N/A.: Moi drodzy udało się, dotrwaliśmy. Oto ostatnia odsłona Zwierciadła Czasu, epilog. Podczas jego publikacji 70 osób dodało je do ulubionych, a 83 do obserwowanych. Opowiadanie (oprócz epilogu) zyskało 216 komentarzy, wyświetlono je 68,422 razy. Za to wszystko serdecznie Wam dziękuję. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszych czytelników. Będę za Wami bardzo tęsknić i obiecuję, że napiszę te ONE-SHOTy, które Wam obiecałam. Może nie teraz, już, ale w końcu je wstawię.

A teraz, bez dalszego ociągania, zapraszam na epilog.

Finflon: Wow, to chyba najdłuższy komentarz jaki kiedykolwiek dostałam! Bardzo się cieszę, że miałeś tyle uwag dotyczących opowiadania i jeszcze raz przepraszam za tę karygodną obsuwę. Obiecuję, że postaram się już nigdy nie zrobić czegoś takiego czytelnikom. Mam nadzieję, że plusy jednak przeważyły minusy i suma summarum czytanie Zwierciadła było miłym przeżyciem.

Nika: Bardzo się cieszę, że Ci się podobało i ma nadzieję, że epilog też przypadnie Ci do gustu. Dzięki za miłe słowa.
Rome
: Bratu przekazałam, dziękuje bardzo za miłe słowa. Końcówka nie mogła wyglądać inaczej, w końcu to fanfik. O ONE-SHOTach pomyślę jak skończę całość, okay? Z Potterem się nie rozstaję, co to to nie. Tylko robię sobie przerwę z publikowaniem. Na fandomie będę na pewno i na pewno dalej będę tworzyć. Ale na razie nie wyjdzie to poza mojego kompa i tyle. Co do podróży w czasie to ubóstwiam One Hundred and Sixty Nine napisane przez Mrs J's Soup. To po angielsku, a ja jakiś czas temu zaczęłam to tłumaczyć, tylko także zaniedbałam. Ale bardzo polecam, świetny angielski tekst.


Epilog

Jay

Jay zawsze chciał mieć rodzeństwo. Takie całkiem własne, a nie pożyczone, bo pożyczone już miał w osobie swojej kuzynki Jemmy. Jemma była córką cioci Lily i wujka Jamesa. Pojawiła się pewnego dnia, gdy Jay miał trzy latka, całkiem wyrośnięta i ciocia nie musiała nawet nosić jej w brzuchu. Jay spytał się taty jak to możliwe, a tata powiedział, że Jemma urodziła się w sercu cioci, a nie w jej brzuchu. Wytłumaczenie to bardzo się Jayowi podobało. W sumie wolałby, żeby jego braciszek też urodził się w sercu mamusi, bo tak byłoby szybciej. A tak musiał czekać całe pół roku!

Ale nareszcie czekanie dobiegało końca i jeszcze tego samego dnia miał poznać swojego braciszka lub siostrzyczkę. Szczerze powiedziawszy wolałby braciszka, jego przyjaciel Ron miał siostrzyczkę i nie było z niej żadnego pożytku. Z Jemmą było trochę lepiej. Nie płakała tak często jak Ginny (nawet wtedy kiedy podczas zabawy obtarła sobie oba kolana i leciała jej krew, a do tego miała niezwykły talent do pakowania się w kłopoty, z których wyciągał ją urok osobisty i ogromne, niewinne oczy. Była w wieku starszych braci Rona, Freda i George'a i Jay kiedyś podsłuchał jak ciocia Jane mówi cioci Lily, że dzień w którym ta trójka razem pójdzie do Hogwartu będzie straszny. Nie rozumiał dlaczego. Znając Jemmę i bliźniaków spodziewałby się raczej świetnej zabawy.

Do tego została jednak cała masa czasu, a narodziny jego braciszka i siostrzyczki były nieporównanie bliższe. Wszystko zaczęło się tuż przed obiadem. Tata był w kuchni, a Jay bawił się w salonie, podczas gdy mama siedziała sobie na fotelu i odpoczywała, bo od rana dziwnie się czuła.

