Na Merlina i Morganę, to już piętnaście lat na ffnet...

Po długaśnej przerwie pojawiam się znowu, z tekstem, który jest też publikowany na Mirriel w bardzo podobnej wersji.

Z technikaliów:

Gellert i Dumbledore Bros.; kanon idzie w diabły około szóstego-siódmego tomu. (Ż)aluzje historyczno-polityczne. Sporo magii, również krwawej i paskudnej.

Aluzje do „Zwierząt", acz bez większej kanonicznej zgodności. Nie jestem w stanie złożyć bohaterów tych filmów w jakąś sensowną psychologicznie całość, szczerze mówiąc, a tym bardziej wpasować całości w kanon.

Na razie T, potem wyżej, ze względu na czarną magię tudzież działania wojenne. Bez anatomicznie opisywanych momentów i lania krwi wiadrami.

Z rozważań światotwórczych:

Zastanowiło mnie kiedyś, jak dziwne jest zamknięcie Gellerta w jego własnym zamku. OK, zabijanie czarnych panów jest, jak wiadomo z każdej lektury fantasy, mało skuteczne. Trzeba, jak Rasputina, kilka razy... A uwięzienie drania w jego własnej wieży to taki śliczny PR dla ludu – niech wredota ma, co innym szykował. Cudne i pedagogiczne. Ale. Rozsądne. To. Nie. Jest. Toż jeno skończony idiota nie wbudowałby tam niespodzianek na wypadek wypadku. Chyba, że Gellert odstawiał późnego Hitlera, ergo nie kontaktował z rzeczywistością. Choć wtedy, mimo wszystko, trzeba było Avadą w serce, spalić i prochy rozsypać.

Koniec końców doszłam do wniosku, że cały kanon cierpi na rozdwojenie jaźni – albo baśń, gdzie mamy młodego bohatera (Harry/Newt), mentora, który pomaga, ale sprawy nie załatwia, choć niby jest taki potężny (Albus) i złego złola (Gellert / Tom). Albo polit-fantasy, z Ministerstwem i jego stalinowskimi metodami, rasizmem, paskudnymi więzieniami itepe. „Realizm magiczny", jak się patrzy.

I spróbowałam iść tą drugą drogą.

Gellert postanawia naprawić stare błędy. Radykalnie. I jak to bywa, natychmiast mamy SNAFU (situation normal, all f... up).

Dość trucia, niech się dzieło broni samo.

Rozdział 1

O tym, że czarnoksiężnik i bez różdżki pozostaje czarnoksiężnikiem i o tym, że niektórzy żałują za grzechy w oryginalny sposób

Puisque les destins sont les mêmes

Que tous les chemins nous ramènent

À l'aube d'un nouveau départ

On n'apprend rien de nos erreurs

À moins de s'y bruler le cœur

Je suivrai les routes ou l'on s'égare

Comme on dresse un étendard

A corps perdu, ivre et sans fard

Pour n'être plus le pantin d'un espoir

Et si la vie n'est qu'une cause perdue

Mon âme est libre d'y avoir enfin cru

À corps perdu

À corps perdu

À corps perdu j'écrirai mon histoire

Je ne serai plus le pantin du hasard

Si toutes les vies sont des causes perdues

Les hommes meurent de n'avoir jamais cru

De n'avoir pas vécu ivres et sans fard

Soldats vaincus pour une guerre sans victoire

Et si ma vie n'est qu'une cause perdue

Je partirai libre d'y avoir au moins cru

À corps perdu

À corps perdu...

Grégory Lemarchal, À corps perdu

(tłumaczenie na końcu odcinka)

Kiedy zatrzasnęły się za nim wrota Nurmengardu, runął na łóżko i spał przez tydzień, wycieńczony wojną i magią. Potem chciał uciec, mógłby przecież, na wszystkie dzieci Lokiego! Czy oni naprawdę myśleli, że da się go uwięzić w jego własnym zamku? Nurmengard był twierdzą, nie tylko więzieniem, jak wrzeszczała wroga propaganda. Jego twierdzą, częścią jego magii. Nurmengard istniał by go ocalić, nie uwięzić. Ale Gellert był wciąż zbyt słaby, rozdygotany magicznie, ranny, więc nie zbiegł. Czekał, ćwiczył, czytał i czekał. Wiedział, że uwaga zwycięzców wkrótce zwróci się w stronę nowych wyzwań i zagrożeń, a wtedy wystarczy jeden cios, cios w najsłabszy punkt, cios z całej siły, cios szybki jak błyskawica. I kiedy myślał, że jest już gotowy, jego magia zaczynała drżeć, dygotał w gorączce, ręce mu się trzęsły tak, że nie rzuciłby najprostszego zaklęcia. Azadeh, jego kochana, mądra dżinnija, poiła go eliksirami, owijała w wilgotne prześcieradła, mruczała stare, perskie zaklęcia i choroba mijała na kilka tygodni, by znowu uderzyć w środku nocy.

Czekał dalej i czytał, dziwiąc się, jakim był ignorantem. Lektura nie przychodziła mu tak łatwo jak kiedyś, bo prawe oko odmawiało mu posłuszeństwa. Ale czyż oko nie jest ceną za mądrość? Czytał więc i czytał, powoli ale uparcie, czytał i obliczał, by zadać cios, który rozbije twierdze jego wrogów w pył. Czytał Vivianę i Slytherina, a magiczna biblioteka wciąż podsuwała mu nowe księgi. Czytał nocami, bo nie mógł spać. Widział duchy, całe bataliony, dywizje duchów. Duchy jego ludzi, którzy zginęli, bo był zbyt ograniczony, zbyt pyszny, zbyt chciwy. Widział synów, których nie obronił. Widział kraj w ruinie, rozdarty przez zwycięzców, kraj, którego nie ocalił, zajęty pogonią za Insygniami, za szybką władzą, za głupią zemstą. Widział przyjaciela, rannego i zdradzonego, wpatrującego się oszołomionym wzrokiem w martwą siostrę.

I pewnej nocy pojął, że nie wystarczy powrócić. Trzeba czegoś więcej, trzeba naprawić to, co roztrzaskała młodzieńcza porywczość i pycha, i dopiero wtedy będzie mógł zacząć od nowa. Czytał więc i czytał. Wkrótce zauważył, że nieużywana moc rośnie w nim, drży, gotowa wybuchnąć, gdy tylko usta wyszepczą klątwę. Pojął, że to nie rany, nie ślady klątw, ale sama magia, nieużywana i zaniedbywana, a przedtem przez tyle lat zmuszana do nieludzkiego wysiłku, zsyła na niego gorączkę, szarpie jego ciałem, domagając się szacunku i troski. Zwykły użytkownik różdżki mógł całe życie korzystać z magii, nie myśląc o tym, czym ona jest. Potężny czarodziej musiał zatroszczyć się o swój magiczny rdzeń, tak jak wybitny sportowiec musiał dbać o ciało.

Czytał więc księgi mędrców Chin i Japonii, Azteków i Egipcjan, by pojąć, jak czarodzieje kierowali magią w czasach przedróżdżkowych. Azadeh opowiadała mu to, co usłyszała o starożytnej magii od swojej poprzedniej chlebodawczyni, mądrej czarownicy Seglawi. Magia uspokajała się, naginała do jego woli. Był już gotów, żeby...

Nie. Jeszcze nie. Czuł, że czegoś mu brakuje, że powrót skończy się hańbą i klęską, że powtórzy tylko stare błędy.

