Ten drobiazg napisałam w ramach prezentu gwiazdkowego dla Phoe. A później zupełnie zapomniałam, że tak poza tym planowałam wrzucić go do internetu. Więc... Wesołych Świąt?


– Nie.

– Ależ Severusie…

Severus Snape miał wrażenie, że ta sama rozmowa odbywa się z grubsza co jakieś pół roku. Albus zjawiał się na progu jego domu lub wchodził bez zaproszenia do jego osobistych, hogwardzkich lochów i prosił o coś, na co każda racjonalnie myśląca istota odpowiedziałaby: nie, choćby mi wlano kwas solny do oka, a wywar z szyszymory do gardła. A później w jakiś sposób za każdym razem bardzo stanowcze nie przeistaczało się w pomyślę, żeby w końcu stać się pełnoprawnym dobrze, ale będziesz mi winny przysługę. I dla jasności, Dumbledore nigdy nie spłacał swoich długów.

I teraz też, po upływie jakichś trzech minut i ćwierci, Severus poddał się temu łagodnemu, proszącemu spojrzenie – które w razie czego mogło bez cienia litości przypomnieć mu o wszystkich jego życiowych pomyłkach – i skrzywił się jadowicie.

– Choć nie mam pojęcia, dlaczego nie poprosisz o to Minerwy albo chociażby Hagrida. Dobrze wiesz, że nie mam dobrego podejścia do dzieci. Rodzice moich uczniów piszą ci o tym co tydzień.

– Co najmniej dwa razy w tygodniu. – Albus zatarł ręce. – Ale to szczególna sytuacja.

– Jak szczególna? – spłoszył się nagle Severus, a gorące lato wydało mu się jakby chłodniejsze.

– Bo ten chłopiec bez wątpienia zostałby Ślizgonem, gdyby trafił do Hogwartu. Wyobraź sobie, że popsuł tęczę, aby nie wracać na lekcję. Tylko Ślizgon może go poskromić.

Jedna z brwi Snape'a podjechała do góry.

– A został na tym przyłapany?

– Poniekąd.

– Więc jeszcze musi się wiele nauczyć.

– Na szczęście następny tydzień spędzi z nauczycielem.

Snape westchnął.

– A ty w tym czasie będziesz naprawiać tęczę, ratować świat i karmić jednorożce? – upewnił się.

– Nie zbliżają się do mnie od stu dwudziestu lat – odpowiedział Dumbledore z podejrzanie rozmarzonym uśmiechem. – Ale z grubsza zgadłeś. To… dziesięć minut wystarczy, żebyś zamknął pod kluczem wszystkie trucizny?

– Piętnaście – stwierdził Snape, z trudem godząc się z losem. A później dopiero wpadło mu do głowy, aby zapytać: – A ten chłopiec ma jakieś imię?

– Och, oczywiście. – Albus odwracał się już, aby deportować się wprost z salonu, ale zatrzymał się na moment. – Loki.

Loki, książę Asgardu, nie był złym dzieckiem. Co prawda ostatnio zmienił się w węża tylko po to, aby odmienić się w ostatniej chwili i spróbować dźgnąć sztyletem swojego starszego brata, ale bądźmy racjonalni. To była wina Thora, że dał się tak podejść.

Z jakiegoś powodu jednak ojciec był bardzo niezadowolony – a Thor okazał się totalnym kapusiem i maminsynkiem – więc Loki został za karę wysłany do kąta. Metaforycznie. Dokładniej rzecz ujmując, został wysłany na Ziemię, która była bardzo nudnym światem, żeby przemyślał swoje karygodne zachowanie i wrócił rano na zajęcia z geografii. Chłopiec geografii nie znosił. Po pierwsze, było w niej zbyt wiele nazw, zwłaszcza gdy wzięto pod uwagę wszystkie światy. Po drugie, Loki odruchowo dzielił miejsca na te, którymi rządził (a więc aktualnie swój pokój) i te, którymi będzie rządził w przyszłości. Zapamiętywanie jakichkolwiek innych podziałów uważał za stratę czasu. Po trzecie, nauczyciel Lokiego nie znosił chłopca jeszcze mocniej niż ten geografii. Wiecznie twierdził, że zachowuje się, jakby go lodowe giganty wychowały. Loki od paru miesięcy starał się go po kryjomu zamordować, na razie bez większych efektów.

