Zbetowane cudownie i bardzo efektywnie przez Mirabelle P, którą bardzo przepraszam, ponieważ zapomniałam jej podziękować przy pierwszej publikacji.

Serio, bety to często pomijani bohaterowie fanfików. Tak ciężko pisać bez drugiej pary oczu i okazyjnego „Zgubiłam się... Co chcesz tu powiedzieć" pojawiającego się w kolumnie z komentarzami. Xx


Hogwart był upiornie cichy tego zimnego, sobotniego poranka. Większość mieszkańców udała się do Hogsmeade albo, jeśli nie ukończyli jeszcze trzynastu lat, kuliła się przy ogniu w pokojach wspólnych. Lily Potter to odpowiadało, bo dzięki temu mogła niepostrzeżenie przemierzyć zamek. Razem z profesor McGonagall schodziły właśnie po schodach z Sali Wejściowej do podziemi. Dyrektorka dalej miała na szyi szalik w szkocką kratę, bo sama dopiero przed chwilą wróciła z wioski. Lily dziwnie się czuła przebywając w Hogwarcie, nie planując przy tym odwiedzić swojego syna, ale przybyła do zamku z tajną misją uwarzenia eliksiru, a nie wizytą rodzinną. Poza tym nie chciała znów wprawiać syna w straszliwie zakłopotanie, znane tylko trzynastoletnim chłopcom, kiedy muszą przyznać się do czegoś tak żenującego jak posiadanie matki.

Harry już raz w tym semestrze został na to narażony. Kiedy dwa tygodnie wcześniej, podczas pierwszego meczu w sezonie dostał tłuczkiem w głowę, ona i James odwiedzili go w szpitalu. Przez większość czasu posiadanie nastoletniego syna nie dawało żadnej satysfakcji. Popędzili do szkoły (James czerwonooki i wyczerpany po straszliwiej nocy z Remusem), a kiedy dotarli na miejsce, zatroskani i skołowani nagłą podróżą, Harry prawie wywrócił oczami spod turbanu z bandaża i powiedział im, że jest cały i zdrowy, a oni nie powinni byli przychodzić.

Czasami Lily w głębi serca marzyła o córce. Małej, uroczej dziewczynce, która bawiła się w przebieranki i chciała tylko przypodobać się mamusi. Zamiast tego miała niechlujnego, wspinającego się po drzewach, jedzącego błoto łobuza, który uważał, że znacznie bardziej spodoba jej się, jeśli nauczy się nurkować na miotle niż z własnej woli mówić proszę i dziękuję. Nie żeby nie kochała jego niegrzecznej duszyczki, ale odrobina uznania by nie zaszkodziła.

- Cieszę się, że to właśnie ciebie wybrali aurorzy. - oznajmiła McGonagall, wyrywając Lily z potoku wspomnień dotyczących każdego razu, gdy kontaktowano się z nią przez sieć fiuu lub pocztę, ponieważ Harry na coś się wspiął, wysadził coś, przeklął coś, lub kogoś kogo nie powinien. Z pewnością nie mogła się skarżyć na nudne życie. - Wolałabym uniknąć Ministerialnego Dochodzenia, które z pewnością będzie miało miejsce, gdyby sprawa Remusa wyszła na jaw. - profesor McGonagall brzmiała jakby miała powyżej uszu całej tej sytuacji.

- Zdziwiłam się, że Moody mnie poprosił. - powiedziała Lily. - Myślałam, że trzeba mieć licencję czy coś, żeby pracować dla Ministerstwa.

McGonagall posłała jej bystre spojrzenie.

- Sądzę, że wiele szczegółów tej sprawy zostanie zatajonych w ostatecznym raporcie. Moody obawia się naśladowców.

Lily też to rozważała. Zastanawiała się co Hermiona uważała na temat tak oczywistej korupcji, nawet jeśli jej przyjaciel na tym korzystał. Może Syriusz ostrożnie unikał informowania jej o tym.

- Chyba dla Remusa tak będzie lepiej. - odparła lekko, nie chcąc wchodzić w dyskusję na tematy etyczne z odrobinę onieśmielającą McGonagall.

- Z pewnością. - odparła nauczycielka. - A ty poradzisz sobie z Severusem?

Na ten temat Lily też sporo ostatnio myślała. Denerwowała się ponownym spotkaniem, ale minęło tyle czasu, odkąd rozdzieliły ich polityka i złe decyzje, więc teraz z pewnością jakoś się zniosą. Posłała dyrektorce nikły, pełen determinacji uśmiech.

- Tak. Tak myślę. A przynajmniej taką mam nadzieję. Wie, że to mnie ściągnęli aurorzy?

- Właściwie to nie jestem tego taka pewna. - odparła nieco zbyt od niechcenia McGonagall, nie napotykając spojrzenia Lily.

„Cudownie" pomyślała Lily. Prawdopodobnie wrogo nastawiony Severus Snape mógł się okazać irytującym towarzyszem warzenia eliksiru. Powiedzenie, że będą się znosić mogło być lekką przesadą.

Wkrótce potem kobiety dotarł do gabinetu Mistrza Eliksirów. Głęboko w podziemiach zamku było zimno i wilgotno, a gdy profesor McGonagall zapukała do drzwi Snape'a, Lily czuła się tak samo zrezygnowana jak i zdenerwowana.

