Rozdział 4

Niebiańska kołysanko.

Zaśpiewaj mi.

Zaśpiewaj nam.

Przecież znasz słowa…

Przecież dobrze je znasz…

Więc rzuć..

To odwrócone zaklęcie…

Mówią " Kiedy dają ci cytrynki, zrób z nich lemoniadę " Ale kiedy życie rzuca cię w coś w czym czujesz ty wcale nie chcesz uczestniczyć, to co jak myślisz powinieneś z tym zrobić ?

Tsuna od samego rana czuł że ten dzień nie będzie należał do najlepszych w jego życiu. Czemu ? Na samym początku choćby ten dziwny sen. Nie, nie był mokry. Ale z pewnością należał do dziwnych. Bo można do normalnych zaliczyć sen o zamarzaniu i uratowaniu przez anioła bez skrzydeł którego twarzy tak przecież niewyobrażalnie pięknej, nawet nie kojarzysz ? Następnie obudził się o wręcz nieprzyzwoicie wczesnej porze. Po to tylko by usnąć w wannie. Nie ma to jak moje szczęście, pomyślał. Czując jak kaszel dławi go w gardle.- I teraz jeszcze to przeziębienie. Z westchnieniem zerknął w kierunku dziewczyny siedzącej kilka ławek dalej od niego. W swojej dłoni trzymała znajomo wyglądający zeszyt z ręcznie narysowanym aniołem na okładce. Zeszyt ten przyprawiał go wręcz o paniczny lęk. I tak, zdaje się że zapomniał o najważniejszym. Lekcję temu zostawił w klasie matematyki zeszyt. Co gorsza był to jego szkicownik z wykonanym portretem dziewczyny która teraz go trzymała. Pięknie lepiej teraz to już być nie może, pomyślał kwaśno, starając się zdławić panikę. Lecz jak zwykle się mylił.

Z oddali Selena wydawała się być bardzo niewinna, twarz tak słodka, śliczna, jak rzeźbiona w porcelanie. Jednak patrząc na nią widział to czego nie chcieli dostrzegać w niej inni. Ten złośliwy błysk w jej oczach, czasami połyskujący jaśniej niż zwykle, a czasami zamieniający się z czymś innym, czymś niewypowiedzianie smutnym, bolesnym, bądź okrutnym. Raz widział też w jej oczach błysk czułej delikatności, czy zaintrygowania połączonego z cichym szacunkiem. Ale tych ostatnich trzech uczuć nie mógł jednak zrozumieć. Ponieważ pojawiły się w jej oczach gdy patrzyła na niego, gdy siedział obok niej w ławce. Jej usta wygięły się wtedy w takim delikatnym, łagodnym uśmiechu. Pozbawionym złośliwej kpiny czy okrucieństwa. Wyglądała przez tamtą chwilę zupełnie jak tamten anioł z jego snu. Nie, nie z wyglądu. Wydawała się mu wtedy równie ciepła i godna zaufania jak ona. To było takie dziwne. Ta chęć zarazem ucieczki jak i znalezienia się przy niej jak najbliżej. Walka z sercem i rozumem. Gdy jedno każe zostać, a drugie uciec świadome niebezpieczeństwa jakim jest ta chodząca puszka pandory.

