A/N: miało być na urodziny,

ale zrobił się poślizg, bo się rozchorowałam...

Może dzięki temu będę mieć teraz więcej czasu na pisanie?

Z niecierpliwością czekam na Wasze wrażenia po tym rozdziale!

BUZIAKI!


Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.

Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"

Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.


Część 9

Wigilijny poranek

Oh, I see the stars when I look in your eyes
I've lived enough to know that there's something right
I need to be near you (oh, I need to be near you),
oh, I need to be near you (yeah, I need to be near you)
the way our hearts beat perfectly in time
You know just what I need like you can read my mind
we'd live happily ever (we'd live happily ever)...

Obudziło mnie łaskotanie w nos i policzki. Dawno się tak nie czułam, ale natychmiast rozpoznałam to wrażenie. Otworzyłam oczy, by tuż przed sobą ujrzeć zezującego na mnie Bazyla. Kot ocierał się o moją twarz i patrzył na mnie wyczekująco.
Kiedy zerknęłam na zegarek na szafce nocnej, zorientowałam się, że jeszcze przynajmniej kwadrans miałam do budzika.
– Wygląda na to, że z tobą wcale nie jest mi potrzebny... – mruknęłam, po czym wtuliłam twarz głębiej w poduszkę.
Było mi przyjemnie ciepło i dawno już nie czułam się taka wypoczęta. Jakby cały stres, który towarzyszył mi przez ostatnie tygodnie, po prostu zniknął.
– On chyba tak łatwo nie odpuści... – usłyszałam za sobą i dopiero wtedy przypomniałam sobie, że nie jestem sama w łóżku.
Dosłownie na moment pozwoliłam sobie wpaść w panikę: Jak ja muszę teraz wyglądać? Pewnie moje włosy są jak ptasie gniazdo i bardzo możliwe, że w ogóle przypominam jakieś straszydło!
Zaraz jednak sama sobie nakazałam się opanować. Elijah widział mnie już w gorszym stanie... Nie, żeby to było jakieś pocieszenie, ale to zawsze coś. Kątem oka zerknęłam w dół i zorientowałam się, że nie tylko obejmował mnie w pasie, ale przez sen musiałam położyć swoją dłoń na jego i nasze palce były splecione. Uniosłam głowę i okazało się, że nasze twarze były zaledwie kilka centymetrów od siebie, jakby od jakiegoś czasu leżał za mną, oparty na łokciu.
– Dzień dobry. – Jego usta rozciągnęły się w leniwym uśmiechu i instynktownie go odwzajemniłam.
– Dzień dobry. – Na chwilę przygryzłam wargę, zastanawiając się, co mogłabym jeszcze powiedzieć. – Dziękuję za wczoraj. Gdybym była sama, pewnie ogarnęłaby mnie panika...
Przewróciłam się na plecy i Elijah automatycznie odsunął się odrobinę, by zrobić mi miejsce.
– Wciąż jesteś przekonana, że sama dałabyś sobie radę w te święta? – spytał i widziałam w jego oczach kpinę.
By go ukarać, natychmiast zamarkowałam uderzenie go pięścią w (oczywiście, znów nagi) tors.