- Moc – szeptała Azadeh. – Pani Seglawi mówiła, że jeśli posiądzie się moc innego maga i złączy z mocą piramid, to można odczynić wszystko, co się stało. Mówiła, że ludzie boją się czasu, ale czas boi się piramid. Ale przecież nikt nie może odebrać czarodziejowi mocy, prawda? Gdyby to było możliwe, pewnie by ją panu zabrali, Almani*.

W głowie Grindelwalda zaczął kiełkować pewien pomysł. Dlaczego w zasadzie nie można nikomu wydrzeć mocy siłą? Każdy czarodziej przelewa swoją magię w różdżkę przy najprostszym nawet zaklęciu; może jej część zamknąć w dowolnym artefakcie; rozrywa wraz z duszą, tworząc horcrux. Horcrux... Ten głupi chłopak chciał podobno... Na kły Fenrisa, jakie to oczywiste.

- Azadeh – powiedział Gellert – Powiedz mi, czy on tu przyjdzie? Czy będę musiał go szukać?

Dżinnija wyjęła z sakiewki garść piachu i rzuciła go na wiatr. Przez chwilę wpatrywała się w kształt, jaki ziarna utworzyły na dziedzińcu.

- Przyjdzie. – Uśmiechnęła się drapieżnie. – Ale nieprędko.

- Mam czas – odparł spokojnie Grindelwald.

- Ale sam pan nie da rady. Potrzebuje pan jeszcze... To dziwne. – Azadeh pokręciła głową, ponownie rzuciła garstkę piasku w powietrze. – Piasek mówi o mugloach... I drzewo, to samo drzewo dla wszystkich, czy dostrzega pan ten kształt, podobny do liścia?

Grindelwald się zaśmiał. Wiązowy liść. Oczywiście, że Wiąz.

– Bo i było nas trzech, jeden groźniejszy od drugiego, a połączył nas wiąz.

Przygotowywał się na spotkanie z wrogiem, na ostatni i pierwszy pojedynek. Działał powoli i cierpliwie, kształtując ciało, umysł i moc, tak, jak jego przodkowie stawiali gotyckie giganty: dzień po dniu, kamień po kamieniu, rok po roku, dekadę po dekadzie.

Czytał Paracelsusa i Avicennę, czytał Rommla i Guderiana, czytał Einsteina i Hawkinga.

Z czasem, czując jak starość powoli wysysa z niego siły, zaczął wątpić. Może przegrał całe życie, wierząc w drugą szansę, której nikt by mu nigdy nie dał? Ale potem potrząsał głową i ponownie zabierał się do pracy. Szwabowie są najcierpliwszymi z Niemców. Wydzierał magii jej tajemnice, jak jego mugolscy rodacy wydzierali ziemi jej skarby, zmieniał bezkształtną moc w potężne narzędzie tak, jak oni przetapiali bryły rudy w twarde bloki stali, a stal przekuwali w bezlitosne Panzer.

A kiedy wróg zabił Albusa, Gellert zaczął przygotowywać się ze zdwojoną siłą. Zemsta, na której jeszcze nie zakrzepła krew, dodawała mu sił.

I któregoś dnia wróg nadszedł. Przyleciał na miotle, bo, rzecz jasna, do Nurmengardu nie dało się aportować ani zafiukać.

Twierdza ostrzegła go o przybyciu tego podłego gada; Gellert uśmiechał się pod nosem, obserwując, jak Riddle walczy z zaklęciami, broniącymi mu dostępu do wieży.

Jeden gest i biblioteka stała się w spartańsko urządzoną celą, ubrania wyblakły, a sam Grindelwald zmienił w kulawego, niedołężnego starca, podpierającego się zakrzywionym kijem. Niech Riddle myśli, że mu łatwo pójdzie.

- Gdzie Różdżka? – warknął Anglik, nie bawiąc się w żadne uprzejmości.

- Lord Voldemort... – szepnął Gindelwald, pochylając głowę – Ten, który zabił mojego największego wroga. Ten, który uczynił to, co nie leżało w mojej mocy. Największy czarnoksiężnik wszechczasów. Gdybym był młodszy, błagałbym cię, byś mi pozwolił do ciebie dołączyć, Dziedzicu.

Tak, zabrano mu różdżkę. Tak, był starym, jednookim, okaleczonym magiem, znającym dobrze, co to Cruciatus i seria z karabinu. Ale ani wrogowie, ani czas nie odebrali mu jeszcze jego najpotężniejszej broni. Głosu.

- Daj mi Różdżkę! – powtórzył Riddle.

- Gdybym ją miał, nie byłoby mnie tutaj – odparł Gellert, wciąż szepcząc – Ale zabrakło mi przebiegłości i mocy, zaufałem jak głupie dziecko... Ty nie popełniłeś tego błędu, twoja władza rośnie...

Ludzie lubią, gdy prawi im się komplementy, a już dyktatorzy są na nie łasi, jak dzieci na czekoladę. Zwłaszcza tacy, którzy za chwilę mają upaść. Hochmut kommt vor dem Fall**. Ego Riddle'a mruczało jak głaskany kot. Sam szalony Grindelwald uznawał jego wyższość, jego sława dotarła nawet za mury Nurmengardu.

- Powiem ci, gdzie ona jest, ale obiecaj mi jedno.

- Śmiesz czegoś ode mnie żądać?! – Riddle podniósł różdżkę.

O, ktoś jeszcze nie przywykł do odzyskanej władzy, lubi się obnosić ze swoją potęgą, jak nuworysz ze swoimi pieniędzmi.

- Zniszcz to, co on kochał – syknął Gellert – Wszystko.

Riddle spojrzał na niego podejrzliwie.

- Byliście przecież... przyjaciółmi, czyż nie?

Gellert skrzywił się z obrzydzeniem.

- A na cóż mi wrogowie, gdy mam takich przyjaciół? – parsknął – Tchórz, który nie rozumiał istoty władzy i potęgi, który strzelił mi w plecy...

Jaszczurczy pysk Anglika wykrzywił grymas, który miał być chyba uśmiechem.

- Obiecuję.

Gellert powoli, ostrożnie zrobił krok w kierunku Riddle'a.

- Ona... Ona jest ukryta, nigdy jej nie znaleźli – zaczął powoli – Zresztą w dłoniach tych scharłaczonych, zeszlamionych dyletantów nie mogłaby pokazać, na co ją stać. Ale te dłonie... – Wskazał na długie, białe palce Riddle'a. – W połączeniu z takim umysłem... O, gdybym był młodszy i mógł doczekać twego i jej triumfu...

- Gdzie ją ukryłeś? – zapytał Riddle już łagodniejszym tonem.

- Musisz się udać do Ulm. To niedaleko stąd – zaczął wyjaśniać Gellert konspiracyjnym szeptem, jakby zdradzał dziecięcy sekret koledze z dormitorium. Riddle, zaciekawiony, pochylił się w jego stronę.

