Anioł Nieba

Rozdział 1

- Za murami wspomnień -

,„Gdy nadzieja, przychodzi pod drzwi…

Wszelki smutek gaśnie

niema już żałości,

czy okrutnych słów.

jest tylko oczekiwanie..

oczekiwanie na szczęście. „

Duże misternie zdobione stalowe wrota uchyliły się przed nimi cichutko ukazując długi marmurowy chodnik prowadzący do rezydencji elegancką aleją, promienie słońca nadały mu barwę kości słoniowej, lecz księżycowe światło stworzyłby inną, znacznie mroczniejszą kompozycję. Boki marmurowych płyt o barwie macicy perłowej zarastały drzewka palmowe rzucając nikłe, choć przyjazne cienie w tym skwarze. Selena dopiero przyjeżdżając tu dowiedziała się że jej babka, Marguerite Jonson, wprost uwielbiała te rośliny. Kochała je, ponieważ były jedyną rzeczą w tym miejscu, która przypominała jej o utraconej córce i domu. Przede wszystkim o domu. To właśnie z tego powodu palmy ozdabiały całą długość drogi - od wielkiej automatycznie rozsuwającej się stalowej bramy, aż do ogromnych kutych w importowanej skale schodów. Wchodząc po nich zastanawiała się, co ojciec myślał o ich wyjeździe do Japonii, czy zastanawiał się, czemu jego dzieci wybrały akurat to małe miasto, z wszystkich możliwych w całym świecie. Czy się domyślał...? Chyba nie. Wszak sam zakazał im kontaktu z rodziną ze strony matki. Myślał, że nie znali prawdy, że nie wiedzieli skąd naprawdę pochodzą pierścienie na ich palcach. Więc nigdy nie podejrzewałby ich oto, co teraz zrobili. Zbyt wielki strach wszczepił w ich sercach. Zbyt wielki by pozostało w nich miejsca na jakąkolwiek miłość czy szacunek do niego. Zbyt wielki by się o coś jeszcze troszczyć. Teraz nie liczyło się nic prócz prawdziwego celu ich wizyty, ich tajemnej misji. Selen nie pamiętała by z jego powodu kiedykolwiek wymieniła z swą babką więcej niż trzy grzecznościowe zdania, które były zazwyczaj życzeniami z jej strony. Dopiero rok temu zaczęła korespondować z nią w sekrecie przed wszystkimi, a dwa miesiące później wtajemniczyła w swoje małe przestępstwo brata. To babcia namówiła ich do wyjazdu, oczywiście ojciec się temu zbyt nie sprzeciwiał w końcu bardzo rzadko potrzebował jej usług, wręcz przeciwnie dla skuteczności Seleny lepiej było by nikt nigdy nie kojarzył jego córki z skarbem Santificare Swego syna potrzebował jeszcze mniej, dla niego, a tym samym dla całej rodziny znaczył tyle, co nazwisko które nosił - Nazwisko i krew, która oznaczała przetrwanie panującej lini rodziny. Nie, która oznaczała przetrwanie rodziny. Bo gdyby zabrakło spadkobiercy, rodzina zapadła by się w sobie, zarzynana od wewnątrz przez wewnętrzne spory i tych którzy chcieli by znaleźć się na szczycie. Więc lepiej było dla rodziny by zniknęli, lepiej by nikt nawet na nich nie patrzył. By nikt im nie zagrażał. Tak, Marco di Salice od zawsze troszczył się o nich, ale jeszcze mocniej troszczył się o to by nikt nie dowiedział się o ich istnieniu. Zdenerwowana zatrzymała się na chodniku zaciskając dłonie w pięści, paznokcie zaczęły wbijać się w jej delikatną skórę, raniąc do krwi. Maleńkie szkarłatne krople spłynęły strumieniem po jej palcach.

