W ramach powrotów sentymentalnych...

UPIÓR OPERY

Zaśpiewaj ze mną znowu nasz przedziwny duet...
Ten głos!
Czarował, uwodził, pieścił, urzekał...
Dłoń w czarnej rękawiczce przesuwała się w bezbrzeżnie delikatnej pieszczocie po wrażliwym policzku. Spojrzenie czarnych, płonących niezwykłym ogniem oczu podążało za dotykiem, nie siląc się nawet na równą mu subtelność. Wszędzie tam, gdzie linia białych koronek niewinnej koszuli nocnej wstrzymywała długie palce od śmielszych muśnięć, namiętne spojrzenia wypalały gorącą ścieżkę mrocznej, pożądliwej czułości.
Dotyk, spojrzenia... Ale...
Ten głos!
Zaśpiewaj ze mną znowu nasz przedziwny duet...
Śpiew upijał słodko – gorzkim likierem, ocierał się o ciało aksamitem, docierał tam, gdzie zawodziły spojrzenia – pod haft, pod koronki, burząc krew i wypełniając żyły pieśnią.
Mrok, muskający jedwabiście rozpaloną skórę. Chybotliwe płomienie świec, podglądające gdzieś z kątów parę, łączącą się w harmonii śpiewu i najczulszych pieszczot. Niknące w ciemności ściany podziemi, otulone podnoszącą się z kanałów mgłą.
Śpiewaj dla mnie...
– Mój Aniele Muzyki...
– Śpiewaj dla mnie!
– Mój Aniele muzyki!
– Śpiewaj dla mnie!

– 'Arry!
– Mój Aniele...
– Tak, jasne. Też ci kocham. A teraz wstawaj już! Spóżnimi się na próbę!
Harold Pottier z trudem otworzył oczy. Nad jego łóżkiem pochylała się znajoma, przyjazna twarz Ronalda Vesleis, przyjaciela i współchórzysty. Piegowate oblicze pod rudą grzywką promieniowało niewinną sympatią.
– To już... Tak póżno? – zdziwił się sennie 'Arry.
– Spałeś jak zacziarowana królewna! – wyszczerzył się Ron. – Odsypiałeś jakieś nocne spaceri?
Jego przyjaciel odwrócił głowę, ukrywając nagły rumieniec w poduszce. Zaciekawione spojrzenie Ronalda parzyło go w tasiemkę od koszuli. Nie chciał jednak o tym rozmawiać. Nie, żeby było o czym. Nie, żeby coś się działo. Miał sny. Każdy ma sny. On miał bardziej. Niektórzy tak mają. Ech... Spod czarnej, rozburzonej w pościeli czupryny popłynęło w poduszkę ciężkie westchnienie. Harold Pottier miał wiele rzeczy bardziej niż inni. Kłopot w tym, że ostatnio były to raczej... nieodpowiednie rzeczy.
– Chiba nie skradałeś się nocą po Opeżie w starej koszuli nocnej twego ojca? – głos Rona załamał się z przejęcia. – Nic dziwnego, żie potem wszisci opowiadai historie o duchach i upiorach!
– Nigdzi ni wychodziłem. Spałem – odburknął 'Arry. Rudzielec wydął wargi.
– Jak chcesz. A to samo pżiez noc wirosło – odparł z lekką urazą. Młodzieniec podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i zamarł. Na poduszce, niemal muskając koniuszkami płatków rozgrzany snami policzek leżącego, spoczywała czerwona róża, starannie wygładzona z kolców i przewiązana czarną wstążką.
– Eee...
– Do zobaczienia na próbi – burknął Ron i wyszedł z pokoju. Oszołomiony 'Arry wpatrywał się w różę. Niemożliwe! Niemożliwe... Nigdzie nie wychodził. Nikt tu nie wchodził. To był tylko sen. To żart Ronalda albo któregoś z jego braci – wszyscy przecież pracowali w Operze. Najpewniej to Frederic i Georges. Ci dwaj nie rozumieją słowa „nie"... Zamknął oczy, odprężył się. Żart. Nic nie zaszło. To tylko sen...
– Zaśpiewaj razem ze mną nasz przedziwny duet...
Płatki kwiatu pieszczące skórę jak delikatne dłonie w czarnych rękawiczkach...
Muzyka, spojrzenia, mgła...
– Śpiewaj dla mnie
!
Otworzył oczy, zaskoczony, ale napotkał tylko spojrzenie własnych, zielonych oczu z lustra naprzeciwko łóżka.
Cisza...
Muzyka, spojrzenia, dotyk...
To. Był. Tylko. Sen!
Wyskoczył z pościeli, obciągając odziedziczoną po ojcu koszulę nocną z koronkami i wpatrując się gniewnie w różę.
– Nie zwariowałem – zapewnił ją stanowczo. – To mi się tilko śniło.
Przez grzeczność nie zaprzeczyła, eksponując zawiązaną pedantycznie czarną wstążeczkę. 'Arry poczochrał się bezradnie po głowie i podszedł do lustra. Wyglądał dokładnie tak samo, jak zawsze, prawda? Czarne, zmierzwione jeszcze włosy... Zielone oczy... Niewysoka, szczupła sylwetka... Hmmm. Na próbę zaśpiewał kilka taktów z opery, którą właśnie szykowali. Oooo... Wyraźnie sen mu służył.
Otulona w ciemny płaszcz, skryta wśród cieni postać syciła się obrazem śpiewającego jak kradzionym wejrzeniem w Krainę Czarów. Czarne oczy z dziwnym, wyrachowanym spojrzeniem błądziły po sylwetce młodzieńca.
– Śpiewaj dla mnie, mój Aniele...
Na wąskie wargi, o które po prawej stronie ocierał się skraj groteskowej, białej maski, wypłynął rzadko na nich goszczący, leciutki uśmiech.
– Śpiewaj dla mnie...