W odpowiedzi na ich pukanie, okute żelazem drewniane drzwi otworzyły się do środka. Lily z całych sił starała się powstrzymać uśmieszek, który próbował wypłynąć na jej twarz, kiedy Severus zamajaczył w progu. Wściekły grymas, czarne szaty, różdżka trzymana na tyle nisko, by nie stanowiła groźby, ale była widoczna. Nic dziwnego, że uczniowie się go bali.

Ale nawet Severus Snape, Mistrz Eliksirów nie potrafił utrzymać grymasu na twarzy w obliczu szoku jakim był widok Lily Evans stojącej u drzwi jego lochu. Czyli aurorzy jednak go nie ostrzegli.

- Lily? - spytał, całkiem oszołomiony, ale szybko się pozbierał i przybrał beznamiętną minę, ukrywając zdumienie i zainteresowanie pod płaszczem ponurej obojętności. - Minerwo. - ciągnął, otwierając drzwi szerzej, by pozwolić im wejść.

Cicho zamknął drzwi, wahając się przez chwilę nim odwrócił się do kobiet. Gdy to zrobił, spojrzał prosto na Lily, a ona zdziwiła się widząc swojego przyjaciela z dzieciństwa patrzącego na nią z głębi tego niezmiernie skrzywionego mężczyzny.

- Więc aurorzy wysłali ciebie, żebyś sprawdziła moją pracę. - powiedział cicho. Chyba nie był zły tylko raczej cynicznie filozoficzny. - Oczywiście. - mruknął pod nosem, obchodząc biurko i zajmując za nim miejsce.

- Ciebie też miło widzieć. - powiedziała Lily, która nie zamierzała znosić jego uszczypliwości. - Potrzebowali kogoś kto będzie trzymał język za zębami, a którego raczej nie przestraszysz. - uśmiechnęła się szeroko, choć miała wrażenie, że jej uśmiech musiał wydawać się nieco wymuszony i dodała lekko. – Pasuję do opisu.

- Rzeczywiście. - odparł Snape. Jego czarne oczy na chwilę zalśniły żywo i Lily nie potrafiła powiedzieć czy to na znak irytacji czy rozbawienia.

McGonagall odchrząknęła.

- Zapewniłam Lily zakwaterowanie w Wieży Zachodniej. Alastor mówił, że macie swoje instrukcje?

- Tak. - odparli oboje.

Lily miała zostać w zamku przez cały tydzień, by mieć Snape'a na oku za każdym razem, gdy będzie pracował nad eliksirem. W trakcie warzenia kociołek musiał się odstać przez kilka godzin, więc będzie się mogła wyspać i spędzić trochę czasu poza lochami, jeśli tylko wywar zostanie zamknięty w pokoju za zaklęciem, które tylko ona mogła złamać. Proste. Jej obecność stanowiła tylko środek ostrożności. Nikt, nawet James, nie uważał Snape'a za sprawcę, ale nic nie chcieli pozostawić przypadkowi.

- W takim razie was zostawię. - oznajmiła McGonagall. - Lily, gdybyś czegoś potrzebowała, połączyłam kominek w twoim pokoju z moim.

- Dziękuję, pani profesor. - odparła Lily, marząc, by dyrektorka nie śpieszyła się tak z odejściem. Zostanie sam na sam z Severusem niepokoiło ją bardziej niż się spodziewała.

Snape wstał z krzesła i przytaknął.

- Dobry wieczór, Minerwo.

Drzwi zamknęły się za dyrektorką, a Snape nów usiadł. Drewno zaskrzypiało głośno w ciszy pomieszczenia. Lily czuła się niezmiernie niezręcznie stojąc tak po środku gabinetu i nie wiedząc co powiedzieć lub zrobić.

- Składniki trzymam tu. - powiedział po chwili Snape, a odrobinę głośniej niż zwykle. Najwyraźniej i on czuł się nieswojo. Wstał i wskazał na blat, który biegł pod ścianą za jego plecami. - Jestem pewien, że musisz je sprawdzić, żeby wykluczyć skażone produkty. Potem możemy przygotować pierwszą fazę.

- Tojad gotowany na wolnym ogniu w słonej wodzie. - wyrzuciła z siebie automatycznie Lily, która cieszyła się, że powtórzyła sobie sposób warzenia eliksiru tojadowego. Zanim nie weszła do lochu, wydawało jej się, że minęły całe wieki, odkąd Severus przestał być jej przyjacielem, ale teraz znajomy widok kociołka i wyposażenia lochu, wyciągnął z głębin jej pamięci powód, dlaczego się zaprzyjaźnili, przysłaniając ostatnie półtorej dekady. Przez sześć lat zawzięcie rywalizowali o pozycję najlepszego ucznia na zajęciach Slughorna. Nawet na siódmym roku, choć już ze sobą nie rozmawiali, dalej łączyła ich nierozerwalna więź porównywania ocen po każdym sprawdzianie. Lily miała wrażenie, że nawet teraz Severus oceniał jej umiejętności.

- Zasolona woda. - poprawił ostro Snape. - Słona woda sugeruje, że przyciągniesz tu kubeł z zatoki.

Lily parsknęła cicho, bo to szukanie dziury w całym ja rozbawiło.

- Strasznie przepraszam. - mruknęła, a ledwo dostrzegalne trzepotanie w jej żołądku sprawiło, że zdała sobie sprawę jak cieszy ją ta nieprawdopodobna możliwość poznania przyjaciela, którego uważała za straconego na zawsze.

