku, skupiał się na myśleniu taktycznym, nie na otaczającej ich apokalipsie.

- Tam. - rzekł, głos miał średnio niski, podobny do głosu Roda - Za turnią stoi stara chata, zabita deskami od lat. Nie mamy chwilowo wyjścia.

Dwa razy Roderichowi nie trzeba było tego powtarzać, skinął głową i pozwolił się prowadzić przez szarówkę. Każdy z nich był wystarczająco obyty w górach, by wiedzieć, jak stawiać kroki i jakich miejsc unikać, aby poruszać się szybko, jednak blondyn był odrobinę sprawniejszy i Austriak ciągle zostawał nieco z tyłu.

Minęli kilka wystających skał, wysokich na tyle, by można było spokojnie się ich chwycić i wykorzystać jako punkt równowagi. Mimo, że nie było to bezpieczne, to jednak czasem to jeden, to drugi skakali po mokrych i śliskich kamieniach, jeśli ziemia zdawała się zbyt błotnista. Raz nawet Rod poślizgnął się w ziemistej breji, ale złapał od razu równowagę i pomknął dalej, niezrażony tą sytuacją. Chciał, tak jak i brat, wydostać się z tej sytuacji czym prędzej.

Budynek był niewysoki, o ścianach z nagiej cegły i drewnianym, spadzistym dachu. Drzwi, przed którymi faktycznie wbito dwie szerokie deski na krzyż, skrywały się pod zdawkowym daszkiem, tak, że tylko przylgnąwszy do framugi można było się odciąć od ściany wody. I tak, chata była wyraźnie stara, ściany były popękane, większość cegieł była nadkruszona, wokół kłębił się gruz. Podczas gdy Sebastian na sekundę przylgnął do cegieł, by odetchnąć, Rod podszedł po kamiennej ścieżce, rozglądając się po budynku mimo spływających po jego twarzy strumieni wody. A z lekkim przerażeniem musiał przyznać, że faktycznie każde jedno okno było pokryte deskami, drzwi wyglądały na zamknięte od lat i tylko dach wciąż trzymał się dziwnie mocno. Budynek, choć istotnie tu stał i mógłby dać im schronienie, zdawał się nie mieć żadnego otwartego wejścia.

Zduszony głos brata dotarł do niego niewyraźnie, przecinając wszechobecny szum lejącej się wody. Sebastian poruszał ustami, zerkając w stronę Roda spod półprzymkniętych oczu, jednak sens słów ginął w tej niedużej odległości między nimi. Austriak ruszył się i podszedł do brata, jednak poczucie beznadziei nakazało mu poszukać w nim wsparcia. Dlatego też podszedł tym bliżej i objął ciasno Sebastiana, przylegając do jego wciąż pracującej klatki piersiowej. Bawarczyk z wolna objął go rękoma i jakby na chwilę spoczął na nim, rozluźniając się odrobinę. Blondyn miał dużą dłoń, jedną przytrzymywał głowę Roda tak, jakby nie chciał, by ten odszedł, drugą zaś ulokował na jego plecach, jakby chciał go bronić. Powoli, z sekundy na sekundę jego oddech był coraz spokojniejszy, chociaż oczywiście, nie można było go całkiem odzyskać w takich warunkach. Woda wyciągnęła z nich bardzo dużo siły, obaj byli zziębnięci i choć szukali w sobie wsparcia, dotyk przemoczonych ubrań nie był komfortowy.

Wreszcie po kilkunastu oddechach Sebastian poluzował uścisk i rozejrzał się uważnie. Rod wziął kolejny głębszy wdech, nie będąc w stanie wyczuć teraz za wiele. Jego skóra od dłuższego czasu była napięta bardzo mocno, tak aby nie wypuszczać zbyt dużo ciepła, przez co też czucie zostało ograniczone. Ale przez co też ból mógłby odczuwać dwukrotnie mocniej.

- Zaraz znajdę wejście. - rzekł Bastek i chciał już zrobić krok do przodu, jednak Rod przytrzymał go gestem.

- Odpoczywaj. Proszę, wszak ja też mogę poszukać jakiegoś przesmyku.

