Hej! Oto moja nowa historia, na którą wpadłam jeszcze w wakacje. Kilka rozdziałów mam już gotowych, ale potem będę potrzebować trochę czasu między każdym rozdziałem. Moje opowiadanie oparte jest na kreskówce z 2003 roku i na najnowszym filmie CGI. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Zapraszam do czytania.

PS. Na początku May ma około sześć lat i jest w wieku Rapha, a Leo jest od nich trochę starszy.

„Wstęp"

Nowy York nocą nie jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie i chyba każdy jego mieszkaniec to wie. O ile główne dzielnice tętnią życiem nawet po zmroku to w tych biedniejszych miejscach nie jest już tak kolorowo. Mimo, że neony i latarnie oświetlają wymarłe ulice mało, kto się na nich pojawia. Szczególnie, jeśli do tego wieje zimny wiatr. Wszyscy zostają w domach lub przemykają ulicami jak najszybciej, a jeśli tylko mogą to wzywają taksówkę. Po ulicach kręcą się tylko ci, dla których noc jest główną sferą życia i uwierzcie mi nie chcielibyście ich spotkać w ciemnym zaułku. No może oprócz jednego. Smukła postać przemknęła od jednego cienia rzucanego przez budynek do drugiego, widocznie nie chcąc być zauważona. Kto to? Cóż mało, kto miał kiedykolwiek okazję do poznania bliżej tej zagadkowej postaci. Przystanęła na chwilę przy schodach pożarowych i sprawnie weszła po nich na dach by tam stanąć na samym brzegu i oparta o gzyms wpatrywać się w uśpione miasto. Sylwetka owej osoby była dziwnie zniekształcona, jakby na plecach miała ogromny garb lub skorupę. Nocny mieszkaniec Nowego Yorku obrócił się i każdy przeciętny obserwator, gdyby ktokolwiek chciał go wtedy obserwować mógł zauważyć łysą okrągłą głowę z podłużnym pyskiem, umięśnione ręce i nogi, dłonie z trzema palcami i ogromną skorupę na jego plecach, zza której wystają rękojeści dwóch mieczy. Kolorowa bandana powiewała w podmuchach wiatru, ale stwór stał tam gdzie wcześniej wpatrując się w miasto. Jego bystrym oczom nic nie by nie umknęło, jak się ma trzech młodszych braci trzeba być czujnym, a trening ninjtsu tylko wyostrzył jego zmysły. Nagle mała sylwetka bardziej wlokąca się niż idąca ulicą przyciągnęła wzrok obserwatora. Wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem szybko podjął decyzję i płynnie zeskoczył z dachu miękko lądując w pustej uliczce. Cały czas kryjąc się w cieniu obserwował mały kształt dziewczynki idącej pustą ulicą. Mała mogła mieć kilka lat, była bardzo drobna i brudna a pod pachą dzierżyła szmacianą zabawkę upapraną błotem. Stwór patrzył na nią z zaciekawieniem i zastanawiał się co tak małe dziecko robi samo na ulicy o tej porze. Nagle skądś dobiegły czyjeś kroki i spłoszona mała rzuciła się do ucieczki akurat w ulicę gdzie chował się stwór. A on stał tam w takim szoku, że nie zdążył nawet odsunąć się by uniknąć kolizji. Dziewczynka wpadła na niego, wywrócili się, ale on nie stracił refleksu. Złapał ją szybko i pociągnął w cień by uniknąć zauważenia. Kopała i szarpała się, ale nie udało jej się mu wyrwać, jego ręce trzymały ją silnie aż idący ludzie minęli ich bezpiecznie ukrytych. Wtedy ją puścił, a ona odskoczyła od niego i zmierzyła go na poły przerażonym, na poły rezolutnym spojrzeniem.

-Kim jesteś? – spytała butnie, wysoko unosząc ubrudzony podbródek. Zapadła cisza.

-O to samo mógłbym spytać ciebie – nadeszła w końcu odpowiedź, a on wolno wysunął się z cienia. Dziewczynka zamarła w wyrazie zaskoczenia i rozbawienia.

-Jesteś żółwiem! – pisnęła w końcu widocznie uradowana, a on spojrzał na nią jak na wariatkę. – Ale super! Jak masz na imię? – mówiąc to przechyliła delikatnie główkę.