- I odnaleźć trzech chłopców. Pierwszy... – Grindelwald podszedł jeszcze bliżej do swojego rozmówcy. - Pierwszemu dano na imię... Geer hardt – szepnął, zręcznym chwytem wykręcając różdżkę z ręki Riddle'a. Wypowiedział do zaklęcie, gdy cisówka jeszcze wirowała mu między palcami, zanim zdążył ją porządnie uchwycić. Każdy nauczyciel zaklęć palnąłby mu kazanie na temat podstawowych zasad bezpieczeństwa i postraszył utratą co najmniej palca, ale Gellert rzucał już zaklęcia, gdy był ranny, galopując na koniu, strzelając drugą ręką z mugolskiej broni, pod wodą... I wciąż miał aż osiem palców. Zaklęcie błysnęło, świsnęło i Riddle zawisł na ścianie, jak motyl na szpilce. Różdżka, wstrząśnięta potężnym strumieniem magii potoczyła się po podłodze. Gellert nonszalancko podrzucił ją zgrabnym ruchem stopy i złapał ją, gdy wirowała w powietrzu. Grało się przecież kiedyś w zośkę z bękartami mugolskich cwaniaków; prababcia Ludwika jakoś nie pytała go, gdzie się fiuka i po co, byle się na kolację nie spóźnił. Czego się zresztą miała obawiać? W końcu nie wychodził z jej dworu bez biesa.

- Geer hardt, czyli „ostra włócznia" – kontynuował ze spokojem – Z węgierska Gellert.

Riddle szarpał się, próbując przerwać zaklęcie.

- Nie męcz się niepotrzebnie, to nic nie da – mruknął Gellert – Horcruxy zaburzają przepływ magii, bez różdżki możesz jedynie zapalać świeczki i wiązać buty. Tak, wiem, co zrobiłeś. Naprawdę myślałeś, że to taki wielki sekret? – parsknął, widząc zdumienie wroga – Może i jestem jednooki, ale jeszcze całkiem nie oślepłem. Całkiem łatwo poznać, kto je sobie sporządził... Czytałeś Paracelsusa? Nie? A gdybyś przeczytał, to byś wiedział, że horcruxy odciskają piętno na ciele swego stwórcy. Ile ty masz tego paskudztwa? Siedem? – strzelił na ślepo, ale po minie Riddle'a poznał, że dobrze trafił - Wiesz, najchętniej bym cię pokroił, żeby zobaczyć, co ta twoja nekromancja zrobiła ci z organami...

Riddle zasyczał wściekle.

- To, co mówią? – zainteresował się uprzejmie Gellert – Cóż komuś po wieczności w takim ciele?.. Ale o czym to ja mówiłem? – zreflektował się w teatralny sposób – Ulm, urocze szwabskie miasteczko. „Ulm" znaczy „wiąz", Tommy, a wiąz to drzewo śmierci. W Ulm rodzą się ci, których przeznaczeniem jest destrukcja, magia wiązu wplata się im – nam - w umysły, jak korzenie wiązu w ziemię... Ach, tak. O czym to ja mówiłem? Drugiemu chłopcu z Ulm, mugolowi, było na imię Heriwini, z mugolska Erwin. „Heer-Winni", to znaczy „przyjaciel armii", cóż za urocze imię, nieprawdaż? I jakżeż dobrze dobrane. Nie, nie ten Erwin od żywych i jednocześnie martwych kotów – dodał, widząc, że Riddle usiłuje odgadnąć, o kogo może chodzić - Ten Erwin od martwych Tommys***. Tysięcy martwych Tommys... Mnie zadowoli jeden.

Riddle zawył ze złości, szarpnął się, ale zaklęcie trzymało go mocno.

* Niemcu

** Pycha poprzedza upadek, przysłowie niemieckie

*** „Angole"

Gellert bawiłby się tak dłużej, ale porządny szwabski wojownik nie miał w zwyczaju wyżywać się na jeńcach ani męczyć zwierząt, a Riddle wpasowywał się gdzieś pomiędzy te dwie kategorie. No i Albus nie byłby zadowolony z rzeźnickiego pokazu. Poza tym trzeba było oszczędzać moc, bo przecież był jeszcze ten trzeci chłopak z Ulm; nie można narażać się na klęskę dla przelotnych i płochych przyjemności. Zielony strumień płomienia powoli wysunął się z różdżki i zaczął się wić wokół Riddle'a. Anglik szarpnął się, chcąc odsunąć się od ognia. Ale wąż nie był narzędziem tortur, bo cóż komu z cierpienia i tak pokonanego wroga? Nie można niszczyć świata dla chwili sadystycznej satysfakcji. Ognisty wąż tańczył wokół Riddle'a przez jakiś czas, a potem rozdzielił na kilka zielonych kul. Grindelwald uśmiechnął się zadowolony. Zaklęcie działało tak, jak wyliczył. Zamknął oczy, wciągnął w płuca powietrze, prawie poczuł zapach zrytej ziemi, zdeptanej trawy i klątw... Nie, smród płonącego paliwa, prochu, rozgrzanego metalu i palonego mięsa.

- FEUER FREI! * – ryknął. Kule z wizgiem rozpierzchły się na wszystkie strony, zawirowały i wyprysnęły przez okno. Riddle był przerażony. Zrozumiał.

- One... szukają?

- Nie. One już wiedzą – wyjaśnił spokojnie Grindelwald – Lecą do celu prosto jak Avada.

Riddle zadrżał.

- Tommy, bądźże czarnoksiężnikiem, na wszystkie dzieci Lokiego! – warknął Gellert – Rzucała Brunhilda Avadę razy kilka...

Angsthase**. Jak wszyscy sadyści.

- Wiesz – dodał, przywoławszy sobie krzesło – Wziąłbyś przykład ze swoich mugolskich rodaków, którzy...

Riddle w odpowiedzi syknął coś o „szwabskim narodzie, który zawsze zaczyna wojny, ale nigdy ich nie wygrywa".

- Odezwał się ten, który wygrał ich pięć – odparował Gellert ze spokojem. Jeśli ma się przodków ze wszystkich stron świata, można się przyzwyczaić do rasistowsko-historycznych wycieczek rozmówców. I tak redukowano go albo do „czarnucha" – one drop rule*** mocno tkwiła w umysłach amerykańskich mugolaków, albo do „szwabskiej zarazy", albo i do „bestii"... Mógł dać temu bydlakowi lekcję dobrych manier, ale... Dość. Liczy się tylko cel, nie może marnować mocy. Zresztą, wedle obyczaju, skazaniec ma prawo mówić, co mu ślina na język przyniesie, to ostatnia wolność, jaka mu została.

– Na nas przynajmniej trzeba było potężnych armii, a ich krew zabarwiała ocean na czerwono, sam widziałem. Na ciebie wystarczyła jedna smarkata mugolaczka bez różdżki, jak słyszałem. Mugolaczka, Tommy, nikt jej nie nauczył żadnych podłych klątw, nie trzymała rzymskich demonów pod podłogą, mogła tylko nie zejść ci z drogi. I to wystarczyło. Bo widzisz, mugole mają w sobie taką... żarliwość. Jeśli walczą, czynią to z niewyobrażalnym zaangażowaniem. Żaden z naszych nie szedłby godzinami po lesie, w deszczu i ciemności, targając z pięćdziesiąt funtów amunicji na plecach. Żaden nie biegłby pół mili po plaży pod huraganowym ogniem. Przy ich poziomie medycyny, wyobraź to sobie, jak można się w ogóle odważyć iść w bój albo rodzić dzieci? Jak można w ogóle żyć? Przecież to takie bezbronne stworzenia, tak kruche wobec maszyn, które same stworzyły. Gdyby mugole z takim samym zacięciem, z jakim się nawzajem niszczą, zabrali się za budowanie świata, byliby już nam równi. No nie krzyw się tak, Tommy... A my, gdybyśmy zaczęli działać razem, zamiast się mordować, bylibyśmy już bogami.