Przed gmachem Opery Paryskiej Dyrektor, Monsieur D'omble D'or, zarzucając po kawalersku brodę na plecy, witał Monsieur Cornela LeCnota oraz Monsieur Vesleisa.
– Moi kochani! Jakżi się cieszę, że was widzę! Jakżi mi miło, że si zgodziliści! – Ściskał im dłonie z wesołym chichotem. Jego wiecznie młode, błękitne oczy pełne były iskierek.
– Och, to wielka odpowiedzialność, przejąć kierownictwo Operi... Ale zajmiemi się tim – zapewnił godnie LeCnot.
– Będziemi kontinuować pana dzieło – zapewnił Vesleis z uśmiechem. – Ale cziemu właściwi podjął pan taką decyzję? Opuścić Operę? Teraz, w połowie sem... sezonu?
Dyrektor uśmiechnął się dobrotliwie.
– Panowie... W moim wieku emeritura to chiba dość logiczni krok?
Spojrzeli po sobie, pokiwali głowami. Słynny Dyrektor Opery był niemalże instytucją, był wieczny, ale mimo wszystko...
– Ocziwiści.
D'omble D'or zmarszczył nos, nieco nadąsany.
– Powinniści mni w tim momenci zapewnić, żie sto pięćdziesiąt... eee... żie siedemdziesiąt lat to żiaden wiek. Ale, oczywiści, jeszcze nie przesiąkliści tutejszim żiargonem, choć przecież pańskie dzieci, Vesleis, pracują wszistki w Opeżie. Ale nie martwci si, mówieni citatami z dzieu, ten nasz operowi slang, to przijdzi z czasem... Zobaczici, niedługo będzieci mówić o polerowaniu fletów zamiast o różnich porannich ablucjach.
Obydwaj panowie zamrugali, wyraźnie zdziwieni.
– Eee... Polerowani fletów?
Starzec roześmiał się z rozrzewnieniem.
– Ach, no wieci, to z „Czarodziejskiego fletu"... – odchrząknął i zaczął śpiewać: – Io non voglio in fondo sapienza, io sono un uomo naturale che di sonno, cibi e bere si accontenta e se e' possibile catturare una bella donnetta...1
Jego towarzysze kiwając ze zrozumieniem głowami szli za nim przez gmach Opery. Korytarze wypełniała poranna krzątanina obsługi scenicznej, przygotowania artystów, przesuwały się kolorowe skrzydła dekoracji. Orkiestra grała już uwerturę – wszystko wokół wirowało w kalejdoskopie barw, muzyce i ludzkim gwarze.
– To naprawdę magiczne miejsce... Zawszie, kiedy tu przychodzę, nie mogę się nadziwić... – zachwycał się Vesleis.
– Tak, tak. Doskonale. Trochę więcej rigoru i będzie idealni. Podwiższimi wpłiwi o jedną trzecią w ciągu połowi sezonu... – mruczał LeCnot.
– Io sono un uomo naturale... – podśpiewywał przyszły były Dyrektor. Zaprowadził obu panów przed operową scenę, gdzie cały zespół rozpoczynał właśnie ostatnią próbę przed wieczornym przedstawieniem „Gniewu Achillesa".
– Przycupnijci sobi w pierwszim rzędzie, panowie, a ja was prziedstawię zespołowi. – Powiewając brodą, wdrapał się na scenę, podczas gdy nowi Dyrektorowie wymieniali uwagi na temat artystów.
– A, widzę twojego sina, Vesleis... To najmłodszi, prawda? Zgrabniutki...
– E... Dzięki, LeCnot... Jesteśmi z niego dumni...
– Tak... I... Na Me... Mendelsohna! Cóż to za młodzieniec, tam, koło niego?
– A, bistre masz oko, przijacielu... To młody Pottier, pamiętasz, sin tiego skrzipka... Odziedzicził po ojcu różne talenta...
– Nie tilko talenta... Poznaję teraz, poznaję! Sin Jacquesa Pottiera, kto bi pomiślał, ale rzecziwiści, podobni, jak dwie kropli wodi...
– Przijaźni się z naszim Ronaldem...
– O, to konieczni mni prziedstawisz... Chętni się z nim bliżej zapoznam... Co za ruchi... A ta rozkwitająca, bujna męskość... Inspirujące. Tak... A ta chuda wiedźma z lewej to kto?
– A, nie jestem pewien... Chiba Mignerve Magonagalie, Opiekunka chóru. Nie znam tu wszistkich, Direktor na pewno nam przedstawi...
– Vesleis, powaga! Teraz mi jesteśmi direktorami. Aaach! Patrz! Patrz!
– Co? Gdzie? O w grif mandolini...
– To on...
– On?
– No, sam wiesz kto...
– A on nie jest brunetem?
– Nie ten, tamten...
– To ja nie wiem kto.
– On! Divus Lucius.
– Widzę, widzę... Miślałem, że patrzisz za basem.
– Kogo obchodzi bas? Tu się liczi tilko Maestro Lucius. Zarobimi na nim milioni.
– Ciiiszei, Cornelu... Wiesz, co o nim si mówi.
– Masz na miśli te bzduri, że podpisał pakt z diabłem? Żie na własnim ciele opieczętował cyrograf, aby być wieczni królem tej Operi? A niech podpisui i dziesięć cyrografów, bilebi dla nas śpiewał.
– Toż śpiewa...
– Hehehe, jeszcze jak śpiewa... Ten to dopiero ma prezencję... To się naziwa bujna męskość...Jego nie znasz osobiście, co?
– Niestety... Jak dotąd, moja skromna osoba nie leżiała w sferzie zainteresowań maestro Luciusa...
– Och, porozmawiam z nim jeszcze o zainteresowaniach i leżieniu... Ale ćśśś, D'omble D'or mówi.

