Od tłumaczki: Um... przepraszam? Wiem, że miało być dawno temu, ale okazało się, że nie ogarniam magisterki i ostatni rok był cięższy niż się spodziewałam. Ale praca już prawie skończona, obrona we wrześniu, więc mam trochę czasu na ostateczną korektę. Mamy przed sobą 12 rozdziałów sequelu 169, więc do końca września powinniśmy się z nimi wyrobić przy założeniu jednego rozdziału na tydzień. A w październiku będę dla Was miała coś nowego i to prawdziwą perełkę.

Wyjaśnienie: Nic nie jest moją własnością, świat i postaci należą oczywiście do J.K. Rowling, a opowiadanie do wspaniałej Mrs J'Soup. Ja tu tylko tłumaczę.


N/A: Cześć ludzie! Mam wrażenie, że minęły całe wieki!

Proszę, oto pierwszy rozdział drugiej części Sto Sześćdziesiąt Dziewięć.


^V^


5 listopada 1993

- Na brodę Merlina, Rogaczu! - syknął gniewnie Syriusz, wpadając na przyjaciela po raz trzeci w krótkim czasie.

- To nie moja wina. - odparował zirytowany James. - Sufit jest znacznie niżej niż kiedyś.

W ciemnym tunelu Syriusz ledwo widział zarys sylwetki przyjaciela. Zachichotał pod nosem, kiedy James ruszył dalej i zaraz walnął głową o korzeń, który przebił się przez sufit tunelu.

- Chrzanić to. - mruknął James, masując głowę. - Lumos.

- Hej! Myślałem, że to tajna misja. - poskarżył się Syriusz, którego oślepiła nagła jasność bijąca z różdżki. – Nie sądzisz, że się domyślą, że tu jesteśmy, jeśli rzeźba zacznie się świecić jak Igor, który gdzieś po drodze stał się anielicą?

- Nawet nie jesteśmy jeszcze w zamku. – mimo to James zmarszczył brwi i spojrzał w stronę, gdzie jak wiedzieli tunel skręcał. Tam ziemia ustępowała miejsca kamieniom. - Wątpię, żeby światło dotarło tak daleko.

Syriusz musiał przyznać mu trochę racji. Choć wciąż sądził, że nie o to w tym wszystkim chodziło. Nie mógł, jednakże zaprzeczyć, że widząc drogę, poruszali się o wiele szybciej. Czując się odrobinę podminowany faktem, że on i James nie potrafili już mknąć tunelem w całkowitej ciemności (a nie nieśli nawet pudeł z rozmaitą kontrabandą, co kiedyś było normą) poprawił plecak i ruszył za przyjacielem.


Tego burzowego wieczora Remus z opóźnieniem dotarł do skrzydła szpitalnego. Jego szybką wycieczkę by spotkać się z pielęgniarką i odebrać comiesięczną dawkę eliksiru tojadowego przerwała dyrektor McGonagall. Poprosiła Remusa o napisanie listu tłumaczącego, że hipogryfy nie zostały sklasyfikowane jako mroczne stworzenia i dlatego nie istniały przeciwwskazania przeciwko uczeniu o nich na Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami. I że jego (niszczącym Voldemorta) zdaniem, żaden hipogryf, który zaatakował dziecko, ponieważ nie uważało i go obraziło, nie powinien zostać zabity. Mogło by się to wydawać uciążliwe, ale Remus nie miał problemu ze wspieraniem odpowiednich spraw swoim podpisem, jeśli tylko miało to pomóc w rozwiązaniu problemu. Jedną z zalet brania na siebie uwagi mediów przez ostatnie dwanaście lat było to, że liczono się z jego opinią.

Otworzył drzwi do głównej sali skrzydła szpitalnego. Na korytarzu grube, kamienne ściany tłumiły odgłosy burzy, ale szpital miał ogromne okna, przez które piekło na zewnątrz wydawało się jeszcze głośniejsze i gwałtowniejsze. Silny deszcz walił w szyby i Remus słyszał łomot odległego grzmotu, niosący się w ciemności szkockiej nocy.