Zanim blondyn zdążył zaprotestować, Rod się odsunął i poszedł wzdłuż ściany domostwa. Nigdy nie był dobry we włamaniach, czy wychodzeniu z sytuacji kryzysowych (de facto nie miał takich zbyt wiele), jednak tu chodziło o coś w rodzaju dumy. Rod był w tym rodzeństwie młodszy i mimo upływu lat czuł, że brat wciąż próbował się nim opiekować, sprawować pieczę, traktował go momentami jakby ten nadal był dzieckiem. Oczywiście, Sebastian był silniejszy i bardziej przystosowany do pracy fizycznej, zaś Austriak lepiej sprawdzał się za biurkiem albo przy fortepianie, ale to nie oznaczało, że przez całe długie życie Rod powinien znajdować się pod skrzydłami braciszka.

Za rogiem chata wcale nie wyglądała lepiej, jednak dało się zauważyć, że ściany tutaj były bardziej popękane. Budynek definitywnie groził zawaleniem, a jednak miał być dla nich ratunkiem, co na swój sposób można by odbierać jako ironię losu. Można by, gdyby nie było się zziębniętym, przemoczonym Austriakiem na środku hali górskiej bez innej opcji schronienia. Przy jednym z okien ten tragiczny stan konstrukcji dawał pewną nadzieję, bowiem przez lekkie osunięcie ściany deska z okiennicy nieco odstawała, a gwóźdź zdążył wypaść i skryć się w trawie.

Wiele do myślenia nie było, nie w tej sytuacji. Spływająca woda, utrudniająca widzenie, okoliczne grzmoty, napięcie ciała i naprawdę paskudne samopoczucie wyłączyły u Austriaka głębszą dywagację nad sytuacją, pozwalając, by desperacja sama mogła go prowadzić. Rod podszedł do desek i złapał za nie, ciągnąc, raz, drugi. Górna deska co prawda lekko pękła, jednak zamiast ustąpić tylko się odginała. Austriak niewiele mógł zdziałać, nawet jeśli bardzo próbował. Sapnął wściekle, czując pieczenie na palcach, pociągnął jednak po raz ostatni. Nic. Zdzierał tylko naskórek. Zrezygnowany zerknął w kierunku skąd przyszedł; Sebastian mimo prośby podążył za nim i choć paskudne poczucie, że Rod znów sobie nie mógł poradzić, dawało się we znaki, był wdzięczny bratu za jego obecność. Po chwili już obaj mocowali się z deskami i mimo wyczerpania, szarpnięcie po szarpnięciu, otwierali kolejne fragmenty okna. Wejście, choć mocno niezachęcające, stało się dostępne.

Roderich wszedł jako pierwszy, zataczając się lekko wzniósł ręce do góry, w stronę zakurzonego stropu i jął dziękować w eter za możliwość schronienia. Bawarczyk wtoczył się za nim, jednak w przeciwieństwie do brata on od razu uwalił się na podłodze, także pełnej pyłu, brudu i tynku, co jednak blondynowi nie wadziło. Rod się nie odważył kłaść; mimo zmęczenia i drżących kończyn, otoczenie wyjątkowo go nie zachęcało.

Zdjąwszy okulary zaczął się rozglądać, nie było to szczególnie trudne biorąc pod uwagę fakt, że tak naprawdę nie miał wady wzroku. Znajdowali się w pomieszczeniu, które kiedyś musiało być izbą główną. Przy jednej ścianie łatwo było wyróżnić szyb kominowy oraz ulokowane w nim palenisko, poza tym pod fragmentami farby i otynkowania wyróżniała się bardzo stara, zniszczona kanapa, chyba niegdyś koloru zielonego. Mebel pod ścianą ciężko określić, bowiem z szafy bądź regału pozostało tylko pudło bez drzwiczek, a w stercie na środku, z której wystawał bodaj stół, ciężko było cokolwiek znaleźć. Po dłuższej chwili Rod zlokalizował rzucony w kąt drewniany stołek, który po podniesieniu nawet się nie rozleciał. Naturalnie, wyjął chusteczkę, by go wytrzeć z kurzu (chusteczka też była przemoczona, choć w tej sytuacji to był jeden, jedyny plus tej ulewy), a dopiero postawiwszy go mógł na nim usiąść. Czy raczej, opaść na niego, ponieważ i byłego arystokratę siły znacznie opuszczały, natomiast ból napiętych mięśni odezwał się dopiero, kiedy Austriak faktycznie odetchnął głęboko. Bawarczyk leżał cały czas, spod lekko przymkniętych powiek obserwując poczynania brata i oddychając raz po raz jeszcze głębiej, chociaż już nie sapiąc przeraźliwie.

