-Czy ty sobie żarty stroisz?- spytał Draco na widok Hermiony. Przyszedł do biblioteki, jak się umówili, aby ustalić szczegóły ich planu.- Powiedziałem przecież, żebyś ubrała się ładnie.

Dziewczyna miała na sobie wełnianą spódnicę do kolan, białą koszulę pełną falbanek przy rękawach i dekolcie oraz narzuconą na to niechlujnie szatą. Nie wspominając nawet nic o włosach

-To jedyne rzeczy z mojej szafy, które mogły się przydać, Malfoy. A poza tym ja nie wyglądam jak terrorysta- Hermiona wskazała jego głowę zakrytą chustką, a na to nałożoną czapką z daszkiem.

-Jak kto? Nie mów mi tu o mugolskich rzeczach, których nie rozumiem- naburmuszył się chłopak.- a poza tym, ty nie wiesz, co ja dziś przeżyłem. Nie mogę pokazywać się ludziom w takim stanie.

-A to niby czemu?

-No bo, królewno, kiedy wyrwiesz siwego włosa, to na jego miejsce przybędą trzy następne. I co ja biedny teraz pocznę?

-Malfoy?- spytała niepewnie dziewczyna.- zdajesz sobie sprawę, że istnieją eliksiry zwalczające siwienie i proces łysienia? A poza tym twoje włosy są tak jasne, że nikt nie zauważy.

-Tak? Naprawdę?- chłopak zdawał się pominąć jej drugi komentarz. Jego duże, szare oczy były pełne nadziei.- No to Merlinowi niech będą dzięki- blondyn odetchnął głęboko i zdjął chustkę z czapką, po czym odezwał się do Gryfonki.- Wracając do twojego wyglądu. Twoim zadaniem będzie uwiedzenie Damona Salvatore. Nie wypłoszenie go z kraju zupełnym bezguściem- podrapał się po brodzie.- chociaż po dłuższym zastanowieniu...

-Chciałeś żebym co zrobiła?- wybuchła dziewczyna.

Chciałem, żebyś pouśmiechała się do niego i zabrała mu jego śliczny rodzinny pierścionek. I jeszcze to zrobisz. Chodź, musimy cię odpicować.

-Co, jak to?- spytała Hermiona, która najwyraźniej była wciąż w szoku. Nie zdążyła nawet zareagować, KIEDY MALFOY WYCIĄGNĄŁ RÓŻDŻKĘ I WYPOWIEDZIAŁ ZAKLĘCIE. JUŻ PO CHWILI DZIEWCZYNA STAŁA TAM, NIEWIDZIALNA DLA WSZYSTKICH Z wyjątkiem blondyna

-Za mną- powiedział, po czym wymaszerował dumnie z biblioteki.- byle nikt nie zorientował się, że tu jesteś- rzucił, kiedy panna prefekt podreptała za nim.

Z tego, co Draco zauważył wynikało, że Granger nie miała łatwego zadania. O tej porze korytarze były pełne, więc Gryfonka musiała uważnie omijać każdego następnego ucznia. Jej przeprawy nie ułatwił fakt, że blondyn poruszał się nieprzyzwoicie szybko, praktycznie taranując tych, którzy nie zdążyli usunąć się z drogi. Hermiona nie dość, że musiała iść slalomem, to jeszcze miała dotrzymać mu kroku. Kiedy w końcu dobrnęli do lochów, dziewczyna zaczęła wątpić w swoją mądrość. Inteligentna dziewczyna nie poszłaby prosto do jaskini lwa. Czy raczej węża.

Draco i Hermiona podeszli do kamiennej ściany. Ron z Harrym opowiadali jej na drugim roku o wejściu do pokoju wspólnego Ślizgonów, więc dziewczyna przypuszczała, że to tutaj.

-Chrzań się- powiedział po chwili ciszy blondyn. Hermiona spojrzała na niego jak na idiotę. Już chciała mu się odgryźć, kiedy ukazało się przejście.

-Teodor Nott, jako prefekt naczelny może zmieniać hasło. Do tego namówiłem go tydzień temu.- odpowiedział na pytające spojrzenie dziewczyny.

-A ja myślałam, że nasze "Gryffindor górą" jest pomysłowe- mruknęła do siebie. Draco spojrzał na nią przelotnie.