- Dobry wieczór, Poppy. - odezwał się Remus, chcąc po prostu odebrać eliksir i wrócić do gabinetu. Na jego biurku leżała sterta napisanych przez pierwszaki esejów na temat różnic między urokami, a klątwami, które wymagały jego uwagi, a musiał się tym zająć zanim umysł zamgli mu się, co wciąż musiał znosić przez kilka godzin przed pełnią. Eliksir tojadowy był cudowny, ale nie potrafił pozbyć się tego efektu ubocznego.

Jednakże, kiedy osoba stojąca w drzwiach gabinetu pielęgniarki odwróciła się, Remus zamarł. Nie była jak w pośpiechu stwierdził, pani Pomfrey, lecz mężczyzna w założonym na szaty białym kitlu, podobnym do tego, który nosiła pielęgniarka, kiedy zajmowała się pacjentami.

Mężczyzna miał ciemne, schludnie ułożone włosy i tak czyste skórzane buty, że odbijało się w nich światło lamp gazowych. Nosił też okulary w grubych oprawkach, które właśnie zsuwały mu się z nosa, bo pochylał się nad kawałkiem pergaminu. Pisał wściekle, ale przerwał na dźwięk głosu Remusa i spojrzał na niego, poprawiając okulary. Pospiesznie skinął Remusowi głową.

- Dobry wieczór. - odparł, tylko odrobinę zdziwiony, a potem wrócił do swojego pergaminu. Remusa bardzo to ucieszyło, bo nie miał nastroju na użeranie się z ciekawskimi nieznajomymi zainteresowanymi jego przeszłością.

- Niech pan wybaczy, panie Fawley, ale to wszystkie dokumenty jakimi dysponujemy. - odezwał się znękany głos niewidocznej pani Pomfrey. Kilkanaście zwojów pergaminu wyleciało z gabinetu i popłynęło przez powietrze do ciemnowłosego mężczyzny i jego pióra. Najwyraźniej nieznajomy nazywał się właśnie Fawley. Na oczach Remusa zwoje ułożyły się w schludną piramidkę sporej wysokości u stóp pana Fawleya i dopiero wtedy pojawiła się pani Pomfrey. Jej biały czepek był odrobinę przekrzywiony, a minę miała rozsierdzoną. - Nie rozumiem czemu Ministerstwo chce sprawdzić akta pacjentów sprzed dwudziestego wieku. - mruknęła, poprawiając czepek.

Pan Fawley westchnął.

- Musimy się upewnić, że akta wszystkich żyjących pacjentów są aktualne. Nie muszę pani przypominać, że wielu czarodziejów, którzy uczęszczali do Hogwartu na przełomie wieków wciąż żyje i jeśli zażądają kopii swoich akt, musimy mieć możliwość im je dostarczyć.

- Tak, tak. - zacmokała pod nosem pani Pomfrey. - Więc co teraz? - spytała, podnosząc wzrok i wreszcie zauważyła Remusa. - Ach, profesor Lupin. Obawiam się, że będzie musiał pan chwilę poczekać. Pana dawka jest już gotowa, ale znajduje się tam. - wskazała na gabinet za swoimi plecami. - A jak pan widzi, nie mogę się tam teraz dostać.

Remus zajrzał do środka i zdał sobie sprawę, że piramida zwojów u stóp pana Fawleya to tylko czubek góry lodowej. Zwykle schludny i czysty gabinet połączony z salonikiem i ambulatorium wyglądał teraz jak sięgające pasa morze pergaminu.

Na ławce stojącej pod przeciwległą ścianą zauważył eliksir tojadowy. Na metalowej tacy stały dwie szklanki, większa i mniejsza. Mniejsza zawierała dziecięcą dawkę. Na szczęście w tym roku potrzebowali tylko jednej takiej. Tylko jeden wilkołak uczęszczał do Hogwartu. Rok wcześniej szkołę skończyli ostatni uczniowie pogryzieni w trakcie wojny. Dwóch siedmioroczniaków zdało po sześć OWUTemów. Greta Reeves, osoba, dla której przeznaczono małą szklankę, była drobną dziewczynką zaatakowaną w dziwnych okolicznościach zaledwie dwa lata wcześniej.

