Hej. Wstawiam właśnie nową wersję wstępu. Nie różni się ona wiele od poprzedniej. Po prostu została sprawdzona przez moją wspaniałą betę i poprawiona. No i chciałabym coś dodać. Mianowicie dedykację.

Szóstego października mój Chłopak kończy 18 lat. Prezenty, które ja od niego dostaję na urodziny są zawsze wyjątkowe i zrobione własnoręcznie. Zawsze bardzo chciałam dać mu coś równie twórczego, ale nie posiadam zdolności manualnych na takim poziomie by być dumną ze swoich tworów. Jeśli chodzi o wyobraźnię i umiejętności u mnie w parze idą tylko przy pisaniu. Dlatego postanowiłam podarować mu coś co sama stworzyłam. I z czego jestem straszliwie dumna. "Zwierciadło Czasu."

Dedykuję to opowiadanie mojemu najwspanialszemu na świecie Chłopakowi, bez którego:

Pewnie nigdy nie doczekałoby się zakończenia

Inferiusy zniknęłyby pośród mroków jaskini i nigdy z niej nie wyszły

Harry nie włamałby się do Gringotta

Profesor McGonagall, w kociej postaci musiałaby wkraść się do Dworu Malfoyów po dziennik

Błędów językowych pojawiło by się o wiele więcej

Dawno już przeżyłabym załamanie nerwowe (szczególnie ostatnio)

Jesteś cudowny, wiesz? Cały czas dziękuję Bogu, że Cię spotkałam i że jesteśmy razem. Pewnie nigdy nie stanę się taką dziewczyną na jaką zasługujesz. Ale, póki Ci to nie przeszkadza i ja będę szczęśliwa.

Wszystkiego najlepszego mój miły.Całuję.

Ty wiesz kto.

PS. Jak skończę całość zamierzam wręczyć Ci pierwszy wydrukowany egzemplarz. I podpisać się pod tą dedykacja na pierwszej stronie.


Wstęp

Jak natura na wiosnę odradza się po srogiej zimie, tak i życie po wojnie, powoli wracało do normy. Odbudowywano zburzone domy i naprawiano te, które zostały zniszczone. Wkrótce wieże Hogwartu na powrót wznosiły się do nieba, a korytarze wypełniły się uczniami. A chociaż przy stołach domów widniały puste miejsca, gdzie zwykle siadywali ci, którzy polegli w obronie wolności, to nowy rocznik rozpoczął naukę. Obalano stare prawa uchwalone przez popleczników Voldemorta i spisywano nowe, lepsze, tak by poprawić los tłamszonych grup społecznych. Ci co przeżyli czynili wszystko by poświęcenie poległych nie poszło na marne. Nowy ład i porządek powoli zaczynały dawać owoce.

Ale rany w sercach nie znikały równie szybko jak dziury w murach. Nie było rodziny, która nie opłakiwałaby kogoś bliskiego, grupy przyjaciół zachowanej w całości. Czarodzieje i czarownice aż za dobrze zdawali sobie sprawę, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Wielu zginęło. Szmalcownicy dalej ukrywali się po lasach, świadomi jaki los czeka ich gdy zostaną złapani. Zwykli ludzie nie potrafili wyzbyć się strachu jaki towarzyszył im przez ostatnie miesiące. Wszyscy Weasley'owie stanowczo odmówili powrotu do Hogwartu, gdzie zginął Fred. Bano się, że Ginny nie będzie chciała kontynuować nauki w przyszłym roku szkolnym.

Koszmary były powszechne, nawet u Harry'ego Pottera, Chłopca-Który-Uratował-Świat. Każdej nocy jego sny wypełniały przerażające obrazy. Twarze przyjaciół straconych na zawsze, ból tych, którzy przetrwali, ale stracili najbliższych. Godzinami potrafił zastanawiać się nad tym co zrobił źle? Jak mógł temu zapobiec? Albo to albo całkiem inny temat zaprzątał myśli młodego czarodzieja.