-Jacy wy, Gryfoni, jesteście... niewinni- zaśmiał się chłopak, po czym wmaszerował dumnym krokiem do pomieszczenia. Hermiona od razu podążyła za nim, nie chcąc, aby przejście zamknęło jej się przed nosem. Pokój Wspólny Ślizgonów zdziwił Gryfonkę. Spodziewała się szczękających łańcuchów, piszczących szczurów, wilgoci, ciemności i dołującej atmosfery. To zupełnie odbiegało od tego, co zobaczyła. Pokój był pełen ciemnozielonych foteli i kanap oraz stolików z ciemnego drewna. Idealnie oszlifowaną, kamienną posadzkę pokrywał gustowny dywan o przyjemnych, nie rażących po oczach wzorach. Pomieszczenie może i nie było jasne jak u Gryfonów, ale nie dawało też wrażenia, że jest się głęboko pod ziemią. Najwięcej światła padało z dwóch kominków, stojących po dwóch przeciwnych ścianach pokoju. Resztę oświetlały pojedyncze świece znajdujące się na stolikach oraz lampiony przymocowane do ścian. Ciekawostką było to, że każdy płomień był zielony. Dawało to przyjemny efekt.

W pokoju było może dwadzieścia osób. Większość z nich rozmawiała lub grała. Dwie pary bezwstydnie się całowały. Hermiona starała się kryć oburzenie. Nigdy nie podobało się jej publiczne okazywanie uczuć. Jeśli tak bardzo nie mogli bez siebie wytrzymać, to mogli chociaż z przyzwoitości wyjść. Draco tymczasem rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu jemu tylko wiadomo czemu. Po chwili w jego oczach coś błysnęło i chłopak ruszył w kierunku jednej z par. Hermiona chcąc nie chcąc podążyła za nim. Ślizgon odchrząknął głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę. Para niechętnie odkleiła swoje usta. Na Draco spoglądali bykiem Daphne Greengrass i Teodor Nott. Blondyn uśmiechnął się do nich uprzejmie i niby przepraszająco. Pierwszy odezwał się Teodor.

-Mówiłem ci już, stary. Dostawę Ognistej Whisky mam w czwartek. Proszę wrócić później- chłopak znowu zbliżył się do dziewczyny, kiedy Draco zachichotał.

-Och, Teodorku, kochanie. Zawsze myślisz tylko o sobie. Dzisiaj, wyjątkowo, przyszedłem do Daphne.

-Pamiętaj, ona jest zajęta- rzekł chłopak, poruszając znacząco brwiami zsadzając swoją dziewczynę z kolan. Draco uśmiechnął się tylko swoim firmowym uśmieszkiem.

-Za mną, drogie panie- powiedział blondyn, a widząc zdziwione spojrzenie drugiego chłopaka, dodał.- Bądź tak miły I zachowaj mi dwie butelki Ognistej w czwartek- puści mu oko, złapał Daphne pod lewe ramię, Hermionę pod prawe i już go nie było.

Przeszli we trójkę przez prawie cały pokój do dormitorium dziewcząt. Jak widać, geny Wili pomagały też w przejściach tylko dla kobiet. Weszli do jednego z pokoi. Wyglądał mniej więcej jak sypialnia Gryfonek. Jedyną różnicą było to, że tu dominował kolor zielony.

Draco wyciągnął różdżkę, po czym wycelował w Hermionę i wycofał zaklęcie. Na jej widok Daphne gwizdnęła.

-Afera z Granger? Skandaliczne- zaśmiała się.

-Dobrze wiesz, że lubię eksperymentować.

Dziewczyna wyszczerzyła zęby i posłała mu wszystko wiedzący uśmiech.

-To na serio. O co chodzi?- zapytała rzeczowym tonem, wędrując oczami pomiędzy nimi.

-Muszę troszkę zagiąć Damona Salvatore zanim się rozpanoszy. Wiesz, Daphne- zaczął rozwalając się wygodnie na jej łóżku.- On jest jak wirus grypy. Do organizmu dostaje się tylko jeden, a już po kilku po kilku minutach jest wszędzie. My musimy wyleczyć szkołę z jego fałszywego uroku. Chłopak jest zbyt pewny siebie. Trzeba mu przypomnieć, kto tu rządzi- stwierdził blondyn ze złowieszczym błyskiem w oku.- poprosiłem o pomoc tą tutaj księżniczkę, żeby uwiodła karalucha. Musimy go złapać samego po kolacji, a wtedy Granger zajmie się resztą. Jest tylko jeden problem. Zobacz, jak się ubrała- powiedział z wyrzutem, wskazując na nią palcem.- Jeżeli uda jej się z tym strojem coś zdziałać, to ja jestem Merlinem.

-A ty chcesz, żebym ją 'naprawiła'- domyśliła się dziewczyna.

-Dokładnie.

