A/N: Od razu uprzedzam, że pierwsze trzy rozdziały
zostały tu przeniesione
z "Someone to Watch Over Me":)

Po dłuższym przemyśleniu uznałam,
że świąteczna miniatura jest na tyle ważna i długa,
że zasługuje na to, by pojawić się jako oddzielna historia;)

Planuję ukończyć ją
OCZYWIŚCIE
jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia:):):)

SMACZNEGO!


Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.

Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"

Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.


Intro: Świąteczne starcie: Marta & Elijah vs Jej Rodzina & Ania i Kol;)

Czas i miejsce: Boże Narodzenie 2013, Londyn, później Warszawa (zaraz po Begin Againz Someone to Watch Over Me)

Pairingi: Marta & Elijah, Ania & Kol

Typ: humor, romans, rodzina, ŚWIĘTA!


Część 1
Londyn i lot do Warszawy

– To się nie uda, to się po prostu nie uda… – mruczałam sama do siebie, kiedy odrzutowiec Mikaelsonów zaczął lądować na Okęciu. – Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby się na to zgodzić…

Aby sama sobie polepszyć humor, nuciłam pod nosem „Driving Home for Christmas", ale to wcale nie zmniejszyło mojego niepokoju.

Od początku wiedziałam, że to był zły pomysł. Szczególnie, że nie dawała mi spokoju myśl, że w ten sposób strasznie nadużywałam swojej przyjaźni z Elijah. No bo jak to inaczej nazwać?

W Londynie wspaniale spędziliśmy czas. Codziennie spacerowaliśmy wspólnie po mieście, a Pierwotny pozwolił mi ekscytować się każdą świąteczną dekoracją, jaka zwróciła moją uwagę. Miał rację. Miasto wyglądało przepięknie, przygotowując się do Bożego Narodzenia. W nosie miałam, że był to najczęściej po prostu chwyt marketingowy. Liczył się efekt.

Zatrzymaliśmy się w londyńskim domu Mikaelsonów, który zajmował całą powierzchnię pięknej, zabytkowej, trzypiętrowej kamienicy w centrum miasta. Zakochałam się w tym domu od pierwszego wejrzenia. Stanowił wręcz doskonałe połączenie tradycji i nowoczesności, ponieważ z zewnątrz wszystko zdawało się jakby pochodzić z minionych wieków, natomiast wystarczyło kilka kliknięć na dobrze ukrytych panelach, a np. z „barku" wyłaniał się sześćdziesięciocalowy, plazmowy telewizor z wszystkimi możliwymi bajerami. Dowiedziałam się już wcześniej, że z tego domu w ciągu ostatnich dwustu lat korzystał właściwie jedynie Elijah. Wyglądało więc na to, że chociaż zdawał się czasem trochę oldskulowy, a nawet staroświecki, to jednak lubił elektroniczne cacka najnowszej generacji. Zdecydowanie mieliśmy pod tym względem wiele wspólnego.

Część dni Elijah spędzał, zajmując się interesami, a ja, zanim się obejrzałam, zaczęłam przeglądać oferty angielskich uniwersytetów na kolejny rok akademicki. Moje „stypendium" na uniwersytecie w Wirginii było tylko przykrywką, żeby pojechać do Stanów. Poza tym, spędziłam tam właściwie tylko wakacje i jeden semestr. Dlatego zdałam sobie sprawę, że chyba nadszedł czas, żeby zastanowić się co dalej.

Oczywiście, dzięki temu, że dosyć długo Stefan inwestował moje pieniądze, już jakiś czas wcześniej stałam się dosyć niezależna. Niedawno jednak przejęłam kontrolę nad finansami i uświadomiłam sobie, że moje kosztowne hobby – zakupy – raczej samo za siebie nie zapłaci.

Elijah zaproponował, że to on mógłby zająć się inwestowaniem mojego niewielkiego majątku. Opierałam się dosyć długo, aż w końcu przekonała mnie Rebekah, która zapewniła, że jeśli ktoś w ich rodzinie potrafił sprawić, by pieniądz rodził pieniądz, to na pewno jej najstarszy brat. Dlatego w końcu wyperswadowała mi mój upór. Jak zwykle wyciągnęła argument pt. „Jesteśmy ci to winni po wszystkim, co ci zrobił Nik." Z jednej strony miałam dość, że wciąż mają z tego powodu poczucie winy. Z drugiej jednak – miałam świadomość, że w moim przypadku pieniądze raczej „same" się wydają, niż zarabiają. Winiłam tylko i wyłącznie swoją skłonność do pięknych, designerskich butów. Nad resztą garderoby nawet nie miałam ochoty się zastanawiać.