Minęły prawie trzy miesiące od dnia gdy portret Albusa Dumbledore'a pokazał Harry'emu tajemniczą szkatułkę ukrytą głęboko w szufladzie dyrektorskiego biurka. Kilka fiolek jakie znalazł w środku zmieniło jego życie na zawsze. Wspomnienia. Delikatne, szarawe mgiełki wspomnień gotowych do wpuszczenia do Myślodsiewni. Z początku nie wiedział kto mu je zostawił i po co, ale po raz kolejny zaufał swemu mentorowi i zanurkował w głąb.

Bryony Evans. Tak nazywała się ta, która mówiła do niego zza grobu. Siostra Lily Potter, jego matki. Tyle tylko, że wszystko co mówiono mu o rodzicach było kłamstwem. Może nie celowym, bowiem tajemnicę jego narodzin znało tylko czworo ludzi, z których wszyscy już nie żyli, ale jednak. Podczas tych dwóch godzin spędzonych raz w Myślodsiewni, raz w gabinecie dyrektora Harry dowiedział się wiele, choć i tak zbyt mało. Poznał historię siedemnastoletniej Bryony, która zaszła w ciążę na siódmym roku w Hogwarcie i by uniknąć okrutnych plotek i chronić swoje dziecko oddała je pod opiekę starszej siostry, mężatki, zataiwszy przed całym światem prawdziwe imię maleństwa. Śledził ból i rozdarcie swojej biologicznej matki gdy pozostawiała go tam gdzie miał być najbezpieczniejszy, ale tylko pod zmienionym nazwiskiem i zaklęciem skrywającym jego prawdziwy wygląd. I wreszcie, był świadkiem jej śmierci, po długich torturach, z ręki Bellatrix Lastrange.

Nie potrafił wyrzucić z pamięci jej martwych, zielonych oczu patrzących w sufit. Nie znał jej, ale prześladowała go zarówno we śnie jak i na jawie. Była z nim wszędzie, zawsze obecna i smutno uśmiechnięta. W powojennej zawierusze nie miał czasu dowiedzieć się o niej więcej, ale jej jedyne zdjęcie nosił cały czas za pazuchą, razem z jej różdżką, jedyną rzeczą jaka mu po niej pozostała. Każdego ranka gdy patrzył w lustro stawała mu przed oczami, taka jaką była na zdjęciu. Śliczna i uśmiechnięta, obejmująca troskliwie swój ogromny brzuch.

Teraz też nie potrafił pozbyć się tego widoku. Westchnął ciężko i ochlapał twarz wodą. Patrząc jak krople spływają po lustrzanym odbiciu Jamesa Pottera zapragnął znów zobaczyć prawdziwego siebie. Niezbyt często sobie na to pozwalał. Cały świat musiał wierzyć w legendę Harry'ego Pottera, Chłopca-Który-Pokonał-Voldemorta. Harry wolał nie myśleć jaki skandal wywołałaby informacja o jego prawdziwych rodzicach. Jego matce, jego biednej matce. Wolał się ukrywać aniżeli skalać jej pamięć poprzez plotki i obelgi, na jakie mogłaby zostać narażona gdyby prawda wyszła na jaw.

Westchnął i ciężko oparł się o brzeg umywalki. Był sam w ogromnej łazience prefektów na czwartym piętrze, niczym nie ryzykował.

-Harry Lupin – mruknął pod nosem, przełamując w ten sposób zaklęcie rzucone przez siostry Evans. W mgnieniu oka jego odbicie przeszło drastyczne zmiany. Krótkie, czarne włosy pojaśniały stając się ciemnoblond i wydłużyły się nieco, opadając mu na oczy. W mgnieniu oka urósł też ładnych kilka cali osiągając całkowity wzrost sześciu stóp i trochę. Szczęka i nos zmieniły odrobinę kształt, tak że chłopiec stanowił teraz lustrzane odbicie swego prawdziwego ojca, Remusa Lupina. Nawet Teddy nie był do niego tak podobny. Harry nie potrafił sobie wyobrazić jak to musiało boleć jego biedną matkę, której wilkołak złamał serce. Tylko oczy i blizna po pierwszym spotkaniu z Voldemortem pozostały takie same.