- Spokój- upomniała się czując na plecach palący wzrok starszego brata. Lecz nic nie mogła poradzić na to, że wszystkie jej myśli same płynęły tylko w jednym kierunku, gdy ktoś tylko napomniał o imieniu ich ojca… Dla niej on nie był niczym więcej niż dawcą spermy. Bydlakiem który za nic ma nawet swą własną krew, własne dzieci… Rodzicem był tylko i wyłącznie w kontekście genetycznym, bo gdy chodzi o uczucia. To je chyba wszystkie zatracił, przynajmniej te którymi powinien obdarzyć swe potomstwo. Kiedyś podobno kochał swoją kochankę, lecz czy było tak w rzeczywistości skoro nawet na jej matkę nie chciał spojrzeć? Wszak nigdy o niej nie wspominał. Bydlak.

Podejrzewała nawet, że sam pomógł w jej śmierci, nie miała na to dowodów. Lecz żyjąc w tym świecie wiedziała, że jeśli się tylko postara, można sprawić że nikt nigdy niczego by nie znalazł, groźby, psychiczne zniszczenie, to wszystko bardzo łatwo może doprowadzić do samobójstwa, jej podejrzenia nie miały więc żadnego punktu oparcia, prócz jej niechęci i instynktu. Bo nawet gdy go o nią pytała był takim samym skurwielem jak zwykle, interesował się tym gdzie oni przebywali, gdzie byli jego ludzie, ale nigdy rodziną jej matki, nigdy tym gdzie obecnie przebywała Marguerite, o ile znajdowała się dość daleko od niego, oczywiście… Keane przystanęła przy ogromnych, ręcznie zdobionych drzwiach. Jej ojciec wydał na to miejsce pewnie z pół rocznych przychodów rodziny, pomyślała stukając mosiężną kołatką w kształcie lwiej głowy pozostawiając na niej krwawą smugę. Po chwili drzwi uchyliły się, ukazując postawną sylwetkę mężczyzny o srebrno-białych włosach. Oczy miał chłodnej barwy najczystszego srebra. Rysy twarzy ostre, nie łagodzone najdelikatniejszym nawet uśmiechem. Lecz nie ujmowało to mężczyźnie w najmniejszym calu urody. Wręcz przeciwnie, zdawał się przez to o wiele bardziej fascynujący, egzotycznie chłodny. Ubrany był w śnieżnobiały frak wspaniale układający się na jego sylwetce. Nie mogła dać mu więcej niż 25-30 lat. Czemu ktoś o takiej aparycji jest "tylko" kamerdynerem, zastanawiała się?

- Jesteście dziećmi pani Eleonory? – spytał służący uchylając drzwi i biorąc z rąk rodzeństwa podróżne walizki.

- Tak – przytakną po chwili Ichiro wchodząc do środka. Hall był ogromny, ściany wyłożono śnieżnobiałą papeterią zdobioną gdzie nie gdzie motywem znajdujących się w pełnym rozkwicie kwiatów wiśni, sufit zaś w kształcie topornych gotyckich łuków wysadzany był najczystszym złotem. Lecz kamerdyner nie rzucając nawet na zachwycone rodzeństwo okiem prowadził ich w głąb domu po marmurowych płytach, od których odbijał się każdy dźwięk, wielokrotnie zwielokrotniony. Niemożliwym wydawało się więc cichutkie wejście. Bądź też wymknięcie się z tego domu niezauważonym.

- Dokąd idziemy? – Spytała dziewczyna po chwili znudzona ciszą. Mężczyzna jednak nadal uparcie milczał, prowadząc ich wciąż coraz dalej i dalej. Aż znaleźli się przed dębowymi drzwiami. Dość skromnymi trzeba by dodać, w porównaniu do całej reszty urządzonego w neoklasycznym stylu domostwa.