– Uważasz, że nie? Jak do tej pory zachowałam nadzwyczajny wręcz spokój! – wydęłam wargi, niby śmiertelnie obrażona. Elijah w odpowiedzi tylko uniósł sceptycznie brwi. – No co? Przecież to prawda! W końcu nie udusiłam jeszcze Kola...
Przytaknął, jakby nie chciał, ale musiał przyznać mi rację.
– Fakt, jeśli tak widzisz nadzwyczajne panowanie nad sobą, to nie mogę się z tym nie zgodzić. – Udawał powagę, ale zauważyłam, że ledwie powstrzymywał śmiech.
– Czy pan ze mnie kpi, panie Mikaelson? – Spytałam fałszywie obrażonym tonem, na jaki tylko było mnie stać.
– Nie śmiałbym.
Zaraz zmrużyłam oczy i szturchnęłam go łokciem.
– Wyobraź sobie, że nie wszyscy rodzimy się z twarzą pokerzysty i kijem w tyłku...
Wyglądał, jakbym rzuciła mu wyzwanie. Nim się obejrzałam, znalazł się nade mną, opierając dłonie po dwóch stronach mojej głowy.
– Tak o mnie myślisz? A jednak, do tej pory zdawało się, że ci to nie przeszkadza.
Zaskoczona jego nagłym ruchem, a także nagle nadzwyczaj podniecona, dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że jego czekoladowe oczy znów są prawie czarne.
Z trudem przełknęłam ślinę i mruknęłam głosem tak chrapliwym, jakby nie należał do mnie:
– A czy ja powiedziałam, że mi to przeszkadza?
Na jego twarzy pojawił się uśmiech tak drapieżny, że nie przypominałam sobie, żeby kiedyś wyglądał podobnie.
– A czy kiedykolwiek można być pewnym, co masz na myśli?
Dosłownie na chwilę udałam, że się zastanawiam.
– W sumie, to nie. Nie można. Na tym polega mój urok.
Miałam w tym momencie wielką ochotę przejechać dłońmi po jego torsie, od pasa w górę. Albo po jego ramionach. Za każdym razem, gdy ćwiczyliśmy walkę wręcz, to pragnienie rosło.
– To prawda... – mruknął Elijah i bardzo powoli opuszczał twarz, tak, że niewiele brakowało, by jego wargi znalazły się na moich.
Tak! Nareszcie! Czekałam na to tak strasznie długo! Zaraz poczuję smak ust, które prześladowały mnie od miesięcy w moich najbardziej odważnych, plastycznych, erotycznych snach...
Nawet nie miałam ochoty się zastanawiać, skąd się wzięła ta zmiana nastawienia. Może po prostu przegrał walkę z samym sobą, jak to się stało ze mną?
Jeszcze tylko milimetry nas dzieliły, czułam, jak moje oczy same zamykają się w oczekiwaniu na to, co nastąpi...
Przenikliwe miauknięcie Bazyla natychmiast sprawiło, że oboje znieruchomieliśmy. Otworzyliśmy oboje oczy i tak trwaliśmy w oczekiwaniu, aż wreszcie usłyszałam to, czego należało się spodziewać. Pośpiesznie, lekkie kroki mojej młodszej siostry, która właśnie wchodziła po schodach do nas na górę. W ciągu ułamka sekundy Elijah zsunął się ze mnie i zaraz oboje siedzieliśmy na moim łóżku, oparci o wezgłowie łóżka.