Ale chłopak lubił swój prawdziwy wygląd. Patrząc na siebie w lustrze, po raz pierwszy w życiu czuł, że wie o sobie wszystko. Nie było już ukrytych w nim horkruksów, łączy z Voldemortem ani tajemnic. Tylko osiemnastoletni chłopiec. Wszystko czego niegdyś nie rozumiał nagle się wyjaśniło. Zauważył też u siebie zachowania, które nigdy nie zwróciły jego uwagi, teraz jednak nabrały znaczenia i sensu. Weźmy pełnię na przykład. Przez całe swoje życie Harry nie widział w niej nic szczególnego, dopiero gdy dowiedział się, że jego ojcem był wilkołak dotarło do niego jak dziwnie się zawsze czuł w tym okresie. Był poddenerwowany… Nie mógł usiedzieć w jednym miejscu… Miewał ochotę na krwiste steki… Długa rozmowa z Billem potwierdziła, że najstarszy z braci Weasley też odczuwał takie symptomy. Mały Teddy z kolei zawsze w okolicy pełni stawał się markotny i kapryśny. Księżyc działał na nich wszystkich. Mniej niż na prawdziwych wilkołaków, ale zawsze.

Harry nie miałby z tym żadnych problemów, gdyby nie to, że nie mógł nikomu powiedzieć o swoich rozterkach. Wprawdzie przemógł się w przypadku profesor McGonagall, ale do tego popchnęła go desperacja. Tak bardzo chciał uzyskać więcej wspomnień na temat swojej matki, że poszedł do srogiej nauczycielki Transmutacji i opowiedział jej o wszystkim. Płakała, gdy skończył historię Bryony i jej miłości do Remusa Lupina. Minerwa, bo nalegała by mówił jej po imieniu, wiedziała o ciąży, ale nigdy nie poznała imienia jego ojca. Dopiero teraz…dopiero on jej powiedział. W zamian otrzymał kilkanaście fiolek pełnych opowieści. Widział swoją matkę jako jedenastoletnią dziewczynkę siedzącą na stołeczku z Tiarą Przydziału na głowie. Słyszał okrzyk „Gryffindor!" i oklaski gdy mała Bryony biegła prosto w ramiona swojej starszej siostry by dołączyć do niej przy stole ich wspólnego domu. Był świadkiem kilku jej szkolnych przygód. Patrzył jak dorastała i z zakompleksionej dziewczynki stawała się kobietą, która potem przetrwała tortury Śmierciożerców. Ale te wszystkie wspomnienia blakły przy ostatnim, które najmocniej wbiło mu się w pamięć. Dwudziesty grudnia 1980 roku, dzień jej śmierci…

Nie potrafił jeszcze raz tego przeżywać. Szybko potrząsnął głową by odsunąć od siebie obraz jej zmaltretowanego ciała leżącego na świeżym śniegu. Porwane ubrania czerwone od krwi na tle bieli świeżego śniegu.

-Harry? – rozległ się z zewnątrz głos Neville'a Longbottoma, jeden z bohaterów bitwy o Hogwart i szkolny kolega Harry'ego - Harry jesteś tam?!

Harry zaklął pod nosem i szybko wymamrotał pod nosem swoje przybrane nazwisko, pod którym znał go cały świat. Natychmiast stał się na powrót niskim, ciemnowłosym Harrym Potterem.

-Tutaj Neville! – zawołał chwytając ręcznik by osuszyć twarz. Kroki w łazience powiadomiły go, że drugi chłopiec dołączył do niego w pomieszczeniu. Harry wyprostował się i zerknął na kolegę. – Jak idzie? - spytał.

