Notka autorska:

Linijka Robba „To czego pragnę, a to co muszę uczynić to dwie różne rzeczy" to peryfraza zdania z jednego z moich ulubionych zdań w serialu „100", gdy Bellamy mówi „To kim jesteśmy, a kogo potrzebujemy, by przetrwać, to dwie różne rzeczy."


Czarownica Zimy IX


Robb nie zdawał sobie sprawy z mijania czasu. W jednej chwili kładł się do łoża, które wskazała mu Lady Spicer, a Olyvar posłusznie wchodził za nim do komnaty, a zaraz potem już tonął w snach. Dziwnych snach.

Był z powrotem w Winterfell. Stał ze swoim koniem na wewnętrznym dziedzińcu, a obok miał Jona, tak samo poważnego, o tych samych czarnych lokach i długiej, bladej twarzy, od zawsze bardziej podobnego do Eddarda Starka niż Robb. Jednak Robbowi to nigdy nie przeszkadzało. Miał na sobie czarną skórzaną zbroję i czarny płaszcz podbity futrem, pas od miecza i spodnie włożone w ciepłe buty. Ubiór ten zwiastował nadchodzącą zimę i wskazywał na to, że na Murze panowała inna temperatura.

- Następnym razem, gdy się spotkamy, będziesz cały na czarno. - zażartował, choć serce bolało go na myśl, że przyrodni brat czuł się w Winterfell tak źle, że chciał uciec, gdy tylko nadarzyła się okazja. Że chciał przynależeć gdzieś indziej.

- To był zawsze mój kolor. - odparował Jon, a na jego poważnej twarzy zagościł ledwo widoczny uśmiech, który sprawił, że i jego spojrzenie wydało się cieplejsze.

Robb uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi i wyciągnął ręce, by na chwilę przycisnąć brata do piersi i cieszyć się obecnością kogoś z własnego rodu. Pogodnie walnął go w plecy, a potem odsunął się.

„Nie! Nie!" Wrzasnął na siebie w myślach. „Nie puszczaj! Potrzebujesz go! Potrzebujesz Jona u boku! To twój brat, który cię nie porzucił! Który cię nie zdradził!"

Wewnętrzny dziedziniec Winterfell zniknął i Robb znalazł się w Bożym Gaju, u stóp antycznego drzewa-serca. Patrzył na cienkie, krwistoczerwone liście kołysane łagodnym, letnim wiatrem. Ich szelest zlewał się w uspakajającą pieśń, która szła w parze z bulgotaniem pobliskiej sadzawki.

Wyryta na drzewie-sercu twarz wpatrywała się w Robba, który nie potrafił wytrzymać jej spojrzenia i natychmiast spuścił wzrok. By zaraz dostrzec postać siedzącą na niskim kamieniu, o krawędziach wygładzonych po setkach lat pełnienia roli stołka. Był to mężczyzna, który pochylał się nad Valyriańską klingą zwaną Lodem. Raz po raz przeciągał zakrwawionym kawałkiem materiału po ostrzu, by je wyczyścić.

Mężczyzna uniósł głowę i uśmiechnął się.

- Nie usiądziesz, Robb?

Robb usłuchał ostrożnie. Jego ojciec nie żył.

- Masz przed sobą nie byle jakie zadanie. - ciągnął, znów skupiając się na mieczu i obracając go by spojrzeć na drugą stronę ostrza. - Zwołałeś chorągwie, zjednoczyłeś Północ i Dorzecze pod swoimi rozkazami, a jednak czujesz się niespełniony. Dlaczego?

- Wiesz, dlaczego - wymamrotał Robb, patrząc na swoje dłonie, które spoczywały na kolanach. Zacisnął pięści. - Chcę cię pomścić.

Ned przytaknął.

- I zrobiłeś to? - spytał spokojnie.

- Jeszcze nie.

- Jak tego dokonasz?

- Przez niszczenie dóbr Lannisterów, zdobywanie ich zamków i twierdzy. - zadeklarował gwałtownie. - Poprzez zmuszanie Tywina Lannistera do umykania z jednego pola bitwy na następne, aż nie będzie miał już sił.

- Czy to przywróci mi życie?

Słowa te sprawiły, że Robba przeszył ból.

- Nic ci go nie przywróci.

Ned obrócił się, by spojrzeć synowi prosto w oczy.

- Dokładnie, Robb. Nic nie przywróci mi życia. Masz obowiązki względem swoich braci i sióstr, to prawda. A także względem Północy. Pamiętaj jednak. Nadchodzi zima.

A potem Boży Gaj rozmywał się dookoła niego i Robb mógł tylko wyciągnąć rękę i zawołać: "Ojcze!" nim znalazł się w Wielkiej Sali, na krześle swego ojca. U boku miał Brana, który zajmował własne miejsce i stojącego obok Hodora. Rozejrzał się po sali ze zdumieniem i zdał sobie sprawę, że przygląda mu się Luwin.

- Lordzie Robbie? - spytał Luwin i Robb mrugnął, pojmując, że miał rozstrzygnąć taką czy inną dysputę.

