Od tłumacza: Moja przygoda na tej stronie zaczęła się parę lat temu. Czytałam jeszcze wtedy tylko po polsku i natknęłam się na przepiękne opowiadanie pt. "By wzlecieć ponownie". Bardzo mi się podobało i ostatnio postanowiłam przeczytać je ponownie. I mnie olśniło. Czemu ja też nie miałabym czegoś przetłumaczyć? Szczególnie, że jest tyle opowiadań po angielsku, które uwielbiam?

Stanęło na One Hundred and Sixty Nine, cudownym opowiadaniu napisanym przez Mrs J's Soup, której zgodę oczywiście uzyskałam. Po prawdzie ten rok szkolny będzie dla mnie bardzo trudny z powodu nadciągającej matury, a i moje własne opowiadania domagają się uwagi, postanowiłam wstawić pierwszy rozdział tłumaczenia, tak na próbę. Co mi wyszło, zobaczycie sami.

Oczywiście nic nie jest moją własnością (oprócz tłumaczenia). Postaci należą do pani Rowling, historia do Mrs J's Soup. Im należy się podziw.

Zapraszam do zabawy.

Edycja (11 lipca 2017): Trzy lata po pierwszej próbie tłumaczenia tego opowiadania, postanowiłam do niego powrócić i szybko zdałam sobie sprawę, jak niewiele potrafiłam poprzednim razem. Teraz jednak, po trzech latach na anglistyce potrafię mam nadzieję nieco więcej. Mam też więcej samozaparcia i 40 rozdziałów już przetłumaczonych, więc jest duża szansa, że tym razem skończę ten projekt.

Ten rozdział niewiele różni się od poprzedniej wersji, głównie to zrobiłam mu gruntowną korektę, więc jeśli już czytaliście to niczym was nie zaskoczy. Jeśli jednak dopiero zaczynacie to zapraszam do lektury i mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jestem oczywiście otwarta na krytykę, która pomoże mi udoskonalić mój warsztat tłumacza.


20 lutego 2001

Hermiona Granger była w trakcie pakowania. Właściwie to trwało to już od tygodni. Zerknąwszy na trzymany w ręku pergamin, podniosła z biurka mały, złoty puchar, skinęła głową i włożyła go do swojej torby. Potem, chwytając pióro z kałamarza odznaczyła odpowiedni punkt na liście.

Jej zwykle nieskazitelne biuro nie przypominało samego siebie. Wieże książek na biurku, sterty pudeł i prywatnych rzeczy na podłodze w kącie sprawiały, że pokój wyglądał bardziej jak gabinet Rona niż jej własny. Znów spojrzała na listę.

- Pamiętnik – mruknęła stukając pierzastym końcem pióra w pergamin i jednocześnie przeczesując wzrokiem chwiejącą się wieżę książek, która zasłaniała większość biurka. Odnalazła małą, czarno oprawioną książeczkę i wrzuciła ją do torby, a potem ponownie zaznaczyła coś na liście.

Usłyszała trzaśnięcie drzwi na dole. Mamrocząc pod nosem „Cholera", wyciągnęła różdżkę z kieszeni dżinsów i machnęła nią. Drzwi kredensu na przeciwległej ścianie rozwarły się raptownie, a zawiasy jej starego kufra z czasów szkolnych skrzypnęły, gdy pokrywa się otwierała.

- Wróciłem! – zawołał głos Rona.

Kolejne machnięcie różdżką i wszystkie jej książki, pudła, notatki i inne rozmaitości poleciały w stronę szafy, układając się w kufrze.

Ściągnęła elastyczną gumkę z włosów, potrząsając głową, by uwolnić loki. Miała mieć dzień wolny i związane włosy byłyby aż nazbyt oczywistą wskazówką dla Rona, że pracowała. Nie chciała wzbudzać podejrzeń. Jej kufer zamknął się z hukiem, gabinet był znów przyjemnie czysty. Zatrzasnęła za sobą drzwi i ruszyła schodami w dół.

- Postanowiłem zamknąć dziś wcześniej z powodu pogody. Pokątna była wyludniona. – Ron ściszył głos, gdy ukazała się u góry schodów. – Nie to, żebym ich winił, jest straszliwie zimno.

- Tak – powiedziała Hermiona. Ron wydawał się naprawdę radosny. Prawie już zapomniała, że potrafił taki być. – Całe popołudnie patrzyłam jak dzieciaki z sąsiedztwa ganiają się w śniegu. – dodała tak samo optymistycznym tonem.