Biorąc to wszystko pod uwagę, chłopiec miał raczej kiepski humor, gdy wraz z opiekunem siedział w chatce nad brzegiem jeziora i pisał w zeszycie raz za razem:

"Nie bede przewadzał skrytobujczych zamachów na rzycie mojego starszego brata, Thora".

– Chcę siku – rzucił.

– Byłeś dziesięć minut temu – zauważył strażnik, nie unosząc głowy znad książki. – I nic nie piłeś. Wracaj do pisania.

"Nie bede przeprowadzał skrytobujczowych zamachów na rzższycie mojego starszego brata, Tora".

"Nie bedę pżeprowadzał...".

– Ale ja bardzo chcę.

Żadnej odpowiedzi.

– Mój ojciec będzie zły, jeśli się dowie, że mnie torturujesz.

Ciężkie westchnięcie.

– Wiesz, że jeśli spróbujesz czmychnąć, i tak cię znajdę, powiem twojemu ojcu i wtedy on naprawdę będzie zły?

Loki przemyślał za i przeciw. Gniew Odyna czy szansa uniknięcia geografii?

– Chcę siku.

Opiekun w końcu odłożył książkę i stanął nad nim. Zajrzał do zeszytu i policzył napisane linijki.

– Loki, ja wiem, że podążanie za regułami nie leży w twojej naturze, ale mógłbyś chociaż przyswoić reguły ortografii… – stwierdził z ciężkim sercem. – Z taką celnością nie trafiłbyś nawet olbrzyma.

– To mogę iść?

– Ale za pięć minut masz być tu z powrotem.

I chłopca już nie było.

Co można zrobić w pięć minut? Cóż, można odrąbać głowę lodowemu olbrzymowi, okiełznać hydrę, zostać bohaterem lub łotrem albo zjeść lody. Tyle też wystarcza, aby odkryć magię.

Loki planował co prawda po prostu uciec, ale gdy natknął się na pobliskiej polanie na dwójkę studentów ćwiczących do egzaminu z metamorfomagii, uznał, że czas zrewidować swoje zamierzenia.

Nowy plan zakładał dużo płaczu, opowieści o złym panu, który zmusza go do strasznych rzeczy w chatce w lesie, oraz trochę iluzji.

A, i trzeba było popsuć tęczę.

Severus patrzył na chłopca surowo. Nie do końca był pewien, w jakim jest wieku. Dzieci z grubsza dzielił na te, które uczęszczają do Hogwartu, więc można je posegregować według roczników, oraz te, które są na to za małe. Ten drugi rodzaj miał podklasy: te, które same chodzą oraz te, które nie chodzą. I na tym kończyło się jego rozeznanie.

Dzieciak zdecydowanie był za młody na szkołę, ale potrafił się sam poruszać (niestety), mówić (koszmar) i nakarmić (dobrze). Poza tym należał do istot magicznych, ale Severus nie miał pojęcia, jakich konkretnie. Po prostu Dumbledore na odchodnym rzucił: a tak właściwie może zmieniać swój kształt bez różdżki, więc uważaj, aby nie nadepnąć na węża. Bardzo pomocne, panie dyrektorze, bardzo.

– Więc jesteś Loki, książę Asgardu? – upewnił się i zabębnił palcami o blat.

– Aha.

– Tak nazwali cię rodzice?

– Aha.

– Nie żartujesz sobie ze mnie?

Dzieciak zrobił zamyśloną minę.

– Nie.

Snape zmarszczył brwi groźnie.

Jeszcze nie?

– No…

– Loki – powiedział mrocznym tonem. Jak na razie chłopiec niczym mu nie podpadł, ponieważ jak na razie został tylko dostarczony do jego domu i posadzony na krześle, ale wolał nie opuszczać gardy. – Potrafię czytać w myślach – ostrzegł go.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– A nauczysz mnie? – Oczy dzieciaka zabłysły.

– Jeśli nie doprowadzisz mnie do szału przez ten tydzień – skłamał gładko. Po tygodniu powinien mieć go z głowy.

Znów ta zamyślona mina.

– Ani razu?

– Ani razu – podkreślił.

