Rok tysiąc osiemset dziewiąty

Ludwika siedziała na ławeczce w cieniu leszczyny, czytając prasę. Od czasu do czasu zerkała na dzieci. Dumbledore wreszcie zmądrzał i pozwolił swojej trójce odwiedzić Gellerta.

Cóż, jego upór wcale nie był tak dziwnym, w końcu między nim a rodem Gellerta znalazłoby się parę trupów. Nawet jeden świeży, tego nieszczęsnego, durnego Wulfryka. Nic dziwnego, że Dumbledore potrzebował czasu, by zrozumieć, że nie należy podsycać starych sporów.

Zmądrzał, czy aurorat mu kazał? Oto jest pytanie. Kto ich tam wie. Nie należy nigdy ufać Londynowi; ich Ministerstwo nieraz dało się Ludwice we znaki. Gdyby nie oni, nie chorowałaby teraz. Gdyby nie oni, mogłaby mieć więcej dzieci. Gdyby nie oni, Elżbieta nie musiałaby sprzymierzać się z Drakulą.

Nie, do Dumbledore'a nie można się odwrócić tyłem. Więcej, należy zawsze, ale to zawsze, mierzyć różdżką w jego serce. Dobrze chociaż, że to Gryfon, porywczy i szczery. Taki bywa niebezpieczny, ale nie umie być podstępny.

Ale w zasadzie, pomyślała Ludwika, co mogli mu nakazać? Spisywać przepowiednie, które Gellert wygłosi? Bo niby był jakoś… kompatybilny do tego Wulfryka?

Nonsens. Ludwika ceniła ekspertyzę Charlotty w tej sprawie, ale znowuż Joyce twierdziła, że to przesądy i „bzdury na kółkach". A Joyce, choć mniej biegła w obliczeniach, miała więcej praktyki, jeśli idzie o edukację Widzących…

Zaś trzecia ekspertyza, którą Ludwika dyskretnie zleciła zaraz po owej „wycieczce" Gellerta, wskazywała na to, że był tam jeszcze ktoś.

A jeśli… Jeśli ten Wulfryk w ogóle nic nie Zobaczył? Ludwika bardzo starannie odrobiła swoją lekcję. Wulfryk Dumbledore nie zjawił się w Monachium, by zaatakować Gellerta. Przybył tam kilka lat wcześniej, by skorzystać z zasobów miejscowej biblioteki – i został. Najpierw był pomocnikiem pewnego numerologa, potem zaczął pracować na własny rachunek. Co więcej, owego okropnego dnia Wulfryk szedł od jednego klienta do drugiego, obrawszy najkrótszą drogę. Nie wybrał miejsca ani czasu po to, by spotkać swój cel.

Co… co jeśli ktoś go okrutnie wykorzystał? Tego dnia widziano w Monachium tę starą raszplę Czarodziejską… To wredne babsko miało na pieńku z każdym i wszystkimi po kolei. To znaczy, Czarodziejska najbardziej nienawidziła Elżbiety – i miała ku temu powody, cały cmentarz powodów. Co do samej Ludwiki, to powód był ten sam, choć, powiedzmy szczerze, skala była zdecydowanie mniejsza… Nie mówiąc już o tym, że to Czarodziejscy zaczęli.

Byłbyż więc Wulfryk przypadkową ofiarą? I czemuż to Czarodziejska miałaby nagle zdecydować się na tak drastyczny krok? Do tej pory bruździła, jak mogła, na arenie politycznej, utrudniając Ludwice życie, ale nigdy przecież… Nigdy nie nasyłały na siebie zabójców. Ani nie przesyłały przeklętych listów, nic z tych rzeczy (No dobrze: raz. Ale to było dawno temu. I to nie Czarodziejska była celem, a jej piekielny stryjek). Tym bardziej nie próbowały krzywdzić dzieci.

Z drugiej strony, ktoś podle podpuścił Ferenca. Dzieciak twierdził, że usłyszał plotkę o tym, że Kamień jest w Nowym Jorku, na balu z okazji przesilenia. Z pewnością nie zaproszono tam jednak nikogo z kliki tego babsztyla. Tym niemniej…

Czarodziejska chorowała, zdaje się, że nie zostało jej zbyt wiele czasu. Może chciała wreszcie dokonać zemsty. Może – to się zdarzało - z wiekiem stawała się coraz bardziej zaciekła. Ale przecież do tej pory nie posuwała się do tak podłych zagrań.