Gdy Ron ściągał zaśnieżone buty i odwieszał płaszcz, Hermiona pocałowała go w policzek i ruszyła do kuchni wołając przez ramię:

- Jesteś głodny? - jedzenie miało z pewnością pomóc utrzymać go w tym niezwykłym, wesołym nastroju. Może mogliby naprawdę porozmawiać? Podążył za nią do jasno urządzonego pomieszczenia i usiadł przy niewielkim stole.

- Pewnie, dzięki – odparł, a na jego twarz powrócił znajomy wyraz strapienia. „A może jednak nie."

Kiedy tylko miał przed sobą kanapkę z bekonem spytała:

- Byłeś dzisiaj u mamy?

Może pani Weasley czuła się odrobinę lepiej i to na chwilę poprawiło Ronowi humor.

- Nie – powiedział Ron – Pójdę tam dziś wieczorem. - podniósł kanapkę i ugryzł ją spuściwszy wzrok. – Co dziś robiłaś? – spytał mechanicznie.

Wyglądało to tak jakby zmuszał się do uprzejmości. W duchu Hermiona westchnęła z rezygnacją. Naprawdę powinna przestać się łudzić.

- Ginny wpadła dziś rano, dalej nie idzie jej najlepiej. Harry ma poważne kłopoty w Ministerstwie. – powiedziała.

- Wiem, jadłem z nim wczoraj lunch. Ma ciężko.

Hermiona patrzyła smutno jak Ron przeżuwa kanapkę. Chłopak, w którym się zakochała już nie było. Czasami widziała go gdzieś tam głęboko, ale zawsze tylko na moment. Krótka iskra znikająca tak szybko jak się pojawiała. Ich życie było ułudą. Oboje o tym wiedzieli, ale żadne nie chciało tego przyznać.

Przez trzy lata od wojny stres związany z odbudową popchnął ich w przeciwne strony. Ron zajął się Magicznymi Dowcipami Weasleyów, sklepem z zaopatrzeniem do żartów, który otworzyli jego bracia, Fred i George. Po śmierci Freda w ostatniej bitwie George naprawdę nie był w stanie poradzić sobie z tym miejscem i wspomnieniami po zmarłym. Nikogo to oczywiście nie zdziwiło.

Ron świetnie radził sobie z odpowiedzialnością jaką było prowadzenie sklepu. Obszerne notatki bliźniaków trzymano w mieszkaniu nad sklepem i chłopak powoli przedzierał się przez nie, dodając nowe produkty do oferty firmy. Chciał by sklep działał tak sprawnie jak przed stratą Freda, gotowy na dzień powrotu George'a.

Ale w miarę jak mijał czas dzień ten coraz bardziej się oddalał. Jeśli już George pojawiał się w sklepie, wytrzymywał ledwo godzinę zanim coś wytrącało go z równowagi i albo załamywał się kompletnie, albo zaczynał krzyczeć na Rona, że niczego nie robi jak Fred. Następnie wypadał ze sklepu w poszukiwaniu alkoholu. W rzeczywistości George spędzał większość swego czasu zapijając problemy w najbliższym barze, co bardzo martwiło Rona. Wiedział, że jego brat ma pełne prawo do żałoby, ale w jego mniemaniu w przypadku George'a żałoba zamieniła się w egoizm.

Pani Weasley była w podobnym stanie i chociaż wstawała z łóżka bez kieliszka Ognistej Whisky, równie dobrze mogłaby go wypijać. Funkcjonowała, ale nic, poza tym. Jej dni wypełniało gotowanie, sprzątanie i sen, nic, poza tym. Zaczęło się od straty Freda, ale w miarę jak George coraz bardziej się staczał, tylko jej się pogorszało. Tylko wnuki dawały jej trochę przelotnego szczęścia, kiedy Bill i Percy przychodzili w odwiedziny.

Na dodatek Ginny, która wyszła za Harry'ego poprzedniego lata, borykała się z trudami życia małżeńskiego. Żadna para, która pobrała się tak młodo nie miała łatwo, ale Ginny więcej czasu spędzała u rodziców niż u siebie, gdyż jej męża nigdy nie było w domu.

Póki Harry trenował, by zostać Aurorem, Ginny potrafiła jakoś poradzić sobie i z ograniczoną ilością wolnego czasu jaki razem spędzali i z tym jak odsuwał ją od siebie. Przebrnęła przez te lata, mając nadzieję, że kiedy tylko Harry skończy szkolenie i będzie mógł codziennie pomagać ludziom pozbędzie się pragnienia, by wynagrodzić wszystkie swoje domniemane błędy z minionej wojny.