- Ja… - urwał, potrząsając głową i zastanowił się czy to co powie miało jakiekolwiek znaczenie. Ledwo nadążał wypełniać wszystkie obowiązki. Wygrywanie bitew nijak się miało do subtelnego tańca pomiędzy prostaczkami i ich problemami, a lordami i ich problemami.

- Ja się tym zajmę - odezwał się nagle młody głos Brana, gdy chłopiec zaproponował uprzejmie.

Robb otworzył usta (Bran był za młody, nie mógł samodzielnie zarządzać Winterfell), gdy nagle przez salę pędził Rickon, dziki, brudny i beztroski, a za nim gnał Kudłacz, stukając pazurami o kamienną podłogę. A potem Winterfell płonęło. Ogień był gorący i jasny i Robb zmrużył oczy, zastanawiając się, gdzie zniknęli jego bracia. Dlaczego zostawił ich samych w Winterfell i pojechał na południe? DLACZEGO?

A potem i oni zniknęli w płomieniach i Robb wrzasnął:

- Bran! Rickon!

Nikt jednak nie odpowiedział.

- Jesteś taki głupi. - zakpił dziewczęcy głos i Robb spojrzał w dół, by zobaczyć Aryę, która zadzierała głowę, by mu się przyjrzeć. Jej długie czarne włosy spleciono w warkocz i ukryto pod starą tuniką i spodniami Brana. W lewej dłoni trzymała małe, wąskie ostrze. Stali na porośniętej trawą równinie, może gdzieś na Dorzeczu.

- Ja? Głupi? - spytał z oburzeniem. - Dlaczego?

- Jesteś Królem, tak? Ty wyznaczasz zasady. - odparła prosto jego siostra.

- Muszę trzymać się większej ilości zasad niż ktokolwiek inny - kłócił się Robb, podczas gdy jakaś jego część zastanawiała się o jakie zasady chodzi.

Arya potrząsnęła głową.

- Zasady są po to, żeby je łamać, szczególnie jeśli tego właśnie chcesz.

- Są konsekwencje, Arya! - warknął Robb. Dziewczynka westchnęła.

- Zawsze są.

Potem odwróciła się i zaczęła się od niego oddalać, zostawiając go z ogłupiałą miną.

- Czekaj... Arya, czekaj! - postąpił krok w jej stronę, ale zamiast tego znalazł się na ogromnym dziedzińcu. Na jego środku wznosiła się fontanna z czystą wodą, a wszędzie rosły kwiaty, których słodki zapach przenikał powietrze.

Zimna, szczupła kobieca dłoń sięgnęła po niego i wślizgnęła się w zagłębienie przy jego łokciu. Zaskoczony Robb spojrzał w dół i zobaczył wpatrującą się w niego parę znajomych, niebieskich oczu. Ubrana w śliczną zieloną suknię obszytą złotą nicią Sansa przechyliła lekko głowę, a jej długie, kręcone włosy zalśniły w słońcu.

- Sansa - westchnął, przyglądając się jej delikatnej twarzy w poszukiwaniu znak, że ją skrzywdzono. Choć była zmęczona, chyba nic jej się nie stało.

- Wasza miłość - zaszczebiotała Sansa, trzymając się lekcji i dobrego wychowania. - Wszędzie robisz sobie wrogów.

Robb westchnął. Zaczęli spacerować po dziedzińcu, krocząc po ścieżkach, które kluczyły pod gałęziami i liśćmi tworzącymi ustronne miejsca obok krzaków róż.

- Wiem.

- Naprawdę? - spytała potulnie jego siostra, patrząc to naprzód, to w bok. Robb podążył za jej spojrzeniem i dostrzegł gibką, ukrytą w cieniu postać stojącą za żywopłotem. - Lwy popadają w desperację i wściekłość, a nie chcesz mierzyć się z zapędzoną w kąt bestią.

Robb zamruczał pod nosem. Sansa wskazała głową w inną stronę, gdzie rosło rozłożyste drzewo. Z jego gałęzi zwieszały się zdobienia herbowe różnych Wielkich Rodów Westeros. Jeleń Baratheonów wiszący na pojedynczej, cienkiej nici. Lew Lannisterów na grubym, czerwonym sznurze z jedwabiu, zawiązanym w liczne supły. Wilk Starków na wytartym, szarym sznurze, postrzępionym z jednej strony. Jednakże po drugiej jego stronie, biała nić zdawała się wplatać w sznur. Pomiędzy nimi, a pozostałymi rozciągała się lśniąca w słońcu pajęcza sieć łącząca liczne punkty, wśród których najważniejszy był smok Targaryenów i słońce Martellów z Dorne.

- Czy też znasz może historię o Pająku i jego sieci? Lub o cienistych marionetkach i chciwości?

Za drzewem, gruba warstwa ropnia pełzła do góry niczym agresywny mech, a za nim podążała zgnilizna, która docierała w górę pnia i na niektóre gałęzie, na których wisiały znaki. Ta należąca do Doliny, została pochłonięta w całości.

- Sansa - błagał Robb. - Co mam robić? Nie mogę wysłać Królobójcy po ciebie i Aryę. Po prostu nie mogę, przepraszam!

Sansa potrząsnęła głową i posłała bratu łagodny uśmiech.

- Zrozumiesz.