Oczywiście, skoro miałam przeżyć wieczność, to nie miałam zamiaru robić tego bezczynnie. Prędzej bym chyba oszalała z nudy. A ponieważ i tak miałam zamiar kontynuować w końcu studia… to czemu bym nie miała zacząć już od najbliższego możliwego terminu? Niby chciałam to jeszcze trochę odsunąć w czasie, ale i tak mogłabym się nawet założyć, że tego oczekiwaliby moi rodzice…

Licencjat z lingwistyki stosowanej dawał mi kilka wartych przemyślenia opcji. Dlatego właśnie, podczas gdy Elijah pracował, by niewyobrażalne wręcz bogactwo Pierwotnych stało się jeszcze większe, ja siedziałam w bibliotece ich londyńskiego domu, za wielkim dębowym biurkiem i na swoim MacBooku Pro serfowałam po internecie, szukając najlepszej dla siebie możliwości. Powoli w mojej głowie rodził się plan działania na najbliższe lata.

Zanim jednak mogłam myśleć o dalszej edukacji, czekała mnie Wielka Mordęga, czyli Świąteczny Obiad z Rodziną. Specjalnie odłożyliśmy wylot z Londynu na dwudziestego trzeciego grudnia, żeby jak najmniej czasu spędzić w moim warszawskim mieszkaniu, zajętym przez Anię i Kola.

To znaczy, to było początkowo mieszkanie Salvatore'ów, ale Stefan i Damon najpierw przekazali je mnie, a później, kiedy Ania przyjechała do Warszawy na studia, sama przepisałam je na nią, żeby mogła decydować o tym, kogo wpuszcza do środka. W ten sposób chroniłam ją przed atakami ze strony obcych wampirów.

Tyle że najwyraźniej Kol był na tyle „nieobcy", że całkiem nieźle się tam zadomowił. Niezależnie od faktu, że uwielbiałam tego tysiącletniego, wiecznego, niepoprawnego dzieciaka, to naprawdę zimne dreszcze mnie przechodziły, kiedy w mojej głowie pojawiały się nieproszone wizje mojej młodszej siostrzyczki z moim przyjacielem. Aż się wzdrygałam na samą myśl o nich. Poza tym, obawiałam się, że nocne hałasy zupełnie uniemożliwiłyby mi zaśnięcie. W takich chwilach przeklinałam swój nadzwyczajny słuch.

Elijah, który siedział w fotelu obok mnie, musiał jakimś szóstym zmysłem wyczuć moje zdenerwowanie, ponieważ nagle poczułam, jak ściska lekko moją dłoń. Miało to dwojakie skutki. Z jednej strony, od razu poczułam się trochę spokojniejsza. Kiedy jednak najpierw spojrzałam na nasze splecione palce, a potem uniosłam wzrok na jego twarz, mój spokój prysł jak bańka mydlana. Zauważyłam, że jego ciemnobrązowe oczy nagle zrobiły się prawie czarne i wtedy zorientowałam się, że zupełnie zaschło mi w ustach. Znałam to spojrzenie. Przygryzłam zaraz wargę, próbując jednocześnie przełknąć ślinę. Wydawało się to wręcz niemożliwe w tamtym momencie.


Przypomniało mi, jak w Londynie wpadliśmy na siebie w nocy, kiedy nie mogłam spać i nie byłam w stanie powstrzymać swojej ochoty na coś słodkiego. Nie zastanawiałam się wtedy, że mam na sobie piżamę składającą się z kusej koszulki i szortów. Najzwyczajniej w świecie na bosaka zeszłam na dół i skierowałam się do kuchni, by zrobić nalot na lodówkę. Gospodyni Elijah – około sześćdziesięcioletnia, korpulentna, energiczna i zawsze uśmiechnięta pani Rogers – po pierwszej kolacji już wiedziała, że lubię słodycze, więc zawsze mogłam liczyć na to, że znajdę w nocy coś na ząb.