- Powinnaś. - przytaknął Snape, a jego mina przemieniła się z pełnej wyższości w wyzywającą. - Nie chciałbym pomyśleć, że się opuszczasz.

- Krok drugi. - powiedziała Lily, pozwalając się podjudzać. - Zamieszać czternaście razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, potem dodać trzy zgniecione główki malwy bagnistej.

Severus posłał jej najmniejszy z istniejących uśmiechów i odsunął się od biurka, machając ręką w stronę rozłożonych składników.

- Sprawdzaj więc.

Wszystkie składniki były świetnej jakości, znacznie lepszej niż te, których używała lata temu, gdy Remus przyniósł jej cudowną recepturę na eliksir, który zmienił jego życie, a której pochodzenia nie mógł wyjaśnić. Niedługo po poznaniu prawdy o prawdziwej tożsamości Hermiony, Lily domyśliła się, że dziewczyna musiała przywieźć ją ze sobą z przyszłości. Było to oczywiście bardzo miłe, ale Lily zastanawiała się co z prawdziwym wynalazcą. Musiał być co najmniej zirytowany, gdy eliksir, nad którym jeszcze pracował pojawił się, sprawny, gotowy do dystrybucji i uwarzony przez kogoś o kim nigdy nie słyszał. To znaczy, jeśli w 1981 prowadził już prace nad eliksirem tojadowym. Nikt jednak nigdy nie stwierdził, że Lily ukradła przepis. Wiele razy proszono ją o napisanie artykułu do magazynów dla warzycieli na całym świecie, ale ona odmawiała, powtarzając, że stworzyła recepturę, by pomóc swojemu przyjacielowi (słynnemu zabójcy Voldemorta, Remusowi Lupinowi), a nie dla sławy.

- Przychodzi ci do głowy czemu ktoś chciałby skrzywdzić Remusa? - spytała, gdy stali obok siebie, ostrożnie obierając włókniste łodygi tojadu, podczas gdy kociołek rozgrzewał się nad ogniem kawałek dalej.

- Pomijając jego tragiczne nauczanie i obrzydliwe radosny sposób bycia? - odparł obcesowo Severus, nie przerywając zajęcia.

Lily uniosła brew.

- Tak, bo jeśli nie, to ciebie powinni za to zamknąć.

- Touché. - zgodził się Severus, a potem dodał z irytacją. - Ale nie, czegokolwiek bym o nim nie mówił, Lupin zrobił w życiu sporo dobrego dla świata, choć to stereotypowy Gryfon. Przy czym żadna z tych rzeczy nie jest powodem, by go publicznie ukrzyżować, co prawie miało miejsce.

- Ale powodem musi być wilkołactwo, prawda? - Lily była bardzo ciekawa opinii Severusa. Chciała też z kimś porozmawiać o całej tej sytuacji. Fakt, że w życiu prywatnym otaczali ją aurorzy i pracownicy Ministerstwa sprawiał, że Lily często była gorzej poinformowana, bo wszyscy musieli brać pod uwagę zakaz rozmowy o pracy aż wszystko wyjdzie na jaw. - Po prostu nie rozumiem po co ktoś brałby za cel eliksir, jeśli nie nienawidzi wilkołaków. To wszystko takie zagmatwane. Nie mówiąc już o tym ilu ludzi mogło ucierpieć.

- Z pewnością aurorzy Potter i Black dawno to już rozgryźli? - naciskał z wyższością Severus, jednocześnie z wyjątkową siłą uderzając ostrzem noża o twardą łodygę, którą przytrzymywał sobie kciukiem.

- Auror Potter nawet nie uczestniczy w śledztwie. - odparła lekko Lily, nie zamierzając wymieniać się uszczypliwościami. - A Frank i Syriusz nie rozmawiają ze mną o dochodzeniach.

Severus nie odpowiedział. Skończył z tojadem i teraz skupiał się na trudnym zadaniu sprawdzania czy woda w kociołku już się gotowała. Po wielu minutach ciszy, podczas których on obserwował wodę, a Lily układała przygotowany tojad w idealnie proste linie, Mistrz Eliksirów znów się odezwał.

- Aurorzy kazali mi sprawdzić gabinet Lupina pod kątem czarnomagicznych klątw, które mogłyby wpłynąć na eliksir, zanim pozwolono mu tam wrócić. - zaczął. - Wydaje mi się to dość podejrzane, że choć Lupin rozorał sobie brzuch tej nocy, to miejsce, gdzie normalnie spędza pełnie pozostało całkowicie nietknięte.

Wreszcie oderwał wzrok od kociołka i posłał Lily znaczące spojrzenie. Zastanawiała się czy wiedział, że James i Syriusz przyszli do Remusa tego wieczoru, jak za starych czasów. Nigdy nie była stuprocentowo pewna czy w szkole Severus wiedział, że byli niezarejestrowanymi animagami.

Przywołała na twarz zdumioną minę.

- Naprawdę? - odparła, grając tak niewinną jak to tylko możliwe. - Cóż, ja nie mam pojęcia jak to się stało.

Zerknęła na niego, a potem powróciła do idealnie przyciętych łodyg na blacie przed nią.