Nagle, zupełnie niespodziewanie mama krzyknęła i zawołała tatę, a potem wszystko wydarzyło się tak szybko, że aż ciężko było to opisać. Tata użył sieci Fiuu żeby zawiadomić ciocię Lily, która zaraz przeszła do nich przez kominek i wszyscy razem przeskoczyli do Szpitala Świętego Munga. Mamą zaraz zajęli się lekarze, a tata pobiegł za nią. Jemu, Jayowi nie pozwolono pójść z nimi, chociaż bardzo chciał. Ciocia Lily powiedziała, że to nie miejsce dla niego, na co Jay śmiertelnie się obraził. Nie był już dzieckiem. Miał całe pięć lat i cztery miesiące!

Nie był jednak obrażony długo, szczególnie, że zaraz w szpitalu pojawili się inni, jego wujkowie i ciocie, Jemma no i oczywiście Babcia Dorea i Dziadek Charlus (nie byli jego prawdziwymi dziadkami, ale bardzo go kochali, co często mu powtarzali). Wszyscy zajęli miejsca w poczekalni obok Jaya i cioci Lily. I tak siedzieli do teraz, mimo mijających godzin. Ciocia Lily i wujek Harry po dwóch stronach Jaya, z wujkiem jego żona, ciocia Jane, obok cioci Lily wujek James z Jemmą, dalej wujek Syriusz z ciocią Marleną, która po pewnym czasie położyła się na krzesełkach z głową na kolanach męża. Jej brzuch był prawie tak samo duży jak mamusi, ale jej dzidziusie nie miały się urodzić przez następne trzy miesiące. Wujek Syriusz wydawał się przerażony nieuchronnością tego dnia.

Syriusz był ulubionym wujkiem Juniora. Mama mawiała, że to dlatego, że byli na podobnym poziomie. Jay nie do końca rozumiał o co jej chodziło. Wujek Syriusz był od niego znacznie wyższy, musiał kucać, żeby znaleźć się na tym samym poziomie co chłopiec. Nie miał z tym jednak problemu i często bawili się razem. To Syriusz zaczął uczyć go latać na miotle, nie mówiąc już o tym, że potrafił robić najlepszą rzecz na świecie czyli zamieniać się w ogromnego czarnego psa! Największym marzeniem Jaya było też się tego kiedyś nauczyć. Na razie wystarczyłby mu własny pies, ale mama mówiła, że ma już dość czworonogów w życiu i jeszcze jeden jej nie potrzebny.

-Jak tam, smyku? – wujek Harry objął go ramieniem. - Trzymasz się?

Wujek Harry też był super, chociaż w nic się nie zmieniał. To po nim Junior dostał imię i dlatego wszyscy mówili do niego Junior albo Jay. Żeby nie pomylić jednego Harry'ego z drugim. Wujek miał niesamowitą bliznę na czole, o której nic nie chciał opowiedzieć. Razem z innymi wujkami pracował w biurze Aurorów, co było ekstra, ale też strasznie niebezpieczne, o czym mama stale im wszystkim przypominała. Jego żona, ciocia Jane pracowała w Ministerstwie i robiła tam coś bardzo ważnego co miało do czynienia ze skrzatami, centaurami i wilkołakami. Więcej Jay nie rozumiał, ale ona uwielbiała swoją pracę. Wujek też świetnie latał, całkiem jak James i Syriusz. I uwielbiał Quiddicha. Kiedy był w powietrzu poruszał się tak szybko, że aż ciężko było nadążyć za nim wzrokiem.

-Nudzi mi się. – wyznał Junior, przenosząc wzrok z zamkniętych drzwi na wujka Harry'ego. – Kiedy mamusia wyjdzie?

-Nie wiem. – wujek westchnął. - Przy odrobinie szczęście niedługo.

-Jesteś zmęczony? – spytała ciocia Lily, odgarniając Juniorowi włosy z czoła.

-Nie. – chłopczyk przetarł oczy, które zaczynały go już szczypać, ale których nie chciał zamknąć, bo pewnie, by usnął. Siedzieli w poczekalni całe wieki! Wiedział jednak, że jeśli się przyzna do zmęczenia ciocia zabierze go do domu tak jak wujek zabrał Jemmę jakiś czas wcześniej. A tego bardzo nie chciał. Zamierzał jeszcze dzisiaj zobaczyć swojego braciszka lub siostrzyczkę i już!