Teraz, kiedy eliksir tojadowy był ogólnie dostępny i darmowy z ramienia Narodowej Służby Zdrowia, ataki zdarzały się tak rzadko, że ludzie prawie zapomnieli o zagrożeniu jakie mogły stanowić wilkołaki. Dalej istniały uprzedzenia związane z comiesięczną zamianą w zwierzę, al pracodawcy kręcili nosem na konieczność dawania pracownikom kilku dni wolnych. Ale Remus definitywnie postrzegał jako postęp fakt, że wilkołactwo odbierano teraz jak niedogodność, a nie śmiertelną groźbę.

- Trochę się śpieszę, Poppy. - zaczął Remus, ale poddał się zauważywszy, że pielęgniarka go nie słuchała. Była za bardzo zajęta mamrotaniem do siebie o bezsensowności czegoś co musiało być jakąś inspekcją, jednocześnie otwierając szafy, by pokazać panu Fawleyowi i jego podkładce do pisania, ich zawartość

Pan Fawley musiał poprosić o coś innego, bo pielęgniarka zamknęła szafę i właśnie prowadziła go w inny rejon skrzydła. Remus zastanowił się czy bura, jaką z pewnością dostałby od pani Pomfrey za rozrzucenie jej stuletnich akt, była warta dziesięciu dodatkowych minut na sprawdzanie esejów, które mógł zyskać brnąc przez morze pergaminu po eliksir. Przyzwanie otwartego naczynia wypełnionego prawie po brzegi drogocennym lekarstwem nie było bowiem dobrym pomysłem. Pewnie by je wylał i to na zalegające w pokoju zwoje. Stwierdził, że znacznie lepiej będzie po prostu poczekać.

- Dzień dobry, panie profesorze. - odezwał się za Remusem cichy głosik. Podskoczył i obrócił się, by zobaczyć malutką Gretę Reeves, która uśmiechała się do niego nieśmiało. Proste, mysie włosy opadały jej na oczy. Ona też zaglądała do gabinetu. - Dalej tam jest? - spytała.

- Um... Masz na myśli pana Fawleya? - zgadł Remus.

- Acha. - odparła Greta. - Był tu, kiedy po obiedzie przyszłyśmy z Florą odwiedzić Draco. Już wtedy pani Pomfrey miała go dość.

- Kogo, pana Malfoya, czy pana Fawleya?

Greta uśmiechnęła się nieco szerzej.

- Właściwie to obu. Flora twierdzi, że Draco nie udawałby rannego, ale słyszałyśmy, jak Wood mówił, że chodzi tylko o to, żeby Slytherin nie musiał jutro grać podczas burzy. Ale miałam na myśli pana Fawleya. Jest inspektorem Narodowej Służby Zdrowia, przedstawił się, kiedy pani Pomfrey poszła zrobić dla niego inwentaryzację gazy.

- Och. - mruknął Remus. Zawsze mu się wydawało, że skrzydło szpitalne przechodziło coroczną inspekcję w lato. Spędził w nim więcej czasu niż większość uczniów i nigdy nie spotkał inspektora. - Cóż, jestem pewien, że tylko wykonuje swoją pracę.

Greta przysiadła w nogach najbliższego łóżka.

- Tata czasem o nim wspomina. - powiedziała, machając nogami. Wyjrzała zza Remusa, by upewnić się, że pan Fawley jej nie słyszy. - Mówi, że pan Fawley jest bardzo per-dan-ty-czny. To znaczy marudny, prawda?

- Dokładnie. - potwierdził Remus. - W jego zawodzie bycie pedantycznym to chyba zaleta. Czy sprawdza też skrzydło szpitalne w Azkabanie?

Greta przytaknęła.

- Tak, zaczął się tym zajmować krótko po tym jak tata dostał tam pracę.

Ojciec Grety, Archibald Reeves wyrósł w świecie czarodziejów na kogoś na kształt bohatera ludowego. „Strażnik Archie" jak nazywała go prasa był jedynym nadal pracującym strażnikiem, z grupy, która przejęła kontrolę nad Azkabanem po wygnaniu dementorów dwa lata wcześniej.

