Sissi: DTV w oryginale oznacza Death to Voldemort, co ja przetłumaczyłam na Dość Tyranii Voldemorta, głównie dlatego, że chciałam zachować skrót, a przy czymś takim jak Śmierć Voldemortowi, by się nie udało. Dzień SV brzmi dziwnie, co nie? To hasło, którym Syriusz i James kończyli listy do siebie, taka ich dewiza. Ale też nie jestem w stanie Ci powiedzieć, w którym rozdziale to się zaczęło 😊. Mam nadzieję, że pomogłam.


N/A: Chciałabym podziękować niesamowitej Emily i jej talentowi ulepszania prozy, którym tak wiele zawdzięczam. Głównie zdrowie psychiczne, ale i znacznie lepszą opowieść, niż dałabym radę stworzyć bez niej. Dziękuję Ci!

To powiedziawszy, ostatni rozdział...


14 maja 1982

Hermiona westchnęła i po raz trzeci wykreśliła ostatnie zdanie, a potem rzuciła kartce wściekłe spojrzenie i wróciła się zakreślać nieliczne sformułowania, które należało zatrzymać. Miała poważny problem z doborem odpowiednich słów do ustawy z tego tygodnia. Frustrowało ją to, ale patrząc realistycznie dobiegała dopiero dziesiąta rano. I tak była mocno do przodu. Odłożyła pióro, wyciągnęła ręce nad głowę, by się przeciągnąć i skrzywiła się na dźwięk pyknięcia w prawym barku.

Pochyliła się na oparciu krzesła, by przez otwarte drzwi zajrzeć do gabinetu po drugiej stronie wąskiego korytarza.

- Remusie. - syknęła w ciszy pomieszczenia. - Remusie!

Rozległo się skrzypnięcie odchylanego krzesła i w drzwiach pojawiła się twarz wilkołaka.

- Co? - odszepnął. Hermiona popukała w szybkę swojego zegarka, a potem posłała kubkowi stojącemu na biurku znaczące spojrzenie. - Twoja etyka pracy mnie zdumiewa. Przyszliśmy dopiero godzinę temu.

- Wiem, ale to mnie dobija. - nalegała. - Pójdziemy na spacer?

- Tylko jeśli odwrócisz uwagę babki za ścianą, żeby mnie nie zobaczyła. Doprowadza mnie do szału gadaniem o umgubularnych kociokwikach. A ja nawet nie wiem czym one są. - oznajmił, a oczy miał szeroko otwarte na myśl o szaleństwie koleżanki. - I cały czas zaprasza mnie na randkę. - dodał zmieszany.

Hermiona parsknęła śmiechem. Ona także wolała unikać ich sąsiadki. Lyscanda naciskała, by Hermiona napisała dla niej dwudziestostronicowy ogólnik na temat tych stworzeń, który miałby przekonać Gampa do rozpoczęcia kampanii zwiększającej świadomość społeczną. Jak na razie udawało jej się z tego wymigać, ale to Remus miał poważniejsze powody do unikania Lyscandy.

- Nikt nie wie czym one są. Powtarzam jej, że tak jest najlepiej, bo nie wolno ufać, że czarodzieje z szacunkiem potraktują zwierzęta, ale szczerze powiedziawszy nie zamierzam pomagać jej z kampanią uświadamiającą na temat czegoś co nie istnieje.

Słyszała, jak Remus chichocze pod nosem zbierając jakieś formularze, które miały odwrócić uwagę Lyscandy, ale kiedy znów pojawił się w drzwiach na jego twarzy widniała powaga. Rozejrzał się na wszystkie strony, wyglądając przy tym jak człowiek na supertajnej misji, a potem z przesadną ostrożnością zakradł się do malutkiego gabinetu Hermiony i wyciągnął teczkę spod szaty.

- Daj jej to. - powiedział. - Zajmie się, a ja przemknę obok drzwi. Jest dość miła, ale jeśli jeszcze raz zaprosi mnie na randkę to naprawdę powiem jej coś nieprzyjemnego.

- No nie wiem. - odparła Hermiona. - Czy ostatnim razem nie powiedziałeś jej, że jej zainteresowanie rzadkimi stworzeniami sprawia, że zastanawiasz się jakie tak naprawdę ma intencje?

- Tak, ale ona pomyślała, że to żart! To takie frustrujące, przez lata nie mogłem znaleźć dziewczyny, a teraz zalewa mnie stały przypływ kompletnych świrusek. Chciałbym żebyś mi powiedziała z kim ożeniłem się za pierwszym razem, żebym mógłbym ją znaleźć.

Hermiona skrzywiła się. Nie czuła się zbyt komfortowo myśląc o tym, że mógłby się dowiedzieć, że chodziło o dziewięcioletnią kuzynkę Syriusza. Nie miała pojęcia jak należało postąpić w sprawie życia miłosnego Remusa, które cały czas ją konfundowało. Wszystko się zmieniło. Ponieważ teraz wszyscy wiedzieli o jego futerkowym problemie, nie miał powodu, by zakańczać związki. Jego obecne problemy z kobietami polegały na tym, że te pragnęły go z powodu fascynacji, ryzyka wynikającego z byciem z „niebezpiecznym" mężczyzną. Sformułowanie to za każdym razem sprawiało, że Hermiona zaczynała chichotać. Remus był chyba najmniej niebezpieczną osobą, jaką kiedykolwiek spotkała. Chociaż jeśli chciało się znaleźć źródło ryzyka, to miał dość pokaźny lęk przed zobowiązaniami.

- A ja ci powtarzam, nie chcesz wiedzieć. - odparła stanowczo. - Po prostu mi zaufaj. Albo powiem Lyscandrze, że zgrywasz niedostępnego.

Sprawdziła swoje odbicie w lustrze wiszącym po wewnętrznej stronie drzwi i tylko lekko mrugnęła. Wróciła ze Szwajcarii z krótkimi włosami w kolorze blond, po tym jak stylista Frederiki zmusił ją do tej zmiany, by mugole nie skojarzyli jej z martwym szpiegiem o długich, kasztanowych lokach. Miało to miejsce całe miesiące wcześniej i prawie się już przyzwyczaiła. Przez pierwsze cztery tygodnie bez loków, głowa wydawała jej się za lekka i zdarzały się takie momenty w dziwnym stanie pomiędzy snem, a przebudzeniem, kiedy zapominała o zmianie stylu i panikowała, że całkiem wyłysiała we nocy. Syriuszowi się podobała, choć głównie dlatego, że dzięki temu zmniejszyła się ilość spowodowanych przez włosy nocnych podduszeń. Hermionie też tak bardzo już nie przeszkadzała zmiana. Dzięki stylowo przyciętej, krótkiej fryzurze czuła się doroślej niż z wcześniejszą czupryną uczennicy.

- No to chodź. - powiedział Remus, uśmiechając się do niej w lustrze i zachęcająco machając swoim kubkiem. Przeszkodził mu jednak fioletowy samolocik, który wleciał do pomieszczenia.

- Poczekaj chwilę. - odezwała się Hermiona i schwyciła wiadomość z powietrza. Była prawie pewna, że wie, kto ją wysłał, ale może to było coś ważnego.

Pani Ogden,

Auriga?

Pan Ogden

PS. Moody idzie na dół.

Jak się okazało, wcale nie. Hermiona potrząsnęła głową i wyciągnęła z szuflady czystą kartkę, na której napisała pospiesznie:

Nie ma nawet mowy, brzmi jak nazwa taniego wina! I właśnie wybieramy się na herbatę, więc nie ma szczęścia. x

Remus śmiał się czytając notatkę.

- Wiesz, że będzie tylko gorzej, prawda?

- Niestety. - Hermiona westchnęła dramatycznie, ale potem roześmiała się i dodała. - Ale nie to, żebym już tego nie wiedziała.

Wzięła teczkę, która miała posłużyć do odwrócenia uwagi i wepchnęła Remusowi w ręce swój kubek, a potem pomaszerowała na korytarz i do gabinetu trzy drzwi od jej własnego.

- Hermiona! - zawołała kobieta, kiedy tylko jej sąsiadka pojawiła się w drzwiach. Była kilka lat starsza i pracowała w Ministerstwie od skończenia Hogwartu, więc była znacznie wyżej w hierarchii od Hermiony i Remusa. Zajmowała się klasyfikacją, więc Hermiona wolałaby mieć ją po swojej stronie. A pomysł wakacji dla skrzatów domowych, sprawiał, że się uśmiechała, a nie patrzyła na Hermionę z całkowitym oszołomieniem do czego przyzwyczaili ją inni, więc to plus. Była też częściowo szalona... ale gotowa uwierzyć we wszystko, jeśli tylko przedstawiło jej się to z przemyślaną argumentacją. Kolejna przydatna rzecz. - Miałam cię zapytać - zaczęła z ekscytacją, a jej wybałuszone oczy jak zawsze lśniły z entuzjazmem.

- Właściwie to - przerwała szybko Hermiona. - Remus poprosił żebym ci to dała. Chciałby żebyś to przejrzała, jeśli znajdziesz chwilę. Jestem pewna, że ucieszyłby się też z kilku notatek na temat możliwych poprawek.

- Och, oczywiście. - odparła radośnie kobieta. Hermiona czuła się trochę wina, że dała jej zadanie, które nie wymagało zrobienia (w dokumentach Remusa nie trzeba było nic sprawdzać) ale ponieważ, kiedy Lyscanda zajmowała się papierami, Remus mógł się przemknąć obok jej drzwi, nie miała wyrzutów sumienia. Spokojne pice herbaty było zagrożone, a przez ostatnie dwa tygodnie ich poranne przerwy na kawę zostały zdominowane przez kuriozalne historyjki i notoryczne flirtowanie. Świat Remusa zawalił się, kiedy odkrył, że jednak nie wszystko da się naprawić herbatą.

- Wielkie dzięki, Lyscando. - odparła żarliwie Hermiona, pospiesznie wycofując się w stronę kafeterii.

