„Jesteś tym czego chcę, jesteś tym czego potrzebuję, jesteś wszystkim. Ja naprawdę… Kocham Cię."

Ostatnia wiadomość, jaką od ciebie dostałem. Tak cholernie za tobą tęsknię. Dlaczego nie możesz wrócić? Dlaczego nie mogę cofnąć tego jebanego czasu i od początku być dla ciebie dobrym i kochającym? Nie mam siły na nic. Płaczę.

Byłeś moim aniołem stróżem. Byłeś ze mną zawsze, gdy tego potrzebowałem. Troszczyłeś się o tak oderwanego od społeczeństwa, zagubionego nastolatka jakim byłem niczym rodzona matka. I nie musiałeś zbyt wiele mówić. Wystarczała mi twoja obecność. Samo to, że byłeś obok przynosiło spokój i ukojenie mojej samotnej duszyczce. Tak, samotnej… Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że mam obok siebie tak wielkie bogactwo jakim byłeś ty.

Dlaczego musiałeś odejść Kyou? Dlaczego ty?

Pociągnąłeś mnie za sobą to tego zespołu. Nie chciałem grać, mimo że świetnie sobie z tym radziłem, ale ty… Nie potrafiłem patrzeć w twoje roziskrzone od szczęścia oczy i tak zwyczajnie odmówić. Nie potrafiłem cię ranić.
Nie chciałem być popularny, nie potrzebowałem całej hordy piszczących i latających za mną koleżanek ze szkoły. Ty byłeś jedynym, którego potrzebowałem.

Płaczę. Nie radzę sobie z tym. Proszę, wróć. Kocham cię.

To wszystko przeze mnie. Złościłem się o nią – „miłość twojego życia". Dlaczego byłeś tak ślepy, że nie widziałeś realnego powodu, dla którego z tobą była? Powinieneś być mój.
Nienawiści w moim sercu było tak wiele, że zacząłem nią obdarzać również ciebie. To był główny i jedyny powód moich wszystkich żartów i docinków pod twoim adresem. Chodziłeś smutny, zmizerniałeś i zacząłeś opuszczać próby. Satysfakcjonowało mnie to jak cholera, bo mogłeś choć w małym stopniu poczuć ból jaki ja odczuwałem. Byłem tak głupi…

Powinienem umrzeć.

Zniknąłeś krótko po naszej kłótni o jakąś bzdurę. Dlaczego byłem tak ułomny, by nie dostrzec prawdziwego powodu, aniżeli spór między nami? Byłem takim idiotą…
Nie umiem opisać jak bardzo szczęśliwy byłem, gdy zadzwoniłeś po kilku miesiącach, które dla mnie były istną męczarnią. Miałem gdzieś, że był środek nocy, ważne że mogłem usłyszeć twój głos, móc z tobą porozmawiać. Twoje wyznanie miłości sprawiło, że przez te kilka chwil byłem najszczęśliwszym człowiekiem na całej kuli ziemskiej. Cóż za ironia – po kolejnym miałem ochotę chociażby skoczyć z mostu, a już na pewno zamienić się z tobą miejscem i być tym, który właśnie umiera.

Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się dotrzeć do szpitala tuż przed twoją operacją. Pocałowałeś mnie wtedy po raz pierwszy i ostatni w życiu. To było takie… Niesamowite, tylko dlaczego gdy już wjeżdżałeś na blok operacyjny odczytałem z twoich ust krótkie: „Żegnaj, Rei"? Nie mogłeś odejść…

Czekałem przez 9 godzin, co chwila wypytując którąś z pielęgniarek o twój stan. „Wszystko jest dobrze". Dlaczego kłamały?

Opuściłeś mnie. Umarłeś siódmego sierpnia 2007 roku o godzinie 17:30, zabierając ze sobą moje serce i duszę. Początkowo nie rozumiałem, nie docierało to do mnie. Dopiero gdy zobaczyłem twoje martwe ciało i nie dostrzegłem moich ukochanych iskierek w oczach rozpłakałem się jak małe dziecko, wijąc w konwulsjach bólu na zimnej posadzce szpitalnego prosektorium. Rwałem sobie włosy z głowy i krzyczałem. Tak bardzo cię kocham, tak bardzo mi ciebie brakuje…

Od tego dnia minęło dokładnie pięć lat, trzy miesiące i dwanaście dni, a ja wciąż nie umiem się pozbierać. Na przestrzeni lat ból związany z twoją śmiercią nie zmniejszył się ani odrobinę. Ciągle jest taki sam i rozdziera mnie od środka z identyczną siłą. Mimo wszystko egzystuję, dla ciebie. Funkcjonuję na tym świecie, ponieważ wiem, że gdzieś tam na mnie czekasz.