A jeśli to nie ona? Niby nikogo podejrzanego w Monachium tamtego dnia nie widziano…

A jeśli Wulfryk nie działał ze smyczy? Co tak okropnego miał uczynić Gellert?

Ludwika westchnęła ciężko. Cóż, może to nie było okropne samo w sobie. Podbój kawałka świata to w końcu rzecz normalna, acz dla podbitych zazwyczaj niekorzystna (wróć: dla elity politycznej podbitego narodu. Albo dla zwykłych ludzi. Rzadko dla i tych, i tych). Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Gellert roześmiał się radośnie, posyłając piłkę w stronę Aberfortha.

Ludwika drgnęła. Przypomniała sobie te runy, które Gellert wydrapywał sobie na skórze. Czy… czy Gellert musi stracić dzieci? Czy może jednak udało mu się zniszczyć złą przyszłość? I czemu zdecydował się ratować Arianę? Jak ta dziewczynka miała odmienić jego los?

A może wcale nie miała go odmienić. Może po prostu Gellert Zobaczył, że staje jej się krzywda i, pod wpływem emocji, pospieszył jej na ratunek. Może tylko tyle... A te wszystkie fale magii powstały, bo chłopak niechchący coś ruszył. Jakąś prastarą blokadę antyaportacyjną, spróchniałą i nieszczelną, dawno zapomnianą… Blokadę, która implodowała, kiedy kur Boruta się przez nią przebijał.

Albo Gellert trącił coś jeszcze starszego, jakieś pozostałości szamańskich czarów z epoki brązu. Jakiś wynalazek Lokiego, jakieś resztki po bitwie, o której nikt już nie pamięta od tysiąca lat.

Ech. Ludwikę zaczęła boleć głowa. Czas spytać pewnego uczynnego pirata o radę.

Co do pirata, wszystko zaczęło się od plotki, krążącej na budowie szkoły: jakoby Elżbieta miała więzić pirata z Karaibów… Jakiś miesiąc po Wielkiej Ucieczce Ludwika poczuła się na tyle dobrze, by to sprawdzić.

Teoretycznie więzień powinien być przekazany czarosądowi; ani ona, ani Elżbieta nie mogły, wedle prawa, decydować o jego losie. Ale jakoś nikt się o niego nie dopytywał. Krewni pewnie nie wiedzieli, gdzie się podziewał, a nawet jeśli, to co mieliby zrobić? Zaatakować Elżbietę na jej własnym terytorium? Istnieją przyjemniejsze metody samobójstwa, choć pewnie nie było skuteczniejszej. Do auroratu też pewnie nic nie przeciekło. W końcu to Elżbieta, jako naoczny świadek i generał, spisywała protokół, dotyczący wyławianie Ferenca z jeziora, i tak jakoś się jej w tym chaosie jeden czarodziej zagubił. A zresztą w Bawarii Przenajświętsza Tradycyja była ważniejsza, niż przepisy. Pirat czy nie, uratował generalskiego dzieciaka. Po co więc jakieś sądy? Niechże pani generał sama się tą sprawą zajmie. A im dyskretniej, tym lepiej. Co to by się zaczęło dziać, Hildegardo, uchowaj, gdyby rzeczony pirat zaczął mówić, co wiedział. Już sama Wielka Ucieczka narobiła dość zamieszania.

Prawdę mówiąc, Ludwika wątpiła w piracką szlachetność. Z tego, co zdołała ustalić, owej nocy rzeczony pirat miał nóż na gardle, rewolwer przy skroni i różdżkę wymierzoną w serce, więc kiedy karoca Ferenca niemalże spadła mu na głowę, wskoczył na nią. A że Ferenc nie dawał sobie rady z końmi, pirat zabrał się do powożenia, by nie roztrzaskać się na klifach Dover. Ratował własną skórę, i tyle.

Ale. Ale. ALE.