Dogoniła Remusa przy windach i zaśmiała się na widok pełnego winy wyrazu jaki zagościł na jego twarzy.

- Wiesz jak ja się czuję. - powiedziała Hermiona, wściekle wciskając guzik na dole. Kratka zatrzasnęła się.

- Wiem, że to głupie. - przyznał Remus. - Ale wiem, jak to jest, jak wszyscy patrzą na ciebie z góry i nie mogę się zdobyć na zawiedzenie jej. Byłbym wredny i zarozumiały, a przecież nie odganiam dziewczyn kijem.

Hermiona tylko potrząsnęła głową.

- Mówiłam ci, to ciotka jednej z moich przyjaciółek, a Luna była podobna. Wydawała się taka krucha, ale można powiedzieć, że na wiele sposobów była silniejsza ode mnie. Chociaż musiała to odziedziczyć po matce, bo jej ojciec odwaga nie grzeszył.

Remus uśmiechnął się szeroko.

- Dalej czuję się jak kompletny palant za każdym razem, kiedy coś wymyślam, by jej odmówić.

- Więc może powinieneś przestać. - zasugerowała Hermiona, a Remus spojrzał na nią tak jakby właśnie zasugerowała, że umgubularne kociokwiki są jednak prawdziwe. - No weź, jest bardzo miła...

- Psychiczna - mruknął Remus.

- I całkiem ładna.

- Dalej psychiczna.

- No dobrze. - odparła Hermiona beztrosko. Kratka otworzyła się ze zgrzytem. - Po prostu nie myślałam, że boisz się randkowania.

- Boję się? - powtórzył z irytacją Remus. - Wcale! Ja po prostu...

- Tchórz. - mruknęła Hermiona.

Kiedy podchodzili do okienka, przy którym stała pulchna bufetowa z ogromnym srebrnym dzbankiem w dłoni, Remus dalej mamrotał coś pod nosem.

- Ty stawiasz. - burknął. - Najpierw odrywasz mnie od pracy, a potem jeszcze cały czas obrażasz. - mruczał stawiając kubki na ladzie.

Hermiona tylko się uśmiechnęła i wyciągnęła kilka sykli z torebki, by podać je kobiecie.

- Poproszę herbatę. - powiedziała uprzejmie, kiedy kobieta przyjęła srebrne monety.

Z pełnymi kubkami Hermiona i Remus zajęli miejsca na końcu jednego ze stołów w ogromnym cichym pomieszczeniu. Niedługo przybędą masy, zdeterminowane cieszyć się piętnastominutową przerwą w kolejce po herbatę, a potem wygodnie cisnąć się pomiędzy swoimi kolegami przy długich stołach i łykać herbatę, jednym okiem łypiąc na zegarek, a drugim czytając Proroka Codziennego, albo inna gazetę w pospiesznej próbie odprężenia się zanim będą musieli wrócić do biur.

- Więc może trochę się waham... - przyznał Remus, posiliwszy się łykiem English Breakfast, a potem zaatakował. - Przynajmniej moja adoratorka nie poluje na jej pracę. - nad ramieniem wskazał kciukiem na bufetową.

Hermiona parsknęła.

- Um... nie wiem, czy wiesz, ale ja mieszkam z Syriuszem.

Remus zachichotał.

- Och, czyżby nie podzielił się z tobą tym marzeniem? Syriusz Black - herbaciarka jakich mało.

- Parzy całkiem niezłą herbatę... - zachichotała Hermiona.

- I wyglądałby oszałamiająco w siatce na włosy. - dodał Remus, sprawiając, że Hermiona wciągnęła połowę swojego napoju nosem i parskała nim wyjątkowo nieelegancko w ataku śmiechu. Remus sięgnął w górę stołu po leżące na stercie serwetki, które ktoś przemyślnie umieścił bliżej środka. Podał je Hermionie, mówiąc:

- Szczerze powiedziawszy to chyba żartował.

Hermiona wytarła herbatę z twarzy i odezwała się.

- Możliwe, ale z nim nigdy nie można mieć pewności.

Kiedy Hermiona i Remus wrócili do Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, dziewczyna znalazła na swoim biurku wewnętrzne notki, które przyszły podczas jej nieobecności i liścik napisany pismem Moody'ego oparty o jej kałamarz.

Granger,

Można by pomyśleć, że mnie unikasz. Crouchowi zależy na Twojej opinii na temat jakiegoś języka do powzięcia postepowania dyscyplinarnego wymierzonego w gobliny po tym bałaganie w kopalni w Somerset. Wpadnę później.

A. Moody

Hermiona skrzywiła się nieco. Przychodził służbowo. Syriusz musiał bardziej się starać przy tych swoich ostrzeżeniach. Hermiona założyła, że Moody szedł znów zaproponować jej przeniesienie do departamentu aurorów, co szczerze powiedziawszy uważała kuriozalny pomysł. Próbował się z nią targować, całkiem jakby to trzy lata treningu i kiepska pensja jej przeszkadzały, a ignorował fakt, że ich efektem byłaby praca, której nawet nie chciała. Po sześciu miesiącach odrzucania jego propozycji, dalej musiała odmawiać przynajmniej raz w tygodniu. Syriusz i James czerpali z tego niekończące się pokłady radości, a ona zaczęła się zastanawiać czy Moody przypadkiem nie zdawał sobie z tego sprawy, bo zawsze wiedzieli, że wybierał się z nią porozmawiać.

Podniosła pozostałe notki, czyli dwa fioletowe samolociki, które uderzająco przypominały ten, który dostała przed wyjściem.

Pani Ogden,

Norma?

Pan Ogden

Hermiona skrzywiła się, a potem rozwinęła drugi.

Pani Ogden,

Urgh, nie. To wykreśl, brzmi jak przerażająca bufetowa z nadwagą.

Rogacz sugeruje Tegmen, bo to może być i dla chłopca, i dla dziewczynki. Chyba za długo siedział w domu i pomieszało mu się w głowie, bo takiego imienia nie ma. A może Lyra? Takie imię istnieje.

Pan Ogden

Hermiona westchnęła i ciężko opadła na krzesło. Położyła dłoń na swoim rosnącym brzuchu i potrząsnąwszy głową z niedowierzaniem, powiedziała w jego stronę.

- Pomimo przeważających dowodów obiecuję, że nie jest całkowitym głupkiem. Lyra, co myślisz?

Odpowiedź nie nadeszła, ale można się było tego spodziewać.

Hermiona musiała przyznać, że nie była stuprocentowo zadowolona ze swojej obecnej sytuacji. Tak, miała pracę przy formułowaniu praw stworzeń magicznych dokładnie tak jak chciała. Ona i Syriusz dalej byli razem i dobrze im się wiodło, a w ich związku nie pojawiały się żadne większe problemy.

Spojrzała w dół, na swój brzuch. Szczerze powiedziawszy, to zdumiewające, że szło im tak dobrze, ale Syriusz wydawał się prawdziwie zadowolony z sytuacji. Chociaż kiedy powiedziała mu prawdę był blady i zapomniał języka w gębie. Hermiona rozumiała jego zdumienie, bo sama ledwo dała radę wypowiedzieć to przerażające zdanie. Na szczęście, kiedy tego samego wieczora przez kuchenkę Syriusza przekazała wieści Frederice, jej adopcyjna matka była tak szczęśliwa i podekscytowana, że narastająca panika Hermiony nieco przygasła.

Blackowie to inna historia. Chociaż oboje Pollux i Walburga ucieszyli się, kiedy podczas kolacji dwa miesiące wcześniej Syriusz przekazał im dobre wieści, Walburga natychmiast spytała, kiedy zamierzali się pobrać (bo oczywiście na fotografiach nie mogło być brzucha) co stanowiło niewielki problem.

- Jak to nie zamierzacie? - syknęła Walburga nad stołem, tak ściągając brwi, że stały się jedną, wściekłą linią.

Syriusz zerknął na Hermionę, a ona prawie się zaśmiała na widok wyrazu jego twarzy. Wypisana na niej była wiadomość „A nie mówiłem, jesteś mi winna dwadzieścia galeonów." Zanim tego wieczora wyszyli na Grimmauld Place, Hermiona była całkiem pewna, że Walburga jakoś zaakceptuje wieści przez wzgląd na to w jakich warunkach Hermiona podobno się wychowała. Przecież Frederika nigdy nie wzięła ślubu. Jednakże Syriusz (który jak się okazało miał całkowitą rację) naciskał, że jego matka źle przyjmie fakt, że dziedzic Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków urodzi się jako bękart.

- Matko, posłuchaj - odezwał się spokojnie Syriusz. - to nie tak, że nigdy nie weźmiemy ślubu. My... um... po prostu nie chcemy pakować się w nic bez zastanowienia. Nie chciałabyś ciężarnej synowej niszczącej ci galerię portretów w holu, prawda?

- Cóż, nie. - zgodziła się Walburga. - Ale moglibyśmy pospieszyć się z organizacją. - zmierzyła Hermionę wzrokiem. - Moda sukni ślubnych jest bardzo wyrozumiała w tym sezonie, jestem pewna, że...

- Pani Black. - przeszkodziła Hermiona, wiedząc, że jeśli Walburga zacznie to niełatwo będzie ją powstrzymać. - Mojej matce i wujowi nie wystarczy takie wydarzenie. Naciskają, że jeśli już zdecydujemy się na ślub, wesele odbędzie się w domu rodzinnym z Zurychu i stworzenie samej listy gości zajmie całe miesiące. Potem trzeba będzie zająć się wymogami prawnymi i negocjacjami przedmałżeńskimi, a to zajmie przynajmniej rok, jeśli nie więcej. Więc obawiam się, że to niemożliwe. - uśmiechnęła się uspakajająco, mając nadzieję, że Walburga odniesie wrażenie, że ona też żałuje braku pospiesznego ślubu.

