Witajcie, oto rozdział 2 tego opowiadania, ostatni słowem wstępu, od następnego historia przyjmie już taką formę jaką planowałam. Mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe i w miarę ciekawe. Zachęcam do komentowania.

Pożegnania

Cios, parowanie, odskok, atak. Powtórzenie. Jeszcze raz i kolejny. Ataki jej przeciwnika padają coraz szybciej, już sama nie atakuje. Tylko się broni. Ale i tak przegrywa i już wkrótce leży na ziemi z końcem, bo skierowanym prosto w gardło.

-May! – karcący głos mistrza przerwał walkę. Donny z miejsca cofnął kij i pomógł jej wstać i delikatnym uśmiechem. – Co się z tobą dzieje dziecko?

-Nic sensei – odparła ze wzrokiem skierowanym w ziemię. – Powtarzamy? – to mówiąc odwróciła się z powrotem w stronę Donatello.

-Nie! – zaprzeczył Splinter – Chłopcy, koniec treningu. May, ty do mnie – dodał i ruszył z stronę swojego kąta. May uśmiechnęła się pocieszająco do swoich braci i podążyła za nim. Na miejscu uklękła i skłoniła głowę.

-Sensei.

-Co się z tobą dzieje moja droga? O czym tak zapamiętale myślisz podczas treningów? – spytał Splinter już łagodniej.

-O niczym sensei – odparła – Ja tylko … Coraz trudniej mi się skupić.

-Coś cię trapi kochanie?

-Nie! – zaprzeczyła szybko – A właściwie tak ojcze. – przez chwilę nie miała pojęcia, co powiedzieć, jak wytłumaczyć, o co chodzi. W końcu przemogła się – Chciałabym wiedzieć, kim jestem. – szepnęła – Skąd się wzięłam.

-Dobrze wiesz, że żaden z nas nie zna twego pochodzenia – odparł szczur.

-Tak, ale … ostatnio jak przeglądałam swoje rzeczy, te, w których Leo mnie znalazł. – odparła powoli, jakby cedząc słowa.

-I, co? – zachęcił ją Splinter

-Kurtka się rozpruła i z podszewki wypadła jakaś kartka – wyjaśniła podając mu wymięty kawałek papieru. Szczur ujął go w swoją pazurzastą dłoń i rozwinął. Przez chwilę studiował litery w skupieniu, a potem spojrzał ponownie na May.

-Co chcesz zrobić w związku z tym? – spytał spokojnie, a ona przygryzła wargę.

-Nie wiem, boję się – wyszeptała – Stąd nie dowiem się nic więcej, ale z drugiej strony …

-Nie mogę powiedzieć ci, co masz robić, ale ufam, że podejmiesz dobrą decyzję. – powiedział Splinter – Nowy Orlean, to w końcu nie tak blisko.

-Wiem – mruknęła – I nie chcę zostawiać chłopaków. – szepnęła. „Nie chcę zostawiać Leo" pomyślała także, lecz tego już nie powiedziała. Mistrz Splinter wyczuł chyba wahanie w jej głosie, bo spytał:

-Ale…?

-Ale, mają tam świetny Uniwersytet – szepnęła tak cicho, że szczur ledwo usłyszał. To było jej największe marzenie, skończyć studia. Wstydziła się tego bardzo, ale nie mogła zaprzeczyć, że tak było. Wyjazd oznaczałby rozstanie z tymi, których najbardziej kochała. – Muszę pomyśleć ojcze.

-Oczywiście – Splinter skinął głową. – Pamiętaj o jednym, kochamy cię niezależnie co postanowisz.

-Dziękuję tato – odparła, a potem wstała i pobiegła do pozostałych.