- Uratowani? - Sebastian mruknął i nawet uśmiechnął się do Roda.

Ten jednak wypuścił powoli powietrze, jakby w powątpiewaniu.

- Możliwe. Deszcz jeszcze nie przechodzi.

Austriak wiedział, że nie brzmiał przekonująco, chociaż Bawarczyk próbował go podnieść na duchu. Obaj wiedzieli, że z pogodą tego kalibru nie było żartów, podobnie jak z upływającym czasem.

- Jeśli ten deszcz szybko nie przejdzie, będziemy musieli tutaj spędzić noc...- Sebastian wypowiedział tę myśl już bardziej do siebie, patrząc po prostu w ścianę. Nie podobała mu się ta wizja, ale była bezpieczniejsza od przedzierania się przez strugi wody.

Stwierdzenie to zawisło na kilka sekund między nimi.

- Jesteś pewny? - Rod zagadnął, rozcierając sobie ramiona, zaraz też ich spojrzenia się spotkały. Blondyn miał lekko zmarszczone brwi, jakby nie wiedział, co Rod chciał przez to powiedzieć.

- Mamy do domu niecałą godzinę. Jeśli tylko pogoda choć trochę się uspokoi, będziemy mogli ruszać. - Sebastian jednak pokręcił głową, a kolejno powoli się podniósł i usiadł, biorąc jeszcze jeden, głęboki wdech. Deszcz nie ustawał.

- Spływająca woda będzie sprawiać, że ziemia może nam spływać spod butów. Poza tym jest późno, za niedługo się ściemni.

Rod potrząsnął głową, wizja spędzania nocy w tej ruinie, z pewnością zdominowanej przez robactwo i być może gryzonie, nie podobała mu się w ani jednym procencie. Nawet zastanawiał się, czy by nie wolał przesiedzieć całej zimnej nocy w deszczu, choć ostatecznie może nie było to najlepszym pomysłem. Tutaj przynajmniej panował względny spokój.

- Przypominają mi się dawne czasy - rzekł nagle starszy z braci, tęsknie, przeniósłszy spojrzenie na to jedyne okno, które wyłamali. Nagle sylwetka mężczyzny zdała się jakby mniejsza, ta specyficzna aura silnego psychicznie człowieka rozmyła się na rzecz kogoś innego, na rzecz kogoś, kto siedzi przy ogniu i wspomina, jak Rod po prostu mógł ocenić. Sebastian nie był marzycielem, nie pasował na taki typ, ale też nie był na tyle stary, by dawać złudzenie zmęczonego rodzica, który tęskni za dawnymi czasami. Nawet jeśli obaj mieli po ponad tysiącu lat i sporo chwil, które były dla nich istotne, a które już nie wrócą.

Bastek po prostu nie pasował mu na kogoś, kto by tęsknił za czymś więcej, niż za większą ilością piwa.

Jednak też Rod doskonale wiedział o czym Sebastian mówił, o jakich „dawnych czasach", wszak było to coś naprawdę trudnego do zapomnienia. Przygryzł na chwilę wargę i zwiesił nieco głowę, nie do końca wiedząc, od której strony poruszyć ten temat, skoro tamtemu już się na niego zebrało. Nie poruszali go często, bowiem sam temat był śliski obecnie nawet bardziej od skóry każdego z przemoczonych braci.

- Teraz już nie możesz próbować uczyć mnie życia - skontrował wreszcie i zerknął na blondyna, siląc się na przyjazny, żartobliwy ton. W obecnej sytuacji niezbyt mu to wychodziło.

- Wiesz, że nie o tym mówię. - Bastek rzucił jakby od niechcenia.

Blondyn energicznym gestem zdjął kurtkę, którą to zrolował i podłożył sobie pod głowę, kładąc się znowu. Roderich zerwał kontakt wzrokowy, wstał całkiem ze stołka i podszedł do okna. Nie był w stanie spojrzeć na Sebastiana, kiedy ten nawiązywał do ich bujnej, wspólnej przeszłości. Poza tym Sebastian pozostawił to tak straszliwie niedopowiedziane, jakby chciał zaraz kontynuować, stąd Rod nie chciał się wtrącać mu wypowiedź. Ale zamiast słów brata słyszał tylko ulewę za oknem, krople uderzające o trawę, o nagie kamienie i sięgającą aż po następne kilka szczytów, jakie miał w zasięgu wzroku. Horyzont był wolny od deszczu i nawet chmur, widać było granicę burzy. Niestety, w wysokich górach to było normalne.