- Chciałabym porozmawiać o tym z Lady Fehr. - oznajmiła Walburga, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że Hermiona miała rację. W przypadku rodzin o takim statusie nie dało się urządzić pospiesznego wesela nie dając wszystkim jasno do zrozumienia co się tak naprawdę stało.

- Ucieszy się. - odparła wesoło Hermiona, a potem dodała nieco szelmowsko. - Nie dalej jak w zeszłym tygodniu pytała mnie czy wolałabyś być Babcią czy Bunią, bo jej jest wszystko jedno.

Syriusz nagle zaczął kasłać i podał jakiś pretekst, by odejść od stołu, a po chwili to samo zrobił Pollux, któremu najwyraźniej przydarzył się ten sam problem z oddychaniem. Walburga obserwowała ich podejrzliwie z pokoju, ale kiedy tylko mężczyźni zniknęli zwróciła się z powrotem do Hermiony i powiedziała surowo.

- Nie rozumiem, czemu miałabym być kimkolwiek, dopóki dziecko nie będzie nosiło nazwiska Black. - Hermiona mrugnęła niepewnie, ale na szczęście Walburga mówiła dalej nie czekając na odpowiedź. - Wiecie już czy to chłopiec czy dziewczynka?

- Nie, jestem dopiero w dziesiątym tygodniu, będzie wiadomo dopiero za dwa miesiące. Dziwię się, że tak to panią ubodło, pani Black. - odezwała się Hermiona. - Myślałam, że będzie pani szczęśliwa z pojawienia się na świecie kolejnego czystokrwistego dziecka i to takiego spłodzonego przez Blacka.

Walburga westchnęła z rezygnacją.

- Jestem. Zdumiewa mnie tylko, że jesteś taka nieostrożna. Co z twoją karierą? Mówiłaś, że tak wiele dla ciebie znaczy, a teraz...

Hermiona nie mogła sobie przypomnieć co na to odpowiedziała, bo w tej sprawie zgadzała się z Walburgą. Denerwowało ją, że będzie musiała na jakiś czas zrobić sobie przerwę od pracy, po przecież wszyscy tak się starali, by mogła zrobić karierę. Gdyby wiedziała, że zaraz da się zapłodnić to po prostu zostałaby w ukryciu przez następne kilka lat i oszczędziła im kłopotu.

Hermiona i Syriusz mieszkali razem, odkąd na początku stycznia wróciła do Londynu i pomimo płodu, który się wtrącił, dając im tym samym oczywisty powód do kłótni, te ostatnie pięć miesięcy było cudowne. Mimo to, postanowiła sobie nie wychodzić za mąż tylko przez nadmiar wina i nieuważne rzucanie zaklęć. Niezbyt dobry wzór dla dziecka. „Rób jak ci każde społeczeństwo". Chociaż jeśli wziąć pod uwagę jakie podejście do świata miał jego ojciec, to może zdrowa dawka szacunku dla autorytetów i tradycji to nie taki całkiem zły pomysł.

A przynajmniej to mówiła jej racjonalna część jej umysłu. Druga cześć (różowa, urocza i z pewnością zła do szpiku kości) powiedziała jej, że powinni w trakcie przerwy na lunch pobiec do Departamentu Urodzeń, Zgonów i Ślubów i ohajtać się, a wszystko będzie cudownie. Mogła zostać w domu i grać matkę w fartuszku i domowej sukience, gotować i sprzątać dla swojego męża, bo przecież tylko tego potrzebowała w życiu. Za każdym razem, kiedy do głowy przychodziły jej te okropne myśli, Hermionie robiło się niedobrze. Uzdrowicielka powiedziała jej, że to normalne i że powodem są złośliwe dziecięce hormony, ale ona czuła się po prostu jak kompletna idiotka.

Cała ta sytuacja ją irytowała, szczególnie, że mijały miesiące i jej ciąża stała się widoczna. Odnosiła wrażenie, że każda kobieta w Ministerstwie Magii czuła potrzebę wyciągnięcia ręki i dotknięcia jej rosnącego brzucha (całkiem jakby to było normalne i akceptowane w społeczeństwie) tylko po to by zaraz skrzywić się lekko na widok jej gołego palca, na którym powinien znaleźć się pierścionek i posłać jej pocieszające spojrzenie mówiące „trzymaj się, kochanieńka, to nie koniec świata". Zawsze po którym chciała jej przekląć, bo sprawiały, że czuła się jak panna lekkich obyczajów. Jednakże nie mogła walczyć z faktem, że zawsze chciała mieć dzieci i chociaż przydarzyło jej się to nieco wcześniej niż planowała, to nie martwiła się z zostanie matką. Ani też faktem bycia na zawsze związaną z Syriuszem, bo to po prostu działało. Sprawa sprowadzała się do tego, że jeśli teraz się pobiorą to zawsze będzie to wyglądało jakby zrobili to dla tradycji, a nie dlatego, że chcieli. Więc Walburga mogła się wypchać.

Nawet w piątym miesiącu ciąży i z pracą na pełen etat Hermiona miała bujniejsze życie towarzyskie niż kiedykolwiek. Pracowanie w tym samym budynku co jej przyjaciele, picie z nimi herbaty, jedzenie lunchu i wysyłanie notek wewnętrznych trochę przypominało jej dni szkolne, tylko bez stresu związanego z nadchodzącą wojną. Obiad po pracy albo przekąski w pubie w drodze do domu (czasem tylko z Syriuszem, ale zwykle dołączali do nich James lub Remus, a czasem obaj) weekendowe posiłki u Potterów i lunch z Lily, kiedy wpadała do Londynu. Wypady te zaczęły się jako spotkania cotygodniowe, ale potem stały się częstsze, kiedy Lily znalazła sobie nowe hobby.

Przez większość weekendów Syriusz, James i Remus byli nierozłączni i zazwyczaj spędzali czas u Potterów. Hermiona nie zawsze do nich dołączała, ale w większości przypadków wpadała na obiad. Dalej odrobinę dziwiło ją to jak potrafili spędzić czas od lunchu aż to późnego wieczora siedząc w ogrodzie i rozmawiając. Czasami zabierali Harry'ego do lasu za domem szukać przygód, ale wydawało się, że po prostu mają niekończące się tematy do rozmów. Więc kiedy już decydowała się spędzić weekendowe popołudnie w Dolinie Godryka to razem z Lily często udawały, że czymś się zajmują, podczas gdy trzej mężczyźni odbywali całą rozmowę przy pomocy uniesionych brwi, gestów i w sumie niczego więcej. Chociaż w takich sytuacjach Hermiona zawsze czuła się odrobinę wykluczona, to za każdym narastała w niej duma, bo to właśnie za sprawą jej szalonego planu to wszystko mogło się wydarzyć.

Jej przyjaźń z Lily nie przyszła tak łatwo i szybko jak z Remusem, ale powoli coraz bardziej się doceniały jako więcej niż przyjaciółki z wygody. Lily interesowała praca Hermiony, bo jeszcze nigdy nie myślała o świecie stworzeń magicznych poza zastanawianiem się nad sytuacją Remusa, a jako mugolaczka, w sprawie wewnętrznych uprzedzeń w społeczeństwie czarodziejów zazwyczaj dochodziła do tych samych wniosków co Hermiona. Łatwo było spędzać czas z Lily i chętnie przesiadywały w swoich salonach jedząc więcej wypieków Lily niż należało i prowadząc przyjemne rozmowy o książkach, domach, dzieciach i nonsensach.

Chociaż wszędzie musiała zabierać ze sobą berbecia, ostatnimi czasy Lily korzystała z każdej szansy wydostania się z domu i cieszenia się wolnością. A za każdym razem, kiedy ona i Harry odwiedzali Hermionę w mieszkaniu, dziewczyna zauważała jak bardzo nie nadawało się do wychowywania dzieci. Decydującego argumentu dostarczyło jej obserwowanie jak Lily lewituje wózek Harry'ego po schodach, ale liczyła się też agresywna pleśń w łazience i kuchnia wielkości szafy, w której ciężko się pracowało, jeśli miało się (jak twierdziła Lily) góry śmierdzącego prania i wszystkie blaty pokryte butelkami ze smoczkiem. Te przerażające obrazy doprowadziły do decyzji, że Hermiona, Syriusz i przyszłe dziecko przeniosą się gdzieś, gdzie będzie więcej miejsca.

Lily zaproponowała, że pomoże im znaleźć nowy dom i nie tylko stało się to jej manią, ale sprawiło, że Hermiona zdała sobie sprawę, ile mają ze sobą wspólnego. Lily nie podeszła do badań z taką samą metodologią jak ona, ale też skomponowała listę odpowiednich rejonów, wielkości domów i cen, a także checklistę tego czego chcieli zarówno Syriusz jak i Hermiona. Hermiona ze zdumieniem zauważyła, że proces bardzo jej się podobał i zastanawiała się czy Lily nie powinna zająć się handlem nieruchomościami, bo miała do tego talent. Cieszyła się ze wspólnego projektu, bo na tym mogły zbudować przyjaźń. Nigdy wcześniej nie miała przyjaciółek i czasem nie wiedziała co robić, ale to zapewniało im temat do rozmów, jeśli nic innego nie przychodziło im do głowy.

Hermiona potrząsnęła głową. Mózg ciężarnej nie nadawał się do miejsca pracy, ale jeśli ktoś tak łatwo się rozpraszający jak Syriusz dał radę utrzymać posadę w Ministerstwie, to ona z pewnością też temu podoła. Najszybciej jak potrafiła zebrała notatki na temat sprawy goblinów. Nie należało kazać Crouchowi czekać. Może i w tej linii czasu nie powodowała nim ta sama maniakalna determinacja i przekonanie co w oryginalnej, ale dalej był sztywnym i niecierpliwym człowiekiem, nie mówiąc już o tym, że ważnym. Byłaby głupia, gdyby zignorowała tak dobrego potencjalnego sprzymierzeńca. Pospiesznie ruszyła w stronę Biura Przestrzegania Prawa, mając nadzieję, że da radę zaimponować Crouchowi wiedzą na temat protokołu wydobycia srebra i restrykcji jakie takowy nakłada na gobliny i dlaczego dość szybko doprowadziło to do bijatyki pomiędzy właścicielami ziemi i pracownikami kopalni.