* gdyby Gellert był generałem, powiedziałby „strzelać bez rozkazu", t.j. wedle własnego uznania; gdyby był poetą to uwalniałby ogień. Co kto woli

** mięczak, cykor

*** czyli jak masz czarnego przodka, to nie zostaniesz uznany za białego, choćbyś był blondynem

Riddle zaczął się trząść; kule klątwy najwyraźniej dotarły już do celu i powoli wypalały jego horcruxy. Gellert wiedział, co się działo; osobowość Anglika zacznała się powoli rozsypywać, ukazując coraz to głębsze warstwy.

Albus pisywał do niego czasem. W listach tych wyrażał pogląd, że Riddle urodził się z uszkodzonym umysłem, że nigdy nic nie czuł, może poza złością. Gellert podejrzewał co innego. To nie była choroba ani aberracja. Riddle był tylko konsekwencją. Podobnie jak jego matka.

Riddle, dzieciak z commons, z lower class, patrzący z zazdrością na eleganckie automobile, wiedzący, że może zostać najwyżej szoferem jednego z nich. Gapiący się z chciwością na sklepy pełne zabawek i słodyczy, których nie mógł sobie kupić. Znajda, bastard, a więc dziecko zdziry i sukinsyna pozbawionego honoru, który zrobił dziecko, ale żenić się nie chciał. Albo i dziecko bydlaka, który zgwałcił służącą, a potem wyrzucił „dziewuchę o tak złej opinii" na bruk. Cóż w tym dziwnego, że Riddle żywił nienawiść do świata, który miał mu do zaoferowania jedynie harówkę, biedę i pogardę? Gdyby nie miał mocy i był słaby, pewnie wyżywałby się na tanich dziwkach albo tłukł własne dzieci; może odurzałby się alkoholem albo religią. Ale Riddle miał magię i chciał jej użyć, by stać się kimś, a świat nauczył go, że „ktoś", to osoba, która może bić i poniżać innych, że władza to tylko nadużywanie władzy i kaprysy tyrana. Co innego mógł mu pokazać mugolski świat, ze swoim rasizmem, pogardą wobec kobiet, żyłowaniem robotników? Świat, gdzie krnąbrne dzieci pozbawiało się kolacji i chłostało rózgą? Świat magii nie nauczył go zresztą niczego lepszego. Gellert wyobraził sobie, jak mały Riddle z entuzjazmem wkracza w progi Hogwartu, dumny i szczęśliwy, że wreszcie znalazł swoje miejsce, tylko po to, by się przekonać, że jest nikim, sierotą bez nazwiska, bez historii, brudną krwią. Cóż miał więc robić? Uczył się, pracował ciężej niż inni, szukał sobie popleczników, a za zniewagi się mścił. Tylko jako silny i bezwzględny czarodziej miał szansę stać się czymś więcej niż ministerialnym popychadłem, spędzającym życie w biurze bez okien.

A Riddle był silny, nienawidził i się mścił. Na mugolach za odrzucenie. Na mugolakach za to, że przypominali mu własne początki. A czystokrwistymi wycierał sobie buty, tak jak oni chcieli to kiedyś zrobić z nim.

Dodajmy do tego, że Riddle miał bardzo wcześnie odkryć swoją magię, czyli dziwactwo, nieposłuszeństwo, chorobę, zło, grzech. Ciekawe, ile razy koledzy go stłukli albo wyśmiali, bo znowu „to" się stało. Dostawał pewnie w skórę do czasu, gdy opanował magię na tyle, by siać nią strach. Ciekawe, czy kandydaci na rodziców nie odwracali się od niego ze wstrętem i przerażeniem, gdy „coś dziwnego" zdarzyło się w ich obecności. Grindelwald miał wielu zwolenników mugolskiego pochodzenia i wiedział, jak to jest samemu odkrywać magię, czuć na przemian fascynację i panikę, dumę i zagubienie. Być bezsilnym i bezradnym wobec czegoś, co mugole próbowali leczyć bromem albo batem. Być opętanym dziwadłem. A czarodziejski świat na to patrzył i milczał!

A strach przed śmiercią? Ile ten smarkacz miał lat, gdy kochani nauczyciele odsyłali go na wakacje do bombardowanego Londynu? Nawet dorośli czarodzieje, dumni ze swej mocy, wyli ze strachu, jeśli znaleźli się zbyt blisko mugolskiej wojny i nie mogli się deportować. No i śmierć jego matki. Mugolacy zachłystywali się mocą i jej możliwościami, a potem z przerażeniem odkrywali, że magia nie rozwiązuje wszystkich problemów, że czarodzieje też często umierają młodo. Grindelwald widział to nieraz, ten moment pełen niedowierzania i panicznego zdumienia, gdy mugolska kula, gdy choroba, gdy cios noża okazywały się silniejsze niż cała magia świata.

Zresztą, jak musi czuć się człowiek, gdy widzi, że zwykła mugolaczka umiera, by dać synowi choć minutę, podczas gdy jego własna matka, potomkini Slytherina, nie miała ochoty dla niego żyć? Merope wolała zdechnąć w mugolskim szpitalu dla biedoty, zdechnąć z miłości do człowieka, który wyrzucił ją na ulicę. Nie chciało się jej nawet przejść na magiczną stronę Londynu, gdzie by ją pewnie uratowano albo chociaż zapewniono jej dziecku lepsze życie, gdzie ktoś poprowadziłby moc Toma od początku, oszczędzając mu strachu, wstydu i bólu.

Na wszystkie wilki Ragnaröku, Merope nie była byle charłaczką. Niejeden zamożny czarodziej by się z nią ożenił i płaciłby na jej syna, byle tylko urodziła mu dziedziców Slytherina. Mogła uratować Toma choćby i w ten sposób; Gellert na jej miejscu by się nie wahał, wytarłby podłogę honorem, dumą i tymi wszystkimi bzdurami, byle tylko jego synowie mieli dobre życie.

Riddle nie był już Voldemortem, ta jego część spłonęła w magicznym ogniu. Był małym chłopcem, patrzącym smutnym, głodnym wzrokiem, jak przyszli mama i tata wybierają inne dziecko. Normalne. Przymilne. A i ten Riddle miał wkrótce zniknąć, odsłaniając niemowlę, które nie płakało, choć było mu zimno i samotnie. Przecież i tak nikt by nie przyszedł, panie w sierocińcu były tak zabiegane, niechcianych dzieci było zawsze zbyt wiele, węgla i chleba zawsze zbyt mało...

I nikogo to nie obchodziło. Albus przyszedł za późno, i tylko po to, by postraszyć dzieciaka. Albus umiał sprawić, by ludzie szli za nim pod Avady – ale tylko ci, którzy i tak już podzielali jego poglądy. Nie potrafił zachęcić, zafascynować, przekonać pozostałych. A przecież miał te dzieci w swoich rękach przez prawie cały czas! Ale nie, wolał faworyzować swoich, pogłębiać podziały, myśląc, że tak jest lepiej. Nie było. Mógł wygrać Merope, mógł wygrać jej syna i połowę magicznej arystokracji. Przegrał nawet jeśli wygrał tę wojnę. I uczynił zbyt mało, by nie doszło do następnej.

Grindelwald podszedł do Riddle'a, wpatrując się w smutne oczy dziecka.

- Thomas – szepnął – Przysięgam, to się nie powtórzy, nigdy więcej. Jest jeszcze trzeci chłopak z Ulm.

A przepowiednię o chłopcu, który się urodzi pod koniec siódmego miesiąca, można zinterpretować mniej dosłownie. Po to też był i będzie ostatni dzień lipca. A potem dwudziesty lipca. Wysadzimy ten podły świat powietrze, niech się rozpadnie w drzazgi. A jeśli to nie pomoże, wysadzimy go raz jeszcze, do skutku.