Temat wisiał w powietrzu nie poprawiając nastroju. Rod chciał, aby Bastek go rozwinął, jednak on jak na złość milczał, leżał z zamkniętymi oczyma. Kiedy Austriak spojrzał na brata, odniósł wrażenie, że jego poruszona kwestia przestała już nękać, teraz jednak Roderichowi ona nie dawała spokoju. Walczył ze sobą, nie chciał o tym mówić, nie chciał w takiej sytuacji tego rozgrzebywać. Mieli dość stresu. Byli w obcym miejscu, doszczętnie zrujnowanym, brudnym, wokół szalał deszcz, nadchodziła noc, oni byli przemoczeni i zziębnięci, do tego bez jedzenia i z niewielkimi butelkami wody w rezerwie. Ale temat naciskał niczym cierń w duszy Austriaka.

Aż ten wreszcie pękł, odwracając się do brata.

- Właśnie nie wiem, Basti. - rzekł, na szczęście nieprzesadnie cierpkim tonem. - Nie wiem, czy mówisz o tym, kiedy razem budowaliśmy dom? Czy o tym, kiedy razem jeździliśmy na polowania, kiedy zakładaliśmy pierwszą hodowlę albo kiedy, mimo wszystko, pomagałeś mi stworzyć własne państwo? Kiedy broniłeś mnie przed zagrożeniem, a ja starałem się dorównać ci w walce? Czy kiedy po tych wszystkich ciężkich dniach, jako nastoletni chłopcy uprawialiśmy wielokrotnie gorący seks?

Ostatnie pytanie wciąż najtrudniej przechodziło mu przez gardło, a on sam potrząsnął głową zaraz po wypowiedzeniu jej. Jego brat się uśmiechał pod nosem, tak jakby te wszystkie wątki przyprawiały go o uczucie błogości, podczas gdy Rod czuł wstyd przed tą prawdą.

- Nie żałuję żadnego z tych dni - zapewnił po chwili Austriak, zmuszając się, by spojrzeć na Bawarczyka. - Ale czasy się zmieniły, moralność też się zmieniła. Czasami nawet najlepsze karty historii powinniśmy pozostawić w archiwach.

- Wyrosłeś na wspaniałego faceta... - odparł Sebastian, raczej niewiele myśląc, a po prostu przyglądając się Austriakowi.

Ten z resztą też nie pozostał mu dłużny, jednak Rod podniósł brew w geście powątpiewania co do rzetelności Bastkowej odpowiedzi. Nie tego oczekiwał, stąd prychnął tylko.

- A ty na kompletnego prostaka. - burknął ostatecznie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, patrząc znów w deszcz. Ze strony brata dobiegł go tylko zdawkowy śmiech, który jednak i jemu na chwilę przyprawił uśmieszek. Bo mimo upływu tylu setek lat Rod wciąż kochał Sebastiana, tak jak powinien kochać rodzinę. Którą nawet nie wiadomo, czy na pewno byli.

- Dlaczego właściwie mówisz o moralności? - zapytał Bastek po chwili milczenia. - Przecież z tobą było tak samo, jak ze mną. Pojawiłeś się. Pewnego dnia po prostu przyszedłeś do nas, do domu Germanii, a on wziął cię pod swój dach, mówiąc, że jesteś jego kolejnym synem.

Rod wziął głęboki oddech, nie chciał wspominać „ojca", do którego nie umiał mieć szacunku. Germania był straszny w jego mniemaniu. Choć może po prostu był surowy, a Rod naprawdę nie nadawał się na wojownika już od małego dziecka. Po prostu kiedy był mniejszy, wierzył inaczej, później pojął swój błąd.

- Podajemy się za braci, niezależnie od tego, czy łączy nas krew - Austriak odparł dość szybko, wracając spojrzeniem do Bastka. - Niegdyś na to nie patrzono z wyrzutem, ba... Habsburgowie sami żenili się w rodzeństwie. Może i przez to sam nie miałem zahamowań, by wraz z tobą ukrywać się po mało uczęszczanych komnatach lub w twoim domu.