A potem dziedziniec opustoszał, fontanna zamarzła, a trawę pokrył biały szron. Liście zniknęły z drzew. Znaki rodów zamarzły, pokrywając się błękitem i bielą, aż stały się zbyt ciężkie. Pękły sznury i nici, a herby wylądowały na zamarzniętej ziemi i rozprysły się na maleńkie kawałeczki.

Z ust Robba uciekła biała mgiełka i młodzieniec zadrżał. Coś go obserwowało.

Obracał się dookoła, rozglądając się po nagich drzewach, krzakach i żywopłocie. Słyszał tylko syczenie wiatru i skrzypienie. Czy też może grzechotanie?

Robb odetchnął wolno, a jego oddech utworzył białą chmurkę przed jego twarzą. Gdy zniknęła ujrzał jedynie parę jasnoniebieskich oczu... odskoczył z wrzaskiem i...

- Mój panie!

Robba paliło w piersi. Ledwo mógł ruszać lewym ramieniem. Gdy spróbował ostra i gorąca agonia przeszyła jego mózg. Zacisnął powieki i odetchnął ciężko przez usta.

- Mój panie, proszę - odezwał się łagodny, żeński głos. Chłodnie dłonie dotknęły jego piersi, by skłonić go do zlegnięcia. – Proszę odpocząć. Zerwiecie szwy.

- H'miona? - wybełkotał, pozwalając się położyć i kierując twarz w stronę, z której dobiegał głos. „Lady Hermiona nie nazywa cię 'swoim panem'" skarcił się w myślach. „Już wolałaby zostać gryzakiem Szarego Wichra!"

Żeński głos uciszył go i odgarnął mu włosy z czoła. Robb otworzył oczy. Wszystko było rozmazane, pogrążone w ciemności. Jedyne źródło światła stanowił niewielki ogień płonący w kominki naprzeciwko jego łóżka i blask księżyca wpadający przez zaciągnięte zasłony.

Kobieta u jego boku miała długie, kręcone włosy („może to jednak Hermiona", zastanowił się Robb, marszcząc brwi). Zacisnął zęby i spróbował się poruszyć, by lepiej jej się przyjrzeć. Gdy to zrobił, ból przeszył jego ramię i Robb natychmiast spojrzał na bandaż zawiązany dookoła swojej ręki i klatki piersiowej, który utrzymywał gazę na miejscu.

- C-co się stało? - zapytał natarczywie, choć jego głos był słaby i drżący. "Bogowie" pomyślał wściekle. "Jak ciężko jestem ranny?"

- Postrzelono cię, panie. - szepnęła młoda kobieta. Robb obrócił się, by na nią spojrzeć i zmrużył oczy w ciemności. Miała okrągłą twarz z dużymi, brązowymi oczami i zadartym nosem. Co jednak ważniejsze, Robb jej nie poznawał.

- Kim jesteś? Gdzie ja jestem? Co robisz w mojej komnacie? - spytał, zaciskając zęby i siadając. Dziewczyna nie odstąpiła jego boku. Próbowała mu pomóc, ale gdy jej zimne ręce dotknęły jego skóry, Robb od niej odskoczył. Rozejrzał się po komnacie i ujrzał Olyvara chrapiącego na krześle przy kominku. Pobliski stół był zastawiony pustymi kubkami.

- Proszę, panie - odezwała się znów młoda dziewczyna, sięgając do kieszeni sukni, by wyciągnąć szklany flakonik. - Potrzebujecie tego toniku, by wydobrzeć.

- Co? - Robb spojrzał na flakonik, a potem na stolik, przy swoim łóżku, na którym ustawiono liczne szklane butelki i słoje przeróżnych substancji.

- Tylko jeden łyk - zaproponowała kobieta, wyciągając do niego flakonik.

- Co? - powtórzył. Wpatrywał się w nią. Nie mógł się skupić, a jego ciało drżało z wyczerpania, gdy próbował utrzymać się w pionie, opierając się na ramieniu. W komnacie byli tylko oni i bezużyteczny Olyvar Frey. Czy trafił do niewoli? Czy stracili Turnię? Gdzie się podziała jego Gwardia? Daryn? Dacey? Jego wuj? Cholera, choć Lord Bolton?

Dziewczyna znów podstawiła mu flakonik. Jej zimna dłoń przesunęła się po jego klatce piersiowej i chwyciła go za kark, ciągnąc go w dół.

- Tylko kilka łyków, błagam. Błagam, poczujecie się lepiej, przyrzekam. Wszystko będzie dobrze, gdy to wypijecie.

- Ja... ach...

Wtedy wydarzyło się kilka rzeczy, które Robb zauważył jedną po drugiej. Rozległo się głośne pyknięcie, które przemknęło przez powietrze z taką siłą, że pękły szyby w oknach i flakonik trzymany przez kobietę. Ta wrzasnęła i spadła z łóżka, lądując na tyłku na zimnej podłodze i wpatrując się z przerażeniem na miejsce przy nogach łóżka. Obudził się też Olyvar i skoczył na równe nogi. Był jednak całkowicie osłupiały i niezdolny do pomocy.