- Ja też nie. - odparł mimochodem Severus. - Jak mówiłem, to podejrzane. - znów zapadła cisza, ale Severus zakończył ją w chwilę później. - Woda osiągnęła odpowiednią temperaturę, możesz dodać tojad.

Lily wykonała polecenie, przesuwając jeden z ogromnych tasaków, których użyli do pocięcia roślin pod idealnie prostą linię kawałków i przenosząc tojad do gotującej się wody. Z chlupotem wpadły do środka i prawie natychmiast tafla zawrzała i zagotowała się jeszcze gwałtowniej.

- Chcesz żebym teraz zamknęła pokrywę? - spytała, podnoszą ciężką cynową tarczę z ławki obok kociołka.

- Tak. - potwierdził Severus. Lily wsunęła ją na miejsce, drżąc, gdy metal zgrzytnął o kant kociołka. - Mam dziś obchód. - ciągnął, gdy rzucała zaklęcie zamykające. - Więc kiedy wrócisz na krok drugi, otwórz sobie sama. Hasło otwierające drzwi to Dimidium-sanguinis Princeps. Wrócę na czas, by dodać malwy bagniste, ale nie musisz na mnie czekać na korytarzu.


Później tego wieczora Lily otworzyła sobie drzwi się do gabinetu Mistrza Eliksirów (po trzech próbach wypowiedzenia skomplikowanego hasła). Zdążyła zapomnieć, ile łaciny wymagało poruszanie się po Hogwarcie. Dalej czuła się pełna i rozleniwiona po ogromnym posiłku, który dostarczył do jej pokoju bardzo podekscytowany skrzat domowy. Droga do lochów zajęła jej mniej czasu niż się spodziewała i udało jej się ją przebyć bez zwracania na siebie uwagi uczniów. Inna sprawa, że niezbyt się o to martwiła. Nawet gdyby ktoś rozpoznał w niej mamę Harry'ego, założyłby po prostu, że przyszła tu w jego sprawie. Uważała, że to kolejny powód, który sprawił, że Moody poprosił właśnie ją.

W gabinecie Snape'a było bardzo cicho. Na półkach ciągnących się przy ścianach stały słoiki z okazami zachowanymi w gęstej i lepkiej substancji. Do gabinetu prowadziły dwie pary drzwi, jedne wiodące na korytarz, których właśnie użyła i drugie, przez które wychodziło się do sali, gdzie uczono Eliksirów. Przez wąskie okienko nad klamką widziała, że w klasie za ścianą dalej paliło się światło. Rozproszył ją widok znajomej pierwszej ławki, którą przez tyle lat dzieliła z Severusem. Wyglądała identycznie jak za jej szkolnych czasów.

Lily sprawdzała składniki potrzebne do kolejnej fazy warzenia, sluchając odgłosu gotującego się na wolnym ogniu wywaru, który wypełniał gabinet. Severus wyłożył malwy bagniste na niewielki srebrny talerzyk ustawiony obok kociołka. „Jak zwykle przygotowany" pomyślała Lily, opadając na krzesło za biurkiem. Było to jedyne miejsce do siedzenia w pomieszczeniu, bo Severus najwyraźniej nie zachęcał gości do dłuższej wizyty.

Czekała tak zaledwie kilka minut, gdy do jej uszu dobiegł hałas dochądzący z klasy. Wstała z krzesła i wyjrzała przez okienko w drzwiach, ze zdumieniem dostrzegając wchodzącego do pomieszczenia Draco Malfoya. Wydawał się zaniepokojony.

Chłopiec mocno zamknął za sobą drzwi, a potem obszedł pokój, zginając się, by zajrzeć pod ławki i sprawdzając szafkę pozostawioną do dyspozycji uczniów. Gdy mijał gabinet, Lily cofnęła się od okna. Jego cień przysłonił rozświetlone okno i chłopiec poruszył klamką, ale drzwi ani drgnęły. Severus bez wątpienia zamknął je tym samym zaklęciem co te, przez które weszła Lily. Cień Draco przesunął się i Lily znów podeszła bliżej, by zobaczyć co robił.

Najwyraźniej upewniwszy się, że był sam, Draco stanął na środku pomieszczenia z różdżką w dłoni, plecami do gabinetu i schowanej w nim Lily. Długo to jednak nie potrwało, bo kilka minut później już chodził w kółko po klasie, ciągle zerkając na drzwi. W dłoni kurczowo ściskał różdżkę i Lily widziała jak jego kłykcie bieleją z wysiłku. Wyglądało to jakby szykował się do walki. „Ale przecież Draco nie walczy" pomyślała. Z tego co wiedziała do wydostawania się z kłopotów wykorzystywał albo próbował wykorzystać skargi, albo przynajmniej kłótnie.

Drzwi na korytarz otworzyły się z hukiem i Draco obrócił się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z chłopakiem, który wszedł do pomieszczenia. Był starszy od Draco (zdaniem Lily mógł mieć piętnaście lub szesnaście lat) a także wyższy. Natychmiast zauważył wyciągniętą różdżkę młodszego chłopca. Lily pospiesznie wyszeptała hasło Severusa i gdy zamek ustąpił, odrobinę uchyliła drzwi, na tyle tylko, by słyszeć co mówił nowoprzybyły.

- Będziesz się ze mną pojedynkował? - spytał z wyższością starszy chłopiec. - Nie sądzę, żeby to było konieczne.