Samo wspomnienie tego, jak ulatniali się pod pretekstem ćwiczeń szermierki bądź złego samopoczucia, budziło w nim mieszane uczucia. Bowiem, tak, podobało mu się wtedy i chciał tej relacji, jednak po latach dostrzegł, jak niepoprawna była ta cielesność. Udało mu się utrzymać kontakt wzrokowy; brat go słuchał z uwagą, nie uśmiechał się i nie pobłażał mu teraz, co tylko bardziej Austriaka cieszyło.

- Teraz to już uchodzi za niemoralne, a skoro jesteśmy braćmi, bądźmy nimi do końca. Wspierajmy się, jak na braci przystało.

- Więc skreśliłeś mnie w dużej mierze przez "co ludzie powiedzą"?

Rod wyjaśniał swoje stanowisko spokojnie, Bastek też zadał pytanie spokojnie. Tylko Rod nie odebrał tego ze spokojem, bo najpierw się wystraszył, a potem zaczął intensywniej myśleć, jak lepiej przedstawić to, co czuł.

- Posłuchaj... - zaczął, zbierając myśli na nowo. Urwał jednak na dłużej, kiedy wydało mu się, jakoby w tle pomiędzy przecierającym się deszczem a świstem wiatru usłyszał stary dzwonek, choć czy to możliwe? Nie... zapewne musiało mu się wydawać.

- Lubię twój dotyk - podjął Austriak. - Lubię, kiedy jesteś blisko, kiedy mnie obejmujesz, kiedy próbujesz mnie wesprzeć. Jednak jeśli jest to złe, to nie chcę tego, wszak...

Urwał znów, Sebastian też podniósł się żywiej. Dźwięk dzwonków, jakie zazwyczaj przymocowuje się bydłu na obrożach, wzmógł się i z pewnością nie był omamem, o który można by posądzić dwóch zmęczonych mężczyzn, tak jak rytmiczne uderzanie bicza, jakie zaczynało przecinać eter. Roderich zbladł. Sebastian także spiął się wyraźnie i zaraz wstał, ścierając niedbale zwały pyłu, które do niego przylgnęły.

- Do piwnicy.

Polecenie, krótkie i treściwe, choć wywołało w Austriaku mieszane uczucia, to jednak stanowczość Bastka zmotywowała go do podążenia za nim. Bawarczyk chwycił za klapę w podłodze, której Rod wcześniej nie zauważył, a przez szarpnięcie właz ustąpił. Dźwięk dzwoneczków nasilał się. Wtem szum burzy przeciął nagle straszliwy, męski ryk, aż obu mężczyzn przeszły dreszcze. Z piwnicy ziała ciemność, a prowadziła tam jedna drabina, po której Sebastian śmignął, tak że tylko jego blond czupryna była widoczna. Rod o wiele mniej pewnie złapał za drążki i postawił pierwszy, a potem każdy kolejny krok w dół, ku ciemności. Ostatkiem woli złapał tylko za dolną obręcz w klapie i zatrzasnął ją za sobą. Zatopili się w ciemności i w serii przytłumionych dźwięków, niczym w jakiejś puszce. Szczebel. I jeszcze jeden. I jeszcze. Rod po omacku dołączył do brata, kierując się za dźwiękiem jego oddechu.

- Światło... - cicho sapnął i już zaczął obmacywać własne kieszenie.

- Nie. – Bastek położył mu dłoń na ręku – Może przebijać...

Trzask. Na górze osunęła się masa gruzu, spadając na podłogę. Ciche warknięcie i potem cisza. Potem kroki ciężkich butów. Rod złapał brata za ramię, drugą rękę przyciskając do ust, aby nie pisnąć chociażby jednej głoski, Bastek też złapał go i objął szczelnie, tuląc mu głowę do ramienia. Obaj się trzęśli. Gdzieś wokół słychać było chrobotanie, jednak ich uwaga skupiona była na wyraźnych już dzwonkach pasterskich, całkiem jakby stadko krów stało tuż pod drzwiami. Raz po raz słychać było pociągłe szuranie, ale żadne zwierzę nie wydawało odgłosów. Poza tym jednym chyba-człowiekiem, który krążył po parterze. Kroki, powolne i ciężkie, sugerowały u niego okrutne zmęczenie. Coś stuknęło pojedynczo, a on warknął znów, teraz na wpół wilczo.