Siwobrody Dyrektor zaklaskał w dłonie, uciszając zebranych.
– Moi mili! Wszisci na pewno słyszeli te pogłoski, rozsiewane od dwudziestu lat, jakobim miał przejść na emeriturę. Niniejszim ogłaszam, że – z głębokim żialem – opuszczam Operę.
Szepty, szmery, zdumione okrzyki.
– Prziedstawiam wam Monsieur LeCnota i Monsieur Vesleisa, którzi zastąpią mni na stanowisku Direktora. Brawa dla nich!
Skąpe, nieśmiałe oklaski. D'omble D'ore uśmiechnął się dobrotliwie.
– Obaj panowie pracowali przez długie lata w Ministerstwie, gdzie Monsieur LeCnot zrobił fortunę na... eekhemm, to sprawi państwowi, przemilczmi... Zaś pan Vesleis, eee, nie zrobił fortuni, ale liczą się dobre chęci... Oni to właśni są od tej chwili waszimi Direktorami. Żebi już nie przedłużiać – kontinuujcie próbę, a mi sobie popatrzimi.
Zszedł ze sceny i dołączył do nowych Dyrektorów, przywołując do siebie Madame Magonagalie.
– Ach, kochani, to opiekunka naszego zespołu chóralno – tanecznego i moja wierna zastępczini, droga Mignerve... To znaczi, ocziwiści, madame Magonagalie.
Sztywna, surowa z wyglądu kobieta w nieokreślonym wieku ukłoniła się z godnością.
– Madame z pewnością wprowadzi was we wszystki sekreti Operi, kiedi mni nie będzi... Ale teraz już ćśśś, popatrzmi, jak sobie radzi zespół...
Zespół upozował się na scenie – nagle wszyscy zaczęli się tłoczyć jak najbliżej widowni i nowych Dyrektorów. Ci jednak, po pełnym aprobaty zlustrowaniu wszystkich artystów, zaczęli dziwnie często zerkać w stronę bocznych drzwi. Nie przykuła ich uwagi nawet awantura pomiędzy grupą brańców trojańskich a grupą branek trojańskich, sprzeczających się o miejsca przy brzegu sceny, najlepsze do wyeksponowania się nowym kierownikom. Zapatrzyli się na przedstawienie dopiero wtedy, gdy wszyscy tancerze nagle pokornie uciekli na swoje miejsca z boku.
– O Mer... – szepnął LeCnot.
– Nie klnij, przyjacielu – upomniał go łagodnie D'omble D'or.
– O merde... – dokończył za towarzysza Vesleis.
– Monsieur... Tak o naszej gwieździe? – Madame uniosła brew, podczas gdy w kątach zachichotało trwożnie kilka sprzątaczek. Panowie jednak, zapatrzeni we wschodzącą na scenie gwiazdę, nic nie odpowiedzieli. Pierwszy tenor Opery paryskiej kroczył ku widowni, poprawiając długi rękaw na lewym przedramieniu i stanowczymi gestami prawej ręki rozsyłając członków zespołu na miejsca. Bas, Maestro Remy Lupin, również wystąpił, poprawiając lwie skóry kostiumu Achillesa. Divus Lucius rzucił mu jednak tylko jedno spojrzenie bladoniebieskich, stalowych oczu i chyżonogi Pelida upozował się ze swoją lwią grzywą między brańcami a malowniczo rozebranym wojskiem greckim. Tenor wypiął pierś i odrzucił na plecy długie, platynowe włosy. Jako odtwórca partii Patroklosa, nie silił się ani na omdlewające spojrzenia ku partnerowi, ani nawet nie próbował czarować nowych Dyrektorów. Cała jego postawa wyrażała godność, chłód i profesjonalizm. Uniósł dłonie i wydął piersi powietrzem, aby zaśpiewać pierwsze nuty słynnej arii, nie zdążył jednak wydać głosu. Boczne drzwi otworzyły się z rozmachem i ktoś wszedł na salę.
– Aaach! Monsieur Drago!
– Wicehrabia Malefoy! – obaj Dyrektorzy rzucili się w stronę nowoprzybyłego. Był to szalenie elegancki, niewysoki młodzieniec o platynowych, zaczesanych do tyłu włosach i bladoniebieskich oczach.
– D'omble D'or, pozwól, oto nowy patron naszej Operi, monsieur Drago Malefoy.