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich miła pani, którą Junior widział już wielokrotnie jak wchodziła i wychodziła. Wujek Harry powiedział mu, że to uzdrowicielka i że zajmuje się jego mamą. Poprzednio się jednak nie patrzyła na niego ani się nie uśmiechała. Teraz robiła obie te rzeczy, a to oznaczało, że coś się zmieniło.

Chłopczyk poczuł jak zarówno ciocia Lily jak i wujek Harry prostują się na swoich krzesełkach. Uzdrowicielka podeszła do nich i pochyliła się nad Juniorem. Miała bardzo miły uśmiech, taki szeroki i szczery, jasne włosy i pyzate policzki, całkiem jak on,

-Słyszałam, że jest tu bardzo ważna osoba, która powinna być teraz w środku. – powiedziała wesoło, wyciągając do niego rękę. - Pójdziesz ze mną do rodziców?

Junior nie wiedział co powiedzieć i jak zareagować, ale wujek Harry delikatnie pomógł mu zejść z krzesła i przekazał w ręce uzdrowicielki. Chłopczyk przyjął jej wyciągniętą dłoń i instynktownie mocno ją chwycił.

-Cieszysz się, że będziesz miał rodzeństwo? – spytała, prowadząc go do pokoju, w którego drzwiach jego rodzice zniknęli cały szmat czasu wcześniej. Harry przytaknął słabo. Jakoś nie miał śmiałości rozmawiać z tą obca panią i bardzo chciał już zobaczyć swoich rodziców.

Na szczęście nie musiał na to długo czekać. Mama leżała na wysokim, dziwnym łóżku, pośród białej pościeli. Mokre włosy przyklejały jej się do głowy jak wtedy kiedy zmoczył ją deszcz gdy bawili się razem na dworze, a twarz miała czerwoną, całkiem jak on zeszłego lata, po zbyt długim pobycie na słońcu. Ale uśmiechała się radośnie, choć ze zmęczeniem. Obok niej, na krzesełku siedział tata, a rękawy koszuli miał podwinięte aż po łokcie.

Uzdrowicielka puściła rączkę chłopca i wycofała się cichutko, zostawiając ich samych, ale Jay nawet tego nie zauważył. Za bardzo był skupiony na błękitnym zawiniątku, które mama trzymała na rękach.

-Cześć maluszku. - powiedziała cicho mama. - Chcesz zobaczyć swojego braciszka?

Jay natychmiast przytaknął i pamiętając o ostrzeżeniach cioci Lily podszedł do niej spokojnie, choć miał wielką ochotę pobiec. Tata natychmiast wyciągnął do niego ręce i wziął go na kolana. W ten sposób Jay mógł spokojnie spojrzeć na zawartość zawiniątka. Z miękkiej tkaniny wyłaniała się maleńka twarzyczka, cała czerwona i pomarszczona. Dziecko miało maleńki nosek, maleńkie usteczka i równie małe, zamknięte oczy. Zamiast włosów na czubku głowy miało ciemny, rudawy meszek.

-Jest taki... mały. - zauważył z odrazą Jay. Co miał robić z taki bratem? Przecież on nie umiał nawet siadać, a co dopiero latać na miotle! Tego, że jego brat był oprócz tego także dość brzydki nie dodał. Wiedział już, że to byłoby niegrzeczne, a nie chciał zasmucić mamy. Wyglądała na taką zmęczoną…

-Bo to niemowlę. - zaśmiała się mama. - Ale nie martw się, szybko urośnie.

-Zanim się obejrzysz będzie biegał za tobą po domu. - dodał tata, targając Jayowi włosy. On również wydawał się zmęczony, ale uśmiechał się tak samo szeroko jak mama, jeśli nie szerzej.

-Ale na razie będziesz musiał się nim opiekować. – odezwała się mama, a Jay natychmiast przeniósł na nią spojrzenie. Teraz była poważna, całkiem jak wtedy kiedy rozmawiała z ciocią Jane o pracy. - Obiecasz mi to?

Obiecał oczywiście, choć nie do końca rozumiał o co jej chodziło. Pewnie, że będzie się opiekował swoim bratem. W końcu od tego było rodzeństwo. Od tego no i od pakowania się razem w kłopoty, ale Jay nie podejrzewał, żeby jego brat był do tego zdolny. Jak dotąd nie zrobił kompletnie nic.