Daphne podniosła się z kanapy i zmierzyła Hermionę okiem znawcy. Obeszła ją dookoła. Zlustrowała Gryfnkę od stóp do głów.

-Skrzacia jedenastka albo chochlicza siódemka powinna być dobra. Możliwe, że będzie trochę za wąska w talii, ale od tego jest w końcu magia.

Blondynka podeszła do do łóżka i odczepiła plakat Justina Haglake'a, po czym puknęła różdżką w cegłę trzecią od lewej, drugą od dołu. Nagle wszystkie pozostałe zaczęły znikać z cichymi pyknięciami, ukazując niewielki korytarz.

-Za mną- powiedziała, a po chwili zniknęła w ciemności.

Draco szedł w stronę światła. Kilka kroków za nim dreptała Granger. Daphne już dawno przeszła na drugą stronę. To przekonanie Gryfonki do pójścia za nim zajęło najwięcej czasu. Blondyn kazał („Rusz ten swój kościsty tyłek..."), groził („Wstawaj, bo jak nie..."), prosił („Nie będę cię prosił, bo Malfoyowie nie proszą, ale... proszę..."). W końcu, po zagrożeniu jej Imperiusem i wejściu w ścianę bez spojrzenia w tył, dziewczyna podjęła decyzję. Przy końcu korytarza czekała już na nich Daphne ze zniecierpliwioną miną. Już otwierała usta, żeby spytać, co im tak długo zajęło, ale po zobaczeniu morderczego spojrzenia, jakie chłopak jej posłał, ostatecznie zamknęła usta i odstąpiła wejście do pomieszczenia. Od tak intensywnego światła Draco na chwilę zaćmiło. Dopiero po kilku szybkich mrugnięciach obraz zaczął się zaostrzać. Już po paru sekundach chłopak mógł stwierdzić, że znajduje się w wielkiej garderobie. A przynajmniej na jej przedsionku pełnym torebek, naszyjników, tiar i innych dodatków. Cały pokój zdawał się promieniować światłem. Aż oczy bolały. Po chwili Daphne się odezwała.

-Co o niej sądzisz?- spytała grzecznie, wskazując na Gryfonkę.

-Zielony- odrzekł bez namysłu.- Jak najciemniejszy.

-Zawsze wiedziałam, że masz w sobie to coś, mój drogi- uśmiechnęła się nieznacznie.- A teraz siedź tu sobie, czekaj i niczego nie dotykaj- dodała, po czym wzięła Hermionę pod ramię i wymaszerowała od jednego z pokoi, zatrzaskując drzwi przed nosem zdziwionego chłopaka.

. . .

Damon wszedł do pomieszczenia, gdzie miał się spotkać z Blaisem. Spodziewał się laboratorium wysokiej generacji z błyszczącymi kociołkami, pokrojonymi składnikami oraz innymi wygodami godnymi Mistrza Eliksirów. Jednak to, co zobaczył odbiegało od jego wyobrażenia. Chłopak wylądował w łazience. I to brudnej do tego. Całą podłogę pokrywała cienka warstwa wody, a pomieszczenie wypełniał zapach ektoplazmy. Na ścianach wisiały szerokie pajęczyny. Przy jednej z umywalek czekał już Blaise. Rozpalał ogień pod niezbyt nowym kociołkiem. Na ziemi porozwalane były produkty wątpliwej jakości.

-Na co czekasz?- spytał raźnie chłopak.- Siadaj i pokrój odchody hipogryfa.

-Że co?- Damon zrobił bardzo obrażoną minę.- Chyba coś cię pogięło.

-No ja tego na pewno robić nie będę. Wystarczy, że musiałem je zdobyć Przez pół godziny czekałem, aż to głupie bydlę mi się odkłoni.

-No ale...- zaczął bezradnie chłopak.- Nie mogę zamoczyć tych spodni. Fortunę mnie kosztowały. Mają w sobie jedną dziesiętną procenta smoczych włosów.

-Nie marudź- Blaise zmarszczył brwi. Damon usiadł w końcu z miną obrażonego pięciolatka, czując jak woda przemaka przez jego bokserki. Chwycił nożyk i zaczął kroić niezidentyfikowany obiekt w kostkę. Pracowali przez jakiś czas w ciszy, kiedy usłyszeli głośny plusk. Sekundę później przez zamknięte drzwi jednej z kabin wyleciał duch dziewczynki. Ta przyjrzała im się z groźnym błyskiem w oku za grubych okularów.

-O, przystojni chłopcy, witam w mojej łazience.