Wicechrabia skłonił się lekko.
– Moja rodzina od zawsze szcziciła się wspieraniem rozmaitich... sztuk. Mam zamiar kontinuować te tradicje...
– Ooo, jestem pewni, żie będzi pan w tim wiśmieniti... – pokiwał głową były Dyrektor. – Proszię, nasz zespół, ostatnia próba przied dzisiejszim prziedstawieniem „Gniewu Achillesa". – Zamaszystym gestem wskazał scenę. Arystokrata zlustrował uważnie zespół – LeCnot i Vesleis również spojrzeli, ale wnet ze zmieszaniem odwrócili się do D'omble D'or'a. Na skraju sceny królował pierwszy bas, maestro Remy, nerwowo poprawiając lwie skóry na ramionach, boskiego Luciusa zaś nie było nigdzie widać.
– No piękni... Na pewno znowu si obraził... – szepnęła ledwo słyszalnie Madame Magonagalie. Bas zaś wypiął pierś i zaczął śpiewać.
– Smutno po powrocie zastać ukochanego w niebezpieczeństwie – aż tak daleko sięga zachłanne ramię Troi...
Młody wicehrabia poprzyglądał się przez chwilę, pokiwał głową. Nawet chyba nie zauważył nagłych szeptów, jakie jego przybycie wywołało wśród chórzystów.
– Mon dieu! To Drago! – zaszeptał poruszony 'Arry wprost do poczerwieniałego z nagła ucha Ronalda.
– Toż poznai go, poznai... Ale raczej nie sądzę, żebi on nas poznał... Dawno minęłi te czasi, kiedi biliśmi razem w szkółce muzicznej D'omble D'or'a.
– Nic się nie zmienił... – westchnął rozrzewniony Pottier. – Popatrz tilko na niego... Zawszie taki chłodni...
– Wolę na niego ni patrzeć... – burknął Ron.
– Nawet na mni ni spojrzi... – wzdychał 'Arry.
Wicehrabia Malefoy owszem, spojrzał pobieżnie po chórzystach, zdobnych w pobrzękujące kusząco kajdany, przesunął wzrokiem po Achillesie, ale większej uwagi istotnie nikomu nie poświęcił.
– Przeszkadzam w próbie – oznajmił tonem wskazującym, że niezbyt się tym faktem przejmuje. – Pożegnam już państwa, pojawię si wieczorem na przedstawieni, by uczestniczić w waszim triumfie. – Skinął zdawkowo głową i wyszedł. LeCnot i Vesleis wymienili rozpromienione spojrzenia, nieświadomi faktu, że z cienia kurtyny wystawił głowę Divus Lucius. Szarpiąc bezwiednie kosmyk platynowych włosów, zmrużył stalowe oczy, co z nagła upodobniło go do węża, i z dziwnym wyrachowaniem patrzył za stalowookim, platynowowłosym młodzieńcem. Dopiero upewniwszy się, że za gościem zamknęły się drzwi Opery, tenor ostentacyjnie przemaszerował przez scenę w kierunku wyjścia, ku niemałemu zaskoczeniu nowych Dyrektorów.
– Koniec próbi? – zdziwił się nieco LeCnot. D'Omble D'or pokręcił głową, wyraźnie zmartwiony.
– Aj, gdzieżbi... Nasza gwiazda chiba się obraziła... Tipowe...
Istotnie, mimo nieśmiałych nagabywań członków zespołu, boski Lucius z zaciętym wyrazem twarzy parł ku drzwiom.
– Nie, nie, nie. Dość tego. Może wasz młody protektor weźmie udział w waszym triumfie, ale ja nie zamierzam. Koniec. Nie śpiewam – oznajmił oschle, dumnie unosząc arystokratyczny podbródek. – Oddaj moją laskę, zabieramy się stąd.
Zza kulis wybiegł garderobiany, piastując na zielonej poduszce srebrną laskę Mistrza Lucjusza. Mistrz pieszczotliwym gestem ujął rączkę, rzeźbioną w dziwnie złowrogi kształt, i ruszył dalej.
– Znowu... – mruknęła Madame Mignerve.
– Mon Dieu! Co robić? – zatroskał się LeCnot. Stary Dyrektor posłał mu dobroduszny uśmieszek.
– Skamleć...
Obaj jego następcy spojrzeli po sobie z mocno niepewnymi minami, ale szybko się zerwali i pobiegli za Boskim Luciusem.
– Ależ, mistrziu nasz wspaniałi!
– Nasz boże pieśni!
– Niezastąpioni nasz!
Tenor lekko zwolnił kroku, z niewzruszoną miną poprawiając włosy.
– Nie chce pan nas chiba opuścić, bez pana jesteśmy niczim, o wielki!
Lucius zatrzymał się, wciąż odwrócony tyłem.
– Zaśpiewa pan dla nas? Tę wspaniałą arię z aktu trzeciego?
– Błagami, nasz złoti!
W szaroniebieskich oczach błysnęła nagła niechęć – śpiewak postąpił krok ku wyjściu. Madame Magonagalie' szybko przysunęła się do Dyrektorów.
– Prosimi, nasz srebrni... – rzekła z lekkim uśmieszkiem.
– Nasz najsrebrniejszi! – obaj panowie niemal rzucili się na kolana. Divus Lucius wydął wargi i w końcu odwrócił się powoli.
– Ostatecznie... Mogę zaśpiewać... Ale panowie raczą mnie nie rozpraszać plotkowaniem o chórzystach.
– Ależ, nigdi!
– Skądże! – LeCnot i Vesleis z uwielbieniem wpatrywali się w tenora. Zmierzył ich pogardliwym spojrzeniem, wyszedł na środek sceny, odetchnął głęboko, aż jedwabna koszula kostiumu Patroklosa zafalowała na szerokiej męskiej piersi. Zza kulis podbiegł garderobiany – Lucjusz odłożył łaskawie laskę na poduszkę, wziął od służącego kryształową buteleczkę i odświeżył sobie gardło. Garderobiany oddalił się z laską, ściągając na siebie więcej zafascynowanych spojrzeń niż sam tenor. Rączka laski, rzeźbiona na kształt węża wypełzającego z ludzkiej czaszki, wywoływała w artystach Opery dziwne dreszcze.
– Ekhemm... – chrząknął złowieszczo Lucjusz. Wszystkie spojrzenia natychmiast spoczęły na nim. Odrzucił włosy na plecy i zaczął śpiewać, z wzrokiem utkwionym dumnie gdzieś w górze.
– Myśl o mnie czasem... Myśl o mnie czule... Choć pożegnaliśmy się już... I wspominaj mnie chociaż czasem...