-Leonardo – odpowiedział on niechętnie – I tak, jestem żółwiem.

-Ja jestem May – powiedziała dziewczynka

-A dalej? – Żółw był zdeterminowany by odstawić tę małą do domu. Dziewczynka zamyśliła się.

-Nie wiem – odparła w końcu – Mama wie. I Tata.

-A gdzie oni są? – spytał więc Leonardo, ale od razu zorientował się, ze było to złe pytanie gdyż oczy dziewczynki wypełniły się łzami.

-Nie ma – wybąkała zdławionym głosem

-A kiedy ich ostatni raz widziałaś? – zapytał on raz po raz egzaminując je poszarpane ubranko i ubrudzoną twarzyczkę.

-Dziś – załkała – Rano wyszliśmy z hotelu, a potem jacyś panowie nas zatrzymali i Mamusia powiedziała, żebym biegła to się pobawimy w berka i ja pobiegłam, a potem już ich nie widziałam – wymamrotała, a dla Leonarda wszystko stało się jasne. Rodzice dziewczynki najpewniej zostali obrabowani, może nawet nie żyli, a ona błąkała się sama po ulicach. Młody żółw był w rozterce, a ona płakała coraz bardziej. Po chwili wahania delikatnie dotknął jej twarzy i starł z niej łzy

-No już – mruknął zażenowany – Chcesz, to zabiorę cię do domu – zaproponował w końcu stwierdzając, że chyba nie ma innego wyjścia.

-Pyszczka też? – spytała drżącym głosem, a on spojrzał na nią ze zdziwieniem.

-Pyszczka? – spytał zastanawiając się kim może być ów Pyszczek. Dziewczynka skinęła głową i nagle zaczęła się rozglądać dookoła z przerażeniem. Czego szukała? Domyślił się dopiero po kilku minutach. Chodziło o zabawkę, którą musiała upuścić gdy ją złapał. Znalazł ją na ziemi i wręczył jej a jej twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.

-Pyszczek – szepnęła tuląc pluszowego tygrysa do siebie.

-To co, idziemy? – spytał wyciągając do niej rękę, którą radośnie przyjęła.

-Twoi bracia są tacy jak ty?

-Tak – potwierdził, - a nasz Mistrz wygląda jak ogromny szczur.

-Wow – teraz patrzyła na niego z uwielbieniem – A gdzie mieszkacie?

-Zobaczysz – zaśmiał się on. Teraz był już święcie przekonany, że Mistrz Splinter już nigdy nie pozwoli mu samemu wyjść na powierzchnię. A miało być tak pięknie! Pierwszy samotny parol w mieście i takie coś. No ale chyba było warto. Dziewczynka u jego boku potknęła się i gdyby jej nie podtrzymał z pewnością by się wywróciła. – Wszystko dobrze? – spytał z troską, a ona ziewnęła w odpowiedzi. Była zmęczona, to dało się zrozumieć. Leonardo westchnął i kucnął by mogła wdrapać mu się na plecy. – Wygodnie?

-Tak – mruknęła sennie w jego kark – Daleko jeszcze? – uśmiechnął się pod nosem czego ona nie mogła zobaczyć.

-Nie, trzymaj się. – podszedł do włazu prowadzącego do kanału – Trzymaj się okey? I nic się nie bój. – mimo, że ją ostrzegł pisnęła cicho gdy wskoczył w czeluść tunelu. Wylądował miękko na wąskim chodniku z boku kanału i ruszył przed siebie, skrzętnie omijają zalegająca tu i ówdzie wodę.

-To tu mieszkasz? – spytała mała po kilkunastu minutach biegu.

-Trochę dalej, ale tak – odparł – U mnie w domu jest mniej mokro i tak nie śmierdzi. – zdawała się przyjąć to z ulgą.

-Twoja rodzina nie będzie zła? – spytała cichutkim głosikiem pełnym obaw.