Przekonanie społeczeństwa, że należało pozbyć się dementorów zajęło dużo czasu. Większość ludzi uważała, że Minister Bagnold właśnie przez poparcie dla tego projektu przegrała wybory na rzecz Knota. Tego samego Knota, który otrzymał wsparcie finansowe od podejrzanie dobrze poinformowanego Polluxa Blacka. Ale nawet Knot wiedział, że należało to zrobić i Wizengamot wreszcie zatwierdził ustawę, która wygnała stworzenia z wyspy. Ale odchodząc dementorzy pozostawili swoim ludzkim zastępcom ostateczny podarunek. Klątwę, która wisiała w powietrzu i kleiła się do ścian walącej się kamiennej fortecy.

Oddział nowych strażników zaczął odczuwać skutki po kilku tygodniach od objęcia stanowiska. Depresje, szaleństwo, a nawet samobójstwa przerzedziły szeregi dokładnie tak jak chciała klątwa. Miała wpływ na wszystkich z wyjątkiem Archiego Reevesa. Uzdrowiciele zarówno ciała jak i duszy głowili się, dlaczego. Niczym nie różnił się od pozostałych, a jednak zachował zdrowie psychiczne. Ministerialni łamacze klątw oczyścili więzienie z całej złej magii, a odporny Archie stanął na czele nowego zespołu wysłanego do kontrolowania więźniów. Gazety publikowały przeróżne nonsensy na jego temat, zarówno te dobre jak i złe. Na początku w kółko powtarzała się teoria, że to Archie rzucił klątwę, a nie dementorzy, ale potem przeważyło przekonanie, że był niezwykle utalentowanym oklumentą i to uchroniło go przed klątwą.

Jednakże Remus sądził, że wie dokładnie, dlaczego na Archiego klątwa nie działała w taki sam sposób jak na innych. Jego przypadek przypominał mu to co Hermiona powiedziała mu wiele lat temu o pobycie Syriusza w Azkabanie. Syriusz zachował zdrowe zmysły, bo wiedział, że był niewinny. Dementorzy nie mogli mu tego odebrać, bo nie była to szczęśliwa myśl. Remus mógłby nigdy tego nie skojarzyć, gdyby nie spotkał Grety. Żona Archiego, a matka Grety zginęła podczas tego samego ataku, który przemienił Gretę w wilkołaka. Ataku, który miał miejsce trochę ponad miesiąc przez zmianą strażników. Przyjmując pracę w Azkabanie, Archie Reeves był pogrążony w żałobie. Remus uważał, że klątwa dementorów nie mogła dotknąć tak skrzywdzonego człowieka.

- Jak się ma twój ojciec? - spytał, jakby on i Archie dobrze się znali, choć spotkał go tylko raz, kiedy sześć miesięcy wcześniej zawiózł małej Grecie jej list z Hogwartu.

- Dobrze. - odparła, a jej uśmiech nieco posmutniał. - Tak jak zawsze.

Remus zrozumiał. Archie był burkliwym człowiekiem, który sprawiał wrażenie, że gdyby jego córeczka nie została pogryziona, podchodziłby do wilkołaków dość staromodnie. Przytaknął lekko i zmienił temat.

- Trzecia pełnia w semestrze. - powiedział. - Co sądzisz o zmienianiu się w szkole?

- Jest w porządku. - odparła Greta, rozpromieniając się. - Pani Pomfrey jest taka miła i podoba mi się, że mam pokój dla siebie na ten jeden wieczór. Taki tam spokój.

- Czyżbyś skarżyła się na moją chrześnicę? - spytał przebiegle Remus. Florę często strofowano za szeptanie z przyjaciółmi na lekcjach. Chyba nie potrafiła zachować ciszy.

- Troszkę. - zachichotała Greta. - Straszna z niej gaduła, profesorze. Mówi nawet we śnie! - Greta wydawała się zdumiona, że ktoś mógłby mieć tyle do powiedzenia. - Wie pan, że Beth wyznała mi, że chciałaby być wilkołakiem, żeby mieć własny pokój raz w miesiącu i porządnie się wyspać?