- Sawada – słyszy ostry głos nauczyciela w chwili gdy rzucona kreda rozbiła się o jego głowę. Masując ją przypatrywał się białemu pyłowi na drewnianym blacie. Wyglądał jak rozsypany narkotyk o którym wykładowca przed chwilą opowiadał, niby tak niewinny, a może tak bardzo zranić. Zmieniając mózg w bezużyteczną sieczkę. Zrestartuje cię, jak oprogramowanie. Ale nie zwróci ci wspomnień, jak i nie zawsze wracają dane po ponownym załadowaniu oprogramowania, utkniesz na etapie sześcioletniego dziecka które nie wie nawet co jest dobre, a co złe. Będziesz utrapieniem dla rodziny i wszystkich którzy ciebie znali. Bądź też trafisz na inną drogę, nie przedawkujesz, a wszystko będzie pozornie tak jak normalnie, aż pewnego dnia na przyjęciu wyskoczysz z czwartego piętra przez okno, gdy wszystkie zwielokrotnione lęki wykończą cię doszczętnie. Odlot nie był zły, był taki jak zwykle. To z twoją psychą jest coś nie tak. Ten strach cię zniszczy. Nikt pewnie na początku nawet na to nie spojrzy. Nie zrozumie co się stało, a ktoś inny chcąc wrzucić coś na ruszt. Upiecze to w piekarniku. To coś co następnego dnia okaże się być jego własnym dzieckiem. To wszystko może zdarzyć się na zwykłym przyjęciu, przyjęciu przyprawianym dragami. Przyjęciu na którym pojawi się ziele wychowane przez cyfrowe programy. Wyrastające w ciemnicy. Nie znające światła. Karmione chemią, wszystkimi tymi szalenie uzależniającymi świństwami. Po wyrośnięciu zmienione w coś takiego. Przepiękną iluzorycznie białą damę, kryjącą w sobie najgorsze ohydztwa tego świata. Co masz w sobie, niehumanitarną, rozrywającą żyły trutkę na szczury ? Czy coś jeszcze innego… Jakie paskudztwo przewożone jest w ciężarówce tuż za rogiem ? Te dziwne myśli pojawiają się w jego głowie, gdy myślał o tym, o czym mimochodem usłyszał na wykładzie. Odpycha je nadal nie wiedząc.

Czemu ma uwierzyć, a czemu ma zaufać…? .

O dziewo nie czuję strachu. Choć sama myśl o rozmowie z nią wprawia go w stan bliski paranoi. Gdy przypadkiem spotykają się ich oczy, zauważa jej delikatny skierowany do niego uśmiech, który zdaje się chcieć przegnać wszystkie jego wątpliwości Nie wątpi w tej chwili że jest prawdziwy, nie może gdy coś wewnątrz niego każe mu tak mocno się z nią związać, nie chce już z tym walczyć. I nie może zarazem zapomnieć o tym jak niebezpieczna ona jest na prawdę. O jak wielkim potencjalnym zagrożeniu ostrzegają go wszystkie jego zmysły, ale mówią też również że ona w żaden sposób nie chce go skrzywdzić. Co jest w obecnej chwili jedynym czego nie musi się obawiać. Jedynym z czym zgadzają się zarazem jego instynkt jak i serce, każąc się do niej zwrócić. Aż do teraz zawsze ich słuchał. Lecz i do teraz nigdy nie kłóciły się z rozumem. Nigdy nie był może specjalnie mądry, lecz nie był również idiotą. Zna siebie i swój instynkt dość mocno by wiedzieć kto byłby w stanie zmieść go z powierzchni ziemi, nim dostrzegła by to reszta klasy. To zresztą niebyło by takie trudne, myśli z dziwnym przekąsem. Byłby więc głupcem, gdyby się nie wahał. Cóż chyba jest głupcem skoro wiedząc to wszystko nadal się waha. Z dziwną ulgą odwraca się więc do nauczyciela, chcąc przerwać ten ciąg myśli. Lecz w połowie drogi coś odbitego w oknie nagle zwraca jego uwagę. Dziwny cień którego wcześniej nie dostrzegał zdaje się wpleciony być w powietrze. Złote nitki łączące się ze sobą wydają się teraz takie piękne. Nie widzi tego lecz jego oczy w tej chwili połyskują tą materią, jakby z niej splecione. Ćwierkanie ptaków za oknem, niegdyś błękitne niebo. To wszystko wzrusza go. Jakby chcąc pocieszyć. W tym wszystkim wyczuwa dziwną obecność, zarazem nieznaną i znajomą. Bliską i daleką. Zupełnie jakby kiedyś spotkał się z nią, a zarazem jej nie znał. Jego instynkty, uczucia. Czuje jak coś się we nim budzi. Jak jego ciało i dusza do czegoś się przygotowują. Czuł się tak już wcześniej, choć o dziwo nie kojarzy kiedy dokładnie. To dziwne uczucie jakby zaraz miał od środka spłonąć. To dziwne, choć jeszcze nie najdziwniejsze. Od kiedy uczucie zaczęło być trwałe, poczuł pociąg niemal nie do odparcia, do tego co lubił instynktownie, co skrycie kochał. Do przyrody, do sztuki. Nie wiedział czemu lecz czuł że się zmieniał. Bo przecież nigdy nie przejmował się nią w takim stopniu by płakać po ścięciu drzewa, zupełnie jak po martwym człowieku. Słońce i drzewa, kwiaty i trawa. Nawet te psy, których obawiał się od dzieciństwa. To wszystko wydaje mu się dziwnie bliskie. Może nawet bliższe niż ludzie. Sam siebie dziś nie rozumie i o dziwo nie przejmuje się tym, czując nadchodzące zmiany. Już teraz widział że przyniosą mu ze sobą równie wiele bólu jak i szczęścia. Lecz wniosą w jego życie miłość i zmienią je na lepsze. Mając tą widzę poczuł że chcę temu zaufać. Owszem umysł nadal miał wątpliwości lecz wiązały się one w istocie z tym czym jest strach przed nieznanym. W końcu gorzej być ze nim nie może, pomyślał.