Magia wibrowała; czar maskujący spadł i z Gellerta, i z biblioteki, ale Riddle już tego nie zauważył. Nie widział też ognistych kul, gdy te powróciły do Nurmengardu, niosąc magię wydartą horcruxom. Gellert po kolei dotykał każdej z kul różdżką, która wsysała je na powrót wraz z mocą.

- Horcruxy zaburzają strukturę magii – powiedział Gellert do siebie, bo Riddle i tak nie mógł go już zrozumieć – Tak, że można ją odłączyć od ciała, gdy czarodziej umiera.

Oczy Anglika zgasły. Grindelwald pochylił głowę i trzasnął z mugolska obcasami. Nie z szacunku dla Voldemorta ale dla małego Toma i tego, kim Tom mógłby... może się stać.

- Azadeh – powiedział – Chodźmy.

Dżinnija już na niego czekała.

- Nie, Almani – odparła – Musi pan iść sam. Ale przecież nie tak! Do mugolskiego miasta, w tym stroju?

- Nie znam się na współczesnej modzie.

Dżinnija machnęła ręką.

- Od tego to ja tu jestem, Almani. Wybierzemy coś. Proszę się przyjrzeć.

Grindelwald nie miał pojęcia, że biblioteka Nurmengardu potrafiła wyczarować i mugolskie katalogi mody.

- Hugo Boss? – zapytał, zdziwiony – Nie mam zamiaru udawać oficera.

- Od tego czasu rozszerzył ofertę – odparła krótko Azadeh – Myślę, że to byłoby odpowiednie... Nie, ten odcień nie współgra z kolorem pana oczu. Pamięta pan, jak się wiąże krawat, czy ja mam to zrobić?

Nawet pamiętał, zgrabny windsor wyszedł mu już za trzecim razem.

- Tylko proszę – ciągnęła dżinnija – Ostrożnie. Nie tak, jak ostatnim razem, gdy wyciągałam pana spod gruzów, całego postrzelanego... Tam pod Paryżem. Niech się pan już nie włóczy jako niemiecki major, kiedy Amerykanie robią sobie te barbarossy...

- Tylko trzy kule, a i to płytko – parsknął Grindelwald – I tylko trochę tynku, nie żadne gruzy. I pułkownik. I pod Caen, nie pod Paryżem. I to się nazywało „Inwazja". I to była genialna kryjówka, żaden auror nie ośmielił się tam wtedy wściubiać nosa.

- Mogli pana zabić!

- To co, miałem się przebrać za tancerkę z tingel-tangla? – zaśmiał się Grindelwald.

- Ale pułkownik?

- A co, za niska ranga? Miałem samego Lisa udawać? – Gellert kpiąco podniósł brwi. – Myślisz, że wtedy by nie strzelali, tylko grzecznie stanęli w kolejce po autograf?

- Mniemam, że jego próbowaliby złapać żywego, mimo wszystko...

Gellert przewrócił oczami, choć w duchu przyznał jej rację. Im wyższa ranga, tym większa szansa na przeżycie, o ile się nie nadepnie swojemu własnemu władcy na odcisk.

- Przygotuję panu coś na drogę. Lepiej się nie aportować z taką ilością magii. I niech pan omija Frankfurt, tam jest teraz duże lotnisko. Aurorat też proszę zostawić w spokoju, nie czas teraz na...

- A z kim niby mam się rozliczać? – parsknął Gellert – Z prawnukami dawnych wrogów? Tak nisko jeszcze nie upadłem.

- O szaliku niech pan nie zapomni. I do Ulm niech pan nie zagląda, oni mogą...

- Nie po drodze mi.

- I nie lecieć za wysoko, ruch lotniczy jest teraz...

- Azadeh! Dawno skończyłem osiem lat! I sto też! Umiem nawet latać samolotem!

Prawda, był to jeszcze dwupłatowiec, ale zawsze.

- W samochodzie są pieniądze, gdyby pan czegoś potrzebował po mugolskiej stronie.

- Pieniądze?

- Reichsmarki dawno już wyszły z obiegu. Pańskie stare dolary też mogłyby wzbudzić podejrzenia. I proszę nie dyskutować z obcymi. Nigdy nie wiadomo, co zamyśla Aurorat...

- Azadeh...

- I nie...

- Azadeh!

Dżinnija westchnęła.

- Chodźmy już, musi pan jeszcze sprawdzić automobil, ja się na tym nie znam.

Automobil, pyszny, luksusowy kabriolet BMW 337. Grindelwald westchnął, wspominając z rozrzewnieniem czasy, gdy nie kłopotał się otwieraniem drzwi, lecz wskakiwał do środka górą. Trzy-trzy-siedem pachniał skórą, pastą do polerowania i wolnością.

- I te tam, skrzypce – przypomniała Azadeh – Ale niech pan nie zapomina, Almani, to powinna być cicha i dyskretna akcja.

- Nie będę grał, jeśli mi nie nadepną na skraj szaty – obiecał Gellert, ostatni raz sprawdzając, czy skrzypeczki są gotowe.

Skrzypeczki, Geige, Hitlergeige, na których umiał grać diabelskiego czardasza. Może i mugolska broń była ciężka i nieporęczna w porównaniu z różdżką, ale miała większy zasięg niż ofensywne zaklęcia i wypluwała ze sto kul, zanim ktokolwiek takie zaklęcie rzucił. Zresztą Grindelwald obawiał się magicznej walki. Mógłby nie zapanować nad skumulowaną mocą, a wtedy cały plan poszedłby w dementory.

Odłożył broń na siedzenie pasażera.

- Azadeh – zaczął – Jeśli się nie uda, weź pieniądze... Nie będziesz musiała szukać nowego chlebodawcy.

- Uda się, Almani – stwierdziła z mocą dżinnija.

- Wtedy... Możemy się nigdy nie spotkać. Możemy stać się wrogami.

- Nigdy.

- Nie zamierzam bić się z Historią na pięści – syknął Grindelwald – Zrobię jej , wszystko może się zmienić. I nie wszystko na lepsze. Ale zawsze... Dla mnie naprawdę byłaś Azadeh*. Nawet w czterdziestym piątym.

Trzy-trzy-siedem zatoczył koło na dziedzińcu i powoli, dostojnie uniósł się w powietrze. Gellert skręcił na północny zachód, a kiedy w dole zamigotała wstążka Renu, zaczął podążać wzdłuż rzeki.

Zwykłe zaklęcia można było rzucać zawsze i wszędzie, te potężne wymagały czegoś więcej, niż zwinnych ruchów nadgarstkiem. A jeśli chciało się zmienić bieg historii, trzeba było iść tam, gdzie linie magicznego pola były najsilniejsze. Piramidy były oczywistym wyborem, Grindelwald rozważał też Stonehenge. Doszedł jednak do wniosku, że trzeba skończyć tam, gdzie się rozpoczęło. Tam, gdzie kamienie drżały, wypełnione germańską magią.

Świat się zmienił. Zamiast dymu i ruin, które zapamiętał, Grindelwald widział miasta, większe niż kiedykolwiek i szerokie szosy pełne dziwnych samochodów. Spodziewał się zmian ale i tak był zdumiony. To był nowy, wspaniały świat. Przez chwilę miał nawet ochotę rzucić swoje plany Fenrisowi na pożarcie i ruszyć, gdzie go oczy poniosą. W końcu wszystko skończyło się dobrze.

Nie, nie. Miał swoje niezapłacone rachunki.