Razem z jeszcze kilkunastoma osobami zajmowali się ostatnio naprawami w Hogwarcie. Ludzi mieli mało, pracy huk, a rok szkolny tuż za pasem. Neville wzruszył ramionami. Ostatni rok, w szkole prowadzonej przez Śmierciożerców uczynił z tego spokojnego, nieco bojaźliwego chłopca prawdziwego wojownika, który wyciągnął miecz Godryka Gryffindora z Tiary Przydziału, gdy zaszła taka konieczność i własnoręcznie zniszczył jeden z horkruksów. Harry czuł z nim szczególne pokrewieństwo dusz ze względu na przepowiednię, która niegdyś łączyła ich losy.

-Hermiona prosiła, żebym cię znalazł – wyjaśnił chłopak także przemywając twarz z kurzu i pyłu jaki osiadł na całym jego ciele podczas pracy. Harry podał mu ręcznik – Podobno znalazła coś, co musisz zobaczyć. Rany, Sala Wejściowa to masakra. Zastanawiam się czy nie zamienić się z Seamusem.

Harry przytaknął. Dawno już nauczył się słuchać Hermiony we wszystkim, ponieważ zwykle miała rację. A jeśli mówiła, że coś go interesuje to zapewne należało odszukać ją jak najszybciej.

-Gdzie? – spytał narzucając T-shirt i zakładając na powrót okulary. Kolejnym minusem tej formy była wada wzroku. Remus nigdy nie potrzebował okularów, Bryony też nie, więc czemu ich syn miałby je nosić? Ale Potter…Potterowie od pokoleń mieli zły wzrok. Jego matka i ciotka tworząc zaklęcie maskujące nie przeoczyły ani jednego szczegółu, mimo że gdy je na niego rzucały był zaledwie niemowlęciem.

-Siódme piętro – rzucił Neville zanurzając całą głowę pod kran i prychając niczym koń gdy zimna woda zalała mu twarz. – Południowe Skrzydło, z tego co pamiętam.

-Dzięki Neville – rzucił Harry próbując choć odrobinę zapanować nad swoimi włosami. Prędko się jednak poddał, stwierdziwszy, że nie ma to po prostu sensu. – Pójdę do niej od razu.

-Nie ma sprawy Harry! – odparł Neville cały czas zanurzony pod wodą. Młody Lupin nie odczekał aż chłopak wynurzy się z pospiesznego prysznica. Cichutko wysunął się z łazienki i wsadziwszy dłonie do kieszeni ruszył przez zamek. Chodzenie zniszczonymi korytarzami już go tak nie bolało. Może dlatego, że i Hogwart z każdym dniem wyglądał coraz lepiej. Pracowali wszyscy w pocie czoła i wkrótce wszystko miało powrócić do dawnej chwały.

Tymczasem spieszył się na spotkanie z Hermioną. Jej towarzystwo przynosiło mu swego rodzaju ulgę, bo ona też znała prawdę. Po tych wszystkich miesiącach razem w namiocie nie potrafił niczego utrzymać przed nią w tajemnicy. Gdy tylko go zobaczyła po wyjściu z namiotu Dumbledore'a zrozumiała, że coś jest nie tak. A on opowiedział jej wszystko. Był też gotowy pokazać jej wspomnienia, ale odmówiła. Uważała, że to jego prywatna własność, jedyna rzecz jaka pozostała mu po prawdziwej matce. Nie do końca się z nią zgadzał. Jako jego przyjaciółka miała pełne prawo obejrzeć te mgliste obrazy, tak mocno złączone z jego przeszłością. Może byłoby mu lżej gdyby razem odbyli tę podróż w przeszłość.