Myliła się. Harry stale siedział w Ministerstwie, a gdy wracał do domu, spisywał listy swoich złych decyzji i ich konsekwencji. Jego wściekłość na samego siebie również dokładała pani Weasley zmartwień. Kiedy Ginny zmuszała go do kontaktów z teściami, Harry ledwo mógł spojrzeć im w oczy. Musieli się czuć jakby tracili kolejnego syna.

Harry szczerze rozmawiał tylko z Ronem. Ich przyjaźń nie była aż tak silna jak w Hogwarcie, ale z jakiegoś powodu Potter uważał, że Ron nie wini go za te wszystkie „błędy". Czemu nie mógł przyjąć do wiadomości, że nikt inny też tego nie robi, pozostawało tajemnicą.

No i oczywiście do kompletu dochodziła sława związana z pokonaniem najpotężniejszego mrocznego czarodzieja wszechczasów. W głębi serca wierzył, że zawiódł, że pobicie Riddle'a pochłonęło zbyt wiele żyć, ale był zmuszony uśmiechać się i szczycić się swymi osiągnięciami przed czarodziejską społecznością, przez cały ten czas myśląc o tych, którzy zginęli, ponieważ nie działał dość szybko.

Przez ostatnie lata Ron znalazł się w trudnej sytuacji. Mediator, motywator, jedyny który miał wystarczająco dużo czasu by zajmować się wszystkimi tymi problemami. Jego ojciec był szefem Departamentu do Spraw Mugoli, co pochłaniało mnóstwo czasu biorąc pod uwagę co mugole widzieli podczas wojny. Bill i Percy, starsi bracia Rona mieli małe dzieci i pełnoetatowe posady, a Charlie mieszkał zbyt daleko by stanowić jakikolwiek pożytek. Ron, uprzednio najmniej emocjonalny piętnastolatek jakiego Hermiona kiedykolwiek spotkała, był teraz jedynym spoiwem trzymającym całą ogromną rodzinę Weasleyów razem i ten wysiłek wyssał z niego wszelką radość życia.

Natomiast Hermiona rzuciła się w wir pracy w Ministerstwie. Dla słynnej Hermiony Granger wszystkie drzwi były otwarte, ale ona marzyła tylko o jednym. Praca w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami.

Pojawiło się całe pokolenie wilkołaków, ugryzionych przez Fenrira Greybacka podczas wojny. Dzieci, które potrzebowały ochrony i edukacji by nie pójść w ślady swego stwórcy. W tym momencie w Hogwarcie uczyło się sześć wilkołaków, wszystkie oczywiście pijące Wywar Tojadowy. Hermiona prawie własnoręcznie przepchnęła prawo, które pozwalało im uczęszczać do szkoły, choć bliska przyjaźń z Ministrem Magii z pewnością pomogła. Dobrze było znać Shacklebolta, Naprawdę lubiła swoją pracę i była szczęśliwa z możliwości polepszenia poziomy życia tych dzieci. Wolałaby tylko, by w ogóle jej pomocy nie potrzebowały.

Związek Rona i Hermiony cierpiał przez ich różne sposoby radzenia sobie z tym wszystkim. Czasy były ciężkie, ale w dłuższej perspektywie to nie miało znaczenia. Hermiona wiedziała, że gdy już przez to przebrną, Ron wróci do siebie i będzie tak jak kiedyś. Zamierzała trwać przy jego boku. Dopóki nie miała szans na nic więcej cieszyła się z ich przyjaźni. A przynajmniej tak sądziła na początku. W miarę jak mijały lata i poprawa nie nadchodziła, zaczęła się zastanawiać czy kiedykolwiek go odzyska.

Prawie straciła nadzieję na powrót Rona-chłopaka, ale gdy i przyjaciel zaczął się od niej oddalać podwoiła ilość czasu spędzanego na badaniach. To co wydawało jej się szalonym pomysłem, gdy wpadła na niego po raz pierwszy trzy lata temu, teraz stało się rzeczywistością. Z nikim nie podzieliła się swoimi planami. Wszyscy jej przyjaciele byli tak pochłonięci własnymi problemami, że nie sądziła by jej wysłuchali. Miała zamiar zdusić problem w zarodku i to już niedługo.


14 maja 2001

Od tamtego śnieżnego popołudnia, gdy Ron wrócił do domu krótkotrwale szczęśliwy minęły cztery miesiące. Cztery miesiące ciągłych badań, robienia list i potajemnego pakowania. Za każdym razem, gdy chowała swoją pracę przed smutnym, nieuważnym wzrokiem Rona Hermiona czuła się winna. Ale tego szczególnego poranka była niesamowicie podekscytowana. Nareszcie wszystko przygotowała. Dziś odchodziła.