Przez cały dzień robiła wszystko by tylko nie myśleć. Medytowała z Leo, razem z Raphem stłukła worek treningowy na kwaśne jabłko, a potem przesiedziała dwie godziny z Donnem nad najnowszym wynalazkiem. Ale, gdy po godzinnej rozgrywce z Mikem musiała iść do łóżka problem powrócił. Tej nocy nie mogła spać. Leżała na plecach wsłuchując się w równe oddechy swoich braci i myślała. Wspominała każdą wspólną chwilę i płakała rzewnymi łzami nad tym co było i co zamierzała zniszczyć. Ale decyzja została podjęta już w chwili, gdy znalazła tamten adres i nic nie mogło jej zmienić. Płakała nad sobą, nad swoimi braćmi i co najważniejsze płakała nad Leonardem, który był jej tak bliski i jednocześnie tak daleki.

Gdy decyzja została podjęta wszystko poszło szybko. Najtrudniej było powiedzieć żółwiom, widzieć ból i szok wypisany na ich twarzach. Tak jak się spodziewała nie zrozumieli, przynajmniej nie wszyscy. Ale mimo to próbowali ją wspierać, wszyscy oprócz Leo. Gdy tylko usłyszał, co miała im do powiedzenia wypadł z kanału i nie pokazał się przez cztery dni. Wróciwszy nie odezwał się do niej ani słowem i tak pozostało aż do dnia jej wyjazdu.

Smutny to był dzień dla wszystkich mieszkańców kanału. May, z plecakiem na plecach, lewymi dokumentami wykonanymi przez Donatella stanęła przed swymi braćmi gotowa do wyjazdu. Przez chwilę nikt się nie odezwał i dopiero Mikey przerwał ciszę.

-Musisz jechać? – spytał cicho z miną zbitego psa. Wolno skinęła głową. – To weź to! – i podał jej złożone na pół zdjęcie. Przyjęła je i już chciała rozłożyć, gdy najmłodszy z żółwi przeszkodził jej. – Otwórz dopiero w samolocie. – uśmiechnęła się i przytaknęła, a potem objęła go mocno za szyję.

-Będę za tobą tęsknić – szepnęła

-Ale przywieziesz mi jakieś komiksy? – rzucił Mikey, a ona zaśmiała się i przytuliwszy go jeszcze mocniej przesunęła się do Donniego. O ile z pozostałymi żółwiami była blisko to Don był jej najbliższy, nie licząc Leo.

-Hej braciszku – mruknęła

-Masz mój e-mail? – spytał, a ona przytaknęła – Telefon też?

-Tak – zaśmiała się. – Kocham cię – jego też przytuliła, a gdy jego policzek dotknął jej ramienia poczuła jak płacze. – Hej, będzie dobrze. Napiszę jak tylko dojadę.

-Wiem, że będzie dobrze – szepnął on – Rany, jak Raph zobaczy, że płaczę nie da mi żyć.

-Kocham cię Don – powtórzyła, po czym puściła go i podeszła do Rapha. On też miał łzy w oczach choć walczył by tego nie okazać.

-Choć tu Raphie – przytulił ją, a ona odetchnęła głęboko – Zaopiekuj się nimi, okay?

-Pewnie May, jakby ktoś ci podpadł to wiesz do kogo dzwonić – zaśmiała się na te słowa

-Oczywiście – odparła. A potem nadszedł czas na najtrudniejsze. Leo. Stał tuż obok ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nie spojrzał na nią gdy do niego podeszła i nie uczynił nic by pokazać, że zauważył jej obecność. Stanęła przed nim i zacisnęła pięści. Nie wiedziała co powinna zrobić, co powiedzieć, jak się zachować.

-Do widzenia – zdołała wyszeptać. Nie odpowiedział. Powoli odwróciła wzrok i spojrzała na swego ojca. Skłoniła się przed nim, a potem rzuciwszy Leo ostatnie spojrzenie odwróciła się i ruszyła w swoją stronę. Była to dla niej najtrudniejsza decyzja w życiu i jeszcze długo prześladowały ją jego oczy pełne bólu.