- Mam dość, Stuart. - odparł bezpośrednio Draco, to zaciskając to rozluźniając palce na różdżce. - Chciałem tylko ci to powiedzieć. Kończę z tym.

A potem przeszedł tuż obok Stuarta, w oczywisty sposób zamierzając odejść po wypowiedzeniu tego krótkiego i enigmatycznego zdania. Prawie dotarł do drzwi, gdy starszy chłopiec zareagował.

- Dobrze. - oznajmił dumnie. - Nie miałem pojęcia, że aż tak tęsknisz za codziennymi klątwami. Lepiej poćwicz zaklęcia tarczy.

Stuart wyciągnął własną różdżkę, a Lily, dalej ukryta za drzwiami zrobiła to samo. Nie chciała się wtrącać, ale nie mogła im pozwolić na prawdziwy pojedynek.

- Po prostu się odpierdol. - odparował Draco, ale był blady, a jego różdżka drżała, gdy niczym idiota nie ustępował pola.

- Uciekaj, Draco. - zaszydził Stuart. - Tak jak tatuś umykał, podczas gdy odważni walczyli.

- Nie jestem moim ojcem. - syknął Draco przez zęby. - Nie mów o rzeczach, których nie rozumiesz.

Stuart westchnął z politowaniem.

- Rozumiem, że mój ojciec zginął walcząc za Czarnego Pana, podczas gdy twój zwiał jak tchórz. To chyba dość oczywiste kto był lepszy i okazał więcej lojalności.

- Lojalności - powtórzył Draco z szyderczym uśmiechem. - Kim jesteś? Puchonem? Kogo to obchodzi? Riddle jest martwy, zabił go wilkołak zanim nauczyłem się chodzić. Czemu stale o nim gadasz? Mój Dziadek mówi, że i tak był zbyt walnięty, by rządzić państwem.

Stuart zmrużył oczy słuchając słów Draco. Teraz wydawał się bardziej ostrożny niż pewny siebie.

- Aleś ty dziś odważny. - zauważył, rozglądając się po pomieszczeniu, jakby spodziewał się zasadzki. - Co w ciebie wstąpiło?

- Nic. - Draco wyprostował się dumnie, bo najwyraźniej niepewność rywala dodała mu siły. - Pierdol się. Mam już dość. Możesz gadać co chcesz, a jeśli mnie przeklniesz... - wzruszył ramionami. - Nie wylecę ze szkoły za kradzież na twoje polecenie. Znajdź sobie kogoś innego do brudnej roboty, albo cholera, poucz się to nie będziesz musiał ściągać na każdym sprawdzanie.

Stuart zbliżył się do Draco, a jego ostrożność przerodziła się w gniew.

- Ty pyskaty gówniarzu. - syknął, unosząc różdżkę. Nagle drzwi za Draco otworzyły się, popychając go i wytrącając z równowagi.

Dalej ukryta za drzwiami Lily, która wolała się nie wtrącać, jeśli to nie będzie konieczne, westchnęła z ulgą. To na pewno Severus wracał z obchodu.

Myliła się. Do pomieszczenia weszło dwóch chłopców starszych od Draco. Wyższy miał ciemną skórę i krótko przystrzyżone czarne włosy, drugi był pulchny, o popielatej czuprynie opadającej mu na oczy. Obaj nosili krawaty w barwach Slytherinu, a na widok wyciągniętych różdżek zaciekawili się.

Stuart powitał ich złowieszczym uśmiechem.

- Cześć, chłopaki. Jesteście dokładnie na czas. - Draco wodził wzrokiem od starego zagrożenia w postaci Stuarta, do nowego, które blokowało mu drogę ucieczki. Stuart podszedł trochę bliżej, cały czas zwracając się do nowoprzybyłych. - Złe wieści, Malfoy nas porzucił.

Draco natychmiast zdał sobie sprawę, że to już koniec gry. Obrócił się plecami do Stuarta i pospiesznie rzucił Klątwę Galaretowatych Nóg na pulchnego chłopaka, bez wątpienia zakładając, że tak zyska szerszą drogę ucieczki. Chłopak zachwiał się, gdy jego nogi zwiotczały, a Draco walnął go ramieniem, by przemknąć obok niego. Nie był jednak dość szybki. Ciemnowłosy uczeń złapał go za kark i powstrzymał, jednocześnie rzucając przeciwzaklęcie na swojego kolegę.

- Niezła próba. - powiedział, a Lily stwierdziła, że brzmiał jakby prawie był pod wrażeniem. Ona była. Wiedziała jednak, że nie mogła pozwolić im zaatakować Draco, a teraz kiedy go trzymali musiała interweniować.

- Dobry wieczór, chłopcy. - odezwała się wesoło, wychodząc zza drzwi. Trzymała różdżkę na widoku, a cztery pary oczu natychmiast do niej powędrowały. - Chyba dość już słyszałam. Wy trzej - wskazała różdżką na zszokowanych starszych uczniów. - sobie usiądziecie. Profesor Snape niedługo wróci z obchodu, a jestem pewna, że chętnie o tym wszystkim usłyszy.

- Kim pani jest? - warknął gniewnie Stuart, a w tym samym momencie Draco wydusił z siebie:

- Pani Potter? Co pani robi w gabinecie Snape'a?

- Jesteśmy z Severusem starymi przyjaciółmi. - odparła szybko Lily, zdając sobie sprawę jak ogromny błąd popełniła im się pokazując. Zaimprowizowała. - Pracujemy razem nad prywatnym projektem.