Skrzypnięcie ze strony biurka Franka Longbottoma wyrwało Syriusza z zamyślenia. Właśnie zajmował się pisaniem notki do Hermiony. Bardzo podobało mu się, że pozwoliła mu wybrać imię dla dziecka. Fakt, że wymagano od niego takiej decyzji makabrycznie go przerażał, ale powiedział sobie, że jeśli James mógł wychować dzieciaka to nie wolno mu było się wycofać. Pomijając fakt, że to okropna myśl, to przecież nie mógł dać Jamesowi wygrać. Czyste szaleństwo. Potrząsnął głową i dodał do notatki opinię Jamesa o uniwersalnych imionach, próbując dokończyć liścik zanim Frank się zorientuje.

- Black, co się stało z resztą raportów na temat rajdu Legion?

- Dałem ci je rano. - odparł z roztargnieniem Syriusz, składając notkę i wysyłając ją. Dopiero potem uniósł głowę, by spojrzeć na swojego sąsiada, który jak zwykle wychylał się znad przepierzenia.

- Nie, te na temat ofiar śmiertelnych, a nie aresztowań. - odparł niecierpliwie Frank.

- Um... no tak, te są... jeszcze nie zaczęte. - przyznał Syriusz.

- Wiesz, tylko dlatego, że nie jesteś już na samym dole drabiny nie znaczy, że możesz się obijać. - odparł Frank swoim najlepszym głosem szefa, który zawsze bawił Syriusza do łez.

- Pfft - Syriusz machnął na niego ręką. - Pracuję teraz znacznie ciężej niż przez cały zeszły rok. I może i jest teraz pięciu gości pode mną, ale dalej mam wrażenie, że to sam dół. - potem wyszczerzył zęby. - Choć biorąc pod uwagę, że jeden z tych pięciu to James, nie jest tak całkiem tragicznie.

Frank zachichotał.

- Ta zaledwie wczoraj skarżył się Moody'emu, że mu rozkazujesz chociaż razem trenowaliście. Twierdzi, że to nie fair, że on dalej jest „świeżo wykwalifikowany".

Słysząc to Syriusz poczuł się trochę głupio. Ale tylko troszeczkę. James wydawał mu rozkazy przez większość życia i Syriusz nigdy się nie skarżył, najwyższy czas się odegrać.

- Co powiedział Moody?

- Że w takim razie Potter nie powinien brać takiego długiego urlopu. - Frank uśmiechnął się z rozbawieniem.

Syriusz parsknął śmiechem. Jak cholernie cudownie nie być już chłopcem do bicia. Podejrzewał, że częściowo było to zasługą faktu, że Moody, próbował przez niego zaskarbić sobie przychylność Hermiony, co też go bawiło, bo bez względu na to, ile razy Szef Biura poprosi, Hermiona nigdy nie dołączy do Aurorów. Nigdy.

Przez sześć miesięcy od momentu, kiedy Voldemort wykrwawił się w upokarzająco mugolski sposób w ogródku Potterów, departament aurorów przeżył najbardziej zorganizowany okres, odkąd Syriusz zaczął tam pracować. Co było dość ciekawe, biorąc pod uwagę bałagan panujący w całym Ministerstwie. Minister Bagnold trzymała ich razem, ale w miarę jak coraz i coraz więcej wysoko postawionych oficjeli oskarżano o bycie Śmierciożercą lub z nimi sympatyzowanie, coraz to ważniejsze departamenty zaczynały się chwiać. Departamenty Magicznych Wypadków i Katastrof, Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i Transportu, a nawet biuro samego Ministra straciły wielu kluczowych pracowników, ale dzięki wiecznie czujnemu Crouchowi Przestrzeganie Prawa i mu podległe departamenty, a w tym i biuro Aurorów chodziły jak w zegarku. Crouch pracował szaleńczo ciężko, by utrzymać porządek. Wielu sądziło, że marzyło mu się stanowisko Ministra, ale Syriusz wiedział, że próbował po prostu zadośćuczynić za hańbę swojej rodziny.

Syriusz był przy tym jak przeprowadzali aresztowanie w domu Croucha. Cicho zgarnęli chłopaka, podali mu/ (jak wszystkim podejrzanym) dawkę Veritaserum i zadali te same pytania co wszystkim innym podejrzanym. Czy kiedykolwiek wspierałeś Voldemorta i jego cele? Czy z jego rozkazu krzywdziłeś ludzi, mugoli lub czarodziei? Czy chciałbyś, by dalej żył? Te trzy pytania pozwalały zebrać dość informacji, by auror mógł zdecydować czy podejrzanego należało zabrać na dalsze przesłuchanie i skazanie. Niektórym, jak Bellatrix i jej mąż, których pojmano z Rowlem i Judsonem, nie urządzono nawet rozprawy, przez wzgląd na ich chełpliwe przyznanie się pod wpływem Veritaserum, ale zostali sprawnie osadzeni w Azkabanie na resztę życia. Syriusz rozumiał, że nie należało robić spektaklu z tych ludzi, że wysłanie ich cicho do więzienia polepszało morale i że tak było taniej i zmniejszała się ilość ucieczek, ale i tak miał wątpliwości. Właśnie dlatego on sam trafił do Azkabanu (zamknięty bez rozprawy) i chociaż miał stuprocentową pewność, że wszyscy zamknięci Śmierciożercy byli winni i dumni z tego tak jak to tylko możliwe, to i tak nienawidził myśli, że ktoś mógłby popełnić błąd.

Jednym z najbardziej nieprzyjemnych wspomnień Syriusza związanych z „Czystką" (jak Prorok nazwał miesiące po śmierci Riddle'a, kiedy Śmierciożercy zostali wyłapani) był dzień, kiedy musiał zeznawać przed Wizengamotem na temat niewinności Snape'a. Cóż, jego pracy na dwa fronty. Hermiona na to nalegała i chociaż dzięki temu Syriusz zarobił sporo punktów w kategorii „A masz, Smarkerusie, jestem lepszym gościem", dalej żałował, że musiał powiedzieć zdanie „Severus Snape jest godnym zaufania i odważnym członkiem naszej społeczności" bo facet dalej był podstępnym lepkim wężem.

Podejrzenia Polluxa, że szeregi biura aurorów przerzedzą się po wojnie nie sprawdziły się, chociaż teraz mieli już pewność, że dorwali wszystkich Śmierciożerców. Dzięki Moody'emu, któremu szósty zmysł podpowiadał, gdzie się ukrywali i teczkom, których tworzeniem Remus i Dumbledore zajmowali się przez pierwszy kwartał poprzedniego roku, żaden nie uszedł bezkarnie. Jednak nawet bez Śmierciożerców, pewna niespodziewana sytuacja sprawiała, że aurorzy mieli ręce pełne roboty. Pojawiła się dziwna frakcja, która twierdziła, że ponieważ to ignorancja doprowadziła do śmierci takiego bohatera jak Dumbledore to, by po zapobiec kolejnym takim tragediom należy pozbyć się Kodeksu Tajności.

Na początku Legion Prawdy nie podlegał pod jurysdykcję Aurorów, bo organizował pokojowe zgromadzenia i mówił o zniszczeniu murów pomiędzy magią i mugolami. Był to przekonujący przekaz padający na optymistyczne uszy tych co przeżyli wojnę. Mugole z magicznymi dziećmi przemawiali przed tłumami, mówiąc im, że czarodzieje tylko sami się krzywdząc trzymając magię w sekrecie, że mugole teraz by ich zaakceptowali, bo stary strach przed magią przeminął i wszyscy ludzie mogli iść razem. Jak w przypadku każdej grupy, która chciała zmienić status quo, ta też natychmiast napotkała silny sprzeciw ze strony tych części społeczności, które najbardziej dotknie zaproponowana zmiana. I w walce o większe poparcie ich podejście stało się bardziej ekstremalne.

Moody jako pierwszy dostrzegł złowieszczą stronę, w którą to wszystko się kierowało. Przywódcy zaczęli sugerować, by magiczne społeczeństwo powróciło do stylu życia sprzed Kodeksu Tajności, który ich spętał, ciemiężył i pozbawił ich tożsamości. Czarodzieje powinni sami zabrać się za rozpowszechniania wieści o swoim istnieniu, bo mugole musieli zrozumieć jak wielką popełnili zbrodnię zabijając Albusa Dumbledore'a. Jak ich ignorancja pozbawiła świat wspaniałego i potężnego człowieka.

Niedługo wszystko znów przemieni się w nienawiść do mugoli, to ich wina, że Dumbledore nie żyje, muszą za to odpokutować i tak dalej. To do aurorów należało upewnienie się, by to nie zaszło aż tak daleko, ale zgromadzenia i spotkania nie przebiegały już spokojnie, a tłumy wściekle protestowały przeciwko Ministerstwu, które ciemiężyło społeczność magiczną, podczas gdy świat powinien się dowiedzieć. Dla każdego spoza ruchu, oczywiste było, że Legion prawdy to niebezpieczne stowarzyszenie, że Kodeks Tajności ma za zadanie chronić czarodziejów, a wiedza na temat magii nie może zostać upubliczniona bez poważnych strat. Za bardzo kusiłaby mugoli. Legion pewnie miał rację i nie baliby się magii tak jak w piętnastym i szesnastym wieku, ale chyba nie wziął pod uwagę, że mogą jej pożądać. Stałaby się kolejna bronią, a przecież mugole cały czas trwali w stanie wojny. Podarowanie im jeszcze bardziej niebezpiecznej broni to czysta głupota.