Szczególnie, że tylko ona mu pozostała. Jakoś nie potrafił powiedzieć Ronowi. Kilka razy nawet próbował, przed powrotem do Hogwartu, ale zawsze coś go powstrzymywało. W końcu uznał, że Weasley ma dość własnych problemów by przygniatać go innymi. Ginny…tu sprawa była jeszcze trudniejsza. Na szóstym roku Harry mógłby przysiąc, że kocha ją z całego serca. Ale potem zginął Dumbledore, Śmierciożercy przejęli Ministerstwo i rozpoczęła się pogoń za horkruksami. Gdzieś pomiędzy jednym zagrożeniem, a drugim chłopak zapomniał o tak trywialnych sprawach jak młodzieńcza miłość. Później, gdy zobaczyli się przed bitwą, wszystko wydawało się takie jak dawniej. Ale to Ginny, nie Harry musiała patrzeć na ciało ukochanego w ramionach Hagrida, to ona słuchała chełpliwych słów Voldemorta jak to zabił swego największego wroga, gdy ten uciekał jak tchórz. To jej brat oddał życie za wolność magicznego świata. Po tym nic już nie było jak kiedyś. Chłopiec-Który-Przeżył nie miał złudzeń co do tego związku.

Tak, w jakiś niezwykły sposób Hermiona stała się jego jedyną podporą. Wiedział, że na niej mógł polegać w każdej sytuacji. Gdy nawet Ron, jego najlepszy przyjaciel, poddał się zwątpieniu, ona pozostała u jego boku, nieporuszona, mimo że uczucie jakim darzyła rudzielca nakazywało jej inne postępowanie. I tak, w namiocie gdzieś na pustkowiu powstała między nimi więź niemożliwa do zerwania. Jej problemy były jego problemami. A miała ich całkiem sporo. Każdej nocy śniła o tamtym dniu w Dworze Malfoy'ów. Miotała się wtedy w swoim łóżku i krzyczała tak rozpaczliwie, że Harry'emu serce się krajało. On też pamiętał godziny spędzone w lochach na słuchaniu jej wrzasków dobiegających z góry, gdzie torturowała ją Bellatrix Lastrange.

Kiedyś, jeszcze gdy mieszkali w Norze nie wytrzymał i poszedł do jej pokoju. Wtargnął do środka i zobaczył ją, skuloną na posłaniu. Małą i tak bezbronną, jaką jeszcze nigdy jej nie widział. Nie potrafił powstrzymać impulsu każącego mu wziąć ją w ramiona i nie wypuścić póki nie przeminie cały strach i ból. Choć sam w to nie wierzył, podziałało. Ku jego tym większemu zdumieniu, tylko to działało. Dawno porzucili pozory i Hermiona na stałe zamieszkała w dormitorium chłopców. Nikt się tym specjalnie nie przejmował, bo i w całej Wieży Gryffindoru przebywało najwyżej dwadzieścia osób. Miejsca było dość.

-Hermiono?! – zawołał znalazłszy się w opisanym przez Neville'a miejscu. Nikt mu nie odpowiedział, ale Harry świetnie zdawał sobie sprawę, że ogarnięta szałem napraw dziewczyna mogła go po prostu nie zauważyć. Ruszył więc na poszukiwania, zaglądając do każdego pomieszczenia po drodze. Właśnie sprawdzał trzecią klasę gdy z korytarza dobiegł go odgłos kasłania. Nie tracąc ani chwili zamknął drzwi do sali i ruszył w tamtą stronę.

-Hermiono?! – powtórzył głośniej rozglądając się dookoła. Gdzie też ona mogła być? Ściany korytarza przysłaniały bogate gobeliny, w zadziwiająco dobrym stanie biorąc pod uwagę bitwę jaka niedawno miała tu miejsce. – Hermiono!

-Tutaj! – odkrzyknęła nagle dziewczyna. Zdumiony Harry obrócił się na pięcie, tylko po to by ujrzeć kamienny mur przysłonięty tkaniną, taką samą jak wszędzie. Zamrugał szybko. Czyżby mu się zdawało?

-Tutaj Harry! – znów zawołała Hermiona, a jej gęsta czupryna wyłoniła się spod gobelinu. Harry o mało nie dostał zawału. Zarumieniła się na widok jego zmieszania i wskazała na ścianę za sobą. – Tu są drzwi. – wyjaśniła odgarniając dzikie pukle brązowych włosów za ramię. – Och Harry, musisz to zobaczyć!