Zamykałam właśnie lodówkę, mając obie ręce zajęte pudełkami z jedzeniem, kiedy usłyszałam, że ktoś wchodzi do kuchni i odwróciłam się gwałtownie w tamtą stronę. Prawie upuściłam swoje zdobycze, kiedy ujrzałam przed sobą… półnagiego Mikaelsona.

Co jest z tym facetem, że na co dzień od stóp do głów zakrywała go zbroja w postaci pełnego garnituru, a po nocy łaził tylko w jedwabnych spodniach od piżamy? To było strasznie nie fair. Nawet w trakcie naszych treningów miał na sobie koszulkę. Taka szkoda… A z drugiej strony – całe szczęście! W przeciwnym razie moja zdolność formułowania w miarę logicznych myśli znacznie by ucierpiała w ciągu dnia…

Tym razem wrażeń nie zakłócały mi ani przeżyty koszmar, ani przerażenie, więc mój wzrok zaczął, niezależnie ode mnie, błądzić po idealnych krzywiznach jego wysportowanej sylwetki. Nie wiem, jak długo się na niego gapiłam. Może to trwało minuty, a może sekundy. Wiedziałam natomiast, że kiedy mnie zobaczył, jego oczy nabrały dokładnie tego samego odcienia, co teraz w samolocie.

Nie zorientowałam się wtedy, jak przeszedł przez kuchnię i zamknął za mną drzwi lodówki. Nie spuszczał jednak ze mnie wzroku i to dziwne napięcie, które zdarzało mi się już odczuwać w jego obecności, wróciło ze zdwojoną siłą.

W końcu, bardzo powoli, ale wróciłam do siebie i odłożyłam swoje pudełka na blat wyspy kuchennej. Już w tym momencie wiedziałam, co na pewno zjem. Wśród moich słodyczowych skarbów był wielki kawałek ciasta czekoladowego w polewie czekoladowej. Oj tak, właśnie czekolady potrzebowałam w tej chwili. Szczególnie, że Elijah, z oczyma nagle czarnymi jak dwa węgle, stanął tuż przede mną i jego muskularny tors nadzwyczaj mnie rozpraszał.

To dlatego garnitury tak na nim świetnie leżały… Ale to w sumie wielka szkoda, że nie chodził czasem w opiętych koszulkach, jak jego bracia. Koszule też się opinały, ale trochę inaczej…

Przełknęłam z trudem ślinę i ten dźwięk w otaczającej nas nocnej ciszy wydawał mi się głośny jak uderzenie pioruna. Musiałam nadzwyczaj się skupić, żeby zdobyć się na to, by odrobinę odsunąć się od nadzwyczaj apetycznie wyglądającego Mikaelsona i by odezwać się głosem, który wcale nie przypominał mojego:

– Przepraszam, nagle zgłodniałam. Może też masz ochotę?

Wolałam nawet nie zastanawiać się, jak to dla niego zabrzmiało – bo nawet w moich uszach dwuznacznie.

Intensywne spojrzenie Elijah wciąż zapierało mi dech w piersiach. Jemu też trochę zajęło, żeby oprzytomnieć. Zaraz się trochę odsunął i założył ręce na piersi.

To nie pomogło na mój brak oddechu. Wręcz pogorszyło sytuację.

Wreszcie Eli mi odpowiedział i chyba mi się wcale nie zdawało, że jego głos był niższy i trochę chrapliwy.

– Nie przejmuj się, jak mówiłem, czuj się jak u siebie w domu. I bardzo chętnie.

Złapałam się na tym, że tak wsłuchiwałam się w brzmienie jego słów, że ich znaczenie docierało do mnie z dużym opóźnieniem. Nawet miałam ochotę spytać „Ale co bardzo chętnie?", kiedy jednak sobie przypomniałam, co mu zaproponowałam.

Elijah chyba czuł się trochę podobnie i zauważył moją chwilową dezorientację, ponieważ zaraz jeden z kącików jego ust uniósł się w lekkim uśmiechu. Mogłabym godzinami się na niego gapić.

Zamiast tego jednak nakazałam sobie: Skup się, Marta, skup się! I powstrzymaj tę burzę hormonów, bo nic dobrego z tego nie wyniknie!

Dlatego też w odpowiedzi na słowa Eliego tylko skinęłam głową i otworzyłam pudełka z jedzeniem. W tym samym czasie Mikaelson wyciągnął z szafki dwa duże talerze, na które zaraz nałożyłam idealnie podzieloną na pół porcję wszystkiego, co wyjęłam z lodówki.