- Pani czeka na was w środku – powiedział umożliwiając im wejście do małego owalnego saloniku. Wewnątrz przy rozpalonym kominku, stało kilka puf ułożonych wokół stołu stojącego na miękkim białym dywanie. Ściany pomieszczenie miało jasne, liliowej barwy. Przytulną atmosferę tworzył ogień, radośnie grasujący w palenisku. Na jednej z puf, plecami do kominka siedziała staruszka o włosach, które zdążyły już przejść z siwizny do arystokratycznej bieli, sylwetka jej była pulchna, lecz nie gruba. Jej skóra zadbana, nie mogąca poddać się do końca upływowi czasu. Była okazem piękna nawet teraz u schyłku istnienia. Stara dama powoli popijała z filiżanki ciurkiem herbatę, spojrzenie jej wciąż pełne chęci życia, radości w dziwny sposób z smutkiem zmieszanej utkwiło w nich, filiżanka niewiadomo kiedy znalazła się w dłoni kamerdynera, który kłaniając się głęboko opuszczał pokuj. Jej przyozdobione zmarszczkami usta wykrzywiły się w ciepłym babcinym uśmiechu. Tak, Marguerite po latach rozłąki w końcu ujrzała dzieci swej ukochanej córki. Wstała z miękkiego siedzenia rzucając swemu służącemu znaczące spojrzenie. Lecz widząc niezrozumienie na jego twarzy znajdującej się już w pobliżu framugi, została zmuszona do wypowiedzenia swego życzenia na głos co nie było jej zbyt na rękę. Zdegustowana, nie zauważyła nawet kiedy jej ciało napięło się w niezadowoleniu.

- James, każ przygotować pokoje dla dzieci. I coś dojedzenia, spójrz na Sel-chan. Jaka z niej chudzina. A wy moje dzieci siadajcie i ogrzejcie się herbatą – Mężczyzna uśmiechną się delikatnie widząc zarumienione policzki dziewczyny. Ale widać było że rodzeństwu podoba się troska ich nowo odkrytej babci. Zresztą sam po raz pierwszy odkąd tu przybył widzi swoją panią tak energiczną, radosną. Jakby Marguerite w końcu mogła nabrać powietrze w płuca. Po raz pierwszy od śmierci swej jedynej córki rozkwitła, niewiarygodne jak w kilka godzin jedna wiadomość mogła ująć jej tyle lat, z tych zmęczonych smutkiem oczu.

- Seleno, Ichiro, kruszynki kochane wybaczcie starej kobiecie, że musieliście nocować w hotelu. Na swe usprawiedliwienie nie mam nic, nic prócz decyzji waszego ojca o zablokowaniu na czas waszej podróży wszystkich oficjalnych linii komunikacyjnych, mogących mu przeszkodzić, przepraszam, lecz nie mogłam wysłać, ani też otrzymywać wiadomości od was aż do dzisiejszego poranka. Zrobiłam wszystko, co potrafiłam byście tu jak najszybciej dotarli. Z wysłaniem po was Billiego, włącznie. Wiem że to w niczym nie umniejsza mojej winy, ale…

- Co? – spytała głuchym głosem. Cała radość jaką czuła znikła w jednej chwili. Zostawiając pustkę za którą, kryło się coś o wiele bardziej niebezpiecznego…

Słysząc słowa swej babci Selena przez chwilę myślała że się przesłyszała, a może usnęła w czasie lotu ukołysana tą nużącą melodią i się po prostu jeszcze nie obudziła? Ten wielki bydlak nie mógłby im tego zrobić. Nie mógłby, prawda? To był tylko zły sen. Tak, to bardzo zły sen? Uszczypnęła się aby zyskać pewność. Zabolało. Więc nie, to nie był sen. Ojciec rzeczywiście wciąż próbował spieprzyć im życie. Młoda Keane nie zwracała uwagi już na nic, prócz tego skurwiela, bydlaka którego przez jakiś popieprzony żart musieli nazywać ojcem. Ichiro zerwał się z miejsca łapiąc swą siostrę za nadgarstek. Zagryzł zęby czując jak dziewczyna zaczęła wbijać ostre paznokcie w jego skórę. Starał się nie jęczeć, wiedząc że jeśli się domyśli jak mocno go raniła, będzie się tylko obwiniać… potem. Zawsze tak było. Ona cierpiała, a on nie mógł nic zrobić nic, prócz stania obok i bezsilnego wpatrywania się w nią. Wąska strużka spływała po jego dłoni ale nie puszczał jej, ostatnio na każdą wzmiankę o ich biologicznym ojcu dziewczynę oblewał zimny pot i albo płakała jak mała zbita dziewczynka, albo wpadała w tak straszną wściekłość, że mogłaby zabić każdego, kto tylko powie o nim dobre słowo. Nie. Kto cokolwiek o nim wspomni. Kobieta widząc jednak tą sytuację nie przejęła się zbytnio. Wstała, powoli podchodząc do trzęsącej się w morderczej furii dziewczyny. Ona intuicyjnie wiedziała, co powinna zrobić. Widziała w końcu tę sytuację wcześniej tyle razy, ten ból odbijał się kiedyś na innej, tak podobnej do jej wnuczki twarzy…