Drzwi komnaty otworzyły się z trzaskiem i do środka wpadli Daryn i Lucas Blackwood z mieczami w dłoniach, gotowi do walki z nowym wrogiem. Ale gdy ujrzeli intruza, obaj opuścili miecze i wymienili uśmiechy. Za nimi pojawili się Blackfish, Bolton i Umber, a napięcie na ich twarzach szybko przeszło w ulgę.

A tam, u stóp jego łóżka, stała Hermiona i patrzyła mu prosto w oczy. Jej dżinsy były podarte i brudne od błota, z różowego, robionego na drutach swetra zwieszały się wyciągnięte i podarte nici. Najbardziej martwiła go ogromna krwista plama ciągnąca się przez jej klatkę piersiową, na szyję i w górę twarzy. Długi, cienki pas, który wyglądał jakby ochlapała ją krew.

Jej oczy miały kolor jasnego bursztynu i w świetle paleniska wydawały się prawie żółte. Chyba nie widziała nic z wyjątkiem sceny przed sobą. Kręcone włosy były bardziej niż niesforne. Robbowi wydawało się, że zauważył iskry przeskakujące z jednego loka na drugi.

Na jej widok poczuł ulgę.

Choć przerażała go ta krew. Co się stało w Riverrun?

- Hermiono!

Był nią całkowicie oczarowany.

- Robb - powiedziała cicho Hermiona, a jej spojrzenie wylądowało na leżącej na ziemi dziewczynie. - Kto to?

- Nie mam pojęcia - odparł radośnie. Może ból rzucał mu się na mózg?

- L-lady Jeyne - wykrztusiła dziewczyna, wstając powoli.

Hermiona zacisnęła wargi.

- Jeyne - powtórzyła takim tonem jakby miała w ustach coś obrzydliwego. - Rozumiem. A co tu robisz, o takiej porze?

- D-daję j-jego M-miłości j-jego l-lekarstwo - ciągnęła dziewczyna, z przerażeniem przyglądając się Hermionie.

Czarownica z odrazą przyjrzała się tacy. Podeszła do niej, a potem podniosła najbliższy flakon i powąchała. Wykrzywiła twarz.

- Lady Hermiono - zawołał Bolton, a jego głos poniósł się po cichym pokoju. Lord przecisnął się obok Daryna i Dacey. - Jego Miłość został trafiony strzałą w ramię i rana zaczęła się jątrzyć.

„Naprawdę?" Robb spojrzał na zabandażowane ramię i zdał sobie sprawę, że to ono stanowiło powód jego złego samopoczucia. Och.

Hermiona wywróciła oczami.

- Widzę.

Westchnęła, usiadła na skraju łóżka i pochyliła się.

„Co...?" Jej twarz stała się niesamowicie ogromna i Robb szeroko otworzył oczy. Była dość blisko, by mógł dostrzec wysyp piegów na jej nosie. Zaparło mu dech w piersiach i zakręciło mu się w głowie. Był jednak pewien, że to nie przez zużycie całej siły na utrzymanie się w pionie, by nie wyglądać jak mokry pstrąg, gdy już padnie na łóżko.

Hermiona delikatnie dotknęła jego czoła i poczuła promieniujące z niego ciepło. Zakląskała językiem i w sekundę z jej (wiecznie dostępnej) torebki wylatywały eliksiry i zawisały w powietrzu nad nim, ustawiając się w linii.

- To wypłucze z ciebie złe bakterie - zaczęła, wskazując na czerwoną butelkę, którą posłusznie wychylił. Smakowała cynamonem i przyprawami. Natychmiast zaczął się obficie pocić i zadrżał, gdy gorąco przeniosło się z jego gardła do żołądka, a potem rozgrzało go od środka.

Wskazała na kolejny. "Eliksir przeciwgorączkowy" był niebieską substancją, która smakowała jak mokry śnieg i mięta. Rad go wypił i westchnął z ulgą, gdy eliksir ochłodził jego palący język i uspokoił żołądek.

Ostatni, zielony, nazwała Eliksirem Wiggenowym, co sprawiło, że Robb spojrzał na nią bez zrozumienia. Westchnęła i wyjaśniła.

- To eliksir na wszystkie choroby, choć jest głównie znany z wyleczenia tych, którzy wypili Wywar Żywej Śmierci. Ale to też wywar leczniczy i z dostępnymi mi składnikami mogę zrobić więcej, jeśli zajdzie potrzeba. Natychmiast cię uzdrowi.

W kilka minut Robb poczuł się o wiele lepiej niż wtedy, gdy się obudził, a gorączka i ból spowodowany jątrzącą się raną, zniknęły. Gdy Hermiona magią pozbyła się bandaży oplatających jego klatkę piersiową i ramię, Robb zobaczył tylko niewielkie różowe wybrzuszenie tam, gdzie wbiła się strzała i tam, gdzie wyszła z jego ciała.

Hermiona ostrożnie przeciągnęła palcami po bliźnie i Robb musiał się powstrzymać przed zadrżeniem. Jednakże nad jej ramieniem zauważył uśmieszek Daryna i szybko przeniósł spojrzenie na swojego wuja, Lorda Boltona i Umbera, którzy stali przy stole. Usilnie starał się zignorować też ich rozbawienie.