- Nie ma pani nad nami żadnej władzy. - syknął Stuart, choć chyba nie chciał zaczynać kłótni na oczach nieprzyjaznego dorosłego, bo wezwał swoich kumpli ostrym „Chodźcie'! i przepchnął się obok Draco do drzwi. Obecność Lily nie wywołała u Draco ulgi ani wdzięczności. Dotarłszy do drzwi, chłopcy zatrzymali się, by posłać mu wrogie spojrzenie, a on zbladł. - Widzimy się w pokoju wspólnym, kretynie.

Lily pożałowała, że nie rozważyła reperkusji ujęcia się za Draco. Oczywiście, że to tylko pogorszy sprawę. Ale on znów ją zaskoczył.

- Nie mogę się doczekać. - odparł sarkastycznie, jednocześnie pokazując im dwa palce.

Brwi Stuarta uniosły się ze zdumieniem.

- Merlinie, Malfoy, można by pomyśleć, że wyhodowałeś sobie jaja. – powiedział i uśmiechnął się złośliwie. - Szkoda, że dalej biję cię na głowę w pojedynkach.

- Co za niespodzianka. - odparował Malfoy. - Trzecioroczniak nie może pokonać w pojedynku pięcioroczniaka i jego dwóch kumpli. Można by pomyśleć, że ty wyhodowałeś sobie mózg.

Starszy z przyjaciół Stuarta parsknął i Lily była pewna, że próbował ukryć śmiech. Nie winiła go, cokolwiek wstąpiło w Draco, z pewnością uczyniło go nieustraszonym.

Dochodzący zza jej pleców, lodowaty głos Severusa sprawił, że podskoczyła. Jakoś udało mu się podejść do nich bezszelestnie i teraz stał w drzwiach gabinetu, posyłając uczniom wściekłe spojrzenie.

- Co się tu dzieje?

- Severusie - odezwała się z ulgą Lily. - ci chłopcy mają ci chyba coś do powiedzenia.


Tego wieczora to Lily dodała malwy bagniste do eliksiru i zamieszała w odpowiedni sposób, bo Severus był zajęty dręczycielami i Draco. Pól godziny później, gdy rozdano szlabany, a chłopców posłano do łóżek, Lily siedziała naprzeciwko Severusa w jego gabinecie. Wyczarował jej krzesło i nawet zrobił herbatę. Prawie poczuła się mile widziana w tym ciemnym pokoiku.

- Nie powinnaś była się wtrącać, Lily. - odezwał się Severus, z ostrożną miną nalewając herbaty.

- Boże, wiem. - odparła natychmiast Lily, żałując, że w ogóle otworzyła drzwi do klasy. - Zdałam sobie z tego sprawę, gdy się tam znalazłam. Ale zamierzali go skrzywdzić, a nie mogłam na to pozwolić. To taki dziwny dzieciak. - dodała czule. - Znacznie odważniejszy niż bym się spodziewała. Kazał im się odpierdolić. Prosto w twarz. To wymaga odwagi.

- Zgadzam się. - odparł Snape. - To dobry dzieciak, często ze mną rozmawia. posłał Lily pełne ciekawości spojrzenie- nad swoją filiżanką. Krzaczaste brwi i przetłuszczone włosy sprawiały, że wyglądał niezmiernie surowo. - Nie wiedziałem, że tak dobrze go znasz.

- A ja się dziwię, że go tolerujesz. - odparła Lily. - Zdajesz sobie sprawę, że jest siostrzeńcem Syriusza, prawda?

- Właściwie to kuzynem pierwszego stopnia. - prychnął Severus. - Miał też tyle przyzwoitości, by trafić do odpowiedniego domu i w ogóle nie przypomina Bla...

- Chyba powinieneś na tym poprzestać. - wtrąciła Lily. - Nie chcesz się ze mną kłócić. - Severus wydawał się nieco zastraszony i skupił się na mieszaniu herbaty, więc Lily zdecydowała się mu odpuścić. - Znam Draco, bo Syriusz przywozi go do Doliny Godryka, żeby on i Harry mogli razem polatać w lesie.

- On i Potter? - powtórzył Severus z niemożliwym do przeoczenia sceptycyzmem.

Lily westchnęła z frustracją.

- Masz na myśli mojego syna? Naprawdę Severusie, rozpamiętywanie szkolnych głupot jest takie małostkowe.

Severus posłał jej pełne niedowierzania spojrzenie.

- Dwa tygodnie temu twój mąż zdetonował mi w twarz baryłkę żabich wnętrzności. Nie tylko ja to rozpamiętuję.

Lily musiała przyznać mu rację. W sprawach związanych ze Snapem, James zachowywał się jak dzieciak.

- Jeśli to ci pomoże, Moody kazał mu codziennie rano biegać razem z rekrutami. - powiedziała, w ramach wyciągnięcia gałązki pokoju. - Po wstaniu ledwo chodzi, tak go boli.

- Nie obchodzi mnie jakie to małostkowe z mojej strony, ale poczułem się lepiej. - mruknął Severus, zaskakując ją, a potem dodał normalnie. - Nie zdawałem sobie sprawy, że Draco i Harry się dogaduję. W szkole na to nie wygląda. Draco ma wrażenie, że nikt go nie lubi. Uważa, że większość szkoły nienawidzi go, bo jest synem Śmierciożercy, a Ślizgoni dlatego, że jest synem Śmierciożercy, który próbował zdezerterować.