Zachowała się co najmniej dziwnie. Włosy miała w nieładzie, spodnie ubrudzone pyłem z osypujących się murów, T-Shirt tak wygnieciony, że wolał nie zastanawiać się co robiła. Jej oczy lśniły tajemniczym blaskiem, gdy prowadziła go krótkim, wąskim korytarzykiem do ciemnej, okrągłej komnaty, w której jeszcze nigdy nie był. Tuż przy drzwiach leżała sterta gruzu zebranego z całego pomieszczenia. Hermiona nie próżnowała w oczekiwaniu na jego przybycie. Obok niej zauważył słynną torebkę ozdobioną koralikami, bez której ostatnio nigdzie się nie ruszała. Harry nie mógł jej za to winić. Ich życie przez ostatnie miesiące zależało od tego jak szybko mogą się spakować i uciec. Nic dziwnego, że nawet teraz, kilka miesięcy później zachowała przyzwyczajenia, które wiele razy uratowały im skórę. Ale to nie dla obłupanych kamieni go tu sprowadziła zrozumiał to od razu, gdy przekroczył próg.

Na środku komnaty stała przedziwna, złota konstrukcja, lśniąca w ciemności ukrytego pomieszczenia. Był to stelaż, na którym umieszczono, na wysokości ludzkiej twarzy duże, okrągłe lustro bez ramy. Gdy chłopiec spojrzał w nie, nie ujrzał zupełnie nic, tylko nieporuszoną, srebrną przestrzeń, promieniejącą magicznym światłem. Dookoła jego tafli znajdowało się kilka pierścieniu wyglądających jak orbitale atomu i ułożonych na tej samej płaszczyźnie co zwierciadło. Wyryto na nich gotyckim pismem litery, ale napis, który jako pierwszy przyciągnął uwagę Harry'ego był całkiem bez sensu.

-Co to jest? – spytał z podziwem, zerkając na Hermionę, która zajęła miejsce tuż obok gruzu. Wzruszyła ramionami, usadawiając się wygodniej na kamiennej podłodze. Westchnęła ciężko, czytelny znak jej irytacji.

-Właśnie dlatego cię zawołałam – stwierdziła opierając łokcie na kolanach i podpierając brodę na rękach. – Żaden z nauczycieli nie kojarzy tej sali. Przechodzili tym korytarzem codziennie przez kilkadziesiąt lat i nic. Duchy to samo, a są tu znacznie dłużej. Próbowałam zaklęć wykrywających, ale odbijają się od niego. Musi dysponować bardzo potężną magią. A ty miałeś już do czynienia z czarodziejskimi zwierciadłami, więc…

Harry przypomniał sobie swoje pierwsze spotkanie z podobnym lustrem, siedem lat temu. To było w podobnej sali, która później okazała się być Pokojem Życzeń. Ale zwierciadło wyglądało inaczej, było większe i coś pokazywało, nie tak jak to.

-Nazywa się Zwierciadle Sazcmafoc, a przynajmniej tak jest napisane – wyjaśniła po chwili Hermiona, nie ruszając się z miejsca – o tam, u góry.

Rzeczywiście. Ponad taflą lustra widniał przepiękny napis, przypominający mu nieco Zwierciadło Ain Eingarp. Na najbliższym pierścieniu, dokładnie na wysokości oczu Harry'ego znajdował się znacznie obszerniejszy tekst.

-BRAKSYNWAD IMĆRÓW IŹDJANZ ENOCARTS OCNALPUSOL ĆÓRWNAR Z ĄDŻAK ZCELU BRAKSYNWAD IMĆÓRW I GIEBUSAZC ĆÓRWDO RADYCOM ŻAKOP – przeczytał o mało nie łamiąc sobie na tym języka. Wyrazy nie były nawet słowami, a ich budowa prawie uniemożliwiała wygłoszenie hasła.

-Jak sądzisz? Co to znaczy? – spytał chłopak, oglądając lustro ze wszystkich stron. Hermiona wzruszyła ramionami.