Sytuacja polityczna może nie była idealna, ale i tak taka poprawiła się w porównaniu z wojną, więc Syriusz się nie martwił. Pierwszy listopada 1981 roku był wspaniałym dniem. Syriusz miał wrażenie, że nigdy nie zapomni tej atmosfery, tej czystej radości, która wypełniała ulice, kiedy wszyscy czarodzieje bardzo się starali zachowywać normalnie i kompletnie im to nie wychodziło. Często zastanawiał się czy mugole w Wielkiej Brytanii, a w szczególności w Londynie, w ogóle pamiętali ten dzień biorąc pod uwagę, ile roboty mieli Amnezjatorzy z Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Ale rzeczą, która do końca życia miała cieszyć go bardziej od wyrazów pełnej niedowierzania ulgi i wolności na twarzy każdego czarodzieja, jakiego widział tego dnia, była mina jego dziadka, kiedy Syriusz rzucił na jego biurko w bibliotece poranne wydanie Proroka Codziennego i oznajmił radośnie (i może odrobinę dziecinnie).

- A nie mówiłem?

Tamtego dnia wybrali się z Hermioną na Grimmauld Place przed południem. Z trudem przyszło mu skupienie się na poważnym problemie poinformowania Polluxa o ich misji, bo tak naprawdę Syriusz chciał tańczyć dookoła śpiewając irytująco „Walić Śmierciożerców" i całować losowych przechodniów. A może tylko Hermionę. W ponurym Domu Rodu Blacków (to miejsce wspaniale się nadawało do tłamszenia wesołości) powstrzymali szczęście i siedzieli naprzeciwko Polluxa w bibliotece. Zamiast od nowa zaczynać opowieść, Syriusz pozwolił swojemu dziadkowi zadawać pytania, a on i Hermiona udzielali mu szczegółowych informacji na temat pożaru Chaty Gauntów i powtarzali mu opis walki z Riddlem jaki podał im Remus.

Hermiona powiedziała Polluxowi o statusie krwi Riddle'a, co z oczywistych powodów na początku zszokowało patriarchę rodu Blacków, ale pod koniec ich rozmowy mówił już, że ten facet nigdy nie zachowywał się z godnością wymaganą od prawdziwego czarodzieja czystej krwi i że powinni byli wiedzieć od początku, co sprawiało, że Syriusz wywracał oczami z zirytowanym rozbawieniem. Najbardziej bawiło go, że jego dziadek wyciągnął niewielki, oprawiony w skórę notes z szuflady biurka, a potem z pełnym rezygnacji westchnieniem różdżką przekopiował zapisane w nim nazwiska i adresy na kawałek pergaminu. A potem przesunął listę po biurku i oznajmił:

- To ludzie, o których wiem, że wspierali Czarnego Pana i to nie tylko złotem. Radzę porozmawiać z nimi zanim znikną i proszę pamiętajcie, że pomogłem waszej sprawie. Nie jestem jeszcze gotowy zrezygnować ze swojej pozycji.

Syriusz zaśmiał się i schował listę do kieszeni. Cieszył się ze wsparcia Polluxa, ale informacje same w sobie były z pewnością zbędne.

- Myślisz, że przyszedłem cię aresztować, Dziadku?

- Szczerze powiedziawszy Syriuszu, nie winiłbym cię. Powiedziałeś mi, że zaangażowano cię do tej misji, bo nasza rodzina była w posiadaniu trzech z pięciu horkruksów. Andromeda i ty to jedyni jej członkowie, którzy nie mówią po imieniu przynajmniej połowie popleczników Czarnego Pana, a gdyby Ministerstwo zyskało dostęp do naszych ksiąg finansowych zdałoby sobie sprawę, że ten ród aż do października bardzo szczodrze wspierał jego sprawę. Jestem pewien, że będą chcieli zamienić ze mną kilka słów. Mój podpis znajduje się pod każdą darowizną.

- Dziadku, nie, oni... - wyjąkał Syriusz, odrobinę zdumiony, że Pollux przestał składać datki. Zdumiony, ale dumny.

- Nie nadaję się do więziennego życia, mój chłopcze. - zagłuszył go Pollux. - Słyszałem, że whisky jest obrzydliwa. Proszę, upewnij się, że tam nie trafię.

- Panie Black, naprawdę. - powiedziała uspakajająco Hermiona. - Nie będą pana ścigać. Postępowaniem dowodzi pan Moody, a on upewni się, że pana pomoc naszej stronie zostanie upubliczniona.

Pollux pociągnął łyk ze szklanki i odezwał się sceptycznie.

- Nie zrobiłem...

- No tak. - przerwał mu z szerokim uśmiechem Syriusz. - Wcale nie spotkałeś się z Dumbledorem w celu ochrony dzieci, którym zagrażali Śmierciożercy. Jestem pewien, że maluchy Lestrange'ów z chęcią zaświadczą o pana dobrym sercu, szczególnie, że to co się stało Rabowi to świetny dowód na to, że nie byli poplecznikami Voldemorta.

Pollux uśmiechnął się niechętnie.

- Rzeczywiście, jeśli ująć o w te słowa to rzeczywiście brzmi znacznie bardziej honorowo. Wtedy bardziej mnie denerwował. Może i był potężnym i uzdolnionym czarodziejem, ale na moją duszę, irytująco się cieszył, że zaprosiliśmy go do naszego domu. - potrząsnął głową myśląc o widocznym szaleństwie Albusa Dumbledore'a. - Po tym jak wyszliście zadawał mi przeróżne idiotyczne pytania.

- I nie zapomnij bezinteresownego ratunku porwanego psa. - zachichotał Syriusz. - Kto wie co Parówko-paluch i jego chudy kumpel by mi zrobili gdybyście się nie pojawili.

- Nie przypuszczam, by to była opowieść dla Wizengamotu. - odparł Pollux, ale trochę się rozchmurzył. Postukał palcem w pierwszą stronę Proroka, którą Syriusz rzucił na jego biurko. - Więc to prawda, co tu piszą? Remus Lupin, wilkołak, pokonał Voldemorta w pojedynku?

- Tak. - odparł z dumą Syriusz, wiedząc, że Pollux świetnie zdawał sobie sprawę, że chodziło o jego przyjaciela. - Klątwa uśmiercająca prosto w pierś. Ciężko to nazwać czynem dzikiej bestii, co, Dziadku?

- Cóż, z pewnością musiał być bardzo dzielny. - zgodził się Pollux, przebiegając spojrzeniem artykuł. Zdjęcie obok artykułu było jedną z nielicznych fotografii Riddle'a, zrobioną przez odważnego dziennikarza we wczesnych latach siedemdziesiątych, w czasach, kiedy Voldemort jeszcze przychodził na organizowane przez siebie ataki. Riddle znacznie bardziej przypominał człowieka i Syriusza bardzo to cieszyło. Dzięki temu Voldemort wydawał się znacznie bardziej banalnie, jak zwyczajny psychopata, a nie nieśmiertelny, podobny bogom złoczyńca, którym się stał. Pollux znów przesunął palcami po nagłówku i spytał ze zdumieniem. - Jak udało mu się pojedynkować z Czarnym Panem?

- Dziadku. - westchnął niecierpliwie Syriusz, zdając sobie sprawę, że Pollux nie pytał o strategię, ale sugerował, że skomplikowana magia wykraczała poza umiejętności zwierzęcia. - Remus chodził ze mną do szkoły, pewnie już to skojarzyłeś. Jest tylko normalnym, choć inteligentnym, a teraz też znanym z pokonania Voldemorta, gościem. Nie wszystkie wilkołaki są jak on, ale mogłyby być, gdyby dano im szansę...

- Mój chłopcze - odezwał się ze zmęczeniem Pollux, zasłaniając twarz dłonią. - Mam już na dzisiaj dość nowości i bez słuchania o prawach wilkołaków. Może kiedy to wszystko już przycichnie, spotkam się z nim i sam podejmę decyzję.

Syriusz tylko przez chwilę patrzył się na niego ze zdumieniem.

- Ale dziadku, wiesz, że on jest pół krwi. Przecież nie zgodziłbyś się na to, a już na pewno sam byś tego nie zaproponował!

Pollux z niedowierzaniem potrząsnął głową.

- Czy pół krwi to gorzej niż mieszaniec? - spytał słabo, najwyraźniej oszołomiony przerażeniem Syriusza.

Ale Syriusz tylko parsknął śmiechem.

- Nie jestem pewien, ale jest też dość biedny, więc Matka i tak nie dałaby mu pewnie wejść do domu.

- Pewnie nie. - zgodził się z oszołomieniem Pollux, sięgając po swoją karafkę z whisky. W oczywisty sposób miał nadzieję spłukać całą tę dziwaczną konwersację.

Siedząc przy biurku Syriusz uśmiechnął się i zaczął przerzucać puste formularze, które Frank kazał mu wypełnić. Pollux jeszcze nie poznał Remusa, ale ostatnim razem, kiedy grali razem w szachy jego dziadek spytał o „pracę tego Lupina", co stanowiło satysfakcjonujący start. Remus w Ministerstwie zajmował się programem edukacyjnym dla wilkołaków, spośród których wiele nie umiało czytać i pisać. W pubie zaśmiewał się z tego, bo kariera, którą sobie wybrał uderzająco przypominała ćwiczenie wilkołaków, przed którym ukrywał się przez ostatnie trzy lata. Gamp może i był bezwzględny i surowo przestrzegał zasad, jeśli chodziło o przerwy, ale z pewnością mniej groził śmiercią i torturował niż Voldemort. I chociaż Pollux marudził, że płaci podatki na kwestionowany program, dalej pytał i słuchał, kiedy Syriusz opowiadał mu o tym jak Remusowi idzie, więc na końcu tego bigoteryjnego tunelu lśniło maleńkie światełko.

Ostatnimi czasy odwiedzanie Grimmauld Place stało znacznie przyjemniejsze, głównie dlatego, że Hermiona często dołączała do niego podczas tych rodzinnych wizyt, czego powodem było z kolei nowi mieszkańcy domu. Po tym jak jej mąż i szwagier poszli do więzienia, Narcyza przeniosła się z synkiem do kamienicy w Londynie i chociaż strasznie tęskniła za Lucjuszem, Syriusz odnosił wrażenie, że śmierć Voldemorta przyniosła jej ulgę, że jej syn był bezpieczny. Narcyza zgadzała się z Hermioną, że nie należało brać pospiesznego ślubu. Jak to powiedziała zgorszonym tonem, kiedy Walburga znów popadła w furię.