Wreszcie Hermiona uznała, że nic mu nie grozi i wstała. Robb skrzywił się gniewnie, jednocześnie czując niezadowolenie, że się odsunęła i marząc, by stanęła bardzo, bardzo daleko od niego. Przeciągnął dłońmi przez włosy i spytał ostro:

- Jakie wieści? Jak długo byłem... nieprzytomny? - a potem spojrzał na Hermionę i zmarszczył brwi. - I dlaczego tak wyglądasz?

Założyła ręce na piersi.

- Przepraszam? - spytała monotonnym tonem.

Robb pospiesznie się wycofał.

- Och, nie! Nie o to chodzi! Tylko... - wskazał na jej strój. - Jesteś cała... zakrwawiona.

- Brawa dla ciebie, Robb. - odparła chłodno Hermiona. - Chciałbyś podzielić się z nami jeszcze jakimś fascynującym spostrzeżeniem?

Robb przez chwilę dławił się śliną, a potem celowo zwrócił się do stojących przy stole Lordów.

- Jak stoimy z Turnią?

- Utrzymujemy ją - odparł Umber, słabo powstrzymując uśmiech. - Ach, Lady Hermiono? Choć jesteś niewątpliwie urocza, może udałabyś się z Lady Dacey na poszukiwanie innego stroju? Może Lady Jeyne mogłaby zaoferować ci suknię, czy choć kąpiel.

Hermiona pociągnęła nosem, unosząc brodę.

- Wspaniały pomysł, Lordzie Umber. - odparła mimo to cukierkowym tonem.

A potem opuściła komnatę, zerkając na Robba, gdy otwierała ciężkie drzwi. Rzuciła mu przy tym takie spojrzeniem, że poczuł się maleńki, całkiem jak Arya, gdy matka strofowała ją za bieganie po zamku i zniszczenie sukienki.

Robb z całych sił starał się nie kulić, ale huk zatrzaskiwanych drzwi dzwonił mu w uszach na długo po tym jak Hermiona wyszła.


W ciągu dwóch tygodni, które minęły od ich ostatniego spotkania, Dacey nie przekonała się do Hermiony, ale w porównaniu z tym co czuła do Lady Jeyne, jej relację z czarownicą można było nazwać bliską przyjaźnią.

Nieśmiała dziewczyna zaprowadziła Hermionę i Dacey do pustej komnaty, w której oknach nie było szkła, tylko okiennice. Panowało tu zimno i przeciągi, ale Lady Jeyne kazała służącej rozpalić w kominku, co szybko rozgrzało komnatę.

- Każę przynieść wannę i wodę, moja pani. - powiedziała dziewczyna, nawet nie patrząc Hermionie w oczy i pospiesznie opuściła komnatę.

Dacey prychnęła.

- Tępa baba.

Hermiona posłała jej spojrzenie.

- Hej, hej, myślisz tak o każdej kobiecie, która się do niego zbliża. Trochę kreatywności.

Dacey wywróciła oczami i podeszła do krzesła stojącego w kącie komnaty, a potem na nie opadła.

- Jak sprawy w Riverrun?

- Jeśli chodzi ci o moje badania, to idą wolno - odparła Hermiona, ściągając brudny sweter. Gdy oswobodziła ramiona, uniosła ubranie do góry i skrzywiła się widząc plamę stwardniałej, zaschniętej krwi, która chlapnęła na nią, gdy Torrhen zabił tamtego żołnierza. - Zajęłam się czymś innym.

- Cóż, udało ci się odkryć coś jeszcze? - dopytywała się Dacey. Położyła rękę na stole i zaczęła leniwie rysować po nim palcem.

Hermiona cisnęła sweter na łóżko, a potem zsunęła adidasy i stanęła na posadzce w samych skarpetkach. Odwróciła się do Dacey i wzruszyła ramionami.

- Może. Na pewno muszę się dowiedzieć więcej o tutejszej magii. Nie tylko w Westeros, ale wszędzie. Dopiero niedawno słyszałam jak Lord Blackwood, Bracken i Torrhen wspominają o leśnych wiedźmach. Ale jeszcze nie miałam czasu tego sprawdzić.

- To tylko kobiety, które mieszkają w dziczy i sprzedają eliksiry niczego się niespodziewającym głupcom. - prychnęła Dacey. - Eliksiry miłosne, lekarstwa, zioła... co tylko mogą.

- Czy to działa? - spytała Hermiona i w tym samym momencie rozległo się pukanie i do komnaty weszły dwie służące niosące razem ogromny kubeł wody. Za nimi dwaj mężczyźni taszczyli wannę, a trzeci miał w rękach tacę z napojami, chlebem i wędzonym mięsem. Za nimi do środka wsunęła się Lady Jeyne z zawiniątkami w ramionach.

- Wydaje mi się, że jesteś ode mnie wyższa, Lady Hermiono. - powiedziała cicho, zerkając na czarownicę i pospiesznie spuszczając wzrok. - Ale przyniosłam ci do przymierzenia trochę swoich sukni i kilka należących do mojej matki.

- Och nie, nie mogłabym - zaprotestowała Hermiona, przyglądając się jak wanna wypełnia się wodą.

Dacey zachichotała.