Remus zaśmiał się z tego absurdalnego marzenia. „Ależ czasy się zmieniły" pomyślał.

- Przez siedem lat dzieliłem dormitorium z jej ojcem. - odparł. - Uwierz mi, był taki sam. Jeśli chcecie, to chętnie nauczę ciebie i pannę Longbottom rzucać zaklęcie wyciszające na wasze kotary.

- Naprawdę? - oczy Grety zalśniły. - Byłoby wspaniale.

- Profesorze Lupin? - wrócił pan Fawley. Podkładka zniknęła, a okulary schował do kieszeni na piersi. Najwyraźniej skończył inspekcję.

Remus wstał.

- W czym mogę pomóc?

- Chciałem tylko uścisnąć panu dłoń. - wyjaśnił mężczyzna, wyciągając rękę. - I przeprosić za opóźnienia.

Remus uprzejmie uścisnął jego dłoń.

- Nie ma problemu. - zapewnił. - Ma pan robotę do wykonania. Szanuję Narodową Służbę Zdrowia, bardzo ułatwiliście życie mnie i wielu innym.

Pan Fawley wydawał się zdumiony.

- Cóż, dziękuję profesorze. Większość ludzi sądzi, że pracujemy za wolno, a kiedy już się z nimi kontaktujemy, każemy im wypełniać za dużo formularzy.

- Nie będę się z panem kłócić, jeśli chodzi o papierkową robotę. - zaśmiał się cicho Remus. - Ale zgadzając się na darmowy eliksir tojadowy, Służba uratowała wiele żyć. Sądzę, że kilka rolek pergaminu to dość niska cena.

- Oczywiście. - zgodził się pan Fawley.

- Panie Fawley, zrobił pan swoje, może pan już iść. - oznajmiła pani Pomfrey, pospiesznie przemierzając skrzydło szpitalne, a w rękach trzymała tacę z dwiema dawkami eliksiru. - Muszę się zająć pacjentami i uzupełnianiem dokumentów. - posłała inspektorowi wrogie spojrzenie, a on nieco się skulił.

- Po raz setny, Poppy, to nic osobistego. Każdy obiekt musi spełniać pewne wymagania...

- Tak, tak. - przerwała mu pani Pomfrey. - A teraz do widzenia, muszę się zająć pacjentami, jeśli chce pan mieć coś do sprawdzania następnym razem.

Pan Fawley miał tyle oleju w głowie, by nie odpowiadać. Uśmiechnął się tylko, skinął głową i zwrócił się ku wyjściu. Wychodząc przystanął, by zabrać ciężką torbę, która stała przy drzwiach do gabinetu pani Pomfrey.

- Bardzo przepraszam, że musieliście czekać. - odezwała się pielęgniarka, zaczynając badania poprzedzające przyjęcie eliksiru.

Sprawdziła im temperatury i potarła wacikiem wewnętrzną stronę policzka, by potem wrzucić oba do przypominającego wielkością naparstek pojemniczka wypełnionego eliksirem. Wacik zadymił, a potem rozpuścił się. Gdy tylko zniknął, zawartość dwóch szklanek zmieniła kolor z mętnej zieleni na klarowną. Pracując pani Pomfrey dalej mamrotała o tym jakie to wszystko niesprawiedliwe. Najwyraźniej kiedyś N.S.Z. nie przeprowadzał inspekcji w Hogwarcie, ale jakaś pomniejsza zmiana prawa wpłynęła i na to. Nic dziwnego, że kobieta była taka podirytowana.

W końcu pozwolono im wypić eliksir. Remus pomyślał, że chyba wreszcie przyzwyczaił się do obrzydliwego smaku, bo tym razem nie odczuł go tak dotkliwie. Oczywiście eliksir dalej był ohydny, ale nie chciało mu się od razu wymiotować. Najwyraźniej po dwunastu latach człowiek uczył się wszystko tolerować.