– Hm… Nie da się. – Loki zakołysał się na krześle. Nóżki zastukały. – Żaden z moich opiekunów nie wytrzymał dłużej niż godzinę.

Dzięki, Albusie.

– A to dlaczego?

– Hm…

– Jesteś niegrzecznym chłopcem? – podpowiedział mu Snape usłużnie. – Nie lubisz trzymać się reguł i zawsze masz własne zdanie?

– Aha. – Dzieciak wychylił się mocniej. Do przodu, do tyłu. Jak uciążliwe wahadełko.

Snape podniósł się i przechylił nad stołem, łapiąc za krawędź krzesła. Przycisnął je do ziemi. Jego wzrok był lodowaty, gdy górował nad dzieckiem.

– Więc słuchaj, niegrzeczny chłopcze – wycedził. – W tym domu, przez ten tydzień, będziesz najbardziej posłusznym, karnym dzieckiem na świecie. Czy to jasne?

Wcale nie musiał używać legilimencji, żeby wiedzieć, o czym myśli ten mały, gdy odpowiedział mu hardym spojrzeniem. Właśnie rozpoczęła się wojna.

Snape wszedł do salonu i zmarszczył brwi. Zwłoki chłopca leżały na podłodze ze sztyletem wystającym z piersi. Krew była na dywanie, kanapie, zasłonach, nawet na suficie. Jakby ktoś próbował przemalować mu pokój na czerwono.

No dobrze, pomyślał. Skąd najlepiej wyskoczyć, gdybym się nachylił…

W paru krokach znalazł się przy fotelu i wyciągnął rękę, zaciskając ją na czymś, co pozornie było niezwykle grzecznym, pustym powietrzem.

– Ał! – wrzasnął dzieciak, a iluzja momentalnie się rozwiała. Severus trzymał Lokiego za ramię pod nieco niewygodnym kątem. Chłopiec w drugiej ręce ściskał nóż. Miał bardzo, bardzo niewinną minę.

– Loki, oddaj mi nóż – powiedział Snape groźnie. I jeszcze groźniej zmrużył oczy. – Bo dostaniesz w skórę.

Zadziałało. Dzieciak niechętnie pozbył się oręża – zwędzonego z kuchni, jak zauważył Severus – a później wbił w niego podekscytowane spojrzenie.

– Skąd wiedziałeś?

– Jestem czarodziejem – stwierdził Snape poważnie. – Widzę przez twoje iluzje jak przez szkło.

– Aaa…

– A teraz idź do kąta.

– Ale…!

– Natychmiast. Masz stać w nim przez pół godziny.

Książę Asgardu naburmuszył się, ale wykonał polecenie. Tymczasem Snape powstrzymał ciężkie westchnięcie, odesłał zaklęciem nóż do kuchni, a drugim przywołał jedną z książeczek z jego biblioteczki. Nie była magiczna. Miała nieco podartą okładkę i pozaginane rogi. Mitologia nordycka.

Usiadł w fotelu, obserwując plecy Lokiego.

Czy to w ogóle było ludzkie dziecko? Ta iluzja, którą zaprezentował, daleko wykraczała poza umiejętności nawet dorosłych czarodziejów. A wykonanie jej bez różdżki graniczyło z cudem. Nie mówiąc już o tym, że wydawało się, że chłopiec ma nad tym kontrolę, co wykluczało zryw dziecięcej magii. Jeśli był istotą magiczną, nie miało to większego znaczenia – nawet jeśli potężne, jego umiejętności były najpewniej mocno ograniczone do specyficznego zakresu. Jeśli był człowiekiem, młodym czarodziejem…

Gdyby nie teatralna przesada sceny, nie miałby szans zorientować się, że to iluzja.

– Chcę siku!

– Sikaj w spodnie – odpowiedział bez cienia litości, otwierając książkę.

– Ohyda – rzucił dzieciak, ale w jego głosie pojawił się cień fascynacji tym konceptem. – Będzie śmierdzieć.

– Rzucę chłoszczyść. To takie zaklęcie, które wszystko czyści.

– Aha.