- Lady Hermiona woli spodnie, Lady Jeyne. Ledwo zniosła ostatnią sukienkę, do której założenia ją zmusiłam.

Hermiona zarumieniła się na wspomnienie uczty z okazji bitwy w Szepczącym Lesie i posłała Dacey wściekłe spojrzenie. Przecież Jeyne nie mogła zrozumieć, dlaczego Dacey się śmiała.

- Och - dziewczyna delikatnie położyła sukienki na łóżku, zachowując bezpieczny odstęp od swetra. - Cóż, i tak ci je zostawię. Czy w takim razie rozkazać służbie upranie twoich... - urwała i spojrzała na zakrwawiony sweter i poplamione trawą i błotem dżinsy Hermiony. - ubrań, Lady Hermiono?

- Nie ma po co, dziękuję, Jeyne - odparła Hermiona, kończąc rozmowę poprzez skierowanie się do wanny. Nie widziała miny, którą zrobiła dziewczyna, ale Dacey owszem. Mormontówna uśmiechnęła się złośliwie do Jeyne, a potem posłała Hermionie minę składającą się z uniesionych brwi i szeroko otwartych oczu.

Jako że dorastając jej jedynymi przyjaciółkami były Ginny i Luna, Hermiona była całkowicie nieprzygotowana na złośliwość Dacey, która przypominała jej raczej Lavender czy Parvati. Posłała starszej dziewczynie zirytowane spojrzenie.

Rozległ się odgłos zamykanych drzwi.

- Zamierzasz się odwrócić? - spytała Hermiona, a jej ręce zawisły nad rozporkiem.

- Wszystkie tu jesteśmy kobietami, czyż nie? - odparła Dacey, rozpierając się na krześle i sięgając po kubek i chleb do rwania.

Hermiona westchnęła i przygotowała się na to co nieuniknione, czyli, że Dacey zobaczy jej blizny. W prawdzie była z nich dumna, jak powiedziała mężczyznom zeszłej nocy (Merlinie, czy naprawdę nie minęły jeszcze nawet dwadzieścia cztery godziny?). Ale to nie zmieniało faktu, że nie przepadała za pokazywaniem całego ciała. Mimo to ściągnęła dżinsy, a potem koszulkę na ramiączkach, stanik i na koniec majtki, cały czas stojąc do Dacey plecami. Potem weszła do wody.

- Jest też mydło - zawołała Dacey i Hermiona spojrzała znad krawędzi wanny, by zobaczyć jak starsza kobieta wskazuje chlebem na stoliczek obok wanny. Hermiona wychyliła się i złapała je. Przysunęła je do twarzy i rozpoznała przesłodzony zapach róż.

Zaczęła energicznie się szorować.

- Jak wam poszło?

- Bez problemu - odparła Dacey, przełykając głośno. - Oprócz faktu, że Król Robb został postrzelony. - przerwała na chwilę. - No cóż... nie...

Hermiona obróciła się.

- Nie, co?

Dacey spuściła wzrok.

- Nie powinnam mówić. To sprawa Króla.

- Usłyszę o tym? - spytała Hermiona.

Dacey wahała się przez chwilę, a potem przytaknęła.

- Chyba będzie chciał o tym z tobą porozmawiać.

Hermiona zerknęła na nią. Dacey mówiła innym tonem niż wcześniej i patrzyła na Hermionę z większą uwagą.

- Co?

- Masz tu interesujące blizny, wiedźmo. - odparła zmieniając temat.

Hermiona odwróciła się do Dacey plecami i zacisnęła prawą dłoń na śliskim mydle. Uniosła lewe ramię i zaczęła szorować bliznę w kształcie słowa 'szlama'.

- To obraza. - wyjaśniła mimowolnie. - Oznacza brudną krew.

Dacey zamruczała ze swojego miejsca przy stole.

- Zabiłaś osobę, która ci to zrobiła?

- Nie - odparła beznamiętnie Hermiona. - Ale już nie żyje. - a potem obróciła się perwersyjnie, pokazując ciemnowłosej kobiecie swoją szyję. Pogładziła palcem srebrną linię ciągnącą się od jej ucha. - Próbowała też poderżnąć mi gardło. Może dlatego wiedziałam jak szybko uleczyć Eddarda Karstarka. Bo chciałam się nauczyć jak nie dopuścić, by ktoś przez to przeszedł.

Dacey przyglądała jej się przez chwilę, a potem wstała i podciągnęła tunikę, by pokazać brzuch. Ciągnęła się przez niego gruba, różowa blizna o nierównych brzegach.

- Lanca. Jednego z kalmarów, którzy napadli na wybrzeże w poszukiwaniu morskich żon.

Och, dwie mogły grać w tę grę. Hermiona uklękła, ignorując swój obnażony przód i wskazała na długą bliznę, która biegła przez jej lewą pierś w dół mostka i kończyła się trochę na prawo od pępka.

- Klątwa wysadzająca wnętrzności. Miałam piętnaście lat.

Dacey opuściła tunikę, a potem podciągnęła rękaw.

- Strzała! Właściwie dwie! Miałam trzynaście lat!

Hermiona wskazała swoje biodro.