Elżbieta mogła być bardzo dobrą mistrzynią eliksirów ale Mordred la Fey, vel baron Shagswell, vel la Petite Mort, był geniuszem. I choć zbił majątek na eliksirach, cóż, rozrywkowych, potrafił dużo, dużo więcej. Ludwika kazała więc go sobie przyprowadzić. Bladym świtem i dyskretnie. Z owego spotkania wyniknęły, dla obu stron, same korzyści… Przynajmniej do czasu. Działanie lekarstwa słabło, la Fey powinien więc znowu zmodyfikować skład. Ludwika posłała więc po niego. Pirat zjawił się następnego dnia z samego rana.

- Pani wzywała – Ukłonił się Ludwice nisko, zamiatając podłogę piórami kapelusza.

- Owszem, usiądź, proszę.

Mordred usiadł, założył nogę na nogę (na Hildegardę, czy on musiał zrobić to tak, by błysk klamr jego butów aż bił po oczach? I czy te klamry musiały być tak wielkie i tak ostentacyjnie ozdobione?). A potem ten dandys od siedmiu boleści oparł łokieć na stole, a podbródek na pięści, rzecz jasna tak, by migotać pierścionkami, grubą bransoletą i koroneczkami rękawa. O teatralnym przekrzywianiu głowy, by zwrócić uwagę na kolczyki i spinki we włosach już nie mówiąc.

Cóż, la Fey był piratem, który udawał księcia. Dandysem półświatka, gdzie należało epatować bogactwem, by pokazać swoją skuteczność, a egzaltacja uchodziła za eleganckie maniery. Jego sfera nie ceniła klasycyzmu, wolała rokoko, najchętniej zmieszane z neogotykiem. Ludwikę aż bolały zęby od patrzenia na tę stertę szkiełek, piórek, koronek, szminki i haftów. Do tego la Fey mówił dziwną, przestarzałą wersją francuskiego, z mocnym bretońskim akcentem. Ech. Cóż, Ludwika znosiła wszystkie niemieckie dialekty, zniesie więc i to… Mordred wbił w nią spojrzenie swoich nienaturalnie zielonych oczu. To też chyba sobie podrasował, normalni czarodzieje nie miewają oczu w kolorze Avady.

- Madame la Ministre?.. - Pirat przerwał rozważania Ludwiki – Pani życzenie na dziś? Czy ostatnia wersja mego leku nie przyniosła pani ulgi?

- Nieszczególnie – westchnęła stara czarownica.

Mordred zamyślił się głęboko.

- Nie śmiem się wtrącać w pani prywatnie sprawy – odezwał się po chwili. – Jednakże… - Urwał.

- Jednakże? – Powtórzyła Ludwika.

- Nie opowiedziała mi pani w szczegółach o tym, jak została ranna owego feralnego dnia. Może… Może nie wspomniała mi pani, Madame la Ministre, o jakowej klątwie, która byłaby istotną…

Ludwika się zawahała.

Mordred teatralnym gestem szarpnął koronki, rozerwał rękaw i ściągnął rękawiczkę. Na lewym przedramieniu miał wytatuowaną, wściekle czerwonym barwnikiem i do tego krzywo, rybę. Na oko sądząc, rekina. Podstawił jej to rybsko pod nos i spojrzał na nią wyzywająco.

- Wiem, że umiesz milczeć – stwierdziła Ludwika ze spokojem.

- Szczerze mówiąc, wtedy się nie milczy, madame. To raczej głośny proces – odparł Mordred tym swoim egzaltowanym tonem.

- Wyobraź sobie, że zdaję sobie z tego sprawę – warknęła Ludwika.

- Nie wątpię, sądząc po tym, jakich lekarstw pani potrzebuje, Madame la Ministre. – Pirat pochylił głowę z szacunkiem.

A, to tu był błąd. La Fey chyba źle zinterpretował to, co mu powiedziała o przyczynach swojej choroby.

- Nie, to nie tak – westchnęła Ludwika z rezygnacją – To była bitwa. Nieuczciwa, ale jednak bitwa. Wiesz, co tu się stało w dziewiątym?

- Tysiąc osiemset dziewątym? Mój pradziadek Augustus przyszedł na świat.