-Dzień dobry, Marto- odezwał się z miłym uśmiechem Blaise.- Wyglądasz dziś rewelacyjnie. Podcięłaś włosy, czy co?- Jęcząca Marta zachichotała, a Damonowi się wydawało, że na przezroczystych policzkach dziewczyny pojawił się rumieniec. A może to tylko gra świateł?

-A ciebie znam- powiedziała dumna z siebie Marta.- Jesteś tym czarusiem, który co parę dni przychodzi tu z inną dziewczyną. Teraz przerzuciłeś się na chłopców? Nieładnie.- zaśmiała się niewinnie i zrobiła mały piruecik w powietrzu.

-CO? Ja... nie! Z nim?- twarz Blaise'a pokrył buraczany kolor, chyba pierwszy raz od trzech lat.

-Wiesz... codziennie cię obserwuję, kiedy się kąpiesz- zatrzepotała rzęsami. Chłopak nie wiedział, czy ma się czuć wybranym, czy zagrożonym.

-Komuś jeszcze dałaś ten zaszczyt?- spytał niepewnie.

-Jest jeszcze twój kolega Draco- uśmiechnęła się, myśląc o sobie tylko znanych, prawdopodobnie sprośnych, rzeczach.

-A czy on wie?

-Tak, nawet przyzwyczaił się już do mnie. Często sobie plotkujemy o szamponach do włosów i nowych szkolnych skandalach. A czy ty zerwałeś już z tą dziewczyną, którą przyprowadziłeś tu ostatnio?- spytała, otwierając szerzej oczy z radości, że ktoś ją odwiedził.

-A przypomnij mi, moja droga, jak ona wyglądała?- chłopak puścił jej oko.

-A kogo to obchodzi?- zachichotała beztrosko. Po chwili zwróciła uwagę na Damona.

-Ale za to ciebie widzę tu chyba pierwszy raz.

-Pozwól mi się przedstawić. Jestem Damon Salvatore. Pochodzę z potężnej czarodziejskiej rodziny we Włoszech, niedawno przeniosłem się do Hogwartu. Gdybym mógł dotknąć twej dłoni, ucałowałbym ją- powiedział nonszalancko. Marta ponownie zachichotała, co zdawała się robić za każdym razem, gdy jakiś przystojniak coś do niej powiedział.

-Co wy tu, chłopcy, robicie?- spytała ciekawskim tonem.

-Eliksir dla naszego kolegi- skłamał gładko Blaise.- Jego projekt na lepszą ocenę. Zachorował, niefortunnie. Poprosił nas o przysługę.

-Och, jacy wy jesteście wspaniałomyślni- zachwyciła się Marta.

-Nieprawdaż?- odrzekł skromnie Damon, czarując ją swoim głosem i uśmiechem.- Cudownie było cię poznać, ale musimy pilnować eliksiru, bo się zważy, a tego przecież nie chcemy.

-Ależ oczywiście, nie zwracajcie na mnie najmniejszej uwagi. Już znikam. Do zobaczenia kiedyś, mam nadzieję- puściła im oko, po czym zniknęła w kabinie, z której przybyła i plusnęła głośno wodą na pożegnanie.

Po prawie dwóch godzinach wywar był gotowy. Teraz trzeba było tylko podrzucić go pewnej Wili.

. . .

Po godzinie drzwi garderoby ponownie się otworzyły.

Najwyższa pora, pomyślał Draco, który nudził się niezmiernie po przeczytaniu wszystkich metek i napisów, jakie znajdowały się na dodatkach.

Zza drzwi wyłoniła się Daphne i... kto to właściwie był? Niby istniały podobieństwa pomiędzy nią i Granger, a jednak...

Gryfonka miała na sobie najseksowniejszą sukienkę, jaką kiedykolwiek widział. Była ciemna. Najgłębszy odcień zieleni, który dało się stworzyć. Sięgała do połowy ud, nie posiadała rękawów- zaczynała się nad biustem, przy okazji zwiększając go optycznie. Kiecka opinała się wdzięcznie wokół jej, o dziwo, zgrabnej pupy, podkreślając kobiece kształty. Włosy zostały rozpuszczone, ale Daphne je wyprostowała, co według Draco musiało zająć najwięcej czasu. Jej nogi wydawały się być kilkumetrowe, co było efektem wysokich, czarnych szpilek.

-I jak?- spytała dumna z siebie blondynka.

-Nieźle, jak na szlamę, oczywiście- powiedział w końcu chłopak, wciąż lekko otumaniony. Odchrząknął, próbując pozbyć się piskliwości, której nabrał jego głos.- To teraz wystarczy znaleźć pewnego wampira, moi mili.