Po chwili przystanął tuż nad klapą, która aż drgnęła. Bastek patrzył pusto w punkt, z którego przyszli, w sekundę później jednak Rod głucho pisnął, napinając się, a zaraz po tym Bawarczyk poczuł, że coś otarło się o jego łydkę. Szczury, tyle zdążył pomyśleć blondyn, nim ciało Austriaka zwiotczało, a on musiał łapać brata, by nie osunął się na podłogę. Bastek zacisnął zęby i podtrzymał ciało okularnika, podczas gdy nad nim rozległ się rozdzierający, brzęczący w uszach ryk istoty niekoniecznie ludzkiej. Ryk tak donośny, że mógłby budzić zmarłych i tak przeraźliwy, że wypełniłby niejeden koszmarny sen. Pociągły, o wzniosłym i gwałtownym początku oraz wygasającym końcu.

Kroki jednak się oddaliły od klapy. Blondyn dawno nie czuł takiej ulgi. Przycisnął do siebie jedynie brata i czekał, jednak kroków nie było, a dzwonki powoli się oddalały. Nawet deszczu słychać było mniej. Szczur gdzieś pobiegł i nie było słychać po nim śladu, wiatr zaszumiał na górze, a później znów powróciła cisza. Dzwoneczki, które stopniowo się oddalały, także po pewnym czasie zamilkły.

Drabina stała tam, gdzie wcześniej, nic jej nie naruszyło, choć Sebastian dopiero teraz wyczuł, że jest ona rozklekotana i może się zarwać w każdej chwili. Na chwilę ułożył Rodericha pod nią, po czym sam wskoczył na szczeble i podszedł, by otworzyć klapę na oścież. Nikogo wokół nie było, acz jedna z zewnętrznych ścian była zniszczona, jakby wdarł się tędy jakiś duży niedźwiedź.

Blondyn zeskoczył jeszcze i ujął szczupłego Austriaka, po czym, przerzuciwszy go sobie przez ramię wniósł go, powoli i ostrożnie, na górę i ułożył na podłodze, w miejscu, gdzie sam wcześniej leżał. Deszcz zelżał wyraźnie, noc, którą poprzedzał obecnie jeszcze ostatni blask nieba, zdawała się zapowiadać na o wiele cichszą. Było mu zimno, bał się, nawet panikował, przez co łapał się na myśleniu, czy wracać po nocy po górach czy jednak, co rozsądniejsze, przeczekać do rana. Rod leżał tak dziwnie spokojnie, biorąc pod uwagę jego wcześniejszą reakcję. Bastek wciąż miał w głowie fakt, że obaj byli o krok od śmierci, lecz jeśli faktycznie przyszłoby co do czego, to właśnie Rod nie miałby zbyt dużych szans na przetrwanie. Nie byli ludźmi, to prawda, byli nieśmiertelni, ale czy ich niewrażliwość na śmierć nie kończy się właśnie w momencie, w którym ich własne mity ich nie atakują? O ile to był mit.

Krótkie spojrzenie na ścianę, Sebastian wciąż nie był pewien, czy to na pewno był Alperer. Czy może to był tylko wściekły niedźwiedź, a te dzwonki, to wytwór jego wyobraźni? Nie zapytał Roda, czy także je słyszał, nie zdążyli porozmawiać. Oblicze ciemnowłosego jednak miało na Bawarczyka kojący wpływ - bardzo powoli, ale jednak nerwy zaczynały go opuszczać. Tylko myśl, że mógł go stracić nie chciała sobie pójść.

Acz teraz byli już bezpieczni, na tyle, na ile można być bezpiecznym w zrujnowanym budynku po zmroku. Sebastian pochylił się i ucałował policzek byłego arystokraty, kolejno pozwolił sobie też ucałować go delikatnie w usta. Nie mógł pozwolić, by cokolwiek skrzywdziło tego delikatnego, acz już dojrzałego mężczyznę. Nie cucił go też, choć kiedy Rod się ocknie, będzie mieć mu za złe bycie położonym na pełnej pyłu podłodze. A muszą przeczekać noc, wracanie po ciemku wiązało się z łatwym złamaniem nogi chociażby. Lepiej, żeby Austriak przespał tę noc, niż by miał mu marudzić. Wiedziony tą myślą, Sebastian sam położył się obok niego, by choć trochę móc się zdrzemnąć.