- Ależ ciotuniu, mama Hermiony przywiezie jej suknię z Mediolanu! Przerabianie jej to zbrodnia! - Hermionie najwyraźniej nie przeszkadzało, że Narcyzą powodowała chęć zapobiegnięcia zniszczeniu sukni. Powiedziała, że za bardzo cieszyła się z poparcia po swojej stronie salonu, podczas gdy inne panie tylko rzucały ledwo ukryte obelgi na temat ich czasów i zachowania kontroli i manier.

Syriusz też cieszył się z obecności kuzynki. Szybko myślała i była zabawna, a miała znacznie bardziej sprośne poczucie humoru niż Syriusz mógłby się spodziewać, co bardzo podziwiał. No i jeszcze mały Draco, który w wieku prawie dwóch lat prawie już nadawał się do rozmowy. A w mniemaniu Syriusza rozmowa znaczyła, że był już dość duży by wycinać psoty „Cioteczce Wally" (jak dzięki Syriuszowi berbeć nazywał panią domu, ku jej przerażeniu). Zarówno Pollux jak i Narcyza uważali to za urocze i chichotali za każdym razem, kiedy blondynek używał tego zdrobnienia, co tylko go zachęcało. Syriusz miał nadzieję, że jego własne dziecko będzie źródłem takiej samej radości.

Imię Narcyzy pochodziło od kwiatu, a nie od gwiazdy, pomyślał Syriusz otwierając kolejne szuflady w poszukiwaniu nieuchwytnych formularzy. Dlaczego jedna z jego kuzynek nie miała astronomicznego imienia? Jego matka upierała się, że skoro już zamierzają sprowadzić na świat bękarta to mają go przynajmniej nazwać zgodnie z tradycją. Z całych sił starał się wymyślić imię, które spełniałoby jej wymagania, nie ściągnęłoby na dzieciaka zbyt wielkiej ilości drwin i co ważniejsze nie należałoby wcześniej do jakiegoś uprzedzonego i walniętego dupka. Te dwa ostatnie warunki czyniły to wyjątkowo trudnym.

- Masz, poganiaczu niewolników! - rozległ się nagle dźwięk upadającej na biurko sterty pergaminu i Syriusz zerknął przez ramię, by zobaczyć stojącego nad nim Jamesa. - Zmuszasz mnie do wypełniania tych wszystkich formularzy, podczas gdy ty piszesz tu sobie liściki miłosne? - oskarżył James, zerkając na fioletową notkę, którą zajmował się Syriusz zanim zaczął poszukiwania papierów Franka.

- Kazałem ci to zrobić? - spytał ze zdumieniem Syriusz, rozpoznając w formularzach te, których szukał przez ostatnie pół godziny, tyle tylko, że teraz były wypełnione pismem Jamesa.

- Tak, to wykorzystywanie pozycji musi się skończyć. - James brzmiał poważnie, ale uśmiechnął się szeroko i dodał. - Inaczej nie przekażę ci świetnych wieści dotyczących polowania na domy.

Syriusz prychnął.

- Przekaż je Hermionie, nie mnie. Mnie nie obchodzi, gdzie mieszkamy. Poza tym nie wykorzystuję swojej pozycji. Moody mówi mi co zrobić, czym ty masz się zająć i każe mi ci to przekazać. Wiesz jaki jest ten stary pryk, dalej próbuje odegrać się za to, że pokonaliśmy jego i Robardsa...

- Ach tak, Black?

„Cztery lata" pomyślał Syriusz. Cztery cholerne lata pracy u tego zrzędliwego palanta i jeszcze nie nauczył się, że za każdym razem, gdy mówi coś niepochlebnego Moody pojawi się za nim jak poltergeist, który wychynął z dywanu z gotową do ciosu laską. Syriusz głęboko wciągnął powietrze przez nos i odwrócił się do Moody'ego.

- Tak, wyżywasz się na nas, bo cię pokonaliśmy i to cię wkurza.

- Prawie trafiłeś, Black. - odparł wolno Moody, popatrując na nich jedynym okiem. - Ale nie do końca. Widzisz, wszystko co dotyczy ciebie zazwyczaj mnie wkurza, więc chyba można w to wliczyć tę fartowną wygraną, ale głównie - szturchnął Syriusza w kolano. Nie użył takiej siły jak kiedyś, ale dalej nie było to przyjemne uczucie. - chodzi o to, że ciągle - zerknął nad ramieniem Syriusza i dostrzegł biurko zasłane fioletowymi notkami - obijasz się zamiast pracować. - jego słowa może i bolały, ale kiedy nie wymawiano ich ze zwyczajowym warkotem Syriusz jakoś nie czuł się zastraszany. Moody przez chwile patrzył na nich dwóch wilkiem i Syriusz już pomyślał, że jednak dalej był odrobine groźny, kiedy jego szef odezwał się prawie wesoło. - No cóż, a teraz wstąpię na dół i znów spotkam się z twoją dziewczyną, Black. Może już przestała mnie unikać.

Syriusz nie spojrzał na Jamesa, bo wiedział, że gdyby to zrobił straciłby kontrolę nad swoją pokerową twarzą. Niekończąca się determinacja, by przekonać Hermionę do przeniesienia się do Departamentu Przestrzegania Prawa cały czas ich bawiła. Raz na tydzień Moody optymistycznie informował ich, że idzie znów spróbować, a potem wracał ponury, z laską gotową do ukarania obijających się pracowników, bo Hermiona oczywiście miała już wymarzoną pracę i znów mu odmówiła. Moody mocno walnął laską w ściankę działową.

- Życzcie mi powiedzenia, panowie. - rzucił, a potem obrócił się i pokuśtykał w stronę wind, pozostawiając potrząsającego głową Syriusza i chichoczącego Jamesa.

- No więc - odezwał się James, jakby wcale im nie przeszkodzono. - Lily znalazła dom na sprzedaż po drugiej stronie Doliny Godryka. Chyba chce, żeby Hermiona rzuciła na niego okiem po pracy. Powinieneś zabrać się z nimi, pomóc mi zachować zdrowie psychiczne, kiedy one będą gadać o wklęskach, listwach podłogowych, oknach wychodzących na północ czy czym tam jeszcze przez cały wieczór.

Syriusz uśmiechnął się do niego.

- To co, sąsiedzi? - spytał, wykazując zainteresowanie tematem, po raz pierwszy, odkąd trzy miesiące wcześniej zaczęło się to durne poszukiwanie domów.

Niby rozumiał, że wilgotne mieszkanko na piętrze w centrum Londynu nie było idealnym miejscem na wychowywanie dziecka, szczególnie jeśli miało się inną opcję, ale pomysł przeprowadzki i tak mu się nie podobał. Mimowolnie wyobrażał sobie koszmar na przedmieściach z klubami matek z wózkami i ledwo chodzącymi berbeciami, plotkami z każdej strony i źle skoszonym trawnikiem, który postawi pod znakiem zapytania jego męskość. Chociaż utrzymanie mugolskich standardów nie powinno być takie trudne jak się miało różdżkę. Ale z tego co wiedział Lily i Rogacz nie mieli problemów z nachalnymi matkami czy konkurującymi ogrodnikami, więc może nie będzie tak źle.

Spojrzał z powrotem na formularze.

- Cóż, właśnie oczyściłeś moje popołudnie. Co teraz robisz? Sprawdzimy, czy Lunatyk da radę wymknąć się Gampowi i spotka się z nami w Dziurawym na lunch?

James skrzywił się.

- Nie mogę, właściwie to zajmuję się dziś eskortą. Nie zgadniesz kogo mamy dziś na liście.

- Kto? - spytał Syriusz, myśląc, że to musiał być jakiś jego krewnym.

- Pani Pettigrew.

Syriusz poczuł ja na wspomnienie tego imienia przewraca mu się w żołądku.

- Nie przeszkadza ci zabieranie jej? - spytał Syriusz. Moody nie naciskałby na to, by James zabrał matkę swojego własnego prawie mordercy do Azkabanu, by odwiedziła zdrajcę.

Tęskne wyobrażenia Syriusza jak to radośnie zmiażdży twarz Petera niestety się nie urzeczywistniły. Nie dał rady wytropić Petera następnego dnia po Nocy Duchów. Powstrzymała go niechęć do zrujnowania sobie świetnego humoru i konieczność odwiedzenia dziadka by wszystko mu wytłumaczyć. Hermiona powiedziała, że to i tak mało prawdopodobne, by dał rade znaleźć zdrajcę, bo za wiele się zmieniło. Nawet tępy Peter miał dość inteligencji by nie rzucać się w oczy. James i Lily przeżyli i mogli powiedzieć wszystkim kto był ich Strażnikiem, więc tym razem nie mógł zrzucić wszystkiego na Syriusza.

Jak się okazało Peter miał maleńkie kłopoty z oboma stronami. W odpowiedzi na niekończące się pytania reporterów dotyczące tego jak Voldemort znalazł dom chroniony tak potężnymi zaklęciami ten szczwany lis Moody powiedział, że wydał ich zdrajca w szeregach Zakonu, który przekazywał informacje Śmierciożercom i chyrze ukrywał się pod postacią szczura. Syriusz dalej nie wiedział, dlaczego Moody otwarcie nie zdradził tożsamości Pettigrewa, ale w rezultacie tej konwersacji fakty zostały opublikowane w Proroku następnego dnia. Śmierciożercy, u których ukrywał się Peter nie byli zbyt zadowoleni. Doszli do wniosku, że grał na obie strony i świadomie wysłał Voldemorta na pewną śmierć, a teraz wiedzieli już, że należało wyglądać szczurów.