O Bogowie, jak bardzo się mylił.

- Sawada – słyszy jeszcze raz jego głos. Tym razem ostrzejszy i głośniejszy – W poprzednim roku niemal ciągle nie było cię na lekcjach, a teraz znów nie słuchasz. Ponownie chcesz nie zdać.

Nigdy nie zostałem na roku. Chce powiedzieć. Ale z jakiegoś powodu jak zwykle nie może. Bo wie że w jego słowach jest jakieś ziarno prawdy. To prawda że rok temu nie było go często w szkole. Lecz miał swoje powody. Ciągłe wizyty w szpitalu, czy też dłuższe urlopy na które wysyłali go jego pomocni koledzy, były głównym powodem przedłużających się nieobecności. Cóż spalone w zabawie usprawiedliwienia też w niczym mu nie pomagały. Lecz jak zwykle nikogo to nie obchodziło. Nikogo prócz jego matki. Lecz cóż ona mogła zrobić, była sama. Jego ojciec jest gdzieś w świecie poszukując złota. Złota, pokręcił głową sfrustrowany. Poszukiwacze złota do cholery dawno już wymarli. Teraz ten zawód jest zupełnie nie opłacalny. Prędzej uwierzył by że jest łowcą skarbów. Tak więc cudownie. Jego istnienie nie interesuje nawet jego ojca. Ale właściwie to czemu miało by to kogoś interesować ? Ludzie są jacy są, bardziej lub mnie okrutni. Uczeni mówią że wywodzą się od zwierząt, więc nic dziwnego że i taka jest ich natura. To nie ich a siebie nie lubił. Tej jego przeklętej kruchości, że był jak porcelanowa lalka, którą tak łatwo było potłuc na kawałki. Lecz on zawsze był niezwykłą lalką. Każda jego część zabliźniała się, na nowo łącząc ze sobą. Powstawał znowu. Nie taki jak wcześniej- trochę silniejszy. Choć z wieloma nowymi punktami podatnymi na zranienia, w postaci nowych blizn. Nie lubił ich, ale i też nie czuł do nich wstrętu, były częścią jego. Nie pogodził się z nimi jeszcze. Lecz czuł że niedługo w końcu jego po części otwarte rany zabliźnią się i będzie to miało związek z tą tajemniczą dziewczyną o włosach barwy krwawego zmierzchu i jej bliźniaka.

- Przepraszam za nieuwagę sensei, nie wyspałem się i jestem przez to trochę nie przytomny – powiedział, nie chcąc wspominać o porannym epizodzie z wanną. Zresztą czuł już w płucach że i on będzie miało swoje konsekwencje.

Pięknie – pomyślał kwaśno – po prostu pięknie.

Mężczyzna przez chwilę obserwował ucznia wzrokiem. Zauważył teraz wyraźne worki przed oczami i wysiłek by nie zasnąć na miejscu widocznie wymalowany na umęczonej twarzy. Kasztanowe włosy chłopca były roztrzepane jeszcze bardziej niż zwykle, a na rumianych zwykle policzkach zabrakło znajomego różu.