W tym momencie ogarnęła mnie przemożna ochota, żeby udusić swoją siostrę. Najpierw miałam zamiar wykopać z pokoju kota, ale dobrze wiedziałam, że miauczał w ten sposób, kiedy zbliżała się Ania. Był pod tym względem niezawodny. Idealnie się nadawał, żeby go stawiać na czatach.
Naprawdę, już TAK NIEWIELE BRAKOWAŁO! Czy Ania postanowiła przez te święta nieustannie sprawdzać moją cierpliwość? A może po prostu uprzykrzać mi życie?
Nie miałam więcej czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Kiedy usłyszałam dźwięk naciskania z zewnątrz klamki automatycznie zerknęłam na Eliego. Znów miałby twarz pokerzysty, gdyby nie cień uśmiechu na jego ustach. Czy on naprawdę uważał to za zabawne? Moja frustracja przez dłuższą chwilę nie pozwoliła mi dostrzec zabawnej strony tej sytuacji.
– Wstawać śpiochy! Długi dzień przed nami... – śpiewanym głosem zaczęła Ania, ale kiedy zobaczyła, że oboje już siedzimy na łóżku, całkiem przytomni, to zaraz zmarszczyła brwi. – Och, już się obudziliście? – Pewnie gdyby mój wzrok mógł zabijać, to właśnie zginęłaby na miejscu. Nie przejęła się tym wcale, tylko założyła ręce na piersi i uśmiechnęła się szelmowsko. – Och, a może w czymś przeszkodziłam?
Bardzo, ale to bardzo się musiałam powstrzymywać, żeby jej czegoś nie odburknąć. Zamiast tego jednak, jednym z moich najlepszych głosów Joanny z "Lekarstwa na miłość", odpowiedziałam, wzruszając ramionami:
– Ach nie, skąd.
I w tym momencie już doskonale wiedziała, że owszem, przeszkodziła. Wciąż jednak nie wyglądała, jakby ją to bardzo obeszło.
– No to świetnie. Zbierajcie się, jeśli mamy ominąć korki, to mamy najwyżej pół godziny do wyjścia!
Po czym wyszła, ale nie zamknęła za sobą drzwi.
Pół godziny? Czy ona mówiła poważnie? Tyle w ogóle schodzi, zanim zrobię się na człowieka...
Nie wiedziałam, że powiedziałam to na głos, dopóki nie usłyszałam, jak obok Elijah... Cicho parska śmiechem.
– Myślę, że z powodzeniem mogłabyś wyjść na dwór tak, jak w tej chwili.
Zaraz oczywiście, żeby zamaskować swoją gafę, spiorunowałam go wzrokiem i, chcąc, nie chcąc, wstałam i wkroczyłam do garderoby po zestaw, który przygotowałam sobie na ten dzień. Z wieszakami przewieszonymi przez ramię przeszłam do swojej łazienki. Kiedy spojrzałam przez ramię w stronę Eliego, on także wybierał już koszulę i garnitur.
– Będę potrzebować przynajmniej dwudziestu minut. Na dole, przy gabinecie, jest jeszcze jedna łazienka...
Tym razem wcale nie ukrywał swojego rozbawienia.
– Myślę, że damy sobie jakoś radę.
Uśmiechnęłam się pod nosem i zniknęłam za drzwiami. Powiesiłam wieszaki na grzejniku i przez moment intensywnie się w nie wpatrywałam. Jak miałam zdążyć?