Rozległo się pukanie i do pokoju wsunął się wujek Harry, cicho zamykając za sobą drzwi.

-Wysłano mnie żebym sprawdził grunt. – powiedział, powoli podchodząc do łóżka. – Wszyscy strasznie chcą wiedzieć jak się macie.

Tata roześmiał się i uścisnął rękę nowoprzybyłego.

-To chłopiec. – wyjawiła mama, przytulając wujka jednym ramieniem, bo w drugim dalej trzymała niemowlę. Wujek uśmiechnął się tak szeroko jak jeszcze nigdy.

-Gratuluję! Jak go nazwaliście? - spytał. Mama i tata spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się do siebie jakoś tak tajemniczo.

-Teddy. - powiedziała w końcu mama, patrząc na wujka.

-Teddy Remus Lupin. - poprawił tata. – I tak sobie pomyśleliśmy, że jest tylko jedna osoba, którą moglibyśmy poprosić o zostanie jego ojcem chrzestnym i jesteś to ty.

-Na matkę chcemy poprosić Lily. – dodała mama.

-To…wielki zaszczyt. – wymamrotał niepewnie wujek Harry. Wyglądał jakby zbierało mu się na płacz, ale Jay nie miał pojęcia dlaczego. Przecież jeszcze przed chwilą był zadowolony. - Naprawdę. Dziękuję wam. Zrobię wszystko co w mojej mocy…

-Wiemy. – roześmiała się mama, znów ściskając jego dłoń. – Oczywiście wiemy.

A potem do pokoju weszli pozostali i zrobiło się gwarno i wesoło. Wszyscy mówili, wszyscy podziwiali małego Teddy'ego i pytali Jaya czy się cieszy, że został starszym bratem. Ciocia Lily i ciocia Marlena płakały, a ciocia Jane wyglądała jakby zaraz miała zacząć płakać. Babcia Dorea robiła zdjęcia, a wujkowie po kolei walili tatę w plecy i gratulowali. A Junior… Junior przyglądał się swojemu nowemu bratu. Coś mu nie pasowało.

-Mamo? – zapytał w końcu niepewnie, ciągnąć ją za rękaw, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. -Dlaczego jego włosy są takie dziwne?

-Nie są dziwne. – powiedziała mama, która miała półprzymknięte oczy i wyglądała jakby zaraz miała zasnąć.. Jay znów pociągnął za rękaw jej koszuli i tym razem spojrzała. I zamarła. – Remus? Widzisz to?

Tata natychmiast przerwał rozmowę i znalazł się u jej boku. Też spojrzał na włosy Teddy'ego i także zamarł. Za chwilę wszyscy stali już dookoła łóżka i podziwiali fioletowe włosy niemowlęcia.

-Metamorfomag. – westchnął wujek Harry, wyciągając rękę, by drżącą ręką dotknąć główki Teddy'ego. Wzruszenie prawie odebrało mu głos. – Niesamowite.

-Ale pasuje. – szepnęła ciocia Jane, przytulając się do wujka i obejmując go. Znów miała na twarzy tajemniczą minę, której nikt Jayowi nie chciał wytłumaczyć. Wszyscy mówili, że powiedzą mu jak dorośnie, ale jemu tak bardzo nie chciało się czekać.

Mama ziewnęła.

-Damy wam odpocząć. – powiedział wujek Syriusz, klepiąc tatę po plecach i delikatnie przytulając mamę. – Wyśpij się póki możesz, siostrzyczko. Coś mi mówi, że ten młody huncwot da ci do wiwatu jak wrócicie do domu.

-My też się zbieramy. – nieoczekiwanie tata pochylił się, żeby pocałować mamę, a potem wstał, podnosząc ze sobą Juniora, który chciał zaprotestować, ale nie dał rady przez szerokie ziewnięcie, nad którym nie potrafił zapanować. – Ten pan też już powinien iść spać.