Snape przekartkował książkę, szukając części o Lokim. Próbował nie myśleć o tym, że ma pod dachem dziecko, które wykazuje mordercze skłonności – choć raczej nikogo jeszcze nie zabiło, biorąc pod uwagę, jak wyobrażało sobie śmierć – które jest potężne i kiedyś dorośnie. Które w przyszłości, być może, będzie bardzo trudno zabić…

Skończ.

– Mogę już iść? – zamarudził dzieciak.

– Nie – rzucił, nie unosząc głowy.

– Ale już minęło…

– Nie minęło.

– To ile minęło?

– Dwie minuty.

Spróbował skupić się na pierwszy akapicie. W zarysach pamiętał tę historię, więc jeśli rodzice nazwali swoje dziecko po Lokim, co było najbardziej prawdopodobną opcją, wykazali się pewnym okrucieństwem. W końcu ten mit nie miał szczęśliwego zakończenia…

Ale Severus był czarodziejem, więc nie wykluczał też innej opcji. W końcu ani czas, ani rzeczywistość nie były proste. Nawet mugole zaczynali się w tym orientować, mamrocząc coś tam o kwantach, ale oni dla odmiany wszystko zbyt komplikowali. Angażowali matematykę, a to musiało się źle skończyć.

Snape zawsze podświadomie rozumiał, jak to działa – jak tafla jeziora. Jeśli wrzucić kamień, kręgi będą rozchodzić się we wszystkie strony. Również w przeszłość. W ten sposób powstawały przepowiednie. Dlatego mity sprzed setek lat mogły dotyczyć dziecka nudzącego się w kącie salonu.

Które zaczęło płakać.

Snape uniósł różdżkę i rzucił Silencio. Loki jeszcze przez sekundę mazał się, na próbę, później zerknął na mężczyznę, a nie widząc efektu, dał sobie spokój. Resztę kary poświęcił na wymyślanie lepszego planu.

Tymczasem Severus doczytał rozdział, sprawdził czas i ściągnął z dzieciaka zaklęcie. Wstał, odsyłając książkę na półkę.

– Chodź – rzucił rozkaz.

Loki posłał mu podejrzliwe spojrzenie.

– A gdzie?

– Do kuchni. Skoro już wiesz, gdzie są noże, pomożesz mi przygotować obiad – stwierdził mężczyzna.

Następne parę dni przebiegło raczej rutynowo. Loki próbował go zabić – na przykład zmieniając się w jadowitego węża, co potwierdziło słowa o zmiennokształtności – a Severus odsyłał go do kąta i w momentach spokoju uzyskanych dzięki tym karom starał się przygotować do nadchodzącego roku szkolnego.

Bo kiedy Loki nie miał kary, Snape nie miał spokoju. Młodemu, gdy już trochę przywykł do nowego miejsca, usta się nie zamykały.

– A Thor umie strzelać z łuku, ale ja też.

– A Thor ucieka z lekcji, ale ja też.

– A Thor pokonał nauczyciela na szermierce, ale ja też. Tylko na mnie się wkurzył.

– A Thor ma własnego konia, a ja też mam własnego konia.

– A Thor dostał magiczny młot…

– Ale ty też? – podpowiedział Snape odruchowo, próbując ustalić, czy ma wystarczający zapas zębów krokodyloszczurów dla siódmoklasistów, czy powinien wystąpić o złożenie zamówienia. Ale zaraz uniósł głowę, zaniepokojony ciszą, bo zwykle oznaczała ona, że Loki coś knuje.

Tym razem jednak chłopiec po prostu z ponurą miną segregował pancerzyki chrabąszczy. To była bardzo wymowna odpowiedź.

Z czasem pojawiło się więcej kwestii, które nie kończyły się na "ja też".

A Thor ma przyjaciół.

A Thora wszyscy lubią.

A Thor będzie królem…

– Czyli – zauważył Snape, pochylając się nad zakurzonym kufrem. Uznał, że przydałoby się jednak dać chłopcu coś do przebrania, a nie miał ochoty zabierać go na zakupy, bo mogłoby to skończyć się tragedią. Tak jak podejrzewał, na strychu było trochę jego starych ubrań. Musiał je nieco pomniejszyć, ale z różdżką to nie był żaden kłopot. – Thor jest Gryfonem.

– A co to?

– To znaczy – stwierdził, wytrzepując podkoszulkę z kurzu – że jest głośny, nieznośny, nigdy nie myśli, ale ludzie go uwielbiają.