Na Hildegardę, pirat imieniem Augustus…

- A tak na poważnie to słyszałem, że Madame la Generale miała jakieś poważne kłopoty i wyrzuconą ją z auroratu – dodał la Fey.

- A słyszałeś o buntach w obronie mugoli? – spytała Ludwika.

- Mugolacy buntowali się niejeden raz – odparł la Fey – A i ustawy o ochronie mugoli wprowadzano od dawna.

- Wtedy chodziło o coś więcej. O obronę mugoli przed mugolami. – Zaczęła Ludwika. – Jak może wiesz, w społeczeństwach mugoli panują ogromne nierówności.

- To się nazywa eufemizm, Madame la Ministre. Bywam w mugolskich miastach, i świadom jestem, jak oni żyją, o ile to życiem nazwać się godzi. U nas takich panów, którzy nimi rządzą, dawno by pod kilem przeciągnięto. A i ich rodziny… Toż oni własnych matek szacunkiem nie obdarzają! – Oburzył się Mordred, potrząsając głową, aż błyskotki zagrzechotały.

- Wracając do sprawy – Przerwała mu Ludwika – Utworzył się wówczas wśród nas międzynarodowy ruch, którego celem była poprawa losu mugoli.

- Mugolska Wiosna – Przypomniał sobie Mordred.

- Zgadza się. – Przytaknęła Ludwika. – A ingerowanie w mugolską politykę jest zakazane, jak z pewnością wiesz.

- Powiadają, iż to niemożebne.

- Skomplikowane. – Zgodziła się Ludwika, nie chcąc wchodzić w szczegóły. – Stronnicy Wiosny żądali więc zmiany prawa. To długa historia, ale… - Zakaszlała. – Cóż, wywiązała się wojna między nimi, a Ministerstwami. Mój prastryj Ludwik, choć sam nie stanął po stronie Wiosny, udzielił jednak schronienia powstańcom, ściganym przez aurorat. A był mój prastryj Bawarem z krwi i kości, a więc honorowym, upartym i bitnym góralem. Gdy naciskano na niego, by wydał choćby co ważniejszych spośród swych gości, publicznie przysiągł, że tego nie uczyni. Do tego wygłosił płomienną mowę, wielce ryzykowną. A schroniło się u nas kilka wiedźm, które ministrowie chętnie rzuciliby dementorom… Ich nazwisk wymieniać nie będę, pewnie ci to niewiele powie.

I nie będę cię informować, piracie, z kim łączą mnie potężne magiczne więzy. Pewnie i tak to wywąchasz, jeśli będziesz chciał. Każdy piśmienny czarodziej może to wydedukować, wystarczy przekartkować kilka książek. Ale na tacy ci tego nie podam.

Mordred zamrugał, zdumiony.

- Chce pani powiedzieć, że aurorat zaatakował pani zamek?

- Zameczek mojego prastryja. Nie było jak go obronić, uciekliśmy do zamku Nurmengard, o wiele potężniejszego…

Należał on wtedy do starej Irmgardy Grindelwald, kochanki prastryja. Ale tego też nie musisz wiedzieć.

- Kongres Czarodziejów i międzynarodowy Wizengamot podjęły decyzję o szturmie. Nigdy nie widziałam tak wielkiej magicznej armii. Nawet w czasach Drakuli. Nie wchodząc w szczegóły… Wiesz, że granice się tu zmieniały, nie będę cię zanudzać ówczesną geografią politczną. W każdym radzie, Elżbieta Batory została mianowana, po raz pierwszy w życiu, generałem. Myślę, że uczyniono to po to, by się przyłożyła do powierzonych jej zadań.

Był to pierwszy szturm, którego Ludwika doświadczyła. Smugi klątw uderzały w mury zamku, rozsypując snopy iskier. Niektóre przecinały powietrze bezgłośnie, inne świszczały, dudniły ryczały. W powietrzu unosił się zapach zaklęć. Krew dudniła w uszach, plamiła niebieską suknię, śmierdziała. Pył oblepiał spoconą twarz. Mury dygotały. I nagle… Na Hildegardę, dach wieży przekrzywił się, zadrżał i runął. Ludwika zdołała odepchnąć stryja zaklęciem, a potem… Potem się obudziła. W łóżku, obolała i słaba ale dziwnie przytomna. To przez nadmiar magii w ciele, jak zrozumiała dopiero później.