-Lećcie. – przytaknęła mama. Jay wyciągnął do niej ręce w niemej prośbie, by pozwoliła mu ze sobą zostać, ale ona tylko go przytuliła i pocałowała w czoło, mówiąc mu jednocześnie dobranoc. Miał wielką ochotę się kłócić, ale mama była taka zmęczona, że zrezygnował i bez protestów dał się wynieść ze szpitalnego pokoju. Ponad ramieniem taty zobaczył jeszcze jak mama żegna się po kolei z ciociami i wujkami.

Później musiał przysnąć, bo nie pamiętał ani drogi do atrium ani podróży siecią Fiuu do domu, ani nawet tego jak tata rozbierał go i kładł do łóżka. Obudził się dopiero następnego ranka i to dość późno. Chciał natychmiast pójść odwiedzić mamę i braciszka, ale tata się nie zgodził. Powiedział, że mama i dzidziuś muszą odpocząć, ale obiecał, że pójdą ich odwiedzić później. Jaya jakoś to nie przekonywało, ale chcąc nie chcąc musiał się z tym zgodzić. Tata przybrał taką minę, jak zawsze wtedy kiedy nie znosił sprzeciwu.

Mama wróciła do domu dwa dni później, razem z jego nowym braciszkiem, który niestety nie zmienił się wiele od dnia swoich narodzin. Junior zaczynał trochę wątpić w słowa taty, maluch wcale nie rósł szybciej niż się spodziewał. Razem z mamą przyjechała cała rodzina i odbyło się małe przyjęcie. Wyglądało jak każde zgromadzenie u nich w domu, tyle tylko, że mama siedziała w fotelu, a wszystkim zajmowały się ciocie i tata.

Dopiero kiedy mama zaczęła ziewać (próbowała to ukryć, ale i tak wszyscy zauważyli) goście stwierdzili, że czas już iść. Lupinowie zostali sami. Juniora oczywiście wysłano do łóżka, ale chociaż tata przyszedł powiedzieć mu dobranoc, otulił go kołderką i podał ulubionego misia, to chłopiec z jakiegoś powodu nie mógł zasnąć. Po pewnym czasie poddał się i boso ruszył do pokoju rodziców, z którego dobiegały dźwięki cichej rozmowy. Za nim po ziemi ciągnęły się nóżki misia, którego trzymał za łapkę.

Mama leżała w łóżku z Teddym na rękach, a tata siedział obok niej, obejmując ją i podtrzymując kocyk z daleka od twarzy niemowlaka. Na dźwięk kroków Juniora oboje podnieśli wzrok.

-Nie możesz spać, co? – mama zawsze wiedziała co było nie tak. Jay z wdzięcznością przytaknął. Tata westchnął, ale uśmiechnął się.

-No to chodź tu, smyku. – powiedział, odsuwając się trochę od mamy, żeby zrobić miejsce dla chłopczyka. Jayowi nie trzeba było dwa raz powtarzać. Radośnie wdrapał się na łóżko i wcisnął pomiędzy rodziców, pozwalając, by tata przykrył go kołdrą. Od razu zrobiło mu się przyjemnie ciepło i owionął go miły zapach obojga.

-Lepiej? – spytała mama, wolną ręką głaszcząc go po włosach. Przytaknął sennie, a ona zachichotała – To śpij już, kochanie. Czas najwyższy.

Chciało mu się spać, ale zanim pozwolił sobie odpłynąć Harry Junior spojrzał na swojego młodszego braciszka i uśmiechnął się. Teddy nie spał jeszcze i też na niego patrzył ogromnymi, jasnymi oczami. Teraz włosy miał błękitnawe, jak bezchmurne niebo. Junior jeszcze go nie znał, ale był całkowicie pewien, że będą mieli razem świetne przygody. Jak już podrosną, oczywiście. Nawet gdyby to miało zająć całe lata. Mógł poczekać.

-Kocham cię. - szepnął tata, delikatnie całując mamę we włosy. Mama spojrzała na niego i uśmiechnęła się czule.

-Ja ciebie bardziej. – mruknęła tak cicho, że prawie niedosłyszalnie, muskając opuszkami palców jego policzek. – Ciebie i nasze dwa skarby.

Jej dłoń opadła na głowę Jaya i zaczęła delikatnie głaskać jego jasne włosy. Chłopczyk zamknął oczy i odetchnął głęboko. Nareszcie wszystko było tak, jak być powinno.