Myślę o tobie...Myślę jak najczulej odkąd się pożegnaliśmy... Wspominam cię...
Wysoko ponad sceną wśród lin i uchwytów bezszelestnie jak cień poruszał się mężczyzna w białej masce. Śpiewał głosem cichym jak szelest aksamitu, pocieranego dłonią niecierpliwego kochanka. Wpatrywał się w swojego wybrańca, tam, na scenie, otoczonego tłumem obojętnych twarzy.
Myślę o tobie bez przerwy...
Przechodził między linami, schylając się i przeginając jak w tańcu baletowym. Jego własny, najcichszy śpiew wypełniał powietrze niepokojącą, iskrzącą muzyką. Głos z dołu jakby tu nie docierał, rozlewając się w swojej sentymentalnej melodii gdzieś niżej.

Myślę o tobie...

Śpiewał, sam jeden, wpatrzony w szczupłą postać na dole, każde słowo ulatywało w pustą przestrzeń, wypełnione po brzegi namiętną czułością, zawisając gdzieś w pobliżu jak ostrzeżenie przed burzą.
Myślę o tobie...
Przesunął palce po jednej z lin, jakby badając jej wytrzymałość. Posłusznie zadrżała pod dotykiem. Ręka mężczyzny spoczęła na starannie związanym węźle. Szale fortuny spoczęły przez sekundę w obleczonej czarną rękawiczką dłoni. Coś ma spaść... A coś wyfrunąć na piedestał...
Leć, Aniele...
Sznur puścił.

– Kiedy odkryjesz, że znów pragniesz... – śpiewał pełną piersią Lucius, kiedy ciężka płachta dekoracyjna, malowana w greckie okręty, zaczęła spadać wprost na jego głowę.
– AAAA!
– Iiiiiiii!
– Aiaiaiaiaiai!
Artyści w godnych sceny baletowej saltach i łamańcach uskakiwali spod ciężkiej, usztywnianej deskami dekoracji. Dumnie wyprostowany tenor nie zdążył się uchylić – płachta z deskami spadła na niego, przygważdżając go do podłogi.
– To on... To Upiór Operi... Upatrził sobi Luciusa... Teraz zaczni zabijać... – niosły się przerażone szepty.

Twarz, do połowy ukryta pod białą maską, uśmiechnęła się najlżejszym uśmiechem.
– Dla ciebie wszystko... – wibrujące cicho w powietrzu ostatnie słowa pieśni znikły w szeleście opadającej na scenę koperty.
– Dla ciebie wszystko...
Powiewając czarnym płaszczem, znikł w operowych zakamarkach.

– Ooo nie. Tego już za wiele! – słychać było gdzieś spod zwałów materiału. Sądząc po wierzgających, bardzo co prawda elegancko, ale jednak wierzgających nogach i równie elegancko, ale nie mniej wyzywająco wypiętych pośladkach, obleczonych trykotem, boski Lucius nie poniósł większego uszczerbku na zdrowiu. Wyraźnie jednak jego duma poczuła się ubodzona jak nigdy. Śpiewak wyczołgał się spod dekoracji z platynowymi włosami rozrzuconymi w nieładzie.
– Koniec! Odchodzę. Nie mam zamiaru tego dłużej znosić! – oznajmił wzburzony, wygrażając pięścią niebiosom, a drugą ręką machając na garderobianego. Ten podskoczył z laską, umoszczoną na poduszce. Divus Lucius pogroził niebiosom dla odmiany laską i ruszył, utykając z lekka, w stronę wyjścia.
– Ależ, nasz wspaniałi mistrziu! – Le Cnot wyplątał się z kotary, za którą umknął, i rzucił się za gwiazdorem. – To tylko wipadek! Takie rzeczi si zdarzają!
– Ach, tak? – Tenor spojrzał na niego lodowato. – Dopóki takie rzeczy będą się zdarzać, ja nie będę! – obronnym gestem przycisnął laskę do szerokiej piersi i wymaszerował godnym krokiem ze sceny. D'Omble D'ore uśmiechnął się łagodnie.
– Żiczę powodzeni, panowi... W razi jakichś pitań, jestem w Szkocji... – poklepał swoich osłupiałych następców po ramionach i też znikł. Tymczasem Madame Magonagalie podniosła z podłogi grubą kopertę, która jakby na sowich skrzydłach sfrunęła spod sklepienia.
– Panowi... To, zdaje si, do was?
Koperta była zalakowana – w wosku odciśnięto pieczęć z trupią czaszką. Z ust czaszki wyłaniał się złowrogo wyglądający wąż.
– Wiadomość od Upiora Operi.
– Upiora! Maci wszisci obsesji! – obruszył się LeCnot, podczas gdy zdezorientowany Vesleis oglądał na wszystkie strony dziwną przesyłkę. Wreszcie Magonagalie wyjęła mu ją z rąk.
– Pisze, żie wita was serdeczni na nowim stanowisku... Przipomina, żie lożię numer pięć należi zostawić do jego użitku...
– Lożię! – LeCnot wybuchnął śmiechem. – Po cóż upiorowi lożia?
Jeden z chórzystów zaczerwienił się lekko.
– Zapewne jej użiwa... – odrzekła spokojnie Madame.
Chórzysta zaczerwienił się nieco bardziej.
– Monsieur D'omble D'or nigdi nie protestował... I płacił bez zmrużeni oka...
– Płacił? – obaj Dyrektorowie rzucili się po list. Le Cnot z czytającym mu przez ramię Vesleisem wydawał co chwilę pełne oburzenia okrzyki.
– Tile pieniędzi!
– Nie przesadzajmi, to właściwi pensja nauczicielska... – zauważyła Mignerve.
– Ach, ocziwiści! Dobrzi, że nie każe sobi płacić w naturzie!
Jeden z chórzystów zaczerwienił się jeszcze bardziej.
– 'Arry... – zaszeptał do niego Ron. – Dobrzie si czujesz?
– Tak, tilko...
– To jakieś kpini! – oburzał się wciąż LeCnot. – Płacić! Jakiemuś... Oszustowi!
Zebrani na scenie szeptali nerwowo, rzucając dookoła trwożne spojrzenia.
– Zwłaszcza po tim! Teraz, kiedi nasz śpiewak si obraził! Przecież będziemi musieli odwołać prziedstawieni! I co na to powi monsieur Drago?
Madame Magonagalie nie wydawała się zbytnio przejmować humorami Malefoya.
– Luciusa można zastąpić...
– Zastępstwo? Dla boskiego Luciusa? – zgorszył się dyrygent, podskakując ze wzburzeniem na stosie nut. Dyrektorowie wciąż wyglądali na załamanych. Madame wzruszyła ramionami.
– Harold Pottier możie zaśpiewać...
Harold pobladł lekko z wrażenia. LeCnot skrzywił się nieco.
– Chórzista?
– Ma wspaniałego naucziciela... – mruknęła tajemniczo Magonagalie.
– Kogo? – zaciekawił się Vesleis.
– Ja... Nie znam jego imienia... – zaszeptał młodzieniec.
Dyrektorzy popatrywali po sobie bez zapału, wreszcie pokiwali głowami.
– No to chodź, pokaż, co potrafisz...
– Co nam szkodzi...