- Nie wybaczą pani tego, generale. – Usłyszała czyjś głos. Stryj?

Generał? Kto? Ostrożnie uchyliła powieki, wiedząc, że jeśli da po sobie poznać, że nie śpi, to uwaga rozmawiających natychmiast skupi się na niej.

Stryj rozmawiał z jakąś wysoką wiedźmą o rudych włosach.

- A czy ja proszę o przebaczenie? – odparła hardo ruda, i zaśmiała się, a jej śmiech zabrzmiał jak szczek psa.

- Dopadną panią…

- Ja ich dopadnę, pewnego pięknego dnia – warknęła wiedźma, a jej gruby warkocz zalśnił jak płomień – Jestem Elżbieta, Il-shave, moim bogiem jest przysięga! I dotrzymam jej… - Odwróciła głowę gwałtownym ruchem. – O, obudziłaś się! – Zawołała.

Była piegowata jak indycze jajo, nawet jej zielone tęczówki były upstrzone bursztynowymi cętkami. – Mówiłam panu, że to zadziała – zwróciła się do stryja.

- Moja mała Ludwisia – uśmiechnął się stryj – Uratowałaś mnie… Tak się martwiłem. Wszystko będzie dobrze.

Ale nie było. Owszem, podpisano w końcu traktaty pokojowe i amnestie, zmieniono wiele praw. Ale i świat magii, i świat mugoli wciąż były pełne nierówności i krzywdy. Elżbieta, cóż, jej nie dało się pomóc. Złamanie potężnej przysięgi, bunt, parę paskudnych wojennych sztuczek (mówmy szczerze: fałszerstwo, zdrada, magia czarna jak głębia oceanu) – tego było zbyt wiele. Batory musiała zniknąć. A zanim zniknęła, wzięła na siebie conieco z nieswoich win („Co za różnica? Wyrok na mnie i tak będzie ten sam"). Potem pojawiła się znowu, u boku starego Johnsona i Joyce, by znowu zniknąć, kiedy tylko Dixie i MACUSA zakoczyły działania wojenne. W końcu jej obecność tylko szkodziłaby reputacji młodego państwa… Podobnoć widywano ją później tu i tam – ale na międzynarodową scenę powróciła na stałe dopiero u boku Drakuli. Cóż, powróciła z przytupem, trzeba jej to przyznać.

- Generał Batory użyła rytuału łańcuchowego, by mnie ocalić – Dodała głośno Ludwika – Pot, krew i łzy, mówi ci to coś?

- I owszem – skinął głową pirat – Byłem świadkiem czegoś takiego. Czysta magia. Czy osoba, która pani wtedy pomogła, jeszcze żyje?

- To był mój kuzyn Teodor. Ma się dobrze.

- Jak rozumiem, rytuał ocalił pani życie, Madam la Ministre, lecz nie zdołał zdrowia przywrócić. Przedziwne. Cóż, wiele rodzajów magii było wtedy splątanych, których antagonizmy nie są łatwe do zrozumienia… Ale cóż. Poczynię odpowiednie modyfikacje mego konkoktu. Pragnąłbym też, jeśi to możliwe, zamienić słowo z pani szlachetnym kuzynem…

Na wszystkie wieże Ys, Ruda Elżbieta chyba złapała jej duszę za nogi i wepchnęła gardłem do środka. Ciekawe, jakie jeszcze numery wywinęła, kiedy nikt nie patrzył. Przecież ten rytuał leczy doskonale, albo wcale. Musiał nie wystarczyć… Nasza pani Minister była w już w kawałkach czy co? Stygła już? Co tam było grane? Sacrebleu, a ja pyskowałem tej Batory. Dobrze, że mnie nie wypatroszyła. Jak ona w ogóle poskładała tę dziewuchę do kupy? Pewnie piła krew wrogów, jak jej dziadunio Piotr. A ja myślałem, że moja rodzinka jest zakręcona.

6