Dolohov prawie zabił Petera tydzień później, kiedy on i dwóch innych zostało otoczonych na molo w Pettycur, trochę a północ od Edynburga, ale James postępując tak ironicznie, że Syriusz dalej z niego żartował, oszołomił Antonina zanim ten zdążył zareagować. Ku wielkiemu zdumieniu Syriusza, Peter nawet nie próbował przekonać Jamesa o swojej niewinności. Błagał o litość, ale nigdy nie zaprzeczał temu co zrobił. Więc chociaż i James, i Syriusz byli w zespole, który pojmał ich byłego przyjaciela, to uznali, że w obecności Robardsa, Dawlisha i Scrimgeoura stosowanie agresywnych mugolskich taktyk nie było w ich najlepszym interesie. Głównie z powodu papierkowej roboty, jak się nawzajem zapewniali.

Ku irytacji Syriusza, Petera skazano na zaledwie piętnaście lat. Ponieważ nikogo bezpośrednio nie skrzywdził i pod wpływem Veritaserum powiedział, że sam nie zgłosił się do Voldemorta tylko został przyparty do muru i nie wierzył w cel, dano mu łagodny wyrok. Moody upewnił się, że celę zdrajcy przygotowano na obecność szczura, ale James, Syriusz i Remus mieli wrażenie, że to nie wystarczy, bo Peter poprzez informacje, które przekazał, przyczynił się do tylu śmierci pośród członków Zakonu. Wizengamot jednak się nie zgadzał. Kiedy opowieść Petera porównano z chełpliwymi wyznaniami Śmierciożerców, z którymi go złapano, Syriusz prawie zrozumiał, dlaczego. Prawie.

- Ta, chyba tak. - odparł James. - Nic przecież nie zrobiła, a nie muszę spotykać się z Glizd... z nim. Tylko podrzucam ją do biura. Potem zajmą się nią strażnicy.

Syriusz przytaknął. Już to wiedział, bo sam raz kogoś eskortował, a ostatnimi czasy była to jeden z bardziej nieprzyjemnych obowiązków aurora. Każdy więzień miał prawo do jednego gościa rocznie. To znaczy każdy więzień średniego i niższego zagrożenia. Osadzeni znajdujący się w grupie podwyższonego ryzyka przez cały pobyt nie widywali nikogo z wyjątkiem dementorów. Czyli zazwyczaj przez resztę życia. Syriusz zastanawiał się czy to mądre wpędzać najgroźniejszych przestępców w jeszcze większe szaleństwo przez dłuższy kontakt z dementorami i czynić ich coraz mniej ludzkimi. Ale to, tak samo jak obecność dementorów jako taka, było dość nisko na liście rzeczy do naprawienia na tym świecie, więc musiało poczekać.

- No to w takim razie na pewno wpadnę na obiad, bracie. Będziesz potrzebował prawdziwego pocieszenia.

James uśmiechnął się szeroko.

- Ekstra, mógłbyś przekazać Lily? Muszę już iść...

- Pewnie. I tak sprawdzę, czy Lunatyk da radę się wyrwać. Jego też zaprosić na wieczór?

James przytaknął z roztargnieniem. W ich stronę zmierzało dwóch starszych aurorów.

- Ta, dobry pomysł. Powiedz Lily, jeśli Remus da radę przyjść, będzie chciała zmusić mnie do obrania większej ilości ziemniaków.

- Gotujesz, co? Zazdrościsz mi? -spytał Syriusz, chichocząc do siebie przy wyciąganiu papieru do notatek ze sterty i zabierając się za liścik do Remusa.

- Bardziej Lilunia stwierdziła, że jeśli beznadziejny Syriusz Black szykuje kiełbaski zapiekane w chlebie to przecież człowiek o tak nieskończonych umiejętnościach i inteligencji jak ja, da sobie radę z obieraczką. - James przez chwilę patrzył na niego z zastanowieniem, a potem się odezwał. - Osobiście uważam, że się ze mnie śmieje, ale pewnego dnia to opanuję.

- Co pewnego dnia opanujesz, Potter? - spytał Hectors, kiedy para starszych aurorów dotarła do Syriuszowego boksu. Hectors był zasadniczym facetem po pięćdziesiątce, o szerokich barach, ale nieszczególnym wzroście. Szczecina szarych włosów pokrywała jego brodę, policzki i głowę. Jego partner, Smethley był nieco wyższy, co kompensował sobie zapuszczając te siwiejące rzadkie włosy, które mu jeszcze pozostały (już były dłuższe od Syriuszowych) i związując je w kucyk. Smethley też pytająco spojrzał na Jamesa, nie mogąc się doczekać informacji co młody auror pewnego dnia opanuje.

Na myśl o rozmawianiu na niemęskie domowe tematy przy tych dwóch twardych weteranach oczy Jamesa otworzyły się szeroko za szkłami okularów. Rozejrzał się pospiesznie.

- Zaklęcie ukrywające przed nami te wszystkie notatki z Forte de Sang. Już prawie skończyliśmy, co, Syriuszu?

- No tak. - potwierdził Syriusz, który był pod wrażeniem szybkiego myślenia jakie wykazał jego przyjaciel. W pewien sposób mówił prawdę, wypróbowali tyle możliwych kombinacji na księgach znalezionych w domowym skarbcu jego kuzynki, że musieli zbliżać się do tej właściwej. Nie zostało już nic więcej do sprawdzenia. - Wolno i pewnie to jedyny dobry sposób na obranie ich z zaklęć, co nie brachu?

James prychnął i wywrócił oczami.

- Rzeczywiście. No to chodźcie. - powiedział, patrząc na Hectorsa. - Mam ochotę na morskie powietrze i trochę wysysania duszy. Co powiecie, panowie?

Starsi aurorzy spojrzeli na siebie z widoczną rezygnacją, nie wiadomo czy to z powodu swoich perspektyw na popołudnie czy też radości kolegi po fachu.

- Miejmy to już za sobą. - odparł Smethley, zerkając na zegarek. - Ruszmy się, mamy być w dokach za dwadzieścia minut.

Syriusz zaśmiał się na widok machającego wesoło Jamesa, który odchodząc wyglądał jakby zmierzał na spotkanie z gwiazdą Quidditcha, a nie spędzić kolejne godziny w towarzystwie złowieszczych rodzin skazanych Śmierciożerców i innych niebezpiecznych kryminalistów. Czasami Rogacz był zupełnym kretynem, pomyślał sobie Syriusz.

Po odejściu Jamesa, Syriusz skończył pisanie notki do Remusa (przypominając mu o ważności męskiego towarzystwa i jak powinna mu towarzyszyć pinta i frytki) i wysłał ją. Biedak spędzał całe dnie w towarzystwie pań z Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami i z tego co opowiadali on i Hermiona każda z nich należała do tych pustogłowych hipisowskich idiotek. Kiedy Gamp niechętnie zgodził się zatrudnić Remusa większość pracowników spokrewnionych ze starymi rodami (i wyznających równie stare opinie) albo została aresztowana, albo złożyła rezygnację, ale departament powoli stawał na nogi, nawet jeśli część jego nowych pracowników to kretyni.

Syriusz usilnie starał się wykazać zainteresowanie pracą swojej dziewczyny, ale wydawało mu się to nudniejsze niż wszystko co kiedykolwiek słyszał. Gorsze nawet od magicznej imigracji. Jednakże Remus zapewniał go, że to jak podstępnie Hermiona formułowała prawa, które wysyłano do biura ministra wszystko zmieniało. Syriusz oczekiwał od niej czegoś bardziej dramatycznego. Rozgorączkowanych żądań by na nowo sklasyfikowano stworzenia magiczne i wszystkim nadano równe prawa, trochę stania na skrzyniach i rozdawania ulotek. Zakładał, że to właśnie robiła poprzednim razem. Ale nie, okazało się, że po prostu wetknęła swe szczwane, ostre pióro w to jak spisano wszystko czego dała rady dotknąć i z biegiem czasu, zanim ktokolwiek zauważył, sytuacja znacznie się polepszyła.

Już teraz zarejestrowane wilkołaki nie mogły zostać zwolnione tylko za fakt bycia wilkołakami. Pracodawcy dalej znajdowali sposoby by ominąć ten zakaz, ale Hermiona naciskała, że to dobry początek. Ziemie centaurów zawsze były kontrowersyjnym tematem, ale w poprawce do traktatu, która twierdziła, że jeśli będą musiały się przenieść dla celów bezpieczeństwa (na przykład mugole zaczynający budowę nowej autostrady przez las, w którym żyły) musiano udostępnić im przestrzeń o podobnej powierzchni i zaletach geograficznych. W przypadku oskarżeń kryminalnych wszystkim stworzeniom umożliwiono skorzystanie z pomocy prawnej poprzez dodanie jednego słowa do dokumentów. Zamiast „Stworzenie przedstawi sytuację" napisano „Adwokat stworzenia przedstawi sytuację".

Wszystkie te maleńkie zmiany należały do zasług Hermiony z ostatnich czterech miesięcy, co imponowało Syriuszowi nawet jeśli kiedy o nich opowiadała zasypiał w pięć minut. Powiedziała, że kiedy już wyrobi sobie opinię zdrowej psychicznie i rozsądnej pracownicy z sensownymi osiągnięciami, zacznie protestować nieco głośniej, ale na razie Syriusz uważał, że całkiem jej się podoba ta przebiegłość, przechytrzanie Ministerstwa i tak dalej. Czasami zastanawiał się czy nie skłamał z tym Griffindorem, bo chwilami widział w niej prawdziwą Ślizgonkę. No i jeszcze fakt, że nigdy nie złościła się tak jak powinna, kiedy to sugerował. Każdy Gryfon protestowałby przeciwko takim oskarżeniom do ostatniego tchu.

Ścianka działowa skrzypnęła i Syriusz spojrzał do góry, by zobaczyć uśmiechniętego Franka.

- To te formularze? - spytał, skinąwszy głową w stronę sterty pergaminu, którą przyniósł James.