- Tak mówili dziś ci chłopcy. Nie mogę uwierzyć, że w ogóle to wszystko wiedzą. - Lily tego nie rozumiała. Harry nie okazywał nawet najmniejszego zainteresowania tematem, chyba że podawało mu się go w postaci dramatycznych opowieści o przygodach aurorów, pochodzących z półtorarocznego okresu, gdy James i Syriusz razem trenowali. - Większość tych, którzy to przeżyli, próbuje unikać tematu. - powiedziała, poważniejąc, gdy zalały ją wspomnienia strachu i niepewności tamtych mrocznych dni.

- Sądzę, że to część problemu. - przytaknął w zamyśleniu Severus. - Historia idealizuje wojnę. Odważni czarodzieje i czarownice walczący o to w co wierzą. Czego dzieciaki nie rozumieją to to, że nie mieliśmy wyboru. Nikt, bez względu na stronę, nie chciał walczyć. Zastanawiać się czy jutro nie będzie naszym ostatnim dniem. - Severus skupił się na swojej filiżance i ciągnął mimo mocno zaciśniętych warg. - Wiara w sprawę sprawiała, że brnęliśmy dalej, ale nie czyniła z tego podniecającej przygody, jaką widzą w niej dzieciaki.

- Święta prawda. - odparła Lily, słysząc w tej przemyślanej teorii coraz więcej swojego starego przyjaciela. - Tyle tylko, że chyba nie ma jak zmusić ich, żeby to zrozumieli, prawda?

- Nie. Usilnie próbowałem wbić Ślizgonom do głowy nieco bardziej realistyczną wizję tego przeżycia, ale bigoteria pozostaje. Przecież nie mogę kontrolować tego co słyszą w domu.

- Severus Snape opowiadający się za szlamami. - mruknęła Lily ze zdumieniem. - Nie spodziewałam się, że coś takiego zobaczę.

- Zdarzały się dziwniejsze rzeczy. - odparł krótko Severus. Potem spojrzał na nią i przemówił zupełnie innym tonem, zdeterminowany, by zostawić wojnę za sobą. - Jak sprawa Lupina. Frapuje mnie. A niełatwo się do tego przyznać.

- Musisz mieć teorię, na pewno się aż tak nie zmieniłeś. - odparła Lily, chętnie wracając do tematu, który zaczęli po południu. Jeśli ktoś mógł rozwikłać tę zagadkę, to tylko on.

Ale Severus tylko westchnął.

- Właśnie nie. Wszystko już wykluczyliśmy.

- Myślisz, że to był wypadek? - spytała Lily, dziwiąc się, że tak otwarcie przyznał się do klęski.

- Właściwie to zastanawiałem się, czy Poppy przez przypadek nie posłodziła jego eliksiru zamiast swojej herbaty, ale z zasady to drobiazgowa i wykwalifikowana Uzdrowicielka.

- Ale zauważyłbyś to podczas testów, prawda? - spytała Lily. Wiedziała, że na Remusa rzucono każde możliwe zaklęcie i poddano każdej procedurze wyszukującej antidotum.

Severus potrząsnął głową.

- Nie da się przetestować pacjenta pod tym kątem. Cukier w organizmie nie wpływa na eliksir. Zmienia jego działanie tylko jeśli doda się go do dawki przed podaniem. Sądzę, że Lupin jest właściwie zrobiony z cukru, ilości czekolady jakie pochłania ten człowiek są przerażające. Ale aż do teraz to jeszcze nigdy nie wpłynęło na jego eliksir, więc czemu miałoby zacząć?

- To prawda, ale co z naczyniami? Ich nie sprawdzono?

- Niestety, przez Poppy i jej staranną rutynę, szklanki były umyte i wysterylizowane jeszcze przed wschodem księżyca.

- Więc jeśli to cukier... - zastanowiła się na głos Lily. - a wydaje się, że to musi być cukier, jeśli nie znalazłeś nic w Remusie, to jak mógłby się dostać do szklanki?

- Dlatego od razu go wykluczyłem. - odparł Severus, a w jego głos wkradła się frustracja. - Nie istnieje możliwość by ktokolwiek dostał się do szklanek przed rozlaniem eliksiru, bo sterylizuje się jej tuż przed użyciem, a dawka panny Reeves była nienaruszona, więc musiano go dodać po tym jak eliksir znalazł się w szklankach, gdy tylko Poppy miała do nich dostęp.

Poppy Pomfrey matka i opiekunka kilku pokoleń uczniów Hogwartu naraziła ich na takie niebezpieczeństwo? Zdaniem Lily był to idiotyczny pomysł.

- Rozmawiałeś z nią? - spytała. Syriusz i Frank nie mogli jej przeoczyć, nawet jeśli uważali to za równie mało prawdopodobne co Lily.

- Tak i dalej się dziwię, czemu jej nie aresztowano. - Severus spojrzał na nią, a w jego czarnych oczach kryło się prawdziwe zdumienie, a potem odrobina żalu. - Jest jedyną osobą, która mogłaby to zrobić.

- To poważne oskarżenie, Sev. - odparła ostrożnie Lily, którą wstrząsnęła ta bezpośredniość. Pani Pomfrey była tak samo symbolem Hogwartu co McGonagall.