- Ten dzieciak wygląda jak miał tu zaraz zemdleć – pomyślał czując jak wyrzuty sumienia dają o sobie znać. Nie interesował się nigdy nim za bardzo uważając go za kompletne beztalencie marnotrawiące jego cenny czas. W dodatku lenia, który nie miał nawet czasu zajrzeć do książek. Lecz dziś widząc go w tym stanie, zaczął się zastanawiać czy gdyby dał temu chłopcu choć jedną szansę, zamiast zniechęcać go do wszystkiego. Być może ten dzieciak nie był by teraz tak bardzo do niczego. W jego wymęczony oczach widział przecież błyski takiej samej inteligencji jak u najmądrzejszych z jego byłych studentów. Boże to była ta sama świadoma inteligencja jaką widział na jednym z wykładów Profesora Reboyama. Nigdy w swoim życiu miał nie zapomnieć jego oczu które zdawały się przewiercać człowieka na wylot, poznając wszystkie jego sekrety i słabostki. Czemu więc nie zauważył tej samej błyskotliwej inteligencji u własnego ucznia? Czemu ocenił go na podstawie tego co usłyszał o nim od innych ? Cholera był takim głupcem. Może gdyby reszta dała mu trochę odpocząć …

Westchnął kręcąc głową. Nie cofnie czasu, a chłopiec wyraźnie potrzebował teraz jego pomocy. Być może później uda mu się jakoś wynagrodzić jego obojętność…

Rozejrzał się po klasie poszukując kogoś kto nie zaszkodził by jeszcze bardziej dzieciakowi. Lecz z zażenowaniem doszedł do wniosku że prócz rodzeństwa Keane, nie było w klasie nikogo kto wychodząc nie wykorzystał by szansy by się bezkarnie nad nim pastwić.

- Jak mogłem być taki ślepy – zastanawiał się odwracając w kierunku nowej dziewczyny. Jej oczy utkwione były w szczupłym chłopcu, nie widział w nich złośliwości, jedynie delikatne zmartwienie. I niezrozumiała złość tliły się w ich wnętrzu,

- Panno Keane czy mogła by pani zaprowadzić pana Sawadę do gabinetu szkolnej pielęgniarki ?

Dziewczyna skinęła głową wstając ze swojego miejsca. Wychodząc zauważył że wzięła ze sobą zeszyt. Chowając go pod kurtką. Nie skomentował tego czekając tylko aż para w końcu opuści zajęcia. A on będzie mógł powrócić do wykładu. Choć czuł że na razie dopóki chłopiec nie wróci. On sam nie będzie mógł się całkowicie skupić na zajęciach.

- Czemu to robisz ? – usłyszała szept przy swoim uchu gdy pomogła Sawadzie ułożyć ramię na jej karku.

Zdziwiona spojrzała na niego zauważając pytające spojrzenie jego kasztanowych oczu. Były pewne, zmęczone. Jego twarz perliła się od potu. A górna warga delikatnie drżała kiedy mówił. Jednak jego zmęczony głos nie zadrżał. Nie był tak pewny jak wyraz jego oczu. Lecz nie drżał. Pytał i całym sobą okazywał że nie podda się póki nie otrzyma odpowiedzi. Zadowolona uśmiechnęła się delikatnie, całą sobą zgadzając się z tą postawą. Wdziała że pasuje ona do niego o wiele bardziej niż ta drżąca, zlękniona ugodowość, małego pisklęcia. Dostrzegała w chłopcu przednią zranionego kotka, którego ktoś musi pogłaskać pod włos. By maluszek przypomniał sobie, od czego ma zęby, głos jak i pazurki. A ona z przyjemnością poczesze tego kociaka pod włos.

- Bo chciałam. Sawada wyglądałeś tam jak zimny trup. Jeszcze chwila, a byś odleciał na lekcji. Chciałeś tego ? – spytała uszczypliwie.

- Nie ale …

-Ale co… kotku. Jeśli coś ci dolega to normalne że kogoś z tobą poślą. To nic niezwykłego. Po prostu odpręż się, zaufaj mi i postaraj się tu teraz nie zemdleć, dobra ? A ja doprowadzę cię do gabinetu pielęgniarskiego w jednym kawałku. Po prostu zrelaksuj się kotku.

- Czemu nazywasz mnie kotem. Wcześniej byłem ptakiem teraz kotem. Skąd te nazwy.?

Rozbawiona pokręciła głową.

- Na początku gdy ze sobą rozmawialiśmy przypominałeś mi przestraszonego ptaka z nastawionymi piórami. Inteligentnego jednak nadal ptaka. Teraz jednak wydajesz mi się bardziej słodkim przerażonym kotkiem. Którego ktoś czasem musi poczesać pod włos.

- I to będziesz ty ? – spytał z rezygnacją.

- Oczywiście. Nie martw się koniaczku nie zrobię ci krzywdy. Po prostu dopilnuję by gdyby ktoś kiedyś chciał cię podrażnić. Spotkał się z reakcją rasowego rozdrażnionego kota.