Pottier wyszedł na środek sceny, nerwowo pobrzękując kajdanami greckiego brańca. Czuł skupione na sobie spojrzenia wszystkich obecnych.
Wszystkich obecnych...

– Śpiewaj dla mnie, aniele...
Zaśpiewał tylko kilka słów i umilkł, aby jego Anioł miał dla siebie całą Operę. Drżał z niecierpliwości, by w końcu usłyszeć ten słodki głos, rozbrzmiewający w pełnej chwale. Chociaż ich wspólny śpiew nigdzie nie smakował tak wspaniale, jak w mrocznych podziemiach Opery... Jego młody Anioł musiał jednak rozwinąć skrzydła...

– Myśl o mnie czasem... Myśl o mnie czule... Choć pożegnaliśmy się już... – śpiew młodziutkiego tenora poniósł się po gmachu Opery. Wszyscy umilkli, zasłuchani.
– I wspominaj mnie chociaż czasem...
Głos, szkolony w mrocznych korytarzach, gładzony aksamitnym szeptem bezimiennego mentora, nagradzany pieszczotą jego szczupłych dłoni, wkradał się w serce i w duszę. Oczy obu dyrektorów zaczęły pomału wypełniać się zachwytem i błogą wizją wyprzedanych biletów na występ.
– Wiśmienici...

– Myśl o mnie czasem... Myśl o mnie czule... Choć pożegnaliśmy się już... – śpiewał 'Arry tego samego wieczoru na premierze operowego przedstawienia. Widownia promieniowała zachwytem. Z jednej z lóż śpiewającego młodzieńca obserwowały czyjeś stalowoszare oczy.

– Byłżebyś to ty, 'Arry? Któż bi się spodziewał...
Wicehrabia Drago Malefoy z przyjemnością obserwował występ swego dawnego kolegi. Śpiew zielonookiego tenora docierał do głębi jego jestestwa, pocierając jakąś dotąd milczącą strunę.
– Ach, 'Arry... Urosłeś.

Za kulisami operowej sceny świętowano w najlepsze oszałamiający sukces przedstawienia. Wprawdzie Divus Lucius dąsał się w swojej garderobie, a nowa gwiazda chwilowo spłynęła z firnamentu w jakichś swoich sprawach, jednak nikomu to widać nie przeszkadzało. Obaj Dyrektorowie z lubością wmieszali się w tłum artystów oraz pracowników Opery.
– Ach, drogi przijacielu, uwielbiam artistów! Ten ich temperament, te ich pomisli, te fatalaszki... Chiba zacznę coś kolekcjonować. Możie zaticzki od smiczków?
– Możie czeki? Pomiśl, Vesleis, ile dziś zarobiliśmi! I jaki zaproszenia si posipali! A będzi jeszczi lepij!
– Ach, tak, tak... Ci artiści... Popatrz tilko na nich!

Tymczasem Ronald Vesleis, wciąż obleczony w muśliny z ostatniej sceny przedstawienia, wdrapywał się po schodach w poszukiwaniu swego przyjaciela. Harold odnalazł się w nieużywanej od lat salce, przerobionej na schowek na miotły. I nuty. Śpiewak, opromieniony blaskiem promieni zachodzącego słońca, klęczał przed wielkim oknem, wpatrując się w witraż, wyobrażający nieco rozczochranego anioła. Pokój wypełniały przedziwne echa, jakby zaiste chóry anielskie...

– Bravo, bravo, bravissimo... Bravo, bravo, bravissimo... Mój Aniele...