Severus mrugnął słysząc stare zdrobnienie, a jego policzki stały się widocznie mniej ziemiste, gdy znów się odezwał.

- Nie oskarżam jej. - wycofał się. - Mówię tylko, że ktoś zrobił coś z eliksirem, a ona jest jedyną osobą, która miała ku temu sposobność. - ten pomysł mu się chyba nie podobał, bo mocno zmarszczył brwi. Ale nie na długo, zmartwiona mina przekształciła się w pełną zamyśleniem jakby do głowy przychodziło mu nowe wyjście. - Wiesz, że jedyny powód, dlaczego nikt inny nie mógł dostać się do eliksiru to to, że jej gabinet był pełen akt pacjentów? - Lily przytaknęła, ale Severus i tak wyjaśnił. - Jej czar powiększający przestał działać, gdy magicznie wyciągnęła akta. Ale ten inspektor NSZ... Zawsze wydawał mi się prawdopodobnym podejrzanym. Co, jeśli po prostu rzucił kostkę cukru od drzwi?

Lily była rozczarowana. Spodziewała się czegoś znacznie bardziej rozstrzygającego i skomplikowanego.

- Chyba. - odparła z wahaniem. - Musiałby mieć niezłego cela, by trafić do dobrej szklanki.

- O czym ja mówię, rzucić. - prychnął pogardliwie Severus, zły na samego siebie. - Mógł przelewitować ją przez pokój. - znów spojrzał prosto na Lily, z widocznym niepokojem. - Nawet pierwszoroczniak poradziłby sobie z tym zaklęciem.

- Naprawdę uważasz, że to prawdopodobne.

- To nie ma znaczenia, ważne, że to możliwe. - Severus wyglądał jakby mu ulżyło. - Prawie oszalałem próbując wymyślić jak to się mogło stać. Wiesz tak samo dobrze jak ja, że moje eliksiry nie zawodzą. A wszystkie klątwy, które mogłyby wpłynąć na wywar dałoby się wykryć. To musiał być cukier, nie wiedziałem tylko jak dostał się do dawki Lupina, a nie panny Reeves. Ale kostkę można łatwo kontrolować lewitacją lub zaklęciem odpychającym.

- Musisz powiedzieć aurorom. - odparła Lily, myśląc, że jeśli to prawda, to wszystko sprowadzi się do najbardziej kuriozalnie prostego otrucia jakie zapisano w aktach... Albo nie zapisano, biorąc pod uwagę okoliczności. - Syriusz i Frank potrzebują każdego tropu. Co, jeśli ten ktoś spróbuje znowu w przyszłym tygodniu?

- Cóż, zgaduję, że aurorzy będą obecni podczas kolejnej pełni. I nie pozwolą nikomu pałętać się po skrzydle szpitalnym bez opieki.

- Ale i tak. - naciskała Lily.

- No dobrze. - ugiął się Severus. - Rano skontaktuję się z Longbottomem.

- Świetnie. - odparła usatysfakcjonowana Lily. - A teraz powinnam się chyba trochę przespać. Zostało już tylko siedem godzin do dodania pasty z rzeżuchy.

Severus zmarszczył brwi.

- Masz na myśli sześć godzin i czterdzieści... - urwał, by podciągnąć rękaw i zerknąć na zegarek. - ... trzy minuty.

Lily uśmiechnęła się, wstając.

- Oczywiście, że tak. - zgodziła się. - Nigdy nie sądziłam, że będzie mi brakowało tego twojego szukania dziury w całym, ale chyba za tym tęskniłam.

- Dbałość to lepsze słowo. - burknął Severus, ale gdy odprowadzał ją do drzwi wydawał się zadowolony. - Do zobaczenia rano, Lily.

- Dobranoc, Sev. - odparła Lily, czując się niezwykle głupio, bo nieoczekiwanie zaszczypały ją kąciki oczu. Aż do teraz nie zdawała sobie sprawy jak bardzo tęskniła za swoim pierwszym magicznym przyjacielem.


N/A: Dziękuję za feedback pod ostatnim rozdziałem, bardzo chętnie usłyszę co sądzicie na temat tego.

Mrs J xx


Od tłumaczki: I w ten sposób dotarliśmy do końca mojej przygody z uniwersum Sto Sześćdziesiąt Dziewięć. Rozdział 12 jest ostatnim i choć będę obserwować profil autorki, w razie gdyby postanowiła wznowić opowiadanie, to data publikacji nie skłania do optymizmu. A szkoda, bo intryga robi się coraz ciekawsza i ja na przykład strasznie chciałabym się dowiedzieć jak to wszystko miało się skończyć. Dziękuję Wam bardzo za uwagę i ciepłe słowa, było mi bardzo miło.

Zapraszam też do mojego kolejnego projektu tłumaczeniowego, który powinien ujrzeć światło dzienne w niedzielę 29 września. Projekt ten jest crossoverem HP z Grą o Tron, nosi tytuł Winter's Witch (Czarownica Zimy) i został napisany przez writing_as_tracey. Oryginał można znaleźć na Archive Of Our Own, albo , a moje tłumaczenie ukaże się zarówno tutaj, jak i na moim profilu na ao3. Także jeśli macie ochotę na Hermionę wymiatającą w Westeros to zapraszam.

Do usłyszenia,

Ammaviel