-To zaklęcie uruchamiające oczywiście – odparła ze swego miejsca na podłodze. Harry'emu jej pozycja przypominała ważenie Eliksiru Wielosokowego w łazience Jęczącej Marty, dawno, dawno temu.

-Przypomina mi zwierciadło Ain Eingarp – mruknął chłopak muskając opuszkami palców pustą taflę tajemniczego lustra. Było w nim coś magicznego, coś czego nie potrafił do końca uchwycić.

-Zastanawiałeś się kiedyś – zaczęła niepewnie Hermiona, wstając i dołączając do niego. – Co dokładnie znaczyła nazwa tamtego zwierciadła?

Harry potrząsnął głową. Nad niczym się wtedy nie zastanawiał, zbyt szczęśliwy, że mógł wreszcie zobaczyć swoją rodzinę. Czy gdyby teraz mógł spojrzeć w zwierciadło, oprócz Potterów zobaczyłby też Bryony i Remusa? Syriusza?

-Ain Eingarp – mruknęła najinteligentniejsza czarownica stulecia. – Czytane od tyłu: Pragnienia. I napis na lustrze: „AIN EINGARP ACRESO GEWTELA AZ RAWTĄWT EIN MAJ IBDO". „ODBIJAM NIE TWĄ TWARZ ALE TWEGO SERCA PRAGNIENIA".

-Sądzisz, że…- Harry spojrzał na Hermionę z bezbrzeżnym uwielbieniem – Jeśli przeczytamy napis na tym zwierciadle od tyłu…

-Wyjdzie nam zaklęcie. – przytaknęła Hermiona. Potem żadne z nich nie potrafiło wyjaśnić czemu nie skończyła na tym zdaniu, czemu otworzyła usta i wyrecytowała dotykając tafli:

-POKAŻ MOCY DAR, ODWRÓĆ CZASU BIEG I WRÓC MI DAWNY SKARB. ULECZ KAŻDĄ Z RAN, ODMIEŃ LOSU PLAN. CO STRACONE ZNAJDŹ. I WRÓĆ MI DAWNY SKARB.

Żadne z nich nie spodziewało się tego co się potem stało. Delikatne drżenie przebiegło przez lustro, marszcząc powierzchnię niczym wodę w jeziorze. A gdy tafla się uspokoiła Harry ujrzał w niej przestraszoną twarz Bryony Evans. Biegła gdzieś, co chwila odwracała się by zerknąć przez ramię na ścigających ją napastników. Ze zduszonym okrzykiem Harry rzucił się do przodu, lecz na szczęście Hermiona złapała go drugą ręką bo oto pierścienie dookoła lustra zaczęły wirować, z początku powoli, potem szybciej i szybciej, by wkrótce utworzyć kulę migoczących złotem obręczy. Pomiędzy nimi co chwila migały smutne oczy dziewczyny sprzed dwudziestu lat.

Nagle, tak samo szybko jak się zaczął, ruch ustał. Pierścienie ustawiły się na swoich miejscach, choć nie przestały świecić. Twarz Bryony patrzyła na dwoje nastolatków ze swego miejsca na lustrzanej tafli, która rosła i rosła aż przybrała rozmiar dorosłego człowieka. A Harry i Hermiona, w tej samej chwili poczuli dziwne szarpnięcie w żołądku, niezwykle podobne do uczucia towarzyszącego podróży Świstoklikiem. Zdążyli tylko złapać się za ręce nim pradawna magia drzemiąca w Zwierciadle Sazcmafoc przyciągnęła ich do siebie i wchłonęła poprzez wrota powstałe z niewielkiego, okrągłego lustra.

W pustej sali zapadła cisza. Sterta gruzu pod ścianą smętnie zaznaczała miejsce gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Hermiona Granger, a porzucone przy drzwiach książki były jedynym dowodem, że ktokolwiek w ogóle tu wchodził. Gdy w kilka godzin później zajrzał tam Neville Longbottom nie znalazł nic, ani magicznego lustra, ani swoich przyjaciół. Ale to już inna historia.