-Nie, pewnie, że nie – Leonardo nie był do końca pewien czy to prawda, ale nie miał zamiaru jej straszyć. Usłyszał kolejne ziewnięcie. – Już niedaleko. – w odpowiedzi usłyszał tylko senne mruknięcie. Ciemność tunelu zdawała się działać na nią usypiająco. Na szczęście byli już na miejscu i Leonardo wspiąwszy się na kilkanaście rur znalazł się w miarę czystym korytarzu prowadzącym prosto do rozszerzenia kanałów, w którym mieszkał. – Hej, schodź mała – delikatnie ściągnął sobie dziewczynkę z pleców. Patrzyła dość nieprzytomnie, ale w ręku dalej ściskała łapkę pluszaka. – Teraz bądź cicho, dobrze? – skinęła kilkakrotnie główką, a Leonardo westchnął i ruszył przed siebie. Wkrótce weszli w krąg światła i ich oczom ukazał się sporych rozmiarów pokój.

-Leo! – krzyknął ktoś i rzucił się ku nim jasny żółw noszący pomarańczową bandanę. Nie zważając na dziewczynkę radośnie uściskał brata – Pobiłem dzisiaj rekord, wiesz? – pochwalił się, a na twarzy Leonarda pojawił się uśmiech.

-Leo! – z kanapy skinął im kolejny żółw o fioletowej bandanie pochylony nad jakimś modelem

-Jak … było? – spytał ktoś inny przerwę między wyrazami wypełniając kopaniem w worek treningowy. Ten żółw miał czerwoną bandanę i wyglądał na rówieśnika May.

-Raph znowu mnie walnął! – poskarżył się pomarańczowy, chyba najmłodszy z braci.

-Zamknij się Mikey! – warknął tamten przy worku. Leonardo zaśmiał się, jak dobrze było znów być w domu. May stała spokojnie cały czas trzymając swego przewodnika za rękę i obserwując wszystko z szeroko otwartymi ustami. I pewnie stałaby tak dalej gdyby fioletowy nie spytał:

-Kto to jest Leo? – słowa przetoczyły się po kanale i nawet żółw zwany Raphem przerwał trening i obrócił się w stronę nowoprzybyłych

-To jest … to jest – Leonardo nie wiedział jak to powiedzieć.

-Leonardo! – zabrzmiał surowy głos i żółw skrzywił się. Wszyscy czterej obrócili się w kierunku, z którego dochodził głos i skłonili się jednocześnie. May obserwowała ich w zdumieniu

-Sensei – odparł Leonardo – Ja ją znalazłem, nie miała gdzie pójść. Jej rodziców zaatakowano dziś rano i od tego czasu ich nie widziała. – tłumaczył nerwowo

-Ja nikomu nie powiem! – wybuchła May – On mnie uratował, ja… - zamilkła nagle przerażona tym jak się właśnie zachowała. – Przepraszam proszę pana. – Mistrz Splinter podszedł do swoich czterech synów i małej dziewczynki stojącej przed nimi i uśmiechnął się dobrotliwie.

-Jak masz na imię dziecko? – spytał spokojnie, a ona zarumieniła się wściekle.

-May – szepnęła, a żółwie odetchnęły z ulgą, gniew ich ojca minął.

-Zgubiłaś się moja mała? – spytał, a ona potwierdziła

-Ja tu nie mieszkam. Lecieliśmy samolotem, bardzo długo. Mama powiedziała, że to będzie fajna wycieczka – wyjaśniła – Ja bym tam wolała gdyby została ze mną, ale teraz też jest super!

-Jak się nazywa twoja mama? – wypytywał dalej szczur, ale na to dziewczynka nie znała już odpowiedzi. To samo było, gdy chciał się dowiedzieć gdzie mieszka i jak ma na nazwisko. Mała nie wiedziała prawie nic. Oczywiście mogła się poszczycić szczegółowym opisem domu i swojego pokoju, ale jego lokalizacji podać nie potrafiła. W końcu Mistrz westchnął i podjął decyzję.

-Skoro masz z nami zostać, musisz nas poznać. – powiedział - Ja jestem Splinter, mojego najstarszego syna Leonarda już poznałaś, to jest Raphael – tu wskazał na tego z czerwoną bandaną, który skinął jej głową - Donatello – fioletowy przyjaźnie wyciągnął do niej rękę, a ona potrząsnęła nią. – I Michealangelo – pomarańczowy bez dalszych ceregieli po prostu ją przytulił.