– Ach, 'Arry! – wykrzyknął Ron ze szczerym uwielbieniem. – Biłeś wspaniali! Śpiewałeś jak anioł!
'Arry odwrócił się od okna i spojrzał na przyjaciela z zawstydzonym uśmiechem.
– Ja? O, gdzieżbi... Widać, żie nie słiszałeś śpiewu anioła...
– Ach, 'Arry! – przerwał mu Ron. – Gdzieżeś ti si uchował z takim talentem? Czemu nic nie mówiłeś? Prziez tile lat chodziliśmy razem do szkołi muzicznej D'Omble D'or'a, na zajęcia ze śpiewu też razem, i co? Czaiłeś si? Przeciż zawszi tracileś tile punktów na śpiewi! A teraz Magonagalie' mówi, żie miałeś priwatne lekcji! Kto cię ucził? Prziznaj się! Mnie chiba możiesz powiedzieć? – W jego głosie pobrzmiewała leciutka uraza za ukrywanie przed nim takich rzeczy. Harold zaś westchnął ze wzruszeniem.
– Ach, Ron...
Odwrócił się jeszcze na moment do okna i poprawił świecę, postawioną na parapecie.
– Wwiwdzisz – zaczął, a głos mu się łamał ze wzruszenia – pamiętasz, dawno temu, zanim trafiłem do szkołi, umarł mój ojciec.
– I twoja matka.
– Hę? – zdziwił się 'Arry. – Co ma do tego moja matka?
– No, umarła? – stropił się Ron. – Też wtedi, nie?
– Nieważni! – uciszył go Harold.
– Ale jak to? – zgorszył się Ron. – Przecież chiba cię kochała, i w ogóle, jak to nieważni? Wiesz, D'Omble D'Or zawszi powtażiał, żie miłość matczina ma potężną moc!
'Arry postukał się w czoło – czy to dla wykazania, że nie ma tam żadnych śladów po owej matczynej miłości,
czy to dla uświadomienia przyjacielowi jego indolencji.
– Nieważni teraz! Słuchasz czi nie? Ojciec umarł, ale obiecał mi, żie będzie si mną opiekował.
Mina Ronalda wskazywała coraz większy sceptycyzm.
– I co? Jego duch ci nawiedzał? Wiłaniał się z tej twojej koszuli nocnej jako srebrzisti jeleń?
'Arry osłupiał.
– Dlacziego jeleń?
– Bo robisz ze mni jelenia!
– No słuchajżie do końca! Obiecał, żie przyślie anioła, któri się będzie mną opiekował! Anioła muziki! I odkąd po skończeniu szkołi Magonagalie załatwiła nam tu pracę, anioł przichodzi! Eee... Zjawia si! Przibiwa! I uczi mni śpiwać! A to wszistko dzięki mojemu ojcu!
Nie wiedzieć czemu, anielskie chóry rozbrzmiewające w sali zaczęły obniżać tony, mrocznieć, aż przybrały ton przystający bardziej do piekielnych symfonii.

Aniele... Wbrew temu, co o mnie mówią, ja ci wiele mogę wybaczyć, ale niech usłyszę jedno, jedno słowo więcej o twoim przeklętym ojcu...

Mina Ronalda wyrażała strapienie.
– Więc duch twojego ojca cię nawiedza w noci jako anioł i... – nagle przerwał i zadrżał, gdy owionął go napływający z zakamarków sali lodowaty, mroczny podmuch. Harold zaś zamachał gorączkowo rękami.
– Nie, nie, nie nie nie! To całkim inni anioł! Całkim, całkim inni. Ach, co to za anioł... Mój Anioł Muziki... Ale, mój ojciec go przisłał. To pewne.
Tym razem lodowaty podmuch owionął również kostki Pottiera.
– Ou? – stropił się młodzieniec.
– Możie się milisz i to naprawdę twói ojciec – podsunął Ron, po czym zerwał się na nogi, gdy do zimnych wiewów dołączyły złowieszcze zgrzyty.
– O nie, nie, nie, to nie ten tip – oświadczył z przekonaniem 'Arry.
– Nie ten tip czego? – wykrzyknął Vesleis, ciągnąc przyjaciela do wyjścia.
– Nie ten tip anioła. Nie zachowui się... Eee... Ojcowsko. – 'Arry, nie wiedzieć czemu, zarumienił się po uszy.
– Ej, 'Arry, Arry... 'odźmi już stąd, dobrzie? Opowiadasz takie bajki... Jak w tich operach, którie ćwicziliśmi w szkole... W połowie ten tajemniczi naucziciel biłbi twoim ojcem. W drugiej połowie kochankiem.
– A w trzecij twoim – przerwał szybko 'Arry.
– E, moim to w jakichś straceńczich... W trzecij ojcem, sinem i kochankiem Madame Mignerve.
– Ou, tak, i bratem naszego dyrygenta.
– Albo lepiej inspicjenta!
Obaj nagle urwali, gdy drzwi za ich plecami zamknęły się z hukiem, niemal przytrzaskując Pottierowi powiewające końcówki patroklejskich szat.
– Eeu... To, 'Arry, 'odźmi na dół, chcą cię wielbić...
– To 'odźmi...

W ciemniej sali obleczona w czarną rękawiczkę dłoń starannie zgasiła płomyk pozostawionej na parapecie świecy. Następnie, jak zawsze, właściciel dłoni równie starannie umieścił świecę w palenisku i odczekał, aż stopi się do ostatniej kropelki wosku. W czarnych, bezdennych oczach odbijały się ognie – nie tylko z zewnątrz.

Mój Aniele... Tym razem ci daruję, ale doprawdy będziesz mi to musiał wynagrodzić... BRATEM INSPICJENTA?