- Spadające kamienie, gdy Hogwart zaatakowali Śmierciożercy! - a potem na drugie. - Zbłąkana klątwa tnąca! Szesnaście!

Dacey odrzuciła włosy i wskazała na linię u podstawy karku.

- Miecz! Oblężenie Pyke! Rebelia Greyjoyów! Powinnam nie mieć głowy! Czternaście!

Obie zamarły na chwilę i tylko patrzyły na siebie. A potem, całkiem jakby ktoś pstryknął przełącznikiem, obie parsknęły śmiechem. Hermiona z powrotem usiadła w coraz zimniejszej wodzie, a Dacey opadła na swoje krzesło.

- Niezła z nas para, co? - zaśmiała się.

Hermiona smutno skinęła głową, a potem bez użycia różdżki przyzwała do siebie ubrania. Szybkie chłoszczyść i jej ubrania były czyste i suche. Hermiona wyskoczyła z wanny i rzuciła na siebie najpierw suszące, a potem ocieplające zaklęcie, pospiesznie zakładając bieliznę i dżinsy. Uznała, że nie chce zakładać tego samego, więc wepchnęła ubrania do torebki i wyciągnęła gruby biały sweter, który lubiła najbardziej i brązowe buty do kostki.

Gdy się odwróciła, Dacey potrząsała głową.

- Potrzebuję takiej torby.

- Mogę ci zaczarować - zaproponowała Hermiona.

Przez twarz Dacey przemknęło zdumienie, które potem zmieniło się w uśmiech.

- Byłoby miło. - powiedziała, wstając. - Wracamy do jego Miłości?

- Tak.

Droga do komnaty Robba nie zajęła im wiele czasu. Na zewnątrz trzymali straż Daryn (którego ledwo znała) i wysoki, chudy młodzieniec o czarnych włosach, który wyglądał znajomo. Daryn skinął Dacey i Hermionie głową, podczas gdy drugi mężczyzna przyglądał jej się ciekawie.

Daryn zapukał głośno i otworzył drzwi, oznajmiając:

- Wasza Miłość? Przyszła Lady Hermiona.

- Proś ją - odparł Robb, a Hermiona uśmiechnęła się do dziedzica Hornwoodów. Dacey została z nimi na zewnątrz.

Choć Robb nie odzyskał jeszcze pełni sił, udało mu się wstać z łóżka i dołączyć do pozostałych mężczyzn przy stole, gdzie przeglądali pergaminy komunikacyjne i mapy. Drewniane wilcze łby wskazywały na to, które twierdze i zamki na Dorzeczu zajęła armia Północy. Ich ilość robiła wrażenie.

Hermiona zerknęła na mapę, pochylając się nad ramieniem Robba. Wskazała na Kamienny Płot.

- Dom Lorda Brackena był pod władzą Lannisterów. Wczoraj go odbiliśmy, ale można spokojnie założyć, że na Dorzeczu są mniejsze bandy Lannisterskich żołnierzy szukające łatwych celów.

Robb zmarszczył brwi. Jego palce bawiły się pergaminem, a potem zerknął na Hermionę, choć w oczywisty sposób zwracał się do mężczyzn.

- Możecie dać nam chwilę?

Umber wyszedł jako pierwszy. Bolton posłał Robbowi tajemnicze spojrzenie, a Blackfish tylko westchnął ciężko i gestem nakazał giermkowi też opuścić komnatę, choć ten protestował żywiołowo.

Hermiona zajęła zwolnione miejsce.

- Co się stało? Dacey wspomniała, że coś się wydarzyło, ale nie chciała wyjaśnić co. - skrzywiła się. - Oprócz rany, oczywiście.

Robb odwrócił się do niej, a na jego twarzy malowała się rozpacz.

- Robb?

Hermiona wyciągnęła rękę i umieściła ją na jego dłoni, którą trzymał na kolanie. Robb zacisnął pięść.

- Moi bracia - Robb odchrząknął. - Otrzymaliśmy wieści, że Winterfell zostało zdobyte przez mojego przyjaciela, Theona Greyjoya. Moi bracia nie żyją. -zacisnął powieki. - Bran miał dwanaście lat. A Rickon tylko sześć. Sześć.

Oddychał ciężko i Hermiona pochyliła się do niego i położyła długą rękę na pierwszej.

- Merlinie, Robb. Tak bardzo mi przykro.

Robb głośno przełknął ślinę, walcząc z łzami poprzez zaciśnięcie zębów i szczęki. Pociągnął nosem i uniósł brodę, wbijając w Hermionę spojrzenie niebieskich oczu.

- Lord Umber i Lord Bolton wspomnieli, że Theon mógł kłamać. Może jeszcze żyją... ale... moje siostry w Królewskiej Przystani, bracia w Winterfell... albo i nie... - obrócił się do Hermiony. Rozluźnił dłonie, a potem chwycił ją za ręce. - Jak mam dać radę, Hermiono? Jestem tak daleko od domu, tak daleko od rodziny. Wszystko co robię, robię dlatego, że myślę, że tak trzeba, ale jak to możliwe, skoro dzieją się takie rzeczy?

- Nie wiem. - powiedziała cicho, patrząc mu w oczy.