- Nie jestem kotem… - zaprzeczył szybko kręcąc głową.

-Jesteś kotku, jesteś tylko jeszcze o tym nie wiesz… Ale się dowiesz niedługo, już moja w tym głowa – powiedziała z uśmiechem, który wcale mu się nie podobał. Przełykając ślinę postanowił zmienić temat.

- Keane-san… widzisz wcześniej zostawiłem coś w klasie… Czy przypadkiem nie…

-… Znalazłam tego – dokończyła wyciągając zza kurtki zeszyt – Ładnie rysujesz kociaku. Naprawdę ładnie… Ale następnym razem jak będziesz chciał mnie narysować po prostu mnie zapytaj.

- Nie jesteś zła ? – zdziwił się.

-Zła nie. Czemu miała bym być… - spytała choć jej głos wskazywał, że domyślała się czego tak naprawdę się obawiał. - Szczerze to nigdy nie widziałam artysty który był by w stanie dostrzec tyle co ty. Czy przestraszyło cię to co we mnie widzisz, Sawada ? – spytała jej głos był poważny tak jak i oczy – Powidz mi co widzisz gdy na mnie patrzysz, poprosiła cicho.

Chłopak przez chwilę wahał się. Lecz widząc jej oczekujące oczy, nie mógł im odmówić. Idąc przy niej przez chwilę zastanawiał się jak ująć w słowa to co widział. Co dostrzegał. Jego instynkt mówił mu że może być z nią w tej chwili w stu procentach szczery i taki chciał być. Chciał powiedzieć jej wszystko.

- Tak przerażasz mnie. Gdy patrzę na ciebie widzę, że kryjesz znacznie więcej niż wydaje się to być widoczne na pierwszy rzut oka. Gdy przyszłaś ze swoim bratem. To choć oboje wydawaliście się być niebezpieczni, to ty potencjalnie wydajesz się mi być gorsza. Nie, nie jesteś zła i wydaje mi się że nie chcesz mnie skrzywdzić. Jednak czuję całym sobą, że gdybyś chciała mogła byś być dla mnie śmiertelnie niebezpieczna i to mnie właśnie przeraża. Wiem że gdybyś chciała mnie dziś zabić. Ja nie miał bym szans przeżyć spotkania z tobą i prawdopodobnie nikt nawet nie miał by jak cię o to oskarżyć. Czy nie mam racji? – spytał. Skinęła głową w milczeniu.

- Czy domyślasz się kim jestem ? – spytała cicho.

- Kim jesteś ? – powtórzył – Tajemnicą. Nie mam pojęcia, ani kim jesteś. Ani kto sprawił, że jesteś tak potencjalnie niebezpieczną osobą Nie znam twojej historia. Ani nie wiem niemal że niczego o tobie. Wszystko czego jestem świadomy to tego jakim typem jesteś osoby. I nie wiem nawet czy chcę widzieć więcej. Co ze mną zrobisz ?

- Zrobię ? – spytała nie rozumiejąc o co mu chodzi.

- To co wiem o tobie …

- Jednak nadal tu jesteś ... – powiedziała – Kotku, niewielu miałby dość odwagi by dość odwagi, by być tu teraz ze mną i powiedzieć to co powiedziałeś.

- Albo głupoty.

- Albo głupoty – zgodziła się przymykając oczy - Nie chcę ci zrobić krzywdy Sawada. Jedną z wielu rzeczy które mnie w tobie zaintrygowały jest właśnie twoja spostrzegawczość… Coś ciągnie mnie do ciebie. I jeśli nie dasz mi powodu. Ja nie będę musiała cię skrzywdzić w żaden sposób. Zresztą to miłe nie musieć udawać przed tobą jak przed tamtą bandą idiotów. Jeśli chcesz wpadnij do mnie po szkole – powiedziała nagle - O ile oczywiście będziesz miał odwagę odwiedzić jaskinię potwora po tym co mi dziś powiedziałeś.

Już chciał się zgodzić. Co widziała w jego szczerych oczach. Gdy nagle o czymś ważnym sobie przypomniał. Niechętnie, bo niechętnie ale musiał odmówić.

-Przykro mi Keane-san. Ale nie mogę.

-Czemu ?- spytała wyraźnie widząc że chłopak najchętniej nie robił by tego, cokolwiek zamierzał zrobić.