Zdążyłam. Sama nie wiem jak, ale mi się udało. Włosy szybko związałam w węzeł, tak jak poprzedniego dnia, a do ciemnozielonych, wąskich spodni włożyłam na górę czerwony, asymetryczny sweter z golfem. Do tego złote kolczyki i bransoletka, a czerwone, dziesięciocentymetrowe, zamszowe szpilki do Louboutina włożyłam do tej samej zielonej torby Givenchy, którą wzięłam ze sobą na świąteczne zakupy do centrum. Makijaż ograniczyłam do niezbędnego minimum, nie tylko dlatego, że wiedziałam, że inaczej bym się nie wyrobiła. Zrobiłam tak też dlatego, że było jeszcze przed szóstą i byłam na wpół żywa, więc obawiałam się, że skończy się na eyelinerze w oku albo jeszcze gorzej.
Wyszłam z łazienki i okazało się, że jestem w sypialni sama. Mimo wszystko, odetchnęłam z ulgą. Sprawdziłam część nierozpakowanych bagaży, w których zabrałam prezenty dla rodziny oraz kreacje na kolację wigilijną i świąteczny obiad. Uśmiechnęłam się pod nosem sama do siebie, zadowolona ze swojego wyboru. Na pięćdziesięcioosobowym forum podczas obiadu w pierwszy dzień świąt nie mogłam sobie pozwolić na najdrobniejszą pomyłkę modową. Wcale nie specjalnie zabrałam na tę okazję swoje najwyższe, najdroższe szpilki od Louboutina... No cóż, tak, przyznaję, chciałam w ten sposób wzbudzić zazdrość ciotek i kuzynek, które przez lata za moimi plecami krytykowały moją sylwetkę i sposób ubierania się...
– Gotowa? – usłyszałam za sobą głos Elijah i aż podskoczyłam z zaskoczenia. Naprawdę, niewielu udawało się zbliżyć do mnie bezszelestnie, ale ten facet zdawał się czasem poruszać raczej jak duch...
Odwróciłam się lekko i posłałam mu przez ramię słaby uśmiech.
– Bardziej już chyba nie będę.
Podał mi dłoń, którą bez wahania przyjęłam i stanęłam pewnie na nogach. Właściwie na boso, nie licząc pończoch ukrytych pod spodniami, ledwie sięgałam Eliemu do nosa. Obliczyłam, że nawet w swoich zabójczych szpilkach będę mu co najwyżej równa wzrostem. I bardzo dobrze.
Wzięliśmy moje wybrane bagaże, to znaczy, Eli je zabrał i tylko odsunął mi ręce, kiedy próbowałam je podnieść. Przewróciłam na to oczami, ale pozwoliłam mu być dżentelmenem i nie oponowałam, tylko ruszyłam za nim, ze swoją torebką w zgięciu ramienia. Chciał mnie przepuścić pierwszą, ale zaraz zaprotestowałam. Nie miałam zamiaru bez wyraźnej przyczyny pozbawiać się widoku, kiedy nachylał się po torby.
Czasami nadzwyczaj bawił mnie seksizm Mikaelsonów. Kol wykorzystywał maniery dżentelmena, by robić wrażenie, Klaus w ten sposób ukrywał swoją prawdziwą naturę pod maską ogłady. Jednak przypadek Eliego był chyba najbardziej beznadziejny – dla niego to dobre wychowanie było jak druga skóra, tak chyba leżało w jego naturze, że jego światopogląd nie pozwalał na to, by mogło być inaczej. Jakby świat miał się zawalić, jeśli nie otworzyłby drzwi przed kobietą. Przychodziło mu to tak naturalnie, że to się nawet czasami wydawało komiczne. Ale musiałam przyznać – także ogromnie mi pochlebiało, szczególnie, kiedy na przykład w Londynie jedliśmy obiad w restauracji i Eli automatycznie podniósł się z krzesła, gdy chciałam na chwilę odejść od stolika. Miałam pełną świadomość zazdrosnych spojrzeń kobiet dookoła. Od razu polepszył mi się nadzwyczaj humor.