-To ona z nami zamieszka tato? – spytał rozentuzjazmowany, a gdy Splinter potwierdził przytulił ją ponownie, tym razem mocniej - Zawsze chciałem mieć siostrę! – May uśmiechnęła się od ucha do ucha, a potem ziewnęła szeroko co przypomniało Splinterowi, że zarówno ona jak i jego synowie powinni już spać. Wkrótce, więc żółwie zostały zagonione do własnych łóżek, a May umyta na ile się dało i ułożona na kanapie. Szczur życzył jej dobrej nocy, a potem zdmuchnął świecę, jedyne źródło światła i kanał pogrążył się w mroku. Dziewczynka ziewnęła, a potem wtuliła się mocniej w swojego ukochanego tygryska i zasnęła.

-May – szepnął ktoś – Czas wstawać! – wyżej wspomniana mruknęła coś niezrozumiałego i przewróciła się na drugi bok. – May! Pobudka – ponowiono próbę.

-Co Don, nie możesz jej dobudzić? – spytał ktoś inny wesołym głosem – Źle się do tego zabierasz.

-Wiesz Mike, to chyba nie jest dobry pomysł. – zastanowił się pierwszy z rozmówców.

-Bzdura, zaraz ją poderwę! – zaprotestował drugi

-Tego się właśnie boję. – mruknął ten nazwany Donem

-MAY! PORA WSTAWAĆ! – dziewczyna podskoczyła wyrwana ze snu i usiadła na łóżku nie do końca jeszcze rozbudzona. Zaraz jednak oprzytomniała na tyle by rozpoznać głos żółwia, który zafundował jej taką pobudkę.

-MIKEY! – ryknęła zrywając się z łóżka i rozpoczynając pościg za uciekającym najszybciej jak się dało Michealangelo. Donatello z rozbawieniem oglądał całą zaistniałą sytuację i w końcu ruszył do stołu by dołączyć do Rapha.

-Czy on się nigdy nie nauczy, że nie jest w stanie przed nią uciec? – spytał Rapheal zajęty swoją miską płatków.

-Spójrz na nich, nie ucieka tylko stara się dożyć aż przyjdzie Leo – stwierdził mentorskim tonem Don. Przez chwilę jedli w milczeniu.

-Pięć dolców na małą – mruknął Raph półgębkiem

-Przyjmuję, Leo przyjdzie zanim zacznie się mścić – odparł Don, a potem obaj wrócili do jedzenia. Przerwało im dopiero głośne: Ha! Obrócili się obaj i zobaczyli May siedzącą okrakiem na skorupie Mike'a.

-May! Zostaw go – zabrzmiał w tym samym momencie silny głos i dziewczyna powoli zeszła z leżącego na podłodze żółwia.

-Popsujesz każdą zabawę - rzuciła do Leonarda opierającego się o framugę wejścia.

-Właśnie Leo! – krzyknął Raph – Mogłeś wrócić pięć minut później. – Don uśmiechnął się tryumfalnie.

-Nie mogłem Raphie – zaśmiał się Leo siadając do stołu, May dołączyła do nich w chwilę później – Codziennie jest to samo, już się nauczyłem, że ich nie powinno się zostawiać samych na zbyt długo.

-Dałbyś mi raz dokończyć! – westchnęła May pomiędzy dwiema łyżkami płatków – Przecież go nie zabiję. – odpowiedziały jej śmiechy. Dopiero wtedy Mikey odważył się sam podejść do stołu. – Jeszcze z tobą nie skończyłam! – postraszyła dziewczyna, a on uśmiechnął się łobuzersko.

-Też cię kocham siostrzyczko – w odpowiedzi otrzymał wściekłe spojrzenie. Przy stole wybuchł śmiech, do którego po chwili dołączyła się także May. Mimo jednak, że śmiała się razem ze swymi braćmi w jej sercu pozostało dziwne uczucie, którego jeszcze nie potrafiła rozpoznać, a które zniszczyć miało względny spokój mieszkańców podziemi.

To na razie wszystko, dziękuję za uwagę i proszę komentujcie. To naprawdę dodaje weny.