- To... bitwy... to takie proste - przyznał Robb, równie cicho. - Umiem prowadzić ludzi do walki, brać do ręki miecz i zwyciężać. Ale utrzymanie razem rodziny? - zaśmiał się gorzko. - Może to klątwa ciążąca nad rodem Starków. A mnie będą pamiętać jako Króla Który Stracił Północ.

- Więc zróbmy to co należy, a nie to co jest łatwe, Robb. - odparła Hermiona.

- Czyli co? - spytał, potrząsając głową. - Już nawet nie wiem co tu robię. Nigdy nie odzyskam kości ojca. Tywin Lannister nigdy nie wymieni moich sióstr za swojego syna, nawet ulubionego.

Hermiona zmarszczyła brwi i ścisnęła jego dłonie.

- Więc co chcesz zrobić?

- To czego pragnę, a to co muszę uczynić to dwie różne rzeczy - odparował Robb, zrywając kontakt wzrokowy. - Ale - zaczął cicho. - Ale gdybym miał wybierać, wróciłbym do domu. Do Winterfell.

- Więc wracaj do domu - powiedziała Hermiona, kuląc się, by napotkać jego spojrzenie. - Pozwól mi pomóc. Nikt nie wie lepiej jak to jest tęsknić za domem.

Robb delikatnie uniósł usta w słodko-gorzkim uśmiechu.

- Święta prawda.

- Po pierwsze - oznajmiła nieco głośniej Hermiona, wstając i odpychając krzesło. Ani na chwilę nie puściła dłoni Robba i teraz pociągnęła go za sobą. - Chyba mogę pomóc... choć trochę... w sprawie twojego rodzeństwa. Jeśli chcesz wiedzieć czy Bran i Rickon żyją, to mam na to radę.

- Jak? - spytał ciekawie Robb, pozwalając się prowadzić aż Hermiona ustawiła go przy dole leżącej na stole mapy.

- Ufasz mi? - spytała, a on przytaknął.

- Życie bym ci powierzył - odparł poważnie.

- Okej - powiedziała czarownica, a jej loki podskakiwały w rytm. - Weź sztylet... masz sztylet, prawda? Świetnie. Zatniesz się nim płytko i spuścisz trzy krople krwi na mapę. Ja rzucę zaklęcie, która wykorzysta więzi krwi łączące cię z rodzeństwem i krople pokażą nam, gdzie obecnie znajdują się twoi bracia i siostry.

- Naprawdę? - spytał uradowany Robb. - Nawet Jon?

- Jon? - powtórzyła, poruszając nadgarstkiem i chwytając różdżkę.

- Mój przyrodni brat. Syn mojego ojca. - wyjaśnił, a Hermiona przytaknęła.

- Oczywiście, łączą was więzy krwi. - odparła, a Robbowi to wystarczyło. Wyjął sztylet, który zwykle nosił w bucie, a który wyjęto, gdy leżał w gorączce i delikatnie zaciął się w dłoń, pozwalając krwi zbierać się aż Hermiona się nie przygotowała.

Zacisnął pięść i pozwolił trzem kroplom paść na mapę. Gdy ostatnia wylądowała, Hermiona wymamrotała coś i machnęła różdżką. Wyprysnęło z niej jasne światło, które osadziło się na mapie w postaci dymu. Kiedy pergamin go wchłonął, mapa zalśniła bielą, a potem...

Trzy duże krople zaczęły się powoli rozdzielać, całkiem jak woda i olej, a potem rozlały się po mapie. Jedna popłynęła na północ, a druga na południe. Ta na południu podzieliła się na dwie mniejsze: jedna zatrzymała się na Królewskiej Przystani, a druga na Harrenhal. Większa północna kropla płynęła dalej, a Robb przyglądał jej się nerwowo, aż podzieliła się na dwie części. Jedna skierowała się w stronę muru, a druga na północny wschód, na wyspę Skagos.

Czekał aż kropla na Murze znów się podzieli i pozostanie w Czarnym Zamku, albo uda się za Mur, ale tego nie zrobiła. Poczekał jeszcze chwilę, a potem zerknął na Hermionę.

- To już?

Przytaknęła, przygryzając dolną wargę. Zmarszczyła brwi. Na jej czole pojawiła się pionowa bruzda.

- Myślałam, że masz pięcioro rodzeństwa?

- Bo tak jest. - odparł Robb, a w jego własnym głosie odbiło się zdumienie. - Znaczy... to wspaniale! Bran i Rickon żyją! Nie ma ich w Winterfell, ale żyją! I Arya... to musi być ona, bo Sansa wciąż przysyła mi kruki z Królewskiej Przystani... jest blisko! Ale... gdzie jest Jon?


CDN


Od tłumaczki: Tym razem na warsztacie tekst The Winter Witch autorstwa writing_as_tracey, na co oczywiście otrzymałam pozwolenie. Nic z wyjątkiem tłumaczenia nie należy do mnie i tylko za nie jestem odpowiedzialna. Oryginał możecie znaleźć na tej ao3, albo na albo na , gdzie autorka posługuje się nickiem Kneazle. Tłumaczenie dostępne także na ao3, więc jeśli ktoś woli czytać tam, to zapraszam.