-Moja Babcia przyjeżdża dziś w odwiedziny i jeśli nie będzie mnie jak przyjedzie moja mama będzie z tego niezadowolona – wyjaśnił.

- Nie wydaje się abyście ty i twoja babcia się lubili. Czemu więc takie ważne jest abyś był na miejscu. Nie chcesz tam być …

-Ale to ważne dla mojej mamy i nie chcę jej tym denerwować. Już i tak ma dość zmartwień z moim ojcem, nie chcę by martwiła się jeszcze i mną.

- Masz więc tak dziwną rodzinę jak i ja. Podsumowała. Twoja babcia wyraźnie cię nienawidzi. Ale czemu ? Babcie zwykle lubią swoje wnuki…

- To długa historia - powiedział wyraźnie chcąc uciąć temat. Gdy dotarli pod gabinet pielęgniarki. Swoją drogą to było trochę nie logiczne wybudować gabinet pielęgniarski na najwyższym piętrze tuż koło gabinetu głównego prefekta. Jednak nie była jej sprawą logika architektów tej szkoły. Zresztą dopiero co tu się pojawiła. Więc nie powinna narzekać tak niewiele wiedząc o tym miejscu. Na białych drzwiach przyczepiono karteczkę, z tymi słowami zapisanymi na czerwonym pergaminie.

Dnia 14. 12. 2011.r

Mogę być nieobecna do połowy drugiej godziny lekcyjnej.

Za wszystkie niedogodności serdecznie przepraszam.

Pedagog szkolny.

Azji Kitsune

- Mów mamy mnóstwo czasu – powiedziała siadając na ławeczce, uprzednio pomagając usiąść koledze. Sawada niechętnie, bo niechętnie ale zaczął swoją opowieść.

- Cóż babcia, rzeczywiście lubi bądź toleruje wszystkie swoje wnuczęta, z wyjątkiem mnie. Wydaje mi się że za bardzo przypominam jej mojego ojca. A ona z powodu jego nieobecności wylewa swój żal na mnie zamiast na nim. Tak przynajmniej myślę. Moja mama cały czas stara się ułagodzić moje napięte stosunki z babcią, przez takie spotkania jak to które ma odbyć się dzisiaj. Lecz zwykle kończą się one dość nieprzyjemnie.

- Powiedź, twój ojciec zostawił was czy jak. – zagryzła wargę myśląc o tym jak niegrzeczne i bezpośrednie było to pytanie. Zauważyła że Sawada napiął się przez chwilę jakby chciał coś powiedzieć. Lecz ostatecznie zatrzymał w ustach wszystkie swe nieodpowiednie słowa.

- Keane-san chciałaś mnie teraz obrazić czy co ? - lecz widząc jej przepraszające spojrzenie, po prostu westchną – Czeszemy kotka pod włos, prawda ? – spytał – Nie mój ojciec nie zostawił nas. W każdym bądź razie nie w tym sensie tego słowa które ty masz na myśli. Moi rodzice nadal są małżeństwem. Mimo że ja i matka widzieliśmy go ostatnio dwa lata temu. Gdy wychodził opowiadał mojej mamie zwykle jakąś wymyśloną historyjkę o poszukiwaniu diamentów, złota, czy pracy związanej w jakiś sposób z ropą naftową. By przez kilka następnych miesięcy nie pojawić się w domu. Ostatnio gdy nas opuszczał wyruszył na poszukiwanie złota. Mama zawsze zostaje wtedy sama zraniona i zmartwiona. Wydaje mi się że przez moje podobieństwo do ojca, ciągle przypominam jej o jego nieobecności, a Babci o nim, więc stara się go ukarać pośrednio za ranienie jej dziecka. Nie lubi mnie więc z powodu mojego ojca. Irracjonalne ale prawdziwe.

- Cóż uczucia są irracjonalne. Ja sama za bardzo nie lubię wspominać o moim ojcu więc trochę cię rozumiem. Widzisz to przez niego jestem taka jaka jestem. Zamilkła, kręcąc głową - Nie wydaje mi się abyś chciał słuchać o takim bydlaku. Może kiedy indziej, poprosiła.

Chłopiec przez chwilę przypatrywał się jej poczym skiną głową. Wyglądał znacznie lepiej niż gdy wyszli choć nadal; był niezdrowo blady i wydawał się być rozpalony.