Ren wił się wśród stromych zboczy, obsadzonych, jak dawniej, winoroślą, mijając liczne zamki i miasteczka. Pod Bingen Grindelwald zrobił sobie przerwę, a potem wyruszył dalej na północ. Czuł, że serca bije mu szybciej i mocniej. Teraz czekał go egzamin przed trzecim chłopakiem z Ulm, tym uczonym. A fizyka, w przeciwieństwie do generałów, nie zna litości i nie da się oszukać.

Uczony, najgroźniejszy chłopak z Ulm. Pozornie dziwaczny, rozczochrany dziadek, wiecznie ubabrany kredą, ale tak naprawdę... Cóż, gdyby nie uczeni, to tatusiowie Blitzkriegu i ich angloamerykańscy** koledzy po fachu mogliby się najwyżej obrzucać kamieniami. Zresztą żaden mugol nie był potężny jako taki. Tatusiowe Blitzkriegu sami w sobie byli tylko starszymi panami. Wartość bojową mieli raczej średnią, choćby z racji wieku, chociaż Heriwini pewnie jeszcze pamiętał, co się robi z bagnetem. Moc mugoli ujawniała się dopiero wtedy, gdy jednoczyli się w machinę państwa i budowali te swoje maszyny.

A maszyn było dużo, i na niebie, i na ziemi. Zaczął zapadać zmrok i droga, biegnąca wzdłuż Renu, zmieniła się w dwa węże, czerwonego i białego. Wolno pełznące węże. Najwyraźniej łatwiej było montować samochody, niż budować dla nich szosy. Cóż, świat nie był jednak idealny.

I te światła, wszędzie morze świateł, światła wdłuż dróg i ulic, światła domów, całe miasta błyszczące jak choinki. Grindelwald przecierał oczy, nieprzyzwyczajony do lśniących nocy. Dla niego noce mogły jedynie płonąć, nie radośnie świecić. Jak mugole mogli żyć w tej powodzi świateł? Czy w ich miastach można było dojrzeć choćby jedną gwiazdę?

Wreszcie, w tej powodzi świateł, ujrzał cel podróży, der Dom zu Kölle***. Ujrzał i przyhamował tak gwałtownie, że mało nie rozbił sobie nosa o kierownicę. Katedra świeciła jak wielka Avada Kedavra. Dopiero po chwili zorientował się, że to zwykłe, mugolskie światełka i zaśmiał się z ulgą. Der Dom zu Kölle, podświetlony na zielono, ci mugole są naprawdę szaleni!

Zaraz potem elegancki mugolski dżentelmen dziarskim krokiem przemierzał Hohenzollernbrücke, udając się w kierunku katedry. Skrzypeczki, transmutowane w pióro, wystawały z kieszonki garnituru. Kiedy Gellert dotarł na plac przed świątynią, ominął grupkę mugoli, protestującą przeciwko obdzieraniu zwierząt futerkowych ze skóry. Zdaje się – Grindelwald nie był w nastroju by studiować szczegóły – obdzieraniu w niezbyt humanitarny sposób. Na królestwo Hel, życie, przeżycie jest zabijaniem, ale bez przesady. Można, musi się być brutalnym, ale nie musi się być okrutnym. Ten świat chyba nie był aż taki wspaniały.

Kolejna grupa protestowała przeciwko wojnie gdzieśtam, a kolejna przeciwko reżimowi ówdzie. Ten świat trzeba jednak wciąż poprawiać.

Następnie trzeba było przejść obok długiej, bardzo długiej kolejki. Ludzie cierpliwie czekali, mimo zimna i wiatru. Gellert wiedział, że nie powinien wdawać się w rozmowy, ale ciekawość zwyciężyła.

- Za czym ta kolejka? – zagadnął uprzejmie jednego z czekających, starszego mugola w zniszczonej, taniej kurtce. Mugol popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem.

- Tafel. – odparł zwięźle – Pan tego – Obrzucił szybkim spojrzeniem elegancki płaszcz Grindelwalda – Nie potrzebuje.

I wtedy zaczepiła go mugolka z puszką na datki i trzy minuty później Gellert wiedział już, co to jest Tafel. Kuchnia z darmowymi posiłkami dla ubogich. Grindelwald wcisnął do puszki żółty banknot, za co został obsypany wylewnymi podziękowaniami wolontariuszki. Chyba dwieście euro to było sporo pieniędzy.

A potem przypomniał sobie drogi pełne samochodów i samoloty, które wciąż latały mu nad głową. Do kogo więc należało to niezmierne bogactwo, wręcz niewyobrażalne dla człowieka, który widział Niemcy po raz w czterdziestym piątym? Kto posiadał to wszystko, jeśli ludzie wciąż byli tak ubodzy, że cierpliwie czekali na tym zimnie na trochę jedzenia? Świat może był i nowy, ale nie taki znowu wspaniały. Paskudna rzeczywistość.

A mógłby być o wiele lepszy, gdyby on nie był pysznym egoistą, zaślepionym głupcem...

- To się nigdy nie zdarzy. Nigdy! – szepnął sam do siebie tonem, który sprawiał, że ludzie szli na śmierć ze śpiewem na ustach, do końca mu ufając, chociaż on sam sobie już dawno nie wierzył.

Nie, nie czas teraz na wątpliwości. Nie, ale... Historia była zbyt skomplikowanym zjawiskiem, by ktokolwiek mógł nad nią panować. Nawet kontrola nad mugolami była mrzonką, było ich po prostu zbyt wielu. Sama nieboszczka Rzesza miała w porywach szesnastu feldmarszałków. Samych marszałków! Zważywszy na to, czym się zajmowali po pracy jej pułkownicy i co nosili w teczkach ich adiutanci należałoby patrzeć na ręce tysiącom ludzi. Niektórym na jedną rękę, zresztą... W skali świata trzeba by kontrolować dziesiątki, setki tysięcy ludzi, a i tak pewnie umknąłby im jakiś student, któremu zachciało się strzelać do księcia.

A niektórym generałom trzeba by i zaglądać do flaszek po koniaku, bo nie każdy lubi składać statki w butelce. Niektórzy wolą majstrować co innego. Na szalejące Walkirie, że też ta butelka zamarzła, co za pech. Mugolskie wynalazki są tak zawodne. Cóż, może trzeba będzie temu koniakowi dodać... procentów.

Inwiligacja mugoli to rzecz niewykonalna, choćby zaprząc do pracy wszystkich czarodziejów świata. A przecież tylko niewielu opanowało legilimencję, modyfikację pamięci i zaklęcia przymusu do tego stopnia, by móc działać dyskretnie... Ujawnienie zaś świata magii popchnęłoby Historię na zupełnie nowe tory, i nikt nie potrafiłby przewidzieć, co się wtedy stanie.

Ale zawsze można było spróbować to i owo poprawić, czyż nie? Do roboty, Gellercie.

*Wolność, imię perskie

** Alianci

*** katedra kolońska

Pozostawał jeszcze problem mugoli. Na placu przed katedrą tłum był spory mimo zimna, pobliski Dworzec Główny wypluwał podróżnych w tempie olimpijskim, a Grindelwald nie zamierzał urządzać tysiącom ludzi wykładu z kosmologii praktycznej na wolnym powietrzu. Owszem, nie był cnotką, co czarnej magii nie widziała, ale miał swoje granice. Jeśli mu się nie uda, katedra może runąć, co przy tej ilości ludzi...

- Trudno, dla większego dobra... – mruknął do siebie, wyjmując z kieszeni malutki blaszany czołg.