– To się nie zmieści! Albo to pudło, albo klatka tego potwora! – wykrzyknął Kol.
Chyba nikt z nas się nie spodziewał, że prezenty dla rodziny kupione przeze mnie, Elijah, Anię i Koła wspólnie zajmą całą przestrzeń bagażnika i tylne siedzenia mercedesa.
– Świetnie, to akurat twój prezent, więc możemy go zostawić. Bazyl jedzie z nami, koniec i kropka! – Ania jedną dłoń opierała na biodrze, a w drugiej trzymała naszego kota zamkniętego w jego klatce. – Nie zostawię go samego na dwa dni!
– Słuchajcie, nie ma problemu. Ja go wezmę na kolana. – wtrąciłam.
Kol, zrezygnowany, pokręcił głową.
– Właśnie o to chodzi. W tej chwili żadne z was nie zmieści się na tył... – zaraz zwrócił się z powrotem do Ani. – Mówiłem, żeby kupić ten bagażnik na dach. Przynajmniej byłoby miejsce na narty.
Ciekawe, bo na samą wzmiankę o tym Ania aż się zaperzyła.
– A ja powiedziałam: zapomnij. Nie mam zamiaru znowu się na to dać namówić. Tylko brakuje, żebym złamała nogę...
– O czym wy mówicie? – spytałam, coraz bardziej nie rozumiejąc całej sytuacji.
Kol otworzył już usta, by mi wyjaśnić, ale Ania go uprzedziła.
– A, to nic takiego. Tylko dwa tygodnie temu ten kretyn zabrał mnie na spontaniczny wypad W ALPY, gdzie próbował mnie uczyć jeździć na nartach. Od razu z wysokiego stoku! Mogłam się zabić!
O, to była akurat nowość. Przez telefon nie przyznała się do tego. Czyli od razu uznałam, że nie skończyło się to zbyt szczęśliwie. Moja kochana siostrzyczka nie lubiła się przyznawać, jeśli coś jej nie wychodziło. Pod tym względem bardzo przypominała mi Klausa.
– Ale nic się przecież nie stało! – natychmiast zaczął się bronić Kol.
Coraz bardziej rozbawiona, zerknęłam na Eliego, który właśnie sprawdzał coś na telefonie.
– Sprawa miejsc w samochodzie jest już załatwiona, wszystko zmieścimy. – Kiedy posłałam mu pytające spojrzenie, puścił do mnie oko. – Kierowca przyprowadził mój samochód. Będzie tu za...
Nie zdążył dokończyć zdania, gdy na miejsce parkingowe obok mercedesa wjechał aston martin Eliego. Czułam, jak na sam widok DB9 na mojej twarzy pojawia się wielki banan.
Elijah podszedł przywitać się z kierowcą, Tommym. Mogłabym się założyć, że także zaraz załatwił mu transport na lotnisko, by mógł wrócić do domu jeszcze przed świętami. Tymczasem obserowałam zdumienie na twarzy siostry i wyraźne znudzenie u Koła.
– Oczywiście, Wielki Brat postanowił przyszpanować autem przy teściach. – mruknął i zaraz parsknęłam na to śmiechem.
Ania za to podeszła do mnie i, nie spuszczając wzroku z astona, odezwała się teatralnym szeptem:
– Już wiem, dlaczego wybrałaś akurat tego brata. Weź się podziel!
Spojrzałam na nią z udawanym oburzeniem. Wolałam zignorować uwagę o wyborze konkretnego brata i "dzieleniu się" facetem, bo to by znaczyło, że go w ogóle mam. A przecież między nami nic nie było...
Tak Martuś, wmawiaj sobie dalej, zobaczymy, czy kiedyś uwierzysz!
Zamiast tego skierowałam rozmowę na inne tory:
– No wiesz! Myślałam, że już dokonałaś wyboru. Teraz już za późno na reklamacje i zwroty. – na koniec wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, na co mnie szturchnęła łokciem w bok i wzniosła oczy do nieba.
Tommy, kierowca, odjechał taksówką, wsadziliśmy resztę toreb do bagażnika astona i zaraz, kiedy Elijah otworzył przede mną drzwi pasażera, wsiadłam i pomachałam do Ani i Kola, na chwilę tylko spuszczając częściowo szybę w oknie.
– Do zobaczenia w domu!
Wcale nie ukrywałam satysfakcji na widok wręcz zdegustowanej miny młodszego Mikaelsona.
– Zobaczymy, kto będzie pierwszy.
Och, miałam co do tego dobre przeczucia. Wymieniliśmy z Elim porozumiewawcze spojrzenia i aż na chwilę zapiszczałam z zadowolenia, kiedy silnik DB9 wystartował i tym pięknym, sportowym autem ruszyliśmy w stronę wyjazdu z parkingu.
Czy Kol nie zdawał sobie sprawy z tego, że z jego niedawno zdobytymi umiejętnościami w prowadzeniu samochodu nie mógł się równać z bratem, który szlifował swoje przez prawie całe minione stulecie? Nie wspominając już o tym, że znałam po drodze parę skrótów, o których oni nie mieli pojęcia...


*FM Radio - Happily Ever After


C. D. N.


A/N: Ciąg dalszy - mam nadzieję - jak najszybciej!

trzymajcie kciuki, bo przy zapaleniu zatok moja wena niestety ma zwyczaj odpływać w siną dal... ;)


Soundtrack:

oprócz świątecznych piosenek i kolęd tu wspomnianych,

proponuję posłuchać swoich ulubionych świątecznych przebojów!:)


Kreacje Marty w tej części,

dostępne są na moim profilu na Polyvore

pt. Time to Bed;)

Oraz

Christmas at Home ;)


Do kolejnego epizodu z tej świątecznej opowieści!