– Mhm. Jest Gryfonem.

– A ty jesteś Ślizgonem.

Wzrok dziecka stał się podejrzliwy, jakby oczekiwał obelgi.

– A co to znaczy?

– Ja jestem Ślizgonem – stwierdził Snape. Spojrzenie Lokiego rozjaśniło się.

Co nie oznaczało, że przestał próbować go zabić.

Albus przepadł. To znaczy, gdy Snape wysłał mu sowę z pytaniem, czy na pewno odbierze Lokiego po tygodniu, wróciła trochę przyprószona popiołem, ze skarpetką przywiązaną do nóżki. Severus nie wnikał. I starał się nie martwić.

Wystarczająco przygnębiający był fakt, że – co uświadomił sobie ze zgrozą – w przyszłym roku do Hogwartu miał zacząć uczęszczać Harry Potter. Od tego strasznego momentu z grubsza dzieliło go trzynaście miesięcy. Wystarczająco krótko, aby zaliczyć chandrę.

– Masz. – Loki wyciągnął w jego stronę kubek i wbił w niego wyczekujące spojrzenie.

Jedna z brwi Severusa podjechała do góry. Chłopiec jeszcze ani razu sam z siebie niczego dla niego nie zrobił. Dlatego po wzięciu napoju, machnął nad nim różdżką. Tak jak spodziewał się, mleko było zatrute. Nagle jednak dotarło do niego, co to była za trucizna. Drugim gestem zniknął całą zawartość i poderwał się na równe nogi.

– Pokaż ręce – warknął.

– Co… – Loki cofnął się o krok, spłoszony jego furią.

– Ręce – rozkazał mu lodowato. I zanim chłopiec miał szansę zareagować, złapał najpierw na jedną, później na drugą. Rzucił na nie chłoszczyść, aż do łokci. A później na jego twarz, na wszelki wypadek, gdyby w międzyczasie jej dotknął.

Loki zakaszlał, wypluwając pianę, która dostała się mu do ust. Nie miał jednak czasu na jakąkolwiek inną reakcję, bo Snape złapał go mocno za nadgarstek i pociągnął w stronę gabinetu. Szafka na trucizny – zaklęta szafka – była otworzona i niewprawnie zamknięta z powrotem. Żadne dziecko nie miało szans się do niej dobrać, żadne normalne dziecko.

– Czemu ją otworzyłeś? – warknął, obracając bachora do siebie.

Loki drgnął.

– Nie mówiłeś, że nie wolno… – zaczął się wykręcać, również dosłownie. Spróbował odgiąć palce mężczyzny. – To boli.

– Bo nie musiałem. Nie wolno ci otwierać niczego, co jest zamknięte. Mogłeś…

Mógł zginąć. Wystarczyłoby, że ubrudziłby sobie ręce, a później dotknął ust. I to byłaby wina Severusa, wiedział o tym, bo przecież powinien być mądrzejszy, spakować te rzeczy i odesłać do Hogwartu, wiedział, że smarkacz jest wścibski.

– Puść mnie! – krzyknął Loki. – Nienawidzę cię! Puszczaj! To boli!

Więc Severus go puścił, tak gwałtownie, że chłopiec poleciał do tyłu, na biurko. Mężczyzna jak w półśnie sięgnął do pasa przy spodniach, ale zamarł, zanim go rozpiął.

Co on wyrabiał?

Loki patrzył na niego rozszerzonymi oczami.

Nie był swoim ojcem.

Zdecydował pod wpływem chwili. Znów nachylił się, łapiąc chłopca za nadgarstek, i pociągnął do wyjścia.

– Idziemy – stwierdził.

– Gdzie?

– Zobaczysz – stwierdził mrocznym tonem.

Ulica była spokojna, wyludniona o tej porze. To dobrze, nie miał ochoty użerać się z ludźmi. Loki szedł potulnie, chyba wciąż przestraszony jego wściekłością. W jego starych ubraniach wyglądał jeszcze drobniej, niepozornie.

Gdy wyszli z cienia domów i przekroczyli bramę, poczuł, jak robi mu się gorąco. Czarna koszula momentalnie przykleiła się do pleców. Kiedy on sam tu był ostatnio? Rok? Dwa lata temu? Choć na dobrą sprawę od jego domu to miejsce dzielił może kwadrans spaceru.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Loki, rozglądając się niepewnie.