Większe dobro dawno zmieniło się w mniejsze zło, w najlepszym przypadku. Ale zawsze można było spróbować nie powtórzyć starych błędów.

Delikatnie położył zabawkę na bruku.

- Gespensterdivision – szepnął. Czołg ruszył przed siebie, bzycząc radośnie i dziarsko wywijając wieżyczką na wszystkie strony. Grindelwald uśmiechnął się zawadiacko i energicznym krokiem pokonał schody, wiodące do katedry. Pióra nawet nie dotknął. Na krętych, ciasnych schodach wieży poręczniejsza była cisówka i ewentualnie najlepszy przyjaciel Niemca, niejaki Luger.

Na szczyt wieży katedry musiał wejść pieszo, bez magii. Oczywiście, ćwiczył, dzień w dzień wspinając się po schodach Nurmengardu, ale i tak droga na górę wydawała mu się niezmiernie długa. Szedł z uniesioną różdżką, bo przeciwnik mógł się kryć kilka stopni dalej, bo kręte, wąskie schody mogły się stać jego ostatnią drogą. Aurorat musiał się już zorientować, że Nurmendard stoi pusty, a jeśli wśród nich jest ktokolwiek obdarzony mózgiem, będzie go szukał właśnie tu.

Wrzask. Oj, czołg chyba zaczął rosnąć i mugole go zauważyli. Wyjrzał przez wąskie okienko wieży i parsknął z rozbawienia. Czołg urósł aż za bardzo.

Błysk zaklęcia. Aurorat. I dobrze, będą gonić za czołgiem, za tym nieszkodliwym dmuchańcem, straszakiem, a to zabierze im trochę czasu... Czas, czas, trzeba się pospieszyć! A wieża jest tak wysoka, stopnie są tak strome...

Dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć...

Wreszcie ostatni zakręt, nie, nie zobaczył tych aurorów, ani ich nie usłyszał, ale poczuł delikatne drgnięcie magii i klątwa sama spłynęła mu z palców.

- Fenriswolf! – warknął. Z cisówki wystrzelił kłąb czarnego dymu, zawirował, rozciągnął się, wyrosły mu wielkie łapy i łeb. Ogromny, kudłaty pies skoczył w kierunku wrogów. Wrogów? Nie byli przygotowani na atak, nie czekali na niego. Magiczni smarkacze, którzy wleźli na wieżę, pewnie by się pobawić półlegalną magią. Było ich czworo, aurorscy kadeci, sądząc ze strojów, całkiem nieźli, ale z pewnością niedoświadczeni. Nie mieli szans, za to mieli na tyle rozumu, by to pojąć i zmykać z wieży. Na miotłach. Gellert patrzył ze spokojem, jak sobie radzą, ciekaw, czy szkolenie aurorskie dalej stoi na przyzwoitym poziomie. Owszem, owszem. Całkiem dzielne i pomysłowe dzieciaki, nie ma co. I nawet pozwoliłby im uciec, ale...

W wieży został już tylko jeden z nich, ten w niebieskiej szacie kadeta z drugiego roku studiów aurorskich. Osłaniał kolegów do końca przed psem, pozwalając im na ucieczkę. Gellert mógłby do trafić, ale cenił przeciwnika. Jeśli jego akcja się nie powiedzie, to szkoda takiego aurora. A jeśli się uda, to i tak nie ma sensu go zabijać. Dzieciak cisnął ognistą kulę w stronę psa, podskoczył, uchwycił ażurową ozdobę wieży, już wyciągał dłoń po swoją miotłę, o to chyba ten nowy model Błysk...

TRZASK!

Gellert przez jeden, krótki moment nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Miotła pękła, roztrzaskana zaklęciem. To ten kadet w szarej pelerynie, krążący tuż przy wieży, postanowił się pozbyć znajomego cudzymi rękami. Dzieciak w niebieskim, oślepiony na moment błyskiem zaklęcia, rozluźnił chwyt i runął pod stopy Gellerta.

Grindelwald zareagował natychmiast, a raczej magia sama przepłynęła z jego serca wprost do rdzenia cisówki, Cruciastus wykrzyczał się sam.

- Te równa się dwa es przez gie pod pierwiastkiem – stwierdził ze spokojem, spoglądając na chłopaka, który, wciąż oszołomiony, obolały od upadku, z wysiłkiem dźwignął się na kolana, podpierając lewą ręką. Prawą chyba sobie złamał.

No, to teraz zobaczymy, kolego kadecie, ileś wart, ranny, bezbronny, zdradzony i sam. Zobaczymy.

Chłopak rozejrzał się, szukając wzrokiem różdżki, którą wypuścił, uderzając o ziemię. Grindelwald jednak też ją zauważył i przydeptał. Nie tak mocno, by ją złamać, ale powoli, ostentacyjnie, by podkreślić, kto tu ma władzę. Potem zgrabnym ruchem zabezpieczył wieżę i rozpalił magiczne światło.

Przez moment milczał, uśmiechając się tylko i mierząc pokonanego wroga zimnym Feldherrenblick*. Ten zacisnął zdrową dłoń w pięść, oddychał szybko, nerwowo, ale milczał. Grindelwald powoli, teatralnym gestem podniósł cisówkę. Kadet zadrżał, ale wciąż milczał. Punkt dla ciebie, młody. Jeszcze nie skomlesz.

- Te równa się dwa es przez gie pod pierwiastkiem – powtórzył – Prosta matematyka, służąca, by obliczyć, jak długo będziesz spadał. Zważywszy, że ten Arschloch, który ci rozwalił miotłę, dostał klątwą, lecąc na wysokości stu pięćdziesięciu metrów... To nam daje trzydzieści pod pierwiastkiem... Ile to będzie, kadecie, co?

Chłopak spojrzał na niego, zaskoczony.

- Zadałem ci pytanie. – warknął Gellert. – Za mojej młodości aurorzy uczyli się numerologii... A stary Grindelwald jeszcze potrafi zmusić rozmówcę do... ożywionego dialogu.

Kadet drgnął.

- Pięć z kawałkiem, Herr Grindelwald. Sekund.

Gellert uniósł brwi. No, no, naprawdę nieźle. Szybka i poprawna odpowiedź, a trudno jest myśleć logicznie w takich okolicznościach. I o jednostkach nie zapomniał, jeszcze czegoś ich uczą w tych nowoczesnych szkołach. Do tego dzieciak był uprzejmy, no proszę. Narybek aurorski lubił pyskować, gdy się go wzięło pod różdżkę. Durny honor. Po co rozwścieczać kogoś, kto ma nad tobą władzę?

- Czyli nie miał szans – stwierdził radośnie Gellert – Nawet zawodowiec nie ustabilizowałby miotły tak szybko... A jak masz na imię, nawiasem mówiąc?

- Meçut – kadet spojrzał hardo na Grindelwalda, jakby spodziewał się ciosu z jego strony. Gellert zdziwił się nieco. Niby czemu miałby rzucić klątwę? Imię jak imię. Tureckie, zdaje się, choć chłopak był stanowczo zbyt brązowy, jak na Turka. Ciekawe, Gellert obstawiałby raczej, że chłopak ma dziadka gdzieś z Afryki.

- A o co poszło temu chujkowi, nawiasem mówiąc? Odbiłeś mu narzeczoną? – ciągnął.

Kadet spuścił głowę i nic nie odpowiedział. O, to jakaś ciekawsza sprawa.