Naprawdę nie wiedziała, czy powinna powiedzieć Ronowi czy nie, ale bez względu na to jakim tchórzem ją to czyniło, nie chciała się z nim żegnać. Gdyby wyznała mu prawdę tylko by się martwił, a jaki w tym sens? Cóż, przynajmniej tak sobie powtarzała. Powiedziała mu, że musi odwiedzić pracownię w Stambule w sprawie swoich prywatnych badań (musiała wymyślić takie „badania", które zanudziłyby go na śmierć, by nie zadawał zbyt wielu trudnych pytań, więc Ron myślał, że pracowała nad eliksirami zapobiegającymi klątwie Imperiusa) i że nie będzie jej przez tydzień. Na szczęście uwierzył jej bez mrugnięcia okiem. Życzył jej szczęścia i jak zwykle poszedł do pracy.

Stojąc w korytarzu obok swoich spakowanych bagaży, po raz setny sprawdziła listę.

- No – mruknęła do siebie. – przestań zwlekać.

Transmutowała swój kufer z Hogwartu by wyglądał jak zestaw mugolskich walizek, z beżowej skóry z niebieskim wykończeniem i dużymi, złotymi okuciami, modnymi w latach osiemdziesiątych. Ubrała się w obcisłe tak sprane, że prawie białe dżinsy, które jej mama nosiła w czasach studenckich. Były o wiele wyższe w pasie niż spodnie, które zwykle nosiła, ale nadrabiała to jak ciasno przylegały do jej ciała zbyt dużą bluzką w kolorze brzoskwini i pasem także zabranymi z szafy jej mamy. Zaśmiała się pod nosem spojrzawszy na swoje odbicie w lustrze na końcu korytarza. „Przynajmniej moje włosy będą pasować!"

Przy pomocy Zaklęcia Kameleona odbicie jej i bagażu zniknęły z lustra. Zerknąwszy ostatni raz na mieszkanie, które dzieliła z Ronem od skończenia szkoły, Hermiona wyszła na zewnątrz i zamknęła tylne drzwi stuknięciem różdżki. Potem aportowała się do miejsca w Londynie, na które się zdecydowała, małej uliczki tuż przy Dziurawym Kotle.

Wyciągnęła Zmieniacz Czasu z torebki. Był tak nielegalny, że nawet ona, Hermiona Granger, jedna ze Słynnej Trójki, przyjaciółka Ministra Magii i wielokrotny dobroczyńca magicznego świata, skończyłaby w Azkabanie, gdyby go przy niej znaleziono. Trzy lata badań, wiele testów i prób z różnymi kombinacjami składników. Tyle zajęło jej znalezienie klucza. Okazał się nim piasek.

Piasek zrobiony ze specjalnych minerałów, które gdy ściśnięte razem przy dużym ciśnieniu pozwalały właścicielowi podróżować w czasie. Jej egzemplarz był, jednakże jeszcze bardziej niezwykły. Modyfikacje jakie wprowadziła sprawiły, że jeden obrót odpowiadał jednemu rokowi zamiast godzinie, w obojętnie którą stronę, przyszłość lub przeszłość. Był jednak limit bezpieczeństwa. Ćwierć wieku, tyle najwięcej autostopowicz mógł się cofnąć bez uszczerbku na zdrowiu. Na szczęście, tyle wystarczało.

Sprawdziła teren dookoła. Pusto. Założyła łańcuszek na szyję i mocno ścisnęła swój bagaż, a później zaczęła jedną ręką kręcić w tył małą, brązową klepsydrą. Raz, dwa, trzy…osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia. Wstrzymała oddech.

Pochłonęły ją sporadyczne mignięcia światła i cieni. Kształty koszy na śmieci stojących w zaułku zamazały się. Samo powietrze wydawało się wirować wokół niej, a w uszach jej huczało. Zdawało się, że trwa to wieczność, dłużej niż poprzednim razem, gdy używała tego typu urządzenia. Ogarnęła ją panika. Niewyraźne figury mijały ją pojawiając się i znikając, ledwo mogła oddychać…

I wtedy wszystko się zatrzymało.

Dźwięki płynące z ulicy na końcu zaułka wydawały jej się ciche po barwnym, donośnym ryku. Oparła się o stertę swoich paczek, odrobinę zamroczona po dezorientującym zamgleniu. Samochody przejeżdżające u wylotu uliczki były starymi modelami, które wyglądały jak prosto z salonu. Zmieniły się wystawy sklepowe, które widziała po drugiej stronie… zadziałało. Zrobiła to!


N/A: Tytuł rozdziału zaczerpnięty z niesamowitej i pasującej piosenki autorstwa The Black Keys.