– Na cmentarzu.

Snape potrzebował chwili, aby przypomnieć sobie, jak dojść do grobów rodziców. Nie były takie zaniedbane, jak się spodziewał. Któryś z sąsiadów musiał o nie dbać.

Położył dłonie na barkach chłopca i zmusił go, żeby spojrzał na nagrobki.

– Wiesz, co to jest? – spytał.

Loki pokręcił głową.

– Groby. To znaczy, że w ziemi, poniżej tych płyt, są ciała, kości, ludzi, którzy umarli. Zjadają je robaki.

– Ohyda – mruknął chłopiec cicho.

– Tych ludzi już nie ma – podkreślił mrocznym tonem. – Nie czują. Nie myślą. Nie istnieją. Nie wrócą.

Loki milczał.

– Przeczytaj imiona.

– Nie chcę…

– Już – warknął.

Chłopiec drgnął.

– Eileen Snape. Tobias Snape. – Chwila ciszy. – Ty jesteś pan Snape.

– Owszem. To moja mama i mój tata. – Przykucnął i odwrócił Lokiego tak, aby spojrzał na niego. – Chcesz, żeby twój tata był martwy? Żeby twoja mama była martwa?

Oczy chłopca pojawiły się pierwsze łzy.

– Nie.

– Chcesz, żebym cię zabił? – spytał Snape mrocznie.

– Nie…

– Chcesz, żebym ja był martwy?

Loki pokręcił głową. Rozpłakał się na dobre.

– Więc dlaczego próbujesz mnie zabić? – wycedził. – Przestań się mazać i odpowiedz.

– B-bo jesteś moim wrogiem. – Wychlipiał Loki. – A mój ojciec zawsze opowiada, jak rozgromił s-swoich wrogów. I jak Thor m-mówi, że dorośnie i -też będzie, to w-wszyscy się cieszą…

– I stwierdziłeś, że jeśli uda ci się wyprzedzić brata, ojciec w końcu będzie z ciebie dumny? – podsumował historię Snape. Zdążył już zorientować się, jak wyglądają relacje w tamtym domu.

– T-tak.

– Więc słuchaj mnie, dzieciaku – warknął. – Masz niezwykły talent do metamorfomagii i iluzji. Jeśli twój ojciec tego nie widzi, jest zbyt zapatrzony w twojego gryfońskiego braciszka, aby zauważyć cokolwiek. Nigdy nie będzie z ciebie dumny, nieważne, co zrobisz. Bo jesteś dla niego tym gorszym z dzieci, złym, bo miałeś pecha i nie urodziłeś się taki, jak on. Jeśli kogoś zabijesz, będzie wściekły, bo zabiłeś w nieodpowiedni sposób.

Chłopiec patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. A później nagle zmienił się w węża, wyślizgując z jego uścisku, by zaraz przemienić ponownie i czmychnąć pomiędzy grobami.

– Loki! – zawołał Snape za nim, ale nawet nie wyciągnął różdżki, żeby go przyciągnąć. Nagle poczuł się strasznie znużony.

Czemu w ogóle to powiedział? Małemu dzieciakowi?

Bo im szybciej sobie to uświadomi, tym mniej będzie bolało

Wzdrygnął się i spojrzał na groby. Ile on miał lat, gdy zrozumiał, że Tobias nigdy nie będzie z niego zadowolony? Niezależnie od tego, co zrobi… Więc po co w ogóle się starać? Nie lepiej znaleźć miejsce, gdzie w końcu cię zaakceptują?

Bezmyślnie potarł lewe przedramię. A później westchnął. To była jego przeszłość, nie przyszłość dzieciaka. Musiał przestać to mylić.

Rozejrzał się, upewniając, że nie było świadków, i rzucił zaklęcie śledzące.

Lokiego znalazł nad rzeką. Siedział skulony, chowając głowę w ramionach. Chyba już nie płakał, ale cała jego postawa pokazywała, że Severus go zranił. Choć przynajmniej nie spróbował uciec, gdy usiadł koło niego.

Odkaszlnął.