Jednakże biedna Greta miała odruch wymiotny i musiała zatkać usta dłonią, by niczego nie zwrócić. Remus ze współczuciem poklepał ją po ramieniu.

- Jak skończę szkołę, znajdę sposób, by eliksir tojadowy lepiej smakował. – zachrypiała, gdy przeszedł jej atak mokrego kaszlu. Była tak zdeterminowana, że Remus miał pewność, że jej się to uda.


Tego listopadowego wieczora księżyc nie miał wzejść przed dziesiątą czterdzieści pięć, więc Remus zdążył sprawdzić całkiem sporo esejów, nim do jego drzwi zapukała profesor McGonagall. W zeszłym roku szkolnym wykształcili rytuał wspólnego spaceru z jego gabinetu na drugim piętrze do gabinetu pani dyrektor na siódmym.

Po latach prób i błędów, Remus zorientował się, że stawy szybciej wracały do sprawności po przemianie, jeśli wcześniej je rozruszał. Gdy uczył w Hogwarcie przed-księżycowy trening przyjmował formę wieczornego obchodu z panią dyrektor i poszukiwania psotników. Zazwyczaj kończyło się na przyjemnym spacerze po sześciu piętrach w stronę gabinetu McGonagall. Uczniowie czekali z łamaniem zasad do ciszy nocnej, bo wiedzieli, że wcześniej nauczyciele pilnowali uważnie.

- Mam dobre wieści, Remusie. - oznajmiła profesor McGonagall, kiedy wędrowali korytarzem na drugim piętrze. - Narcyza Malfoy zdecydowała się jednak wycofać skargę.

- To świetne wieści. - zgodził się z ulgą, choć wewnątrz żałował, że uznał pisanie listów za ważniejsze od sprawdzania esejów.

- Tak, muszę przyznać, że kamień spadł mi z serca. - przytaknęła pospiesznie profesor McGonagall. - Co nie zmienia faktu, że Hagrid był nierozsądny pokazując trzeciorocznym hipogryfy zanim nauczyli się i przećwiczyli odpowiedni protokół pod nieobecność zwierząt. - oddała tonem, który sugerował, że w ostatnich tygodniach powtórzyła to już wielokrotnie.

- Wydaje mi się, że Hagridowi powierzono tę funkcję z powodu jego entuzjazmu. - odparł Remus. - A nie umiejętności planowania lekcji. - Remus wiedział, że ostatnimi czasy niewielu uczniów zapisywało się na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami. Profesorowi Kettleburnowi brak połowy kończyn, z którymi przyszedł na świat, nieco przeszkadzał w prowadzeniu ciekawych lekcji. W końcu ciężko zapanować nad jednorożcem na drewnianej nodze czy złapać salamandry (i utrzymać je przy życiu) za pomocą haka.

Kiedy Silvanus Kettleburn osiągnął wiek emerytalny, pani dyrektor postanowiła, że przedmiot potrzebował świeżej krwi. Niestety stare porzekadło sprawdziło się dosłownie w postaci krwi Draco Malfoya, której upuścił mu obrażony hipogryf.

Profesor McGonagall prychnęła i powiedziała:

- Cóż, taki był zamysł, ale pan Malfoy dalej skarży się na ból ramienia, choć podejrzewam, że to akurat sprawka jego kapitana. - mruknęła, wyglądając przez okno, za którym szalała burza. - Nie zazdroszczę naszym zawodnikom jutrzejszych warunków. - powiedziała. - Pan Wood przechodzi niewielkie załamanie nerwowe z powodu konieczności zmian związanych z obrażeniami pana Malfoya.

- Tak, Harry też obecnie za nim nie przepada. - zaśmiał się Remus. - Za Woodem, znaczy. Dziś rano tak długo go zatrzymał, by omówić strategię, że Harry spóźnił się na obronę. Severus okazał mu mniejszą wyrozumiałość niż ja, zważywszy na okoliczności.