Współoperzanie wielbili Haroldaz takim entuzjazmem, że po niedługim czasie rozbolała biedaka głowa. Szczęśliwie Madame Magonagalie', widząc, jak ukradkiem masuje sobie czoło, czym prędzej ewakuowała go do jego nowej garderoby, stanowczym gestem zamykając drzwi przed nosami rozczarowanych wielbicieli.
– Bardzo dobrzie dziś śpiewałeś, mój chłopcze – pochwaliła 'Arry'ego. – Jak widać, wszisci są z ciebi zadowoleni...
'Arry rozglądał się po garderobie, wypełnionej koszami kwiatów. Najprzeróżniejsze gatunki i kolory, wstęgi, kokardy, zapachy, faktury, ta, ta...
– W drugą stronę – mruknęła półgębkiem Madame, wznosząc z westchnieniem oczy do sufitu. Młodzieniec posłusznie obrócił się na pięcie w stronę królującej ponad morzem kwiatów toaletki z olbrzymim lustrem.
– Ou...
Jedna czerwona róża bez kolców. Jedna czarna wstążeczka. Jeden...
– Jutro próbi od ósmei, Pottier. Masz si wispać – rzekła z naciskiem Madame, kiwnęła mu głową na pożegnanie i wyszła, od progu posyłając jeszcze zalustrzanym cieniom ostrzegawcze spojrzenie.
'Arry musnął palcem czerwony płatek kwiatu.

Dotyk ciepłych palców, jak muśnięcie jedwabiu na nagiej skórze...
Teraz, mój Aniele, zaśpiewasz dla mnie...

Dyrektorowie LeCnot i Vesleis z radością spostrzegli, że do rozdokazywanego tłumu dołączył ich nowy patron.
– Ach! Wicehrabio! Witami! Jakżie nam miło!
– Prosimi do nas! Prosimi! Cziż to nie biło wspaniałi prziedstawieni? Cziż nie wspaniałi odkrici z młodim Pottierem?
Drago Malefoy z wyraźnym obrzydzeniem torował sobie drogę. Sądząc po błysku w stalowych oczach, zapewne miał zamiar czegoś tu dziś dokazać, i to zapewne na kimś, ale raczej nie w rozdokazywanym tłumie.
– Tak, tak, panowi, tak... A teraz wibaczci, mam spotkani...
Panowie spojrzeli po sobie z rozczarowaniem.
– A możie... Możie pozwoli pan sobi prziedstawić nasziego śpiewaka? Udał si już do garderobi, ale z pewnością nas przijmi!
Wicehrabia pochylił się do nich, marszcząc jasne brwi.
– Panowi... – rzucił zniżonym głosem – młody pan Pottier nikogo już dzisiaj nie przijmi. Właściwi, to niebawem będzi bardzo zajęti. Chiba to panowi uszanui, ę?
Nie czekając na odpowiedź, oddalił się, wygładzając platynowe włosy. Obaj Dyrektorowie popatrywali po sobie z zaintrygowaniem.
– No popatrz, popatrz... Cziżby już się znali? Czi tilko tak...
– Kto wi... Mi w każdim razi nie będziemi się wtrącać. Nie nasza sprawa. Monsieur Drago to podpora naszej Operi.
– Jak uważiasz...
– Podpora Operi, powiadam!
– O tak... – mruknęła przechodząc Madame Magonagalie. – A na następne prziedstawieni zapewne zaprosi matkę.
W ciemnym korytarzu czyjaś laska z hukiem upadła na deski...

Wicehrabia Drago Malefoy wężowym ruchem wśliznął się do garderoby dawnego szkolnego kolegi.
– 'Arry, 'Arry... Witaj, mój złoti... Jakżeśmi się dawno nie widzieli... Doprawdi, śpiewałeś dziś jak anioł...

Harold ze wzruszeniem wpatrywał się w stalowe oczy arystokraty.
– Ou... Eu... Przyszedłeś.

Drago przysiadł na blacie toaletki obok Harolda, opierając smukłe ciało o brzeg lustra.

– Jakżebim mógł się oprzeć...To „Miśl o mnie czule"... Jakbiś śpiewał specjalni dla mni... – musnął dłonią zarumieniony policzek młodego tenora. – Jakby się odezwało przieznaczeni... Znów razem... – Przysunął się odrobinę, dłoń śmielej przesunęła się po twarzy 'Arry'ego.

– Też mi! – zaprotestował śpiewak. – A kto mi tak dokuczał w szkole?

Drago przysunął się jeszcze bliżej. Platynowe, jedwabiste włosy dotknęły policzka 'Arry'ego. Stalowe oczy wicehrabiego jaśniały tuż przy twarzy rozmówcy. I szarość spotkała się z zielenią, hipnotyzując ją wężowym wejrzeniem...

– Ach, młodość... Byłeś słodkim lwiątkiem, 'Arry... A wirosłeś na anioła...Jakiż wspaniałi wistęp...

Harold zarumienił się po same uszy.
– To tilko zasługa Anioła – zastrzegł się szybko.

– Ocziwiści... Nikt w to nie wątpi... – wymruczał Drago w odsłonięte ucho towarzysza. – A teraz pójdziemy na kolację.

– Aaale, Drago... Ja... Próbi... I... On nie lubi...
– Musisz się przebrać – zadysponował arystokrata. – Każię przigotować powóz i wrócę po ciebie. Do zobaczienia.

– Drago!

– Tilko ubierz się ładni. Specjalni dla mni...

1 Ja nie pragnę tak naprawdę mądrości, jestem prostym mężczyzną, który zadowoli się spaniem, piciem i jedzeniem, i, jeśli to możliwe, uwiedzeniem pięknej kobiety (z „Czarodziejskiego Fletu")