- O tak. - potwierdził Syriusz. - Szybko poszło, co?

- Ha, nieźle. - odparł przenikliwie Frank. - Słyszałem jak Potter je podrzucił. To, że mnie nie widzisz nie znaczy, że ja cię nie słyszę.

- To niepokojące, Longbottom. - odparł Syriusz, podając mu papiery nad ścianką. - Czyli ty też chcesz zaproszenie na lunch? - spytał, stając by przygotować się do wyjścia zdejmując szatę.

- Nie, dzięki. - odparł Frank. - Alicja codziennie robi mi drugie śniadanie do pracy. Mówi, że skoro urodzi się nam drugie dziecko, musze się za siebie wziąć, a to znaczy, że koniec z piwem i frytkami. Hermiona nie męczy cię o to samo?

Syriusz potrząsnął głową.

- Jeszcze nie. Dziewczyna nawet nie chce za mnie wyjść, naprawdę myślisz, że mówiłaby mi co mam jeść? - a potem się uśmiechnął i dodał. - Poza tym przecież nie mówię jej co codziennie jem na lunch. Z tego co wie może dzień w dzień raczę się sałatkami i herbatką ziołową.

Frank prychnął.

- Powodzenia ze wciśnięciem jej tego kitu. Czekaj tylko, jak będzie na tym samym etapie co Alicja i zacznie zrzędzić. Całkiem jakby myślały, że umrzemy i zostawimy je same z dzieciakami, tylko dlatego, że zjedliśmy jeszcze jeden pudding z Yorkshire.

- Może jeśli się jest tak starym jak ty. - zaśmiał się Syriusz.

Frank rzucił w Syriusza swoim piórem.

- Jeszcze tylko trzy lata, czekaj tylko.

- Ta, ale wtedy ty będziesz miał trzydziestkę na koncie, więc nie zamierzam się martwić.

Frank prychnął i schował się za przepierzeniem, a w chwilę później z otwartej przestrzeni przyleciał fioletowy samolocik. Syriusz chwycił go w powietrzu i rozłożył by odczytać pismo Remusa.

Łapo,

Mocno obraziłeś Amosa. Nie lubi być nazywany jednym z „głupkowatych panienek tam na dole" i chciałby Ci przypomnieć, że pracuje przy niebezpiecznych stworzeniach i potrafi sobie poradzić z napuszonymi aurorami, którzy go wyzywają.

Hermionie także nie podoba się, że wrzuciłeś ją do tego samego worka co mniej ambitne przedstawicielki jej płci. Więc tak, lunch daleko stąd to świetny pomysł.

Gamp wszedł na wojenną ścieżkę. Ktoś miał nadzorować wypuszczenie kilkunastu złapanych smoków na wolność, ale uwolniły się za wcześnie i próbowały spopielić wszystko dookoła, więc biedaki nie tylko pachną jak pieczone żeberka, ale też od pół godziny wysłuchują jego wrzasków. Dla mnie to lepiej, właśnie wychodzę. Spotkamy się na dole.

Lunatyk

Syriusz westchnął, w połowie rozbawiony, w połowie zdenerwowany. Czy ten cholerny wilk czytał jego notki na głos? Teraz będzie musiał przez kilka dni unikać krzepkiego Diggory'ego. Niezbyt trudne, ale upierdliwe. Nie to, że Syriusz się bał czy coś. Tak po prostu było... mądrze. Szybko napisał notkę do Hermiony i wysłał ją, a potem ruszył na spotkanie ze swoim plotkującym wilczym przyjacielem.


Jedząc przy biurku banana Hermiona znacznie lepiej radziła sobie z leżącym na blacie dokumentem. W departamencie było cicho i miło, głównie dlatego, że wszyscy udali się na lunch. Do południa znosili podniesiony głos wkurzonego pana Gampa. Dalej był w swoim gabinecie na końcu korytarza i jadł lunch jak to robił zawsze, ale pod nieobecność ludzi, na których można by krzyczeć, na piętrze zaległa cudowna cisza. Hermiona słyszała nawet szelest lecącego samolocika, a kiedy wyrzucała skórkę po bananie do kosza na śmieci, dźwięk uderzenia poniósł się echem po pomieszczeniu.

Notka jak się okazało była dla niej. Często zastanawiała się co powiedziałby Gamp, gdyby dowiedział się, ile tych samolocików wlatujących do gabinetu Hermiony nie miało zupełnie nic wspólnego z pracą i zawierało zbłąkane myśli jej łatwego do rozproszenia chłopaka. Ta właśnie taka była.

Pani Ogden,

Lunatyk twierdzi, że udało mi się Cię obrazić. Oczywiście nie zaliczasz się do „głupkowatych panienek tam na dole" bo nie chcę umierać.

Rogacz mówi, że Lily znalazła kolejny dom, który powinniśmy zobaczyć, a ponieważ to niedaleko od nich, zapraszają na obiad. Brzmi dobrze?

Pan Ogden

P.S. Mój dotychczas najlepszy pomysł: Flora? Nie za bardzo gwiezdne (to asteroida, ale wystarczy by uszczęśliwić Matkę) i nikt go jeszcze nie użył, więc nasza córka nie dowie się pewnego dnia, że jej imiennicza próbowała opublikować książkę z dziesięcioma najlepszymi sposobami na ugotowanie mugola, czy coś.

Hermiona uśmiechnęła się z niedowierzaniem i zaśmiała się nerwowo. Odkąd zaszła w ciążę zastanawiała się czy „młoda Flora", o której wspomniała Frederika nie była przypadkiem jej córką, a nie młodą Potterówną, ale Syriuszowi nic nie powiedziała. Niezbyt podobał jej się pomysł, że jej córka zostanie pewnego dnia dziewczyną Rona. W jakiś sposób pachniało to kazirodztwem, choć wiedziała, że używa logiki wstecznej. Ale Ron był dobrym człowiekiem. Cóż, ten którego znała był, więc przy odrobinie szczęścia historia się powtórzy. Wolałaby też nie mieć racji, bo bardzo chciała, by Harry miał siostrzyczkę. Choć oczywiście córka Syriusza będzie dla niego niczym siostra, tak samo jak Syriusz znalazł brata w Jamesie, a Harry całą rodzinę w Weasleyach.

Koniec końców nie chodziło o krew, jak chyba zawsze podejrzewała. Tylko o wybór. Jak ze wszystkim, wybierz stronę, po której będziesz walczył, wybierz ludzi, którzy są dla ciebie ważni i wybierz rzeczy, które dają ci szczęście. Kiedy tak to ująć brzmiało komicznie prosto, ale z drugiej strony dla niej, kobiety, która każdą decyzję w życiu przemyśliwała całe wieki, takie właśnie było. Nie wiodła teraz idealnego życia, ale w porównaniu z decyzjami, które podejmowała kiedyś, te obecne to pikuś. Całkiem jakby zapomniała, że ludzie umarli i że na zawsze porzuciła swoich przyjaciół. Nie mogła tego jednak zmienić. Dysponowała notatkami Dumbledore'a na temat zmieniacza czasu, więc gdzieś głęboko w jej umyśle tkwił płomień nadziei, że kiedyś wszystko naprawi, ale na razie skupiała się na przyziemnych problemach dnia codziennego. Miała surowego szefa, który potrącał jej z pensji za każdym razem, kiedy wracała z przerwy na herbatę z półtoraminutowym opóźnieniem, matka jej chłopaka bywała prawdziwą suką, a każdego poranka musiała używać nieprawdopodobnych ilości Ulizanny, by przemienić krótkie blond włosy z peruki klowna w prawdziwą fryzurę. Więc jeśli to wszystko podliczyć to Hermiona wcale się nie dziwiła, że była szczęśliwa i wdzięczna za życie, które wybrała.

Koniec


Żegnajcie żarliwi... fani na zawsze...? Żart! Z zadowoleniem zapewniam, że fikowanie zapewnia zabawę.


Napisałam kilka jednostrzałowców, umiejscowionych w uniwersum 169 i właśnie pisze i publikuję drugą część skupiającą się na Remusie. Czas i miejsce akcji, Hogwart 1993. Zapraszam do odwiedzenia mojego profilu i zerknięcia na nie.

Jeśli opowiadanie Wam się podobało, proszę zostawcie mi komentarz. Świadomość, że kogoś uszczęśliwiłam sprawia, że warto się wysilać.

Kocham,

Mrs J xx


Od tłumaczki: No, dotarliśmy. Tak, moi drodzy, to już koniec tego opowiadania. Nawet sobie niewyobrażanie jak się cieszę, że wreszcie mogłam zaprezentować Wam je w pełni i że tłumaczenie tak Wam się podobało. Dziękuję Wam bardzo za entuzjastyczny odzew i wsparcie w tej walce. Zachęcam też żebyście okazali swoją sympatię autorce oryginału, bo to w powalającej większości jej zasługa, że mogliście je przekazać. Gdyby ktoś potrzebował pomocy z komentarzem, przez wzgląd na barierę językową, chętnie służę pomocą. Oczywiście byłoby mi też miło, gdybyście i tu zostawili komentarz, ale nie nalegam. Mam w końcu licznik pokazujący, ile osób to przeczytało 😊. Choć oczywiście miło byłoby od Was usłyszeć.

Jak już mówiłam, do opowiadania są jeszcze trzy one-shoty i sequel, o którego tłumaczenie mnie prosiliście, choć jest nieskończony. Mam je już prawie gotowe, więc chyba zrobimy tak, że one-shoty będę publikować co tydzień na moim profilu, jako oddzielne opowiadania. Potem zrobimy sobie dwutygodniową przerwę, bo ten moment września będzie dla mnie szczególnie zarobiony i polecimy z sequelem. Pasuje?

Mam nadzieję, że tak. W takim razie zobaczymy się za tydzień. Na moim profilu powinno ukazać się kolejne tłumaczenie twórczości Mrs J.

Do usłyszenia i pozdrawiam,

Ammaviel