Czemu on we wszystko musi się wtrącać. Dlaczego choć raz nie może zostawić ich w spokoju. Dlaczego? - pytała- Czy chciała tak wiele? Pragnęła tylko by jej brat pozostał niewinny, tak niewinny jak to tylko jest możliwe w jej rodzinie. By ten bydlak nie zrobił z niego takiego potwora jak z niej. Chciała ciepła i bezpieczeństwa. Swojego dzieciństwa, które utraciła nim jeszcze mogła zrozumieć co się dzieje. Chciała żyć jako normalna roześmiana nastolatka, wolna, niezwiązana z żadną grupą przestępczą czy organizacją. Chciała, tak bardzo chciała że wściekłość rozpalała się w niej niczym rozgrzany piec w kotłowni. Zdziwiona poczuła na swoich ramionach dotyk większych, wyniszczonych rąk. Puściła brata. Wpatrując się z zapytaniem w babcię.

- Kochanie- przemówiła starsza kobieta. Jej oczy były pełne czegoś, co po chwili zdefiniowała jako smutek, niezgłębiony w swej mierze ból kogoś, kto utracił coś, co uważał za najcenniejsze. Zrozumiała, że babcia skrywa w swej głowie myśli, których ona prawdopodobnie nigdy nie chciałaby poznać – twój ojciec jest bydlakiem – powiedziała Marg, a czując jak dziewczyna zaczęła się wyrywać zacisnęła dłonie na jej ramionach silniej – Daj mi dokończyć różyczko, twój ojciec to bydlak lecz twoja matka go kochała, tak kochała go tak mocno jak i ciebie. Gdy się urodziłaś nosiła cię na rękach jak najcenniejszy skarb. Mój kwiatuszek mówiła, moja delikatna różyczka. Proszę cię Sel-chan. Skarbie. Pozostań ze względu na twą biedną matkę jej delikatną różyczką.

Dziewczyna zamarła słysząc te słowa. Jej matka naprawdę ją kochała. Więc czemu tuż po narodzinach odebrała sobie życie? Co sprawiło że pociągnęła za spust rozbryzgując swój mózg na ścianie sypialni? Zadała pytanie na które nie mogła znaleźć teraz odpowiedzi, ba prawdo podobnie nigdy nie znajdzie. Ponieważ jedyny prawdopodobny winny nigdy nie przyzna się do tej zbrodni. Tak jak przez lata nie chciał przyznać się do nich, jego przeklętych bękartów.

Wstała ocierając zdradzieckie łzy, tak rzadko płakała. Bardzo rzadko pozwalała swej rozchwianej duszy odpocząć. Lecz teraz było jej lżej. Uśmiechnęła się delikatnie. Wpatrując się w okno za nim słońce zachodziło powoli, a wraz z nim znikał dzień. Dzień uśmiechów i łez. Szczęśliwych i smutnych chwil. Smutek jak na razie znikną z jej życia. Zastąpiony iskierką, która rozpaliła się w niej na nowo... Czyżby to było szczęście?

- Babciu - odezwała się odwracając w jej stronę - to, co z tym jedzeniem?

Kobieta roześmiała się. Posyłając po kamerdynera.

A gdzieś w oddali, z innego okna na to samo słońce spoglądał inny chłopiec, chłopiec który niedługo otrzyma pierścień pierwszego anioła. Chłopiec zupełnie nieświadomy swych korzeni i kłopotów, w które go wpakują.