- Nurmengard nie Łubianka, a Grindelwald nie Beria, to fakt – ciągnął Gellert. Kadet drgnął. O, najwidoczniej i mugolak, czystokrwiści aż tak mugolskiej historii nie znają. – Ale i nie puszek różowy. Uratowałeś draniowi głowę, a on mi cię wydał na srebrnej tacy, obwiązanego gustowną wstążeczką. Czemu?

Chłopak westchnął.

- Przecież widać, Herr Grindelwald.

- Znaczy, żeś nie-do-końca-biały? I pewnie mugolak do tego?

Kadet przytaknął. Był zbyt oszołomiony, by kłamać, a zresztą, po co ukrywać rzeczy oczywiste?

Ten nowy świat był równie podły, podły, podły jak ten stary, potrzeba mu Ragnaröku. Podły, podły, podły! Grindelwald nie był święty, ale żeby tak wydać kogoś, kto cię osłania własnym ciałem... Choćby był i charłakiem, choćby był tylko psem!

- Skąd jesteś?

- Z Düsseldorfu.

- Nie o to mi chodzi.

- Babcia jest z Anatolii, dziadek z Teksasu. Był amerykańskim żołnierzem, który tu stacjonował, a ona pracowała w fabryce... Został tutaj z nią.

- I to on był czarny? Nic dziwnego, że nie chciał wracać – prychnął Grindelwald. – A drudzy dziadkowie?

- Russdeutschen**.

Co i wyjaśniało reakcję na Łubiankę.

Grindewald zamyślił się na chwilę. Nie powinien tracić czasu, ale ten chłopak był naprawdę godzien uwagi.

- A powiedz mi, Meçut, gdybym ci oddał różdżkę, walczyłbyś ze mną?

- Walczyłbym – odpowiedź przyszła szybko, bez wahania. Gindelwald uśmiechnął się z zadowoleniem. Jak polować, to na grubego zwierza, nie na króliki.

- Ale jak przegrasz, to cię wezmę pod buty, porządnie, po prusku. Meçut, będziesz wtedy błagał o litość? – Grindelwald uśmiechnął się wrednie, lekko unosząc cisówkę – A może już?

Kadet się trząsł. Przymknął na moment oczy, wziął głęboki oddech, a potem spojrzał na Gellerta.

- Przegram – wyszeptał – Wiem. Pan nie takim dawał radę, Herr Grindelwald. I... – zawahał się – I wiem, że mnie pan zmusi, jeśli pan zechce... Do... do wrzasku. I próśb. Ale... nie... tak... szybko.

Gellert pokręcił głową.

- Zadawałem to pytanie niejednemu – powiedział – Z czystej naukowej ciekawości. Ale nikt nigdy mi nie odpowiedział tak mądrze i szczerze. Różnych rzeczy się wtedy nasłuchałem, zresztą... Często o moich rzekomych upodobaniach... Nie masz zamiaru mnie trochę poobrażać, Meçut? Hm? Tak tu nudno...

- A wypuści mnie pan wtedy?

Grindelwald się zaśmiał, głośno i szczerze. Na wszystkie dzieci Lokiego, niemiecki oficer nie wyginął dwudziestego lipca. Ten świat ma jeszcze szansę.

- Meçut, albo cię dementorom rzucą, albo Ministerm Magii zostaniesz – stwierdził, gdy wreszcie przestał się śmiać – Gdybym miał wnuczkę, to bym cię z nią ożenił.

Kilkoma wyćwiczonymi ruchami naprawił roztrzaskaną miotłę i złamaną rękę przeciwnika. Potem kopnął różdżkę Meçuta w stronę właściciela.

- Zmiataj – powiedział – I niech cię Norny zaprowadzą do chwały.

Kadet gapił się na niego z cokolwiek głupawym wyrazem twarzy. Potem, nie spuszczając oczu z Grindelwalda, podniósł różdżkę i powoli, z niedowierzaniem, zacisnął dłoń na trzonku miotły.

- Pan mógłby...

- Wciąż mogę – syknął Grindelwald – I zapamiętaj sobie nasze spotkanie. I przypomnij sobie o nim, kiedy to ty weźmiesz kogoś pod różdżkę. Zmiataj stąd, trzymaj gębę na kłódkę i nie próbuj mi wycinać żadnych numerów. Nie odpuszczam tym, którzy mi wchodzą w drogę po raz drugi.

Meçut ukłonił mu się, wskoczył na miotłę i odfrunął.

Grindelwald uśmiechnął się do siebie. To spotkanie było tak blisko przejścia, że z pewnością wydarzy się znowu tam. Nie będzie takie samo, nic nie będzie takie samo, ale przecież nastąpi...

A teraz do roboty. Zdać egzamin przed trzecim chłopakiem z Ulm.

Ostrożnie, powoli, bez żadnych popisów. Nikt tego nie widzi, nikt nie ocenia. Poza Fizyką.

Gellert obdarzał fizykę podziwem pomieszanym z przerażeniem. Była tak piękna i bezlitosna. Magię dało się nagiąć uczuciami, intencjami, życzeniami. Fizyka była. Obliczała wszechświat nieubłaganie, bez względu na słuszność sprawy, winę i niewinność, miłość i nienawiść. Mugolski świat był straszny, bez zasad, bez litości, zimny i bezwzględny. No dobrze, bardzo, ale to bardzo względny. Zaraz wszystko stanie się względne. O ile Gellert porządnie odrobił zadanie domowe, bo jeśli dał się zaślepić miłości, pysze, zemście, to...

For a successful technology, reality must take precedence over public relations, for Nature cannot be fooled. ***

Tensory, wymiary, liczby urojone, równania sześcienne, tangens hiperboliczny... Zaawansowana numerologia miała nagiąć wszechświat do życzeń Grindelwalda. Jeśli się uda, wszystko będzie można jeszcze naprawić. Jeśli nie, niech się Minkowski nad nim zlituje.

Magia wiła się, szarpała, niecierpliwie czekając na rozkaz. Grindelwald wychylił się z wieży, zasłonił dłonią oczy i...

- Raumzeit! ****

* badawcze, przenikliwe spojrzenie; „Feldherr" oznacza dowódcę, ale tylko takiego wysokiego szczebla

** repatrianci z terenów ZSRR; podobnie jak Turcy raczej nie cieszą się w Niemczech poważaniem

*** ergo nie da się zrobić fizyki w konia; komentarz samego prof. Feynmana w raporcie dotyczącym przyczyn katastrofy promu Challenger

**** czasoprzestrzeń

I obiecane słowa piosenki

Jako, że każdy los jest taki sam,

A wszystkie drogi prowadzą nas

Do świtu nowego początku

Nie uczymy się na błędach,

Chyba, że paląc sobie serca

Pójdę drogą, która wiedzie na manowce

Jakbym unosił sztandar

Szaleńczo, na ślepo, pijany, bez maski

By nie być już więcej kukiełką nadziei

A jeśli życie to przegrana sprawa,

Moja dusza jest wolna, bo w końcu uwierzyłem

Szaleńczo, na ślepo

Wariacko napiszę moją historię ;

nie będę już pionkiem przypadku

Jeśli każde życie to przegrana sprawa

To ludzie umierają, bo nigdy nie uwierzyli

Bo bo nie żyli pijani,bez maski

Pobici żołnierze w wojnie bez zwycięstwa.

A jeśli moje życie to przegrana sprawa

Odejdę wolny, bo przynajmniej uwierzyłem

Szaleńczo i na ślepo,

Szaleńczo i na ślepo...

A najładniej, IMHO, śpiewa to Vincent Niclo na YouTube.