– Byłem zły, bo mogłeś się przypadkiem otruć – powiedział po chwili. – Nie myślałem nad słowami.

Chłopiec milczał.

– Nie znam twojego ojca – spróbował Snape inaczej. – Mogę się mylić.

– On mnie nie lubi – wymamrotał Loki, nie unosząc głowy. – Gdy jesteśmy gdzieś razem z Thorem, rozmawia tylko z nim. Opowiada, jak to będzie, kiedy Thor zostanie władcą i tak dalej.

Tym razem to Severus milczał przez chwilę.

– Mój ojciec też mnie nie lubił.

– I co zrobiłeś?

Mężczyzna wyciągnął nogi i oparł ręce z tyłu, na trawie.

– Przestałem go lubić – stwierdził.

Chłopiec w końcu uniósł głowę i spojrzał na niego ze smutkiem. Po jego ciele przebiegł dreszcz, a wraz z nim pojawiły się i zniknęły błękitne plamy. Snape nigdy czegoś takiego nie widział, ale nie skomentował. Tym bardziej, że chłopiec sam tego nie zauważył.

– Ale ja go lubię – powiedział żałośnie.

– Nikt nie twierdzi, że życie jest proste – stwierdził Severus po prostu. Spojrzał rzekę, ukradkiem sprawdzając, czy nikt ich nie obserwuje. Ale osłaniały ich zarośla, tyle dobrego. – A nie masz nikogo, kto lubi cię takiego jakim jesteś? Kto się do ciebie uśmiecha i chce być przy tobie? Kto nie twierdzi, że jesteś zły?

Jak Lily.

Loki otarł oczy.

– Mamę – stwierdził cicho.

– Więc posłuchaj dobrej rady – stwierdził Snape poważnie. – Zrób wszystko, wszystko, aby nigdy jej nie zranić, nie skrzywdzić ani nie stracić. Bo jeśli to jedno zawalisz, będzie bolało dużo mocniej niż teraz. Rozumiesz?

– Mhm.

Po chwili, długiej chwili, Loki przysunął się bliżej niego i skulił, kładąc głowę na kolanach. Snape drgnął zaskoczony. Ale wreszcie z ciężkim westchnięciem przesunął dłoń, gładząc go bo głowie.

– Chcę do domu – wymamrotał chłopiec sennie, wykończony strachem i płaczem.

– Uwierz, też wyczekuję momentu, gdy się ciebie pozbędę – mruknął. Ale jakoś tak bez przekonania.

Albus odnalazł się z grubsza w terminie. Otrząsnął popiół z brody i uśmiechnął do dwóch czarnowłosych łobuzów, którzy powitali go bez szczególnego entuzjazmu.

– Tęcza naprawiona – stwierdził. – A jak wy daliście sobie radę? Nie pozabijaliście się?

– Pan Snape jest zbyt potężnym przeciwnikiem – stwierdził Loki, machając nogami w powietrzu. Siedział na krześle i ucierał żabi skrzek do eliksiru na ukojenie nerwów.

Severus tylko przewrócił oczami.

– Plan z żyrandolem był całkiem pomysłowy – zdobył się jednak na oszczędną pochwałę. Loki uśmiechnął się od ucha do ucha.

Zaraz jednak spoważniał, gdy Dumbledore uśmiechnął się do niego łagodnie.

– Jesteś gotowy do powrotu? – spytał, wyciągając rękę.

Młody książę Asgardu spojrzał niepewnie na Severusa, a ten poważnie skinął głową. Dopiero wtedy chłopiec zszedł z krzesła. Ciągle jednak zwlekał z podejściem do dyrektora. Wreszcie wypalił:

– Ale wiesz, ja jednak też zostanę królem. Całego świata – rzucił. – Zdecydowałem.

– Poza Anglią – odpowiedział Snape bez mrugnięcia. – Tutaj rządzę ja.

– Aha. Okej.

Chwila ciszy.

– I jak już będę mógł robić, co tylko chcę, to… wpadnę tutaj…?

Snape skinął głową. Dopiero wtedy Loki uśmiechnął się, podbiegł do Albusa i złapał go za rękę. Deportowali się.

A Severus jeszcze przez moment patrzył na pozostawiony skrzek z jakąś dziwną melancholią, zanim zaczął sprzątać.