- Mam nadzieję, że nikogo nie faworyzujesz, Remusie. - McGonagall posłała mu surowe spojrzenie, ale kąciki jej ust uniosły się lekko. Remus zdawał sobie sprawę, że wspominała jak w zeszłym roku zaczynał uczyć w Hogwarcie. Snape właśnie o to go oskarżył, a Harry wcale nie pomagał. Najwyraźniej dwanaście lat to odpowiedni moment na bunt. Ale wystarczyło sześć tygodni sobotnich szlabanów, by Harry nauczył się, że choć uczył go wujek Lunatyk, to wcale nie będzie miał łatwiej.

Remus nieco bał się tego roku, bo pośród pierwszaków znajdowała się jego chrześniaczka Flora, a ją ciężej mu było traktować surowo. Na szczęście posłuchała Harry'ego, kiedy ten powiedział jej, że profesor Lupin był totalnym nudziarzem. Remus wiedział o tym nowym spojrzeniu na swoje usposobienie, ponieważ w trakcie Świąt Syriusz i James z ogromną radością powtórzyli Florze te ostrzeżenia.

- Oczywiście, że nie, pani profesor. - zapewnił. - Choć wolałbym, by Severus nieco im odpuścił.

- Ponownie zatrudniono człowieka z powodu jego entuzjazmu dla przedmiotu, a nie osobowości. - odparła McGonagall. - I w większości przypadków jest sprawiedliwy...

- Z wyjątkiem sytuacji, które dotyczą Potterów i Blacków. - prychnął Remus. McGonagall zacmokała z dezaprobatą, gdy jej przerwał, ale nic nie powiedziała.

Remus skrzywił się odrobinę, gdy kostka zabolała go w trakcie wspinaczki na trzecie piętro i następnym razem ostrożniej postawił stopę.

Choć dzięki eliksirowi w trakcie pełni zachowywał swój umysł, dalej przez cały dzień przed nią wszystko go bolało i nie mógł uczyć. Na szczęście, odkąd mógł po prostu zwinąć się w kłębek w wilczej postaci i przespać noc, zazwyczaj po południu następnego dnia nadawał się już do użytku. Rola jaką zdaniem publiki odegrał w upadku Voldemorta (według której to on pokonał Czarnego Pana w pojedynku, a nie tylko odwrócił jego uwagę, by Lily Potter mogła zaatakować go z wysokości) oznaczała, że pewnie dostałby stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią nawet gdyby potrzebował tygodnia wolnego co miesiąc. Oczywiście tak nie było, a ponieważ spędził ostatnie dwanaście lat próbując zmienić opinię publiczną na temat wilkołaków jako leniwych, niemożliwych do zatrudnienia potworów, nie mógł korzystać z takich przywilejów. I chociaż nie mógł zmienić fragmentu o potworach (bo technicznie rzecz biorąc była to prawda) to dwa pozostałe określenia dało się usunąć, więc zawsze wracał do pracy tak szybko jak to możliwe.

Przyjął stanowisko tylko na prośbę Hermiony. Dzięki jej dokładnym notatkom przeczytanym w trakcie wojny, wiedział wszystko na temat jej pierwszych lat w Hogwarcie. Główną różnicę stanowił fakt, że Voldemort zajmował się wyłącznie rozkładaniem się gdzieś w piwnicach Ministerstwa, a nie opętywaniem młodych nauczycieli Obrony. Właściwie to jedynym powodem wakatu był fakt, że Quirinus Quirrell, który nauczał aż do 1990 wciąż podróżował, ponieważ Voldemort mu w tym nie przeszkodził i nie zaanektował jego ciała. Emerytowany auror, który uczył w roku szkolnym 90/91 stwierdził, że nad dziećmi trudniej zapanować niż nad rekrutami i zrezygnował po trzech semestrach. Przez to pani dyrektor znów musiała szukać nauczyciela i Hermiona zaczęła błagać Remusa, by się zgłosił zanim kłamliwy Gilderoy Lockhart zdoła chwycić stanowisko swoimi zbyt wymanikiurowanymi łapami.