Działaliśmy w harmonii, jak dobrze naoliwiony mechanizm. Bezmyślne czynności, które musieliśmy wykonać, pozwoliły nam obojgu nabrać odrobinę dystansu do tego, co miało miejsce chwilę wcześniej. Wciąż czułam ten prąd, który przepływał między nami, ale nie były to już tak gwałtowne skoki napięcia.

Z talerzami w dłoniach, staliśmy naprzeciwko siebie – ja oparta o wyspę, Elijah o szafki kuchenne – i próbowaliśmy delicji przygotowanych przez panią Rogers. Próbowałam nie zastanawiać się nad tym, że tak momentami byłam skupiona na każdym ruchu Eliego, kiedy jadł, że nie czułam smaku słodyczy. Wyglądało na to, że seksapil Mikaelsona był bardziej apetyczny niż moja ukochana czekolada.

Kolana się trochę pode mną ugięły, więc, nie namyślając się długo, wskoczyłam na blat. Miałam nadzieję, że nagłe zimno marmuru pode mną trochę mnie ostudzi i spowolni moje rozszalałe libido. Walczyłam z samą sobą, żeby nie wpychać sobie do buzi wielkich kawałków ciasta, żeby mi wystarczyło zamiast wskoczenia na Pierwotnego.

Jakimś jednak cudem udało nam się wtedy wreszcie w miarę spokojnie porozmawiać. Zaczęło się od tego, jak zatrudnił panią Rogers, a skończyło na wspólnym śmiechu, kiedy opowiadał, jak w XIX wieku Kol, oczarowany pewną kucharką, której nie mógł zahipnotyzować, bo regularnie przyprawiała swoje potrawy werbeną, próbował ją zdobyć, udając mistrza kuchni. Krótko mówiąc, skutki były opłakane. W zamian, podzieliłam się z Elim szczegółami pierwszej samochodowej „przejażdżki" Bex, kiedy to, świadoma, że obie jesteśmy nieśmiertelne, mimo wszystko obawiałam się o nasze życie. Zaraz znów wróciliśmy do tematów kulinarnych i jeszcze opowiedziałam mu, jak to kiedyś „gotowałam" w mikrofalówce i byłam na tyle zdolna, że w środku coś zaczęło się palić, a ja, w panice, wpadłam na genialny pomysł, żeby próbować gasić pożar za pomocą pięciolitrowego baniaka wody mineralnej. W tym momencie Elijah aż się zmartwił, więc zaraz uprzedziłam, że mój tata zdążył w ostatniej chwili przyjechać do domu na obiad i powstrzymać mnie przed wykonaniem jednego z moich najdurniejszych pomysłów.

Kiedy zauważyłam czarne jak węgiel spojrzenie Elijah, natychmiast przypomniałam sobie o tamtej nocy, którą ostatecznie spędziliśmy w kuchni na opowiadaniu sobie zabawnych anegdot związanych z nami i naszymi bliskimi. Tak rano znalazła nas pani Rogers – ja siedziałam po turecku na blacie wyspy, a Eli wciąż stał oparty o szafki.

Przypomniałam sobie, że wówczas nadzwyczaj dociekliwa gospodyni rzuciła pod nosem coś w rodzaju:

Tylko przyjaciele… Owocem takiej „przyjaźni" między mną a moim świętej pamięci Henry'm jest czwórka naszych dzieci…

Powiedziała to na tyle cicho, że zwykłe ucho ludzkie by tego nie zarejestrowało. Elijah też chyba nie usłyszał, za to moje wyostrzone, częściowo wilkołacze zmysły pozwoliły mi wychwycić ten komentarz.

Wtedy wolałam zignorować tę uwagę. Jednak w kabinie odrzutowca, w sytuacji, kiedy zaledwie godziny dzieliły nas od starcia z moją rodziną, słowa pani Rogers rozbrzmiały w moich uszach po raz kolejny.


C. D. N.


A/N: Tyle na razie, niedługo będzie więcej:)


Jeśli chodzi o Soundtrack...
oprócz świątecznych piosenek i kolęd, jakie będą tu wspominane,
proponuję posłuchać sobie swoich ulubionych świątecznych przebojów!:)


Kreacja Marty w tej części,
tostępna jest na moim profilu na Polyvore
pt. Come Fly With Me :)


Do kolejnego epizodu z tej świątecznej opowieści!