- To zdaje się ciebie ranić – szepnął – Nie mów o tym jeśli nie chcesz. Nie jeśli ma cię to zranić.

-Nie powiem ci – skoro już wiesz o mnie tyle – nie chcę byś myślał o mnie jak o bezmyślnej maszynie do zabijania. Pomimo tego co nam zrobiono ja i mój brat jesteśmy ludźmi. Zapamiętaj to. Lubię cię Tsuna, wiesz. Mruknęła zamykając oczy i przysypiając na jego ramieniu. Ale nim zasnęła spytała go cicho:

- Nie masz nic przeciwko temu bym tak cię nazywała, co nie kociaku ?

- Nie – odparł z rozbawionym uśmiechem poczym sam zapadł w sen – Jeśli pozwolisz mi nazywać cię Seleną.

-Arisa – znajomi i wrogowie, prócz mojej babci. Wołają na mnie Arisa – To było ostatnie słowo, wypowiedziane przez dziewczynę nim opadła w ramiona morfeusza. Czując się tak bezpieczną i spokojną przy Tsunie, jak jeszcze nigdy w jej całym życiu.

Pielęgniarka szkolna wracająca z wizyty w gabinecie Dentystycznym. Uśmiechnęła się delikatnie widząc parę śpiących nastolatków wtulonych w siebie, w szkolnej poczekalni. Bardzo niechętnie zbudziła ich widząc że sen w tak niewygodnych pozycjach nie był dobry dla ich kręgosłupów.

- A…. - ziewnęła Selena rozciągając dłonie jak kotka. Widząc to rozbudzony już chłopiec uśmiechną się.

- Dzień dobry – powiedział rześko i wyraźnie

- Dzień…do..bry – odpowiedziała zaspanym głosem, podążającym jeszcze w kierunku sennej krainy. Jej włosy były w całkowitym nieładzie, nadając jej wyglądu przysłowiowej przerażającej wiedźmy.

-Dzieciaki zdaje się że czekaliście na mnie – przywitała ich szkolna pielęgniarka uchylając drzwi swojego królestwa.

- Tak. Pan profesor odesłał Tsunę tu po tym jak niemal zasłabł na lekcji.

Słysząc te słowa pielęgniarka. Przyjrzała się uważnie brunetowi. Dzieciak pomimo snu nadal nie wyglądał dobrze. Zaspane i zaczerwienione oczy, niezdrowo blada cera, pot spływający po jego czole jakby dopiero co wyszedł z pod prysznica,

- Rzeczywiście dzieciaku, nie wyglądasz za dobrze. Chodźcie tu. Poleciła im. Wchodząc do gabinetu. Przez chwilę grzebała w dużym wypełnionym różnymi niechlujnie ułożonymi szpargałami. W poszukiwaniu bliżej nie określonego przedmiotu.

- Weź to i trzymaj pod pachą aż nie zacznie piszczeć – nakazała podając mu elektroniczny termometr. Sama zaś zaczęła szukać zeszyciku zwolnień ponieważ nawet jeśli termometr niczego by nie wykazał. Wypisała by dzieciakowi zwolnienie na dwa najbliższe dni. Bo w takim stanie. Stanowił zagrożenie i dla siebie i dla otoczenia. Równo z charakterystycznym. Denerwującym już ją piskiem. Znalazła.

- Daj to dzieciaku.

Chłopiec posłusznie podał jej termometr. Przez chwilę wpatrywała się w cyfrę z niedowierzaniem. 40c.

- Dzieciaku to ty masz jeszcze siłę się ruszać – spytała, nie do końca wierząc w to co widzi – Dobra, Wypiszę ci to zwolnienie i natychmiast dzwonię po rodziców. Bo samego w tym stanie cię stąd nie wypuszczę. –podała mu zwolnienie.- A teraz wynoście się stąd dzieciaki bo muszę jeszcze gdzieś zadzwonić.

- No cóż – powiedziała Selena wyraźnie zadowolona - Przynamniej ominie cię spotkanie u babci.

A u ciebie – pomyślał, już bez strachu. Wyraźnie polubił dziewczynę.

- Lecz to u mnie, cię dziś nie ominie.- zapowiedziała radośnie – Ja i mój brat najdziemy cię dziś wieczorem…Ale teraz siądźmy i zaczekajmy na twoją mamę…

Cdn…