Remus uważał, że Hermiona naciskała wyłącznie ze względu na Florę, która miała zacząć naukę w następnym roku, a jej matka bała się, że Lockhart może utrzymać stanowisko. Oczywiście Harry i Ron nie wlecieli samochodem w Bijącą Wierzbę, więc różdżka Rona nigdy się nie złamała. Nie istniał też dziennik, którym można by otworzyć Komnatę Tajemnic. Oba wydarzenia były konieczne, by nastąpiła konfrontacja między tchórzliwym Lockhartem, a zdeterminowanymi Harrym i Ronem, w wyniku której Lockhart stracił pamięć. Istniała więc szansa, że utrzyma stanowisko. Remus zgodził się zgłosić, ponieważ niepokoiło go, że taki oszust może uczyć dzieci.

Samochód pana Weasleya nie zawitał do ich żyć aż do ostatniego lata. Zarówno Harry i Ron mieli przechlapane przez większość wakacji, bo wybrali się z Fredem i Georgem na przejażdżkę. Nie celem szlachetnego ratunku zamkniętego młodego czarodzieja przed okropnymi krewnymi, ale by zobaczyć, czy samochód jest w stanie polecieć szybciej niż nowa miotła Harry'ego. James zarobił wściekłe spojrzenie Molly Weasley, ponieważ kiedy wysyłała Harry'ego siecią fiuu do domu celem ukarania, spytał kto wygrał.

Pożegnawszy się z McGonagall przy gargulcu strzegącym wejścia do jej gabinetu, Remus samotnie wrócił do siebie. Zbliżała się dziesiąta wieczorem, a zawsze schodziło mu się szybciej niż wchodziło. Kolana aż tak go nie bolały i zawsze nie mógł się doczekać wielkiego kubka herbaty, który robił sobie natychmiast po powrocie.

Zostało mu jeszcze czterdzieści pięć minut do wschodu księżyca i Remus porównał ten dystyngowany spacer i własnoręcznie zaparzoną herbatę do tego jak spędzał pełnie będąc uczniem. Godzinę przed rozpoczęciem przemiany pani Pomfrey otulała otumanionego i uzależnionego od herbaty nastolatka kocem. Potem razem wychodzili na zimną, szkocką noc, by nim księżyc pojawi się jak co miesiąc, zamknąć Remusa bezpiecznie w chacie. Choć przed ostatnie dwa i pół roku obecność przyjaciół znacznie polepszyła comiesięczną wyprawę, to nie umywało się do zachowania człowieczeństwa przez całą noc. Dochodził jeszcze plus w postaci braku konieczności wystawiania się na górską pogodę. Wystarczyło zamknąć na klucz drzwi gabinetu, rozpalić ogień i zrobić herbatę. Ten wieczór przypominał wszystkie inne, z wyjątkiem braku piżamy i niezmiernie bolesnej przemiany o wschodzie księżyca i słońca.

Remus bardzo się cieszył, że tej nocy może zostać w pomieszczeniu. Był stanowczo za stary na szlajanie się po dworze w trakcie listopadowej ulewy.

Był właśnie na trzecim piętrze, kiedy coś usłyszał. Rozległ się szelest i szybki odgłos kroków, ale Remus uznał, że to tylko uczeń, więc zaskoczyły go liny, które nagle skrępowały mu kostki. Rozpaczliwie zamachał lewą ręką, by utrzymać się w pionie, podczas gdy prawa sięgnęła pod sweter w poszukiwaniu różdżki.

- Nie sądzę. - odezwał się głos, którego Remus naprawdę wolałby nie znać. Towarzyszył mu silny uchwyt na jego prawym nadgarstku i złowieszczy śmiech, który sprawił, że Remus wspomniał szlabany i reprymendy sprzed lat.

- O Chryste. - mruknął Remus, a śmiech stał się coraz głośniejszy

- I o to chodzi, Lunatyku! - oznajmił radośnie James.

- Wielkie nieba, jesteście tu obaj. - westchnął Remus, którego przerażał brak ochrony w zamku.

Poczuł ukłucie żalu, zdając sobie sprawę, że tego wieczora wymarzony kubek herbaty i jego cudowny, wygodny dywan pozostaną nietknięte.


